Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Żegnajcie lata 60.

Sierpień ma w sobie jakiś dziwny sentymentalizm. Z jednej strony to bezsprzecznie najbardziej wakacyjny czas całych wakacji, gdzie gorące letnie popołudnia, quasi tropikalne upały na przemian z gwałtownymi burzami niemiłosiernie nas rozpieszczają i tym samym zwiastują dla niektórych koniec laby, zyskując wymiar okrutnej femme fatale, takiej co to najpierw kusi, pieści i zaraz ucieka w wir codziennych obowiązków. Sentymentalizm ten budzi się i w samych Warszawiakach, dumnie powracających pamięcią do wydarzeń z pierwszego sierpnia, kiedy łezka kręci się w oku na myśl o zburzonym mieście, ofiarach hitleryzmu, a potem łezka schnie, na scenę wkracza lokalny folklor w postaci ONRowców biegających z racami i praskich osiłków masowo tatuujących Małych Powstańców i 44’ Pamiętamy na swoich nabitych, warszawskich łydach.

Widok gmachu od strony ul. J. Marchlewskiego. Widoczne ul. E. Plater i ul. Marszałkowska. Fotografia lotnicza. Autor: Siemaszko Zbyszko, Źródło: NAC

Widok gmachu od strony ul. J. Marchlewskiego. Widoczne ul. E. Plater i ul. Marszałkowska. Fotografia lotnicza. Autor: Siemaszko Zbyszko, Źródło: NAC

I dla mnie ten sierpień stał się ckliwą podróżą, ale nie na Malediwy, Kanary czy Korsykę, ale do powojennej Warszawy, a to za sprawą Pałacu Kultury i Nauki. Wstyd przyznać, że mieszkając w tym mieście od urodzenia i regularnie w Pałacu bywając i nawet darząc go sympatią, dopiero w wieku szesnastu lat zadarłam głowę i pokusiłam się o obserwację pt.: “on jest naprawdę duży”, a pięć lat później dotarło do mnie jakie właściwie znaczenie ma ten fragment miasta dla jego mieszkańców. Przed wojną na terenie PKiN oraz Placu Defilad i Parku Świętokrzyskiego znajdowało się ścisłe centrum Warszawy – około 170 kamienic uporządkowanych siatką ulic – Sienną, Złotą, Chmielną, Śliską, Pańską i Zielną, a także słynny Dworzec Warszawsko-Wiedeński, przed wojną rozebrany w ramach budowy warszawskiej linii średnicowej. Zastąpić miał go Dworzec Główny, uważany za jedną z najnowocześniejszych inwestycji architektonicznych Europy, zdobiony w stylu art deco. Istna wizytówka stolicy. Budowę rozpoczęto w 1932, jednak Hitlerowcy szansy mu nie dali i nieukończony zbombardowali podczas powstania warszawskiego. Po wojnie wspomniane już wcześniej kamienice mogły zostać odbudowane, wtedy miasto zyskałoby nieco wdzięczniejsze niż “patelnia” centrum, jednak okolice Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich naszym radzieckim przyjaciołom przypadły do gustu do tego stopnia, że każda inna lokalizacja wypadała po prostu blado. Wystarczyło więc, żeby towarzysz Bierut podpisał swój Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m. st. Warszawy, a radzieccy budowlańcy mogli już zakasać rękawy i ochoczo ruszyć do pracy. Oczywiście dokument ten nie dotykał jedynie gruntów przeznaczonych pod budowę symbolu Przyjaźni Polsko Radzieckiej. W swoich Dziennikach Leopold Tyrmand opisuje próby życia w upaństwowionym budynku należącym niegdyś do YMCA (Young Men’s Christian Association) i przekazanym ZHP. W 1950 komunizm już jadł Polskę. YMCA i jej dorobek stała się jednym z najpierw przeżutych i wydalonych kęsów. Gmach przejęty został przez Ligę Przyjaciół Żołnierza (przyjaciele!), a potem przez efemeryczne organizacje młodzieżowe, które ciągle zmieniały szyldy i nazwy, lecz nigdy kierownictwo, zawsze to samo w jednym z pokojów Komitetu Centralnego. Rozpoczęła się brutalna walka z lokatorami (…) szykany wymyślne i prostackie. W przekonaniu naszych prześladowców byliśmy zagnieżdżoną tutaj bandą akowców, wywrotowców, reemigrantów (…), którzy otrzymali swe przydziały mieszkalne na rozkaz Wall Street. Należało ich wyświęcić, stąd watahy zetempowców biły werble na korytarzach w godzinach wieczornych i trąbiły pobudki o szóstej rano. Po czym przyszły bardziej światowe metody, jak wyłączanie wody i światła, włamywanie się do pokojów, wynoszenie łóżek, wyrzucanie odzieży przez okna. (…) anno 1950: współzależność człowieka i jego dachu nad głową czy miejsca do spania przypominała wtedy relację kaktusa z glebą pustyni. Co prawda, niemal połowa mieszkańców YMCA nie wytrzymała psychicznie, uległa zastraszeniu i wyprowadziła się, ale ci, którzy nie mieli dokąd pójść – pośród nich ja – zostali. Doszedłem do takiej wprawy, że gdybym obudził się rano na Dworcu Głównym zamiast w moich czterech ścianach, przeniesiony nocą przez odpowiednie dźwigi, bez słowa oporu i zdumienia skorzystałbym z dworcowej toalety i spokojnie wrócił do łóżka.” Odbudowa Warszawy dla samych obywateli nie zawsze była łatwa i wygodna, czego najlepszym dowodem są wspomnienia Tyrmanda i nieco mniej literackie opisy mojego dziadka. Lata 50. i 60. w Polsce były okresem dynamicznych przemian, za które społeczeństwo płaci do dziś – to fakt powszechnie znany. Zwykło się przeplatać te relacje z zabawnymi gagami PRLowskiej rzeczywistości, tak, że w mojej świadomości powstał obraz nędzy, rozpaczy i radzieckiej tyranii obśmiewanej przez przekomiczne społeczeństwo (teraz jest nieco lepiej, a ludzie jakby smutniejsi). Drugim mitem, który przywołują powojenne stereotypy to rzekomo szara i ciężka architektura powojennej Warszawy, nieporównywalnie niezgrabna w stosunku do ukochanych kilometrów kamieniczek Paryża północy z lat 20. Im starsza jestem tym lepiej potrafię rozgraniczyć to, co zawdzięczać możemy architektonicznym rządom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, czym obdarzyły nas siedemdziesiąte, a już na pewno osiągnięcia lat dziewięćdziesiątych. Sentymentalny sierpień sprawił jednak, że przypadkiem trafiłam na wystawę Sen o Mieście. Warszawa lat 50. i 60. na zdjęciach Zbyszka Siemaszki, po raz kolejny doznając opóźnionego olśnienia. Zdjęcia prezentują miasto dumne, piękne i pełne życia. Pejzaże miasta często ujęte są z wysoka, przez co majestatyczne, wyciągnięte po horyzont linie alej i ulic zdają się nie mieć końca. Warszawa Siemaszki wydaje się oddychać i rosnąć w oczach. Nie można jednak ulegać złudzeniu, że poprzednie pokolenia żyły w spójnym architektonicznie mieście marzeń, gdyż fotograf stworzył stolicę skrajnie wyidealizowaną, omijając to, co nieestetyczne, a tym samym niewygodne. Fotografie Siemaszki ujęły budynki, do których powrócić możemy jedynie pamięcią, których modernistyczny kunszt nie przetrwał w estetyce XXI w. Wyburzone Supersam przy placu Unii Lubelskiej, pawilony u zbiegu Marszałkowskiej i Jerozolimskich czy przekształcony w Pizza Hut pawilon baru mlecznego Gruba Kaśka przy przecięciu Solidarności i Andersa albo słynna Emilka skazana na wyburzenie.

I znowu pojawia się ta sama łezka, tylko tym razem za tą Warszawą, którą burzymy sami zachęcani zachodnimi standardami.

Komentarze
Komentarze do:

"Żegnajcie lata 60."

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję