Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Wycieczka do Hebronu

Dwie Polki i Niemka wyruszają razem do nazywanego przez jednych Zachodniego Brzegu, przez innych – Palestyny. A właściwie do miasta Bet-lehem (tłm. dom chleba) – w spolszczonej wersji wymawianego jako Betlejem. Wyruszają za dnia, nie szukają gwiazd na niebie. Z resztą nie umieją czytać takich map. Urodziły się znacznie później niż starożytni podróżnicy i przecież nie uczą już tego w szkołach.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

W planach mają lokalne jedzenie, trochę kultury i „łapanie” tego co „się otworzy” (na Bliskim Wschodzie to dobra taktyka, bardzo praktyczna, nie pozostawianie miejsca na spontaniczność związane byłoby z brakiem znajomości tutejszych klimatów). Zwiedzanie bazylik, kościołów i grot zostawiły sobie jako plan B, albo nawet F.

Do Betlejem można dojechać arabskim autobusem spod Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie (która w języku hebrajskim wcale damasceńska nie jest!). Bilet jest o szeklę droższy niż ten na pojedynczy przejazd przez Miasto Pokoju. O ile wiadomo gdzie znajduje się autobus do którego należy wsiąść w podróży do – o tyle o tym, w którym miejscu go opuścić – poinformuje już tłum wysiadających „na przystanku” w Betlejem z domieszką okrzyku kierowcy – ale co dokładnie przekazuje – tego przeciętny podróżny z Europy się raczej nie dowie. W przypadku braku innych pasażerów jazdy – klient owych linii autobusowych mógłby być nieco zdezorientowany, a niekiedy może nawet oburzony – pozostawianiem go na środku tłocznej ulicy. I właśnie dlatego, w miejscu tym, bardzo ważną rolę odgrywają taksówkarze, na których właściwie „wysiada się” prosto z autobusu. Przestrzeżona przez znajomych początkowo odrzucam wszelkie myśli dotyczące rozmawiania z nimi. A potem cieszę się, że moja współtowarzyszka tych oporów nie miała, zaznaczając jednak granicę w rozmowie z nimi: „Odpowiedz mi jakbyś odpowiedział siostrze”. Mądra dziewczyna. Zadziałało. Zdobyła szacunek i konkretne odpowiedzi. Naszą uwagę zwrócił starszy, poczciwy kierowca Josef, ojciec siedmiu synów. Mężczyzna ze spokojem zaproponował nam przejażdżkę po Betlejem z wycieczką do Hebronu. Oczywiście wszystko za „cenę specjalną” co jednak w tym przypadku okazało się prawdziwe. Dobrze jest być polskim turystą! Zdecydowanie gorzej dla Twojego portfela jeśli jesteś podróżnym amerykańskim! Takie są realia. W zależności od paszportu cena się zmienia.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Wygłodniałe poszłyśmy na lokalne fast-foody, zastanawiając się nad propozycją Josefa. Wybrałyśmy małą i ciasną knajpkę położoną daleko od starego miasta, za to przepełnioną tubylcami. Hummus, warzywa na przystawkę, ostre sosy i shawarma w lafie w stylu arabskim- tym uraczyłyśmy nasze żołądki obowiązkowo popijając butelką coca-coli – pewne, że w ten sposób odkażamy się z wszelkich potencjalnych zarazków. Siadając na górnym pięterku knajpki rozmawiałyśmy o wegetarianizmie i o tym „co z tym Hebronem”.

Hebron – miasto patriarchów trzech wielkich religii (jak to zazwyczaj bywa z miastami w tej części świata): judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. To tutaj spoczywają wedle tradycji szczątki Abrahama, Sary, Izaaka i Rebeki. Makpela, bo tak nazywa się to miejsce, była w swojej historii własnością Żydów, chrześcijan i muzułmanów- a grobowiec, którym zaopiekował się Herod został przemianowywany na kościół, a następnie meczet. Hebron zamieszkują obecnie głównie Arabowie- Palestyńczycy, nie licząc kilka powstałych tam osiedli żydowskich. Trudna historia drzemie w jego mieszkańcach. To tam właśnie nikt nie jeździ, bo wiadomo, że niebezpiecznie.

Tak rozmyślając i głośno dyskutując zwróciłyśmy na siebie uwagę lokalnych dziewcząt – muzułmanek, także korzystających z usług restauracji. Siedząc w kilku grupkach podpatrywały nas, a potem coraz śmielej przechodziły od uśmiechu do rzewnego śmiania się. Podniosłyśmy głowy i zaczęłyśmy im odpowiadać przyjazną mimiką twarzy. Nie mogły rozumieć, o czym rozmawiamy. Nie znały prawie w ogóle angielskiego, a czasem też przechodziłyśmy na polski. Najprawdopodobniej przykułyśmy ich uwagę żywą gestykulacją i brakiem skrępowania w głośnym dyskutowaniu w miejscu publicznym. Tak przynajmniej to dla nas wyglądało. Nasze nowe znajome chciały po chwili zrobić sobie z nami zdjęcia, co też szybko zostało zrealizowane – nie bez przyjemności i z naszej strony (kiedy potem wróciłam do Betlejem kilka z tych dziewcząt było moimi przewodniczkami – skromnymi i spokojnymi – pragnącymi zaprezentować miasto od jak najlepszej strony).

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Po krótkiej sesji i rozważeniu za i przeciw – zew przygody i chęć zobaczenia Hebronu okazał się silniejszy niż strach. Miałam nadzieję, że nasza Niemka będzie z wyprawy równie zadowolona, no i wyjdzie z niej cało.

Szybki telefon do Josefa i już jest pod knajpką. Wsiadamy. Zaczynamy od graffiti Banksy’ego. Kierowca wiezie nas do sklepiku swoich znajomych, gdzie w środku ukryte jest jedno z nich, co miałoby zachęcić turystów do kupowania tamże. Tylko, że turyści praktycznie tam nie dojeżdżają. Kupujemy magnesy z mini graffiti w cenie trzy razy niższej niż za takie same, które można znaleźć w Tel Awiwie. Pieniądze idą do kieszeni dwunastoletniego sklepikarza, który „będzie miał na lody”. Banksy to tajemniczy angielski artysta, który zrobił kilka swoich malowideł na murze i w kilku innych miejscach Betlejem. Nikt nie wie dokładnie kim jest i jak wygląda. Pracuje zawsze z zasłoniętą twarzą. Tak więc widzimy dziewczynkę przeszukującą żołnierza z karabinem, człowieka przygotowującego się do wyrzutu za mur kwiatów zamiast granatu, gołębicę z zielonym listkiem oliwnym na którego wymierzona jest lufa pistoletu albo żołnierza zatrzymującego i przepytującego osła (kto wie, może to koń trojański?).

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

W Betlejem stoi mur odgradzający Zachodni Brzeg od Izraela, Palestynę od kraju Ben Guriona. Rozciąga się tuż za dzielnicą uchodźców – ludzi, którzy opuścili swoje domy i posiadłości- lub może zostali zmuszeni do opuszczenia – podczas wojen z Izraelem. Mieszkają tam czasem od dwóch lub trzech pokoleń. Ulice są brudne i pełne śmieci. Gdzieniegdzie gromadnie wypełnione przez biegające dzieci, do których się uśmiechamy. Przejeżdżamy przez dzielnicę samochodem, zachowując „bezpieczne odległości”.  Zwracamy uwagę na wywieszone plakaty z arabskimi napisami i fotografiami ludzi – pytamy kogo przedstawiają. Dla nas postaci na nich wydają się czasem nerwowe albo nawet zagrażające. Będąc w Izraelu w czasie trzeciej intifady tak się już zakodowało w głowie. A tu na przykład dowiadujemy się, że ten młody człowiek w skórzanej kurtce to student, który swoich studiów nie ukończył. „Został zastrzelony, bo zdaniem Josefa, komuś wydawało się, że wyjmuje jakiś ostry przedmiot z torby”.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Do Hebronu docieramy zaczepiając o Herodion – wzgórze z dawną fortecą Heroda. Josef zabierze nas przecież „dokąd zechcemy”. Mężczyzna bardzo się stara, odpowiada nam na wszystkie pytania. Rano pracuje w szkole jako nauczyciel arabskiego- po południu próbuje zaprosić turystów do swojej taksówki- „Sytuacja ekonomiczna- tłumaczy- tu w Palestynie rząd nie ma pieniędzy na dobre wypłaty- tu pracuje się na dwa etaty”. Jednak wydaje się kochać swój kawałek świata, a pokazanie nam go traktuje jak misję dnia.

W planach mamy zobaczenie grobów patriarchów. W drodze do nich przechodzimy przez PARK PRZYJAŹNI. Nieopodal, po przejściu przez budkę kontrolną i pokazaniu paszportów- dostajemy się najpierw do muzułmańskiego meczetu z grobowcami Izaaka i Rebeki. Nakładamy długie płaszcze, przygotowane specjalnie dla kobiet, zostawiamy buty przed wejściem i podążamy za Josefem.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Dalej, dochodzimy do grobowca Abrahama. Po drugiej stronie – ukradkiem można dojrzeć modlących się w okienku za kratą Żydów – tam bowiem znajduje się żydowska synagoga.

W drodze do niej, mijając kolejne bramki ochronne widzimy dom – nie na sprzedaż- za 10 milionów dolarów. Mieszka tam jeden ze znajomych Josefa. Kiedyś zamożny Żyd ze Stanów zaproponował mu za niego właśnie taką cenę. Arab wielokrotnie powtarzał, że dom nie jest do kupienia, ale tamten wciąż nalegał. Gdy właściciel spytał, dlaczego potencjalny nabywca wycenił dom na dużo więcej niż w rzeczywistości byłby wart, ten odpowiedział: „Zapłacę za ten dom każdą cenę. Bo widzisz, tu spoczywa mój ojciec Abraham. Chcę mieszkać blisko niego”. Na to Arab odpowiedział: „Nie mogę sprzedać Ci tego domu. Bo widzisz, tu spoczywa mój ojciec -Abraham i chcę mieszkać blisko niego”.

Na koniec idziemy jeszcze na szuk – popołudniową porą jest tu już jednak pustawo. Stragany w większości pozamykane,  ludzi mało. Jak na bliskowschodnie bazary atmosfera miejsca zadziwia mnie ciszą. Zatrzymujemy się jeszcze przy rodzinnej produkcji żelków- cukierków- widzimy, że są naturalnie wyrabiane- i kupujemy za 5 szekli całe opakowanie (cena tak niska, że kupujemy nie jedno!). No to mamy pamiątki z Hebronu dla rodziny.

Josef zwraca nam uwagę na siatkę żelazną jakby pełniącą funkcję „sufitu” bazaru. Tam, w górze nad nim, rozciąga się osiedle żydowskie. Nie możemy jednak zbyt wiele zobaczyć. Zasięg naszych oczu nie sięga aż tak wysoko. Obejrzymy je może kiedyś, kiedy odwiedzimy kogoś po drugiej stronie.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

No właśnie. Są dwie strony, jak i było dwóch synów. Ismael i Izaak. I każde z potomków nie chce się z tym miejscem rozstawać na dłużej.

Komentarze
Komentarze do:

"Wycieczka do Hebronu"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję