Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Wolność Tomku w swojej szkole!

Umiecie sobie wyobrazić szkołę, w której nie ma dzwonków, lekcje trwają tyle ile dzieci chcą, a nauczyciel nie ocenia? Szkołę, w której dziecko traktuję się z szacunkiem, pozwala mu się rozwijać pasje i respektuje się jego wolność. Brzmi jak mrzonka? Otóż nie, takie szkoły istnieją i z roku na rok powstaje ich coraz więcej. Szkoły demokratyczne, bo o nich mowa, to coraz mocniej przebijająca się do mainstreamu alternatywa dla tradycyjnych szkół.

graf. Aleksandra Zieniuk

Szkoły systemowe – co w nich nie gra?

W zasadzie to wszystko! Szkoła, jaką znamy, powstała w XIX-wiecznych Prusach, za cel stawiając sobie wychowanie posłusznych ludzi – przyszłych żołnierzy. Jej absolwenci mieli umieć karnie wykonywać rozkazy. Dziś odeszliśmy od kar fizycznych, jednak struktura oparta na hierarchii, posłuszeństwie i wypełnianiu poleceń nadal jest normą. Szkoła kładzie nacisk na wiedzę encyklopedyczną, do granic absurdu rozszerzając podstawę programową. Sprawia to, że uczeń i nauczyciel stają się niewolnikami programu. Nie ma przestrzeni na indywidualny rozwój, zainteresowania czy nawet rozwiązywanie grupowych konfliktów – jest program i trzeba go zdążyć zrealizować. Inicjatywy uczniów ucina się słynnymi słowami: „nie, bo musimy zrealizować program”. Ucznia nie motywuje się, zamiast tego jest ciągle kontrolowany i oceniany. W tradycyjnej szkole dąży się do równania do średniej – podciąga najsłabszych, ale i hamuje tych najbardziej ambitnych. Wszechobecna „testomania” wymusza naukę schematów, wpasowywanie się w klucz, tym samym skutecznie zabijając kreatywność. Uczeń mimo wielogodzinnego pobytu w szkole, właściwie uczy się w domu – przygotowując się do sprawdzianów czy odrabiając codzienne zadania domowe. Cały dzień musi więc poświęcać nauce, nie mając czasu ani siły na dodatkowe aktywności w ciągu dnia.

Neurodydaktyka, czyli nauka przyjazna mózgowi

Osiągnięciem ostatnich lat jest nauka o biologicznych podstawach uczenia się zwana neurodydaktyką. Nowa wiedza o działaniu mózgu pozwoliła wyprowadzić wnioski, kiedy uczymy się najefektywniej (i kiedy w ogóle się uczymy!). Użycie skanerów i tomografów pozwoliły zaobserwować neurony w trakcie uczenia. I tak okazuje się, że aby neurony w ogóle podjęły jakąkolwiek pracę, konieczna jest motywacja wewnętrzna. Mózgowi nie wystarcza presja sprawdzianu – jeśli brakuje nam ciekawości poznawczej, to cała nauka jest tylko jej symulowaniem. Ma to całkiem logiczne uzasadnienie. Wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą. Nie będziemy zwracać uwagi na normalnie ubranych ludzi, ale już ktoś wyróżniający się strojem zwróci naszą uwagę. W ten sposób mózg chroni się przed przestymulowaniem – przyjmuje wyróżniające się informacje i to tylko w takiej ilości, jaką jest w stanie przetworzyć układ limbiczny. Podobnie jest z nauką – przyswoimy sobie tylko te dane, które są ciekawe, intrygujące. Zaciekawienie jest pierwszym etapem. Kolejny to skupienie uwagi. Ważne jest doświadczanie – najlepiej wszystkimi zmysłami. Zobaczyć wirus pod mikroskopem to zupełnie coś innego niż tylko usłyszeć o jego istnieniu. Doświadczając różnymi zmysłami, angażujemy emocje. A one pomagają nam w zapamiętywaniu. Jedną sprawą jest zwrócić na coś uwagę, a drugą jest to zapamiętać – tu mózg też nas chroni przed nadmiarem bodźców i większość danych odrzuca oceniając je jako nieprzydatne. Aby więc uznać naukę za owocną, musimy znaleźć przydatność nowych informacji, czyli odpowiedzieć mózgowi, po co mu to. Oprócz gotowości mózgu, istotny jest również ruch fizyczny. Żeby móc usiedzieć w ławce przez 45 minut, dziecko powinno mieć możliwość drugie tyle poświęcić na swobodną zabawę, fizyczne wyładowanie się. Która szkoła to umożliwia?

Szkoły demokratyczne – wszystko na opak!

A teraz wyobraźcie sobie inną rzeczywistość. Taką gdzie wierzy się, że dziecko z natury posiada chęć nauki i najważniejszym zadaniem dorosłego jest… mu jej nie odebrać. W wolnych szkołach nie ma lekcji, dzieci zajmują się tym, na co akurat mają ochotę. Dorośli niczego nie narzucają, raczej proponują aktywności, w których dzieci mogą uczestniczyć. Demokratyczność szkół polega na tym, że głos dzieci jest równie ważny jak głos dorosłych – zarówno pracowników, jak i rodziców, którzy zazwyczaj są w takie szkoły mocno zaangażowani. Zasady ustalane są wspólnie. Nie ma struktury hierarchicznej – dorośli budują swój autorytet na relacji, nie na odgórnie ustalonej pozycji. Dzieci są wolne, co oznacza, że nikt nie ma nad nimi władzy. Nie oznacza to jednak, że mogą robić, co im się podoba. Wolność własna kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innej osoby. W praktyce wymusza to naukę negocjacji, ale i asertywności, czyli dogadywania się – szukania porozumienia tam, gdzie jest to konieczne – to umiejętność bardzo potrzebna w naszym podzielonym społeczeństwie.

To nie szkoła, jeśli nie ma w niej nauki?

To częsty zarzut, który pojawia się w odniesieniu do szkół demokratycznych. W szkołach demokratycznych nie ma nauczycieli, czyli osób, które nauczają. Są mentorzy, którzy wskazują drogę, motywują, ale w niczym dziecka nie wyręczają. Dziecko w takiej szkole samo odpowiada za swoją naukę. Tak jak samo potrafiło nauczyć się chodzić i mówić, nie potrzebując do tego programu ani ocen, tak samo potrafi zdobyć inne umiejętności, jeśli uzna, że są mu one potrzebne. To, że nauka odbywa się w sposób nieformalny (bez lekcji, odgórnego planu, ocen) nie oznacza, że jej nie ma.    

„Takie dzieciaki w przyszłości nie będą umiały podporządkować się sadystycznemu szefowi”

To akurat prawda. Wydaje się prawdopodobne, że dzieci nauczone własnych możliwości i zdrowej asertywności, nie będą umiały podporządkować się w dorosłym życiu w sytuacji, w której np. będą łamane ich prawa pracownicze. Tylko… czy to naprawdę problem? Jest nadzieja, że dzieci wychowane w duchu współpracy, stworzą w przyszłości społeczeństwo oparte właśnie na kooperacji, na empatii, zauważaniu drugiego człowieka.

Szkoła dla wszystkich dzieci, ale nie dla wszystkich rodziców

Nie jest realnym, żeby szkoły demokratyczne stały się masowe. Nie dlatego, że któreś dziecko się do takiej szkoły nie nadaje, ale dlatego, że nie każdy rodzic jest na nią gotowy. Mało który dorosły jest w stanie zaakceptować wolność dziecka, zaufać mu na tyle, żeby oddać los jego edukacji w jego własne ręce. Często wynika to z nieakceptowania wolności w ogóle. Boimy się wolności rozumianej jako brak bata. Wydaje nam się, że gdyby nie wrzeszczący na nas szef, groźba wylania z pracy czy zła opinia innych, to nic byśmy nie robili. Nie mamy zaufania do siebie samych, a co dopiero ufać dziecku? Dawno temu zakopaliśmy marzenia i swój potencjał, budując okop z obowiązków, naturalnym wydaje się więc nam przekazywać swoje jarzmo kolejnemu pokoleniu. Decyzja o zerwaniu z systemem wymaga pogłębionej refleksji, na którą nie wszyscy potrafią się zdobyć. Wymaga zrezygnowania z oczekiwań względem latorośli, których przejawem jest pytanie: czy moje dziecko mnie nie zawiedzie? Dopiero gdy uwierzymy, że dziecko nic nam nie jest winne, nie musi spełniać naszych ambicji, wpasowywać się w nasz wzór, wtedy dopiero naprawdę pozwolimy wybrać mu jego własną ścieżkę.

Udział dziecka w szkole demokratycznej może być niezłą lekcją nie tylko dla dziecka, ale i dla dorosłych. Że wolność jest realna, nie równa się wcale anarchii, a z wolności tej powstać mogą dobre owoce. Wierzę, że za kilkanaście lat obecni uczniowie szkół demokratycznych stworzą zalążek nowego społeczeństwa, w którym będzie nam się lepiej żyć. Nie mogę się doczekać, a wy?

Komentarze
Komentarze do:

"Wolność Tomku w swojej szkole!"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję