Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Ursynów Północny jako przestrzeń dla fantazji lat 70. – wywiad z Lidią Pańków

Rozmowa z Lidią Pańków, autorką reportażu Bloki w Słońcu. Historia Ursynowa Północnego.

Fragm. okładki książki "Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego" Lidii PańkówFoto: mat. prom.

Fragm. okładki książki „Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego” Lidia Pańków, fot.: materiały promocyjne

Katarzyna Molak: Tematem Magazynu Przestrzeń w tym miesiącu jest “Wyzwanie”, chciałam Panią zapytać czy wyzwaniem jest pisanie reportażu o rzeczywistości bliskiej czytelnikowi zarówno w sensie geograficznym, jak i kulturowym? Wydawałoby się, że podróże egzotyczne prędzej przyciągną uwagę czytelnika niż jedna z dzielnic Warszawy.
Lidia Pańków: Myślę, że pisanie o czymś bliskim jest wyzwaniem o tyle, o ile wymaga odnalezienia w sobie energii i odpowiednich emocji, aby móc o tym opowiedzieć w taki sposób, który wciąga innych. Jeżeli tego brakuje, nie da się rzucić w wir rozmów z ludźmi, zadawać im pytań, a tym samym pisać. Sporo osób mnie pyta jaka będzie następna dzielnica, za którą się „zabiorę”, a ja nie mam wobec innych dzielnic tego rodzaju emocji, które budził we mnie opisany kawałek Ursynowa. Nadal interesuje mnie zagadnienie przestrzeni, i tego, jak kształtuje się życie ludzi w jej obrębie, ale także przestrzeni, która zniknęła z powodu wojny bądź przeżyła poważną metamorfozę, ale niekoniecznie musi mieć ona tak wyraźne ramy – historyczne i urbanistyczne, jak to było w przypadku projektu ursynowskiego, wyłonionego w ramach konkursu SARO z 1970. Z tym Ursynowem było trochę tak, jak powiedział Marek Budzyński w odniesieniu do architektury. Dla niego „objawieniem” była możliwość, by zostać architektem, tak samo dla mnie, oczywiście nie dosłownym objawieniem, była możliwość napisania o Ursynowie. Nikt mi tego nie zlecił, to był rodzaj wewnętrznej konieczności, czułam, że w tej określonej przestrzeni splatają się różne ciekawe historie. Pewnie jakoś dałam się tej dzielnicy oczarować, bez tego praca nad jednym tematem przez tak długi czas staje się niemożliwa bez takiego elementu „uwiedzenia”.

KM: Czy zatem celem reportażu było oczarowanie czytelnika, przekonanie go do ukrytego piękna Ursynowa, do tych pozytywnych emocji, których doświadczyła Pani u mieszkańców?
LP: Nie było żadnej misji. Nie miałam zamysłu przekonywania sceptyków. Oczywiście, nie uważam, że jeśli ktoś z taką misją pisze, to postępuje źle. Reportaże z „pola bitew”, takie jak np. wydany niedawno Bartka Sabeli Wszystkie ziarnka piasku opowiada o konflikcie politycznym i wewnątrz Maroka, żeby uświadomić czytelników o jego istnieniu, bo świat raczej nie zdaje sobie z niego sprawy. Ja raczej miałam ambicję, żeby opisać jakiś kawałek z pozoru mało ciekawej, a dla niektórych brzydkiej rzeczywistości, dogrzebać się do innych, niespodziewanych warstw, co mnie zawsze najbardziej pociągało. Z drugiej strony, jeśli ktoś po przeczytaniu Bloków w Słońcu, pojedzie tam na spacer i coś dla siebie odkryje, to bardzo dobrze. Dla mnie niesamowite było to, że wielu mieszkańców Ursynowa, i to w każdym wieku, cieszyło się, że ten reportaż wyszedł – część z nich czuła, że lubi swoją dzielnicę i dotychczas nie bardzo potrafili powiedzieć, dlaczego. 

KM: Czy można patrzeć na Ursynów jako na jeszcze jeden przykład wolnej przestrzeni, którą wbrew praktykom urbanizacyjnym PRL-u dało się uformować lepiej? Jaką rolę odegrało tu hasło wolności – wolności architektów z zespołu projektantów i mieszkańców zachęconych, by współuczestniczyć w nadawaniu tej przestrzeni kształtu?
LP: Są dwie strony medalu. Z jednej, rzeczywiście nie mamy do czynienia z typową dla powojennej urbanistyki historią o projektowaniu miasta według racjonalnych założeń i pewnego modelu urbanistycznego nawiązującego do idei modernizmu z korzeniami LeCorbusierowskimi. Moja rekonstrukcja zamysłu ursynowskich architektów jest opowieścią o całościowej wizji, wolności kreacji oraz poczuciu prawa do formułowania własnego programu, w opozycji do rozwiązań zastanych. Mowa o sytuacji niemal nieuwikłanej politycznie, mimo poparcia władz partyjnych. Architekci stworzyli własny model odnosząc się do kategorii racjonalnych, humanistycznych i przyszłościowych. Z drugiej strony, jak zauważają niektórzy recenzenci książki, ta opowieść o wielkiej wizji i niemożności jej realizacji z powodu materialnych deficytów i złej organizacji, ma wymiar uniwersalny. Wracając do pojęcia wolności, faktem jest, że na Ursynowie Północnym opozycja antykomunistyczna rozkwitała, dlaczego tak się stało wyjaśniam w rozdziale „Azyl”.

KM: W książce wyraźnie pisze Pani o wielu takich projektach, które z założenia miały służyć obywatelskiej inicjatywie, tak jak pomysł parterowych klubów mieszkańców, no i pralni oraz uliczki – oczka w głowie ursynowskich projektantów. Czy w takim razie architektura Ursynowa była próbą udowodnienia, że architektura, jako dziedzina, może być receptą na szczęście?
LP: I tak i nie. W książce piszę parę razy, że Budzyński nie widział siebie jako wielkiego kreatora. Widział siebie prędzej, jako rzetelnego, progresywnego i zaangażowanego wykonawcę zlecenia. Miał swoją wizję, wynajął się do jakiejś usługi i robił wszystko, żeby było jak najlepiej. W takim ujęciu LeCorbusierowskim, Marek Budzyński nie uważał, że programuje społeczeństwo, natomiast, zatrudnił ludzi, którzy mu w tym pomagali, czyli grupę ekspertów z różnych dziedzin. Kiedy z nim rozmawiałam, powiedział, że nie uważa aby architektura przyczyniała się do szczęścia, ale zawsze trzeba stworzyć maksimum pozytywnych warunków, operując maksimum danych, żeby stworzyć dobre warunki dla życia ludzi. Odnoszę wrażenie, że żyjemy teraz w takich czasach, kiedy danych psychologicznych, antropologicznych, naukowych mamy coraz więcej i tym samym coraz trudniej wyciągnąć z nich wnioski, zbudować z nich jakiś model. Lata 70. na Ursynowie, to był taki ostatni moment, niezależnie od tego, że to był PRL, chwila przed załamaniem lat osiemdziesiątych, kiedy istniała jeszcze prawdziwa wiara w racjonalne modele oparte na analizach całościowych. Jeśli ktoś interesuje się zagadnieniami przestrzeni i związanymi z nią wizjami futurologicznymi, to polecam lekturę publicystyki o architekturze z lat siedemdziesiątych i końca lat sześćdziesiątych. Ich autorzy bardzo często próbują stawiać podstawowe pytania o to, czym są dobre warunki życia i szukają uniwersalnych odpowiedzi. We współczesnym świecie to coraz trudniejsze…

KM: Jedną z takich odpowiedzi jest w końcu doktryna linearnego systemu ciągłego Oskara Hansena – liniowego domu ciągnącego się setkami kilometrów i stojącego w opozycji do historycznych miast centrycznych. Traktuje ją Pani jako poważną ideę utopijnego miasta, czy może właśnie pomysł do zrealizowania w przyszłości, kiedy osiągniemy wyższy poziom świadomości urbanistycznej?
LP: O Hansenie czytałam sporo w książce Filipa Springera Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach, w której wyraźnie mówi on o linearnym systemie ciągłym w kategoriach lekkiego szaleństwa. Dla mnie to jest również przykład radykalnej próby zerwania z przeszłością, która cechowała niektóre pomysły Le Corbusiera takie jak wyburzenie starego Paryża czy zlikwidowanie ulic. Czytając z kolei Miasta Wyśnione Wade’a Grahama, uświadomiłam sobie po raz kolejny, jak bardzo Budzyński i jego ekipa zanurzeni byli w debaty swojej epoki. Co prawda, ta książka ukazała się po Blokach w Słońcu, więc musiałam tę wiedzę zdobywać z różnych źródeł. Tutaj, autor zebrał wszystkie informacje i dokładnie pokazał wizje Le Corbusiera, i tym samym powody, dla których Budzyński go tak nie lubił. Zamiast gwałtownego odrzucania tradycji, Budzyński uważał, że należy po prostu połączyć ówczesny dominujący język modernizmu z modelem historycznego miasta z ulicami, placami, a także usługowym parterem. Być może ktoś by bronił linearnego systemu ciągłego, natomiast dla mnie jest on bardziej czymś w rodzaju anegdoty. Mnie pociągało to, że Hansen jest ciekawym przykładem umysłu ścisłego, tworzącym modele i wizje, a zarazem operującym pięknym językiem poetyckim, m. in. określeniami takimi jak “otwarty horyzont” i dążącym do szukania możliwości osadzenia człowieka i w przyrodzie i w cywilizacji w sposób, który zapewni rodzaj pełni egzystencjalnej.

KM: A czy zgodzi się Pani, że Ursynów był miejscem realizacji jakichś pozytywnych wątków zarówno przedwojennych jak i powojennych wizji entuzjastów nowoczesności*? 
LP: Myślę, że tak. To był dla twórców Ursynowa szczęśliwy moment, ponieważ wiadomo było, że należy zerwać z brutalnymi, masywnymi formami bezmyślnie stawianych bloków w układach równoległych i prostopadłych do ulic. Z drugiej strony wcale nie musieli uprawiać dyskursu partyjnego, mieli poparcie władz, jednak dużo dyskretniejsze.

KM: Architekci byli wychowankami profesorów i praktyków przedwojennych, a co inspirowało młodzież Ursynowa z lat 90. do tworzenia rapu? Gatunku muzyki wywodzącej się z nowojorskiego Bronxu wśród środowisk społecznie wykluczanych?
LP: Rzeczywiście mamy tu paradoks, bo raperzy ursynowscy nie byli gangsterami, pochodzili w większości z ciekawych, zintegrowanych rodzin, byli osadzeni w swoich „małych ojczyznach”. Ja widzę to tak, że się ogromna surowość krajobrazu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, taka materialna beznadzieja zbiegła się z potrzebą nadania sensu temu miejscu. Duża była inspiracja telewizją, wczesnym MTV, bez której nie byłoby jak dotrzeć do „zachodnich” treści. Jednak ich muzyka to tzn. soft rap w formie opowieści, a niekoniecznie bunt i przemoc. W moich rozdziałach o rapie ważne było raczej uchwycenie rytmu tego języka, struktury myślenia i widzenia „swojego podwórka”. Nie wiem czy mogę dodać coś więcej do tematu rapu, bo te historie tłumaczą się same sobą. Mówiąc o Ursynowie, przywołuję Bronx, nie ze względu na bezpośrednie podobieństwo krajobrazu czy społeczności, ale raczej nawiązując do fantazji raperów. To właśnie oni czuli się jak na Bronxie, dzięki swojej sile wyobraźni. W tej książce dużo mówię o wyobraźni, bo to motyw, który ciągle powraca. Tak samo, jak młodzi architekci wyobrażali sobie, że zbudują Skandynawię, a psychologowie z Ośrodka Terapii Rodzin Synapsis śnili o profesjonalnych ośrodkach terapeutycznych jak w Ameryce, raperzy karmili się wizją Nowego Jorku z lat siedemdziesiątych i późniejszego.

KM: Sam właściciel dziewiętnastowiecznych terenów Ursynowa, Jan Ursyn Niemcewicz miał przecież podobne fantazje.
LP: Rzeczywiście Niemcewicz mieszkał w Ameryce, zostawił tam żonę i wrócił do Polski przekonany o byciu “Przybranym Amerykaninem”. Kupił niewielką posiadłość nie znacznie oddaloną od Warszawy. Do swojego folwarku sprowadzał nasiona do upraw, ale też książki. Marzył, aby folwark nazwać “Ameryka” lub “Waszyngton”, aby mieć namiastkę Stanów Zjednoczonych w kraju.

KM: Ursynów lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych będzie zatem również odsłoną realizowania Amerykańskiego Snu w Polsce…
LP: Będzie to zawsze odwoływanie się do jakiejś wizji Stanów ukształtowanej zza żelaznej kurtyny, wizji, lub nadziei, że tam, gdzieś indziej, jest nieskrępowana wolność, że żyje się ciekawiej, stawia na indywidualizm, ale i wspiera lokalne społeczności. W Blokach w Słońcu był jeszcze taki niedopisany rozdział o zespole filmowym Skurcz działającym w konwencji lat dziewięćdziesiątych. Tworzyli parodie amerykańskiego kina klasy B, głównie filmów gangsterskich, z elementami sztuk walki, ze wschodnią toporną stylistyką i bardzo amatorskim montażem, oczywiście na Ursynowie.

KM: Jakie są w takim razie Pani literackie plany na przyszłość?
LP: Chciałabym napisać książkę związaną z kierunkiem „warszawsko-podwarszawskim”, jeszcze bardziej peryferyjnym i wypartym. To, co ostatnio bardzo mnie interesuje, to zjawisko konfliktu pamięci zbiorowej: na czyją potrzebę przywołujemy pamięć o czymś, czy ktoś ma prawo odmówić uczestnictwa w takich rytuałach? W tym przypadku będę skupiać się na czasach przedwojennych, sięgających poza PRL. Jeśli pojawia się jakakolwiek krytyka Bloków w słońcu, to dotyczy podejścia zbyt bliskiego mitologizacji tych trudnych politycznie i ekonomicznie dekad. Oczywiście można przyjąć takie spostrzeżenie, że w moim reportażu nie ma zwykłego szarego mieszkańca, ani nie ma wystarczająco dużo konfliktów politycznych. Gdybym oparła się jedynie na prasie z tamtego okresu, zwróciła się w stronę politycznych kontrowersji, konfliktów, to książka mogłaby być uczciwsza w sensie reportersko-dziennikarskim, ale na pewno trudniej byłoby przekonać czytelnika, że Ursynów różnił się od początku od innych podobnych w skali realizacji tego okresu w Warszawie i w Polsce. A ja wolałam wejść również w sferę fantazji, przyglądać się małym mitologiom.

*”Chodziło o osiedla pełne powietrza i słońca, zamieszkałe pospólnie przez robotników i profesorów uniwersytetu, chodziło o miasto bez dzielnic lepszych i gorszych, tylko o miasto dzielnic rozmaitych, bo rozmaite funkcje pełniących (…) o miasto, w którym uspołecznienie gruntów będzie wstępem do uspołecznienia człowieka”? Jan Górski z Biura Odbudowy Stolicy

bloki-w-sloncu-mala-historia-ursynowa-polnocnego-b-iext43264873

Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego, Lidia Pańków
Wydawnictwo Czarne

Komentarze
Komentarze do:

"Ursynów Północny jako przestrzeń dla fantazji lat 70. – wywiad z Lidią Pańków"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję