Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Upiór polski w Operze, czyli luźne rozważania o Goplanie na scenie Opery Narodowej w Warszawie

goplana_plakat_a-zebrowskiDwudziestego pierwszego października tego roku na deski Teatru Wielkiego Opery Narodowej wkroczyła długo oczekiwana Goplana, opera w trzech aktach autorstwa Władysława Żeleńskiego z librettem Ludmiła Germana. Tym razem romantyczny dramat Słowackiego, Balladyna, wystąpił poza schemat sztywnych ram. Nie zaduszono go szkolnym workiem pytań o głównego bohatera i świat przedstawiony, czy o rolę chóru, ani nie naklejono znaku markowego wydawnictwa z pomocami naukowymi. Na scenie Opery Narodowej wystawiono natomiast historię z odległej fantasmagorycznej rzeczywistości, odleglejszej niż za siedmioma lasami, za siedmioma górami, rzeczywistości przesyconej wręcz nieludzką żądzą władzy i miłości.

Pierwsze takty uwertury, kurtyna idzie w górę i publice ukazuje się szara, pusta scena. Po jej bokach długie tkaniny, na których zapisane jest coś, czego zobaczyć nie zdołam, jako widz z drugiego balkonu. To, co bez przeszkód dostrzegam, to miarowo wtaczający się tłum przebierańców, a wśród nich jakby weteranów wojennych, siostry zakonne, trzy matki boskie, i czyżby… tęgą, odzianą w kolorową kieckę murzynkę. Przecieram oczy i żałuję, że nie mam lornetki. Kostiumy są godne podziwu i… dokładnej obserwacji. Pani z rzędu I zazdroszczę solidnego ekwipunku. Wszystko ogarnia gęsty dym, mgła nad jeziorem, a wrażenie halloweenowej nocy potęgują rzucane w przestrzeń sylwetki przeróżnych stworów i dziwadeł, czyli animacje rysunkowe autorstwa Matijos Gebreselassiego. Niby infantylne, ale dzięki temu na swój dziecinny sposób niepokojące. Chór śpiewa pierwsze kwestie i z jeziora wyłaniają się Skierka i Chochlik, słowiańskie nimfy. Zaraz po chwili dołącza do nich tytułowa Goplana.

Leśne trio to bardzo spójna i wdzięczna kompozycja wizualna, uosabiająca władczą naturę, w której niestety wyczuwa się dziwny rozkład sił. Czarnowłosa Skierka wiedzie prym, delikatny Chochlik przemyka w tle, a potężna Goplana… momentami przywodzi na myśl bezwładną kukłę. W białej, rozkloszowanej sukni uosabia prędzej zagubioną pannę młodą- Jak powiewny liść ajeru, Lekko wiatrem kołysana; Jak łabędź, kiedy rozwinie Uśnieżony żagiel steru, Kołysze się — waha — płynie. I patrz! patrz! lekka i gibka, (…) Na niezabudek warkoczu Wiesza się za białe rączki, A stopą po fal przezroczu Brylantowe iskry skrzesza. Ach czarowna! pisze Słowacki, lecz w dramacie z każdą kolejną kwestią królowej narasta jej zdecydowanie i babski upór. Na scenie widzimy natomiast do obłędu zauroczone dziewczę, dość anemiczne, kilkukrotnie podtrzymywane przez wierne nimfy. Jak czytamy w tekście Marcina Grymsa takie zmiany w relacjach między postaciami to efekt “radykalnego skondensowania akcji” z pięciu do trzech aktów dokonane przez Żeleńskiego i Germana. I tu powstaje pewien paradoks. Balladyna w dramacie Balladyna to postać bardzo silna, bardzo wyrazista, igrająca z władzą, z losem i z Bogiem. Tymczasem Goplana, główna bohaterka opery, swoją siłę okazuje tylko raz i to w momencie konfrontacji z wybrankiem serca, wiejskim macho zwanym Grabcem, który na przekór odrzuca wszelkie zaloty, rozkosze, zamki, grody. Litości, chyba każdemu puściłyby nerwy. W kolejnych scenach temperament Pani Jeziora słabnie, pozostaje wierna miłość i oddanie, smutne echo arii Ach, w leśnej ustroni

Być może Władysław Żeleński chciał uwrażliwić widza właśnie na jej cierpienie, a pokazać nieludzkie zło drzemiące w Balladynie. W takim układzie sił tym bardziej jawi się ona jako kobieta fatalna, pożądliwa i zepsuta, bardziej nieludzka niż nimfa z lasu, o wiele gorsza od rozwścieczonej natury, której to tak bali się Romantycy. Rewelacyjna interpretacja Wioletty Chodowicz nadała postaci takiej siły i dramaturgii, że będąc naprawdę daleko od sceny czułam wibracje jej sopranu. Uroku, ale i dynamiki nie można było odmówić Katarzynie Trylnik, odtwórczyni roli Aliny. Obie panie szczególnie dobrze zobrazowały trudną, pełną zawiści i wcale niebanalną relację sióstr, wyeksponowały pośrednie motywy zabójstwa –  Alina, jak przystało na młodsze rodzeństwo, skutecznie drażniła starszą Balladynę. Melodyjne pyskowanie przy akompaniamencie orkiestry operowej, choć brzmi komicznie, to na pewno nie ujmuje całemu przedstawieniu. To, co z kolei widoczne było od razu to bardzo silna kobieca reprezentacja. Męskie postaci sprawdziły się, jako ramy, ramy dla pięknych obrazów, oczywiście solistek.

Malarskości nie można również odmówić całej inscenizacji. Reżyserowi bardzo zręcznie udało się odseparować naszą rzeczywistość od świata Balladyny, który na deskach Opery Narodowej jawił się jako miejsce mroczne, dziwaczne, nienaturalne. Chór przyjmujący skomplikowane pozycje, tworzył fantazyjne kształty przywodzące na myśl piramidalne kompozycje z obrazów romantycznych. Momentami odnosiło się wrażenie, że na scenę nie wkracza grupa ludzi, a jeden zmiennokształtny stwór, co oczywiście osiągnięto poprzez groteskową choreografię Bartosza Zyśka. Szczególnie w pamięć zapadła mi scena uczty, gdzie do bardzo skromnie zaaranżowanej sali balowej wkroczył ciąg fantazyjnych postaci rodem z anglosaskiego horroru. Ich mechaniczne ruchy, powyginane pozycje, ostre makijaże, wymyślne fryzury lub po prostu brak głów, sugerowały szemrane pochodzenie, był to w końcu leśny orszak Grabca. Ten, przekształcony z wiejskiego macho w rubasznego, słowiańskiego Bachusa był już wisienką na torcie.

Za pomocą tak różnorodnej estetyki, Janusz Wiśniewski wprowadził nas we wspomniany już teatralny świat. Choć tak odległy jest on od tradycyjnego spojrzenia na narodowy dramat romantyczny, to jedynie po to, aby samą sztukę od oklepanej, podręcznikowej nudy uwolnić. Otwierając kolejne możliwość interpretacji i pokazał, że nawet tak kanoniczny tekst może bawić się w przebieranki, nie tracąc przy tym znamion wartościowej refleksji nad ludzkim losem, czy też społeczeństwem, jego historią i tradycją ludową.

Komentarze
Komentarze do:

"Upiór polski w Operze, czyli luźne rozważania o Goplanie na scenie Opery Narodowej w Warszawie"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję