Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Sztuka wstrętu

Nie trzeba być ekspertem po studiach historyczno-sztucznych, żeby to zauważyć – sztuka współczesna w większości nie jest ładna i przyjemna. Czasami odrzuca. Czasami straszy. Charakterystyczną jej cechą (przez niektórych nie do zaakceptowania) jest to, że nie schlebia powszechnym gustom i godzi w mniej lub bardziej popularne poczucie estetyki. Często koncentruje się również na tym, czego widzieć nie chcemy, co wypieramy i eliminujemy ze sfery publicznej. Przedmiot wyparcia potrafi jednak też budzić fascynację. Znacie to uczucie, kiedy dzieło obrzydza i pociąga jednocześnie? To właśnie abject art.

Zanim padną słownikowe definicje przyjrzyjmy się obrazom jednej z najbardziej oryginalnych polskich artystek, tegorocznej laureatki Gwarancji Kultury w kategorii sztuk wizualnych. Do maja jej prace można było oglądać na wystawie retrospektywnej „Nomana” w Muzeum Sztuki w Łodzi. Magdalena Moskwa działa w wielu mediach, jednak to właśnie w malarstwie najpełniej ucieleśnia (słowo użyte nieprzypadkowo) zasadę działania abiektu. Początkowo tworzyła portrety. Drobiazgowe, „klasyczne” w formie, przypominające malarstwo niderlandzkie XIV i XV wieku. Do pewnego stopnia zdystansowane i „bezpieczne” przez doskonały warsztat, który, zdawać by się mogło, nie dopuszcza możliwości wolnej ekspresji. Jednak jest w nich coś niepokojącego, kojarzącego się z rozkładem i śmiercią; z ciałem jako nie: osobą-świadomym podmiotem, ale ciałem-materią. Z czasem w jej pracach pojawiało się coraz mniej ogólnego wizerunku, a coraz więcej cielesności we fragmentach.

Abstrakcyjny: Magdalena Moskwa, Bez tytułu nr 79, 2014. Dzięki uprzejmości artystki

Magdalena Moskwa, Bez tytułu nr 79, 2014. Dzięki uprzejmości artystki

Od 2010 roku malarstwo Moskwy stopniowo zbliża się do abstrakcji, ukazując minimalistyczne kadry, jakby wybrane obszary na mapie ciała. Te fragmenty jednak trudno zidentyfikować – nie przedstawiają żadnego konkretnego miejsca, a stanowią raczej syntezę tego, co rozumiemy pod hasłem „cielesne”. Artystka określa je jako kolejny etap „procesu zbliżania się do obiektu i intencjonalnego kadrowania. […] Mam wrażenie, że teraz spotkałam się w końcu z tym „ciałem obrazu”, które jest po prostu przeniesieniem ciała ludzkiego i zaczynam wnikać w organiczną tkankę, bliską bezkształtnej materii.” – mówi w wywiadzie Katarzyny Kowalskiej dla magazyn.o.pl.* Cielesność staje się więc samym tworzywem sztuki – taki efekt został osiągnięty m.in. dzięki zastąpieniu płótna przez zaprawę kredową, pozwalającą na większą subtelność powierzchni i penetrację w głąb obrazu. Jednocześnie ciało sprowadzone do odosobnionego, wyabstrahowanego ze swojej funkcji fragmentu, traci swoją podmiotowość – za obserwowaną przez nas tkanką nie kryje się żaden konkretny człowiek, znika twarz i tożsamość, zostaje jedynie anonimowość „ciała obrazu”.

2

Magdalena Moskwa, Bez tytułu, 2005. Dzięki uprzejmości artystki

Gdy oglądamy prace Moskwy na wystawie, pociągające swoją zgaszoną, kremową kolorystyką, na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie spokojnych, oswojonych. To przyjemne wrażenie zostaje po chwili zachwiane – w pozornie neutralnej, jednolitej powierzchni dostrzegamy malutkie żyłki, czerwone przebarwienia, sine plamy. Subtelność zróżnicowania barw sprawia, że delikatna struktura zaczyna pulsować – rozpoznajemy w niej ludzką skórę.

Czy to już ciało, czy tylko jego imitacja? Gdzie leży granica mimetyzmu? Naturalizm przedstawienia powoduje złudzenie kontaktu z prawdziwym ciałem. Namacalne, przytłaczająco realne, wywołuje w nas dreszcz niepokoju. Mamy wrażenie nieprzystawalności prac do miejsca, w którym się (razem z nimi) znajdujemy – to tak, jakby ktoś zawiesił fragment rozkładającej się skóry na sterylnie białej ścianie galerii. Jako widzowie zostaliśmy skonfrontowani z obcą, zupełnie anonimową nagością. Uczucie wtargnięcia w cudzą intymność dodatkowo spotęgowane jest przez obecność dziwnych otworów, przeszywających tkankę obrazu. Te dziury przypominają punkty zapalne na mapie ciała. Ogniskują nasz wzrok, perwersyjnie kierując spojrzeniem. Co kryje się w środku? Z jednej strony chcemy je zbadać i zajrzeć do wnętrza, z drugiej – odczuwamy zawstydzenie, jakby ktoś przyłapał nas na podglądactwie. Dostrzegamy w nich włosy, paznokcie – prawdziwe organiczne materiały, zagnieżdżone w powierzchni obrazu. Tego rodzaju szczątki, cielesne „odpady” należą w naszej kulturze do sfery tabu; ich obecność w przestrzeni publicznej wprowadza w zakłopotanie i powoduje wstręt. Jednocześnie obiekty, tworzone przez artystkę, są zaskakująco pociągające wizualnie. Do konfuzji dochodzi, gdy ścierają się w nas dwie reakcje – pociąg (wywołany atrakcyjną formą) oraz wyparcie (spowodowane identyfikacją kulturowego znaczenia). Wahamy się między patrzeniem a odwróceniem wzroku; obrzydzenie miesza się z fascynacją. 

Ta ambiwalencja przekazu to typowy przykład strategii sztuki abiektu, inaczej nazywanej sztuką wstrętu. Czym jest abiekt? Termin ten został wprowadzony w latach 80. przez wybitną filozofkę i literaturoznawczynię Julię Kristevę. W tekście pt. „Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie”, definiuje go w ten sposób: „jest zarazem obcy podmiotowi i intymnie z nim związany; wręcz za mocno związany, gdyż właśnie ta nadmierna bliskość wywołuje w podmiocie panikę.”** To coś, co jednocześnie przyciąga, jak i odrzuca; z czym się identyfikujemy i zarazem wypieramy jako coś niewłaściwego. Owo wyparcie Jacques Lacan, jeden z czołowych reformatorów freudowskiej psychoanalizy, definiował jako jedną z faz kształtowania się podmiotowości. Po zespoleniu ego z wnętrzem ciała i stworzeniu własnego obrazu, w tzw. fazie lustra następuje odrzucenie tego, co nieczyste, z czym podmiot się nie utożsamia. W efekcie wykształcają się dychotomie – podział na prywatne i publiczne, indywidualne i społeczne itd.

Sztuka abiektu konfrontuje nas z takimi właśnie sprzecznościami, mającymi źródło w naszej psychice i naszym stosunku do cielesności. Dzieła artystów takich, jak Magdalena Moskwa, czy „klasyków” abject art – Kiki Smith, Louise Bourgois, Mona Hatoum, Tracy Emin, Sarah Lucas… – kwestionują i naruszają normy dotyczące ciała i jego funkcji. Podobną strategią wzbudzania wstrętu-fascynacji posługują się też oczywiście twórcy filmowi (Lars von Trier, David Lynch, Leos Carax), literaccy czy teatralni. Także w Polsce abiekt w sztuce ma się całkiem nieźle, nie tylko jako środek artystyczny, ale i przedmiot badań. W ostatnim czasie mogliśmy uczestniczyć w całej gamie wydarzeń, związanych z tematem – wspomnianej już wystawie Moskwy w łódzkim MS, wystawie Erny Rosenstein w poznańskiej Galerii Art Stations, wystawie zbiorowej „Corpus” w Zachęcie czy, organizowanej przez SWPS w Warszawie, czerwcowej konferencji naukowej „A fe! Społeczno-kulturowe konteksty wstrętu i obrzydliwości”. Zainteresowanie wstrętem w kulturze więc nie maleje. Nic zresztą dziwnego – sztuka, podejmująca ten temat, pozostaje bardzo blisko człowieka. Jej wartość polega na stworzeniu odbiorcy możliwości poznania siebie samego, przekroczenia pewnych, zakorzenionych w nas głęboko, barier. Bo, cytując Magdalenę Moskwę: „dobry obraz to taki, w którym każdy może się przejrzeć jak w lustrze”***.

* M. Moskwa w wywiadzie K. Kowalskiej dla magazyn.o.pl: link
** Julia Kristeva, Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie, tłum. Maciej Falski, Kraków 2007.
*** M. Moskwa w wywiadzie K. Kowalskiej dla magazyn.o.pl: link

Komentarze
Komentarze do:

"Sztuka wstrętu"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję