Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Refleksja na temat przy-jaźni

W uzależnieniu zamykamy własne lęki. Uzależnienie wyzwala wszystkie lęki, swoista lekomania na chwilę odgania problem, taki jej cel. Natomiast o tym, że ‚nałóg powoduje bezsenność, a bezsenność wzmaga nałóg’ pisał Pilch. Po co o nałogu w przyjaźni?  Otóż, czy możemy uzależnić się od przyjaciela? Czy taki nałóg jest dobry i nie zwiastuje paskudnego, rychłego końca?

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Byłaby to sprawa piękna, gdybym już sobie nie poukładał pewnych zdarzeń i myśli, chociaż nie jestem pewny, co do ich równości. Wtedy moglibyśmy pofolgować. Lubię zaskakiwać, dawać coś od siebie, cóż za niezwykły prezent dał Van Gogh pewnej prostytutce i od siebie (i z siebie), wręczając jej kawałek swego ucha, który nieco wcześniej obciął brzytwą. Nikogo chyba nie dziwi, że tenże podarunek sprawił natychmiastowe omdlenie niewiasty. Wariat! Wszak ów upominek nie był spoiwem przyjaźni, to w tym akcie było coś niezwykle spontanicznego, słonecznikowe obrazy ustąpiły miejsca autoportrecikowi bez kawałka uszka. Vincent miał dobre serce, rozdał swój majątek (lecz nie wszystkich obdarzył kawałkiem ucha), przygarnął ciężarną nierządnicę, z którą mieszkał przez półtora roku w ramach swoistej przyjaźni i rozdzielności majątkowej, w spadku pozostawiła mu syfilis. Holenderski malarz chciał być artystą, później pastorem. Skupił się na malarstwie. Czuł jednak najbliższą więź z ludem, prostymi ludźmi, później najlepiej czuł się w psychiatryku*. No, przy tejże pomysłowości mieć serce jak żona szalonego doktora z „Lochów Watykanu”, która nakarmiła wygłodzone przeznaczone dla kata szczurki – przepis na przyjaźń idealną. Gombrowicz radziłby poszukać parobka, a może niezwykła w swej zwykłości jest rada liska na temat oswajania dana Małemu Księciu? Czy ucho, dobre serce, inspiracja do pisania, wystarczy, aby nie pozostał nam po tym wszystkim mentalny absmak?

Doświadczenie kazało mi wyryć w umyśle propozycję, którą chyba sporo osób byłoby skłonnych ze mną podzielić, mianowicie, iż nie ma przyjaciół – są lepsi, gorsi znajomi. Na miano przyjaciela musi ktoś zasłużyć, nawet z rodziny, zdarza się i takowy, ale bardzo rzadko. Ktoś szeptem powtarza slogan, iż z familią robi się selfie.

W epoce konsumpcjonizmu sentymentalnego, przyjaźń może być już wyświechtanym mało znaczącym leksemem. 

Kim może być przyjaciel? Czy przyjaźń dziś i sto lat temu jest taka sama?  Przypomina mi się jedna z mych ulubionych wypowiedzi Witkacego „marna sztuka szlifować flaczkami diamenty”. Coraz mniej tych prawdziwych, honorowych, do krojenia przyjaźni. Gdy rozczłonkujemy dosłownie ten wyraz powstaje nam: przy jaźni. Nie chciałbym podawać wszelkich definicji jaźni, skupmy się na Jungowskiej analizie. W jego rozumieniu Jaźń: stanowi centrum życia psychicznego i całości psychiki. Ciekawe, czy przyjaciel być powinien przyJaźni, działać na nas twórczo, zachęcać do procesu indywiduacji. To coś cudownego, uważam to za sedno wszelakich bliższych znajomości. Jean-Baptiste Clamence, sędzia-pokutnik, bohater „Upadku” A. Camus, mówi do swego znajomego: „Prawdziwa miłość jest czymś wyjątkowym, zdarza się mniej więcej dwa albo trzy razy na wiek. Poza tym jest próżność lub nuda”. Wtrącę pewną zmianę, zamiast wyrazu miłość, wstawmy przyjaźń. Faktycznie, w ciągu życia ma się kilku prawdziwych przyjaciół, którzy są przez całe życie albo jego fragment.

Przyjaźń jest miłością? Przyjaźń wszystko rozumie? Czy można przyjaźnić się z osobami, które nie żyją? Zapewne, gdy czytamy ich powieści, felietony, dramaty, dzienniki, listy. Ich spuściznę literacką. Duchowo są naszymi przyjaciółmi, gdyż żyjemy ich sprawami. Może rozumiemy ich położenie i użyjmy, tak, użyjmy tego wyraziku, tak (tak, tak)… tak często stosowanego, używanego dzisiaj, może nawet odczuwamy pewną empatię do tychże żywych trupków(?). Czy oni mogą być bardziej nam bliżsi od żywych, gdzie krew buzuje w żyłach, a dialog może być równy, możemy usłyszeć go, nie tylko wyczytać?

Szymon Wróbel we wstępie do swej książki „Ćwiczenia z przyjaźni” pisze:

Jedyną dostępną mi formą przyjaźni jest przyjaźni polemiczna i przyjaźń upośredniczona przez słowa, lektury i teksty. Nie przyjaźnię się jednak, a jedynie ćwiczę w przyjaźni. Do przyjaźni jestem niezdolny, ćwiczenia mają mi przywrócić zdolność bycia z innymi, przeciw innym, obok innych.

To ciekawa teza, czytanie jako praktyka przyjaźni, ale także obcowanie z innymi jest interesującym ćwiczeniem przyjaźni, bycie spontanicznym (może nie aż tak bardzo jak Vincencik, jednak).

Czy inteligentna osoba poszukuje inteligentnych przyjaciół? Czy oczytana osoba lgnie do oczytanych? Czy nasze cechy chcemy ujrzeć w przyjaciołach, oznacza to, czy dobrze jest się widzieć w bliskiej osobie, niejako spotykając się z samym sobą, sobowtórem, który ma te same cechy, zainteresowania i tembr głosu, co wskazuje, że nie czujemy się skrępowani, chociaż występuje jakiś fałsz, kopia? Czy fascynuje nas typ przewodnika, duszy towarzystwa, który potrafi zamknąć gadające pyszczydła jednym zdaniem? Czy przyjaciel jest jeden, a znajomych (mniejszej rangi) kilku? Czy przyjacielowi nie wypada dać w mordę? Czy nie ma kłótni w przyjaźni? Czy przyjaciel może być nudny? (Błagam, abym nie zszedł zbyt nisko z tymi pytaniami, które się mnożą, mnożą… mnożą!). Jeśli przyjaciel jest poetą, literatem, nieżyjącym w dodatku, to czy na niego możemy się obrazić?

Czasem mamy poczucie, czytając kolejny dramat autora, jego ograniczeń, powtarzalności motywów, impotencji twórczej, naśladownictwa innych pisarzy bądź siebie samego po latach… W życiu jest bardzo podobnie, nieraz paskudnie nudzi nas nasz najlepszy przyjaciel, zwłaszcza gdy przebywamy z nim dłużej i widzimy niedoskonałości w pełnej krasie… Posługuje się tym samym słownikiem językowym, opowiada wciąż o tej samej fascynacji, okazuje innym przesadne względy, ma te same tiki nerwowe, ukazuje nam się niezwykle nudną postacią, konstatujemy sobie tak w myślach, zapominając jak często my sami jesteśmy groteskowi, posługując się tym samym schematem badawczym, którym zdiagnozowaliśmy nudę w przyjacielu.

*Najbardziej polecam też otwarty szpital dla obłąkanych przy ulicy Dobrej w Warszawie, potocznie zwany BUWem.

PMGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Paweł Majcherczyk
Absolwent filologii polskiej z logopedią Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie pracuje jako logopeda i nauczyciel języka polskiego w Zespole Szkół Ogólnokształcących. Współpracuje jako logopeda ze Środowiskowym Ośrodkiem Pomocy Społecznej. Prywatnie prowadzi zajęcia z osobami z afazją. Prowadzi bloga: PM Logopedia. W wolnej chwili pisze wiersze, swoją poezję publikował w takich czasopismach jak: Akant, Aspiracje.

Komentarze
Komentarze do:

"Refleksja na temat przy-jaźni"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję