Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Przed Państwem…

ZAKZANE

Franciszek Ledóchowski – galeria Black&White (10)

Artysta: Franciszek Ledóchowski
Urodzony  1 sierpnia 1981. Studiował w Europejskiej Akademii Sztuk (gdzie duży wpływ wywarł na niego Franciszek Starowieyski),  Ecole Superieure des Beaux Arts d’Angers (Francja) oraz na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych na wydziale grafiki,  którą ukończył w 2007. Zajmuje się filmem, fotografią, ilustracją, malarstwem oraz grafiką. Interesuje go problem wielorakości perspektyw postrzegania świata. Posługując się różnymi stylami malarskimi (popartu, abstrakcji czy surrealizmu) stara się wyrazić złożoność widzenia czy lepszego nadawania znaczenia zdarzeniom czy obrazom. Jego malarstwo pozwala tłumaczyć się na wiele sposobów, nie preferując żadnego z tłumaczeń czy żadnego widzenia jako jedynego, właściwego.

Recenzja wystawy Black&White Franciszka Ledóchowskiego
Autor: Piotr Seweryn Rosół 
Tytuł: Franciszek Ledóchowski. Hrabia z Gocławia

Miał być skandal (sam go przecież zapowiadał) i jest skandal. Czarno na białym, wyraźniej chyba nie można. Co więcej, ten skandal jest właśnie czarno-biały. Najnowszy jego cykl, pokazywany ostatnio w warszawskiej MiTo, miał być ucieczką od koloru, bo kolor nagle stał się dla niego przeszkodą w oddaniu wieloznaczności tego, co widzi. W ogóle miał to być radykalny gest zerwania z malarstwem, bo malarstwo okazało się, jak wcześniej filozofia, magia i religia, językiem zawłaszczającym w zupełności przedmiot własnej wypowiedzi. „Chyba jestem jednak rysownikiem, a nie malarzem, – przyznaje – ten cykl jest jakby moim przyznaniem się do winy”. A wyszło inaczej, czego się nie spodziewał, wyszło bardzo malarsko, mimo wszystko, bardzo kolorowo, i nie mniej skandalicznie.

Black&White to skandal łączenia przeciwieństw – niewinność zła, potworność piękna, realizm deformacji, banalność święta i świętość banału. I odtąd nikt już nam nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe, bo nikt nie powie, że łatwo można oddzielić ziarna od plew. Hitler jest dzieckiem a dziecko jest wcieleniem czystego zła, Budda jest człowiekiem a człowiek jest Bogiem. Świat czarno-biały (a nie czarny i biały), to świat, w którym nie można odróżnić bieli od czerni, a więc i dobra od zła, piękna od brzydoty, świat w wiecznej metamorfozie, pełen miejsc niejasnych, niezrozumiałych, a w tym napięciu doprowadzony do skrajności. Franciszek Ledóchowski, zawsze przecież tak precyzyjny i konsekwentny w poszukiwaniu właściwego odwzorowania bogactwa rzeczy i zdarzeń, tym razem okazał się melancholijny, prowokacyjny, na granicy szaleństwa i czytelności, czarno-biały, właściwie nie wiadomo jaki.

Wychował się na Gocławiu, u schyłku PRL-u, w bloku z wielkiej płyty, jak inni bawił się na trzepaku a później walczył o swoje na podwórku. Dla zabicia nudy grał w kapsle, z plasteliny lepił koniki, ludziki, żołnierzyki, i czytał komiksy: Tytusa, Romka i A’Tomka, Koziołka Matołka… Ale jego dom nie przypominał innych domów w tej okolicy, a jego rodzina nie przypominała innych rodzin mieszkających w sąsiedztwie. Za oknem tandeta i bylejakość, i niebezpiecznie po zmroku, a w środku ogromna biblioteka jego ojca – historyka sztuki, kolekcjonera i genealoga. Na ścianach klasycyzm, portrety nobliwych przodków, w salonie meble nie przystające do tej epoki, a wszystko jakby w lepszym tonie oraz dawniejszym smaku. Harmonia i symetria, szacunek dla dorobku pokoleń, ale i smutek wysadzonych z siodła. W tym bloku na Gocławiu mieszkał jak w dworku szlacheckim, w prawdziwym zamieszka niebawem. Magister Franciszek Antoni hrabia Ledóchowski, a nie po prostu Franek.

Trudno się więc dziwić (i ja się wcale nie dziwię), że od zawsze fascynuje go historia, że szuka jej śladów w najdrobniejszych przejawach codzienności, daje nam sceny rodzajowe w aranżacji i rekonstrukcji – kadr z Rejsu, autokar z PRL-u, radziecki znaczek pocztowy z 79 r. Przywołuje na płótnie znane postaci, miejsca, zdarzenia, ale stara się jeszcze przepuścić je subtelnie przez język reklamy, komiksu, gry komputerowej, przywrócić w ten sposób do życia, tu i teraz. A jednak coraz bardziej pociągają go stare, czarno-białe fotografie, coraz częściej chodzi na pchli targ, do antykwariatu, do różnych domów pamięci i muzeów, aż sam wreszcie staje się coraz mniej kolorowy i coraz mniej współczesny. Na tej drodze, jak jego ojciec, wskrzesza niejako tradycje ziemiańskie, w swym zaangażowaniu we wspólne sprawy, w myśli raczej państwowej niż społecznej, w swym dziwnym konserwatyzmie. 

Tytuły prac same mówią już wiele – Wysadzanie torów. Okolice  Sandomierza 1943 r., Tank, SS-Mann, Mongolian’s worrior. Malując pejzaże nieprzypadkowo wybiera altany w parku, dworki, pałace, ogrody, maluje też Mury Mediny. Portret jest dla niego największym wyzwaniem, w portrecie bowiem kumuluje się wszystko, co ma dla niego znaczenie – przeszłość w teraźniejszości (i odwrotnie), biografia wyjątkowej jednostki, nieuchwytna istota rzeczy. Zestaw portretów jest dość zaskakujący – Duchamp, Hitchcock, Chopin, Stanisław Wojciechowski, z rodziny m.in. ks. Zygmunt Ledóchowski, ale też Mussolini i Hitler. Po co maluje Mussoliniego? Po co maluje Hitlera? Jego akurat nie raz, lecz wielokrotnie. Próbuje zrozumieć zło? Odnaleźć w nim banalność czy czystą negatywność?

W Podkowie Leśnej chodzi do szkoły prowadzonej przez Klub Inteligencji Katolickiej i każdą lekcję rozpoczyna od modlitwy „Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze…”. Nie zdąży się już załapać na msze bigbitowe ks. Leona Kantorskiego, ale pamięć o nich jest tu wciąż żywa. W domu łapczywie wsłuchuje się w rozmowy o cudach, zjawiskach nadprzyrodzonych i niezwykłych relikwiach. Zresztą w swojej rodzinie ma kilku świętych (Urszula Ledóchowska i błogosławiona Maria Ledóchowska). Chce zostać księdzem, może żołnierzem, albo Ninja. Ma dużą skłonność do mistycyzmu – ( wszelkich tajemnic ) podsycaną rozmowami toczonymi w domu. Na zawsze zapamięta rozmowy o życiu po śmierci z Eustachym Rylskim. Do świata zjawisk paranormalnych wprowadza go min. Jerzy Prokopiuk, gnostyk, antropozof, znawca twórczości Junga. Prenumeruje wówczas „Czwarty Wymiar”, zajmuje go los potwora z Loch Ness, Czubakabry grasującej w Ameryce Łacińskiej, szuka mitycznej Atlantydy, odkrywa Strefę 51. Bohaterem jego młodości jest Erich von Däniken, potem Jerzy Owsiak, Dalajlama, wreszcie – a jakże – Franciszek I. Rysuje Spidermanów, Thorgala, różnych mięśniaków, superherosów, mocarzy, pociąga go ich niezwykłość, nadzwyczajna siła, tajemna moc. Po fantastyce przyjdzie czas na filozofię, po niej, na religię. Pod opieką Małgorzaty Braunek zacznie praktykować buddyzm, wreszcie poświęci się w zupełności malarstwu.

Pierwszym jego nauczycielem jest Kuba Ćwieczkowski, zwany „Tatą kredką“. Prowadzi pracownię malarską, w której Franek wyrabia swój warsztat, malując pejzaże w stylu Ludwika Maciąga. Drugim, Franciszek Starowieyski, który poświęca mu dużo czasu w Europejskiej Akademii Sztuk, zachęcając do buntu, wyrazistości, prowokacji. A jednak to rzemieślnicza precyzja a nie szaleństwo (de)konstrukcji bardzo długo będzie dla niego wyznacznikiem twórczości. Jeśli się buntuje, to właśnie przeciw sztuce współczesnej a nie dawnym mistrzom. Dopiero zderzenie z amerykańską kulturą popularną, filmami science fiction, multimediami, a zwłaszcza wyjazd do École Superièure des Beaux Arts d’Angers sprawiają, że zaczyna szukać swojego miejsca w ponowoczesności. Znajduje, ale na jej obrzeżach.

Jeśli wyrazić chce więcej niż przedstawia, to robi to tak, by nie zdradzić tego, co niewyrażalne i nieprzedstawialne. Jeśli powiedzieć ma więcej niż to, co zostało powiedziane, to robi to tak, by ujawnić niewystarczalność języka. Paradoks tego, co pokazuje polega właśnie na tym, że ukrywa to, co chce pokazać, mało tego, w zamian wcale nie pokazuje tego, co chce ukryć. W coraz to nowych figurach niewyrażalnego, a także w złudnych obietnicach wyjawienia jakiegoś sekretu, daje świadectwo obecności pełni sensu zawartego nie w tym, co można zobaczyć, lecz w odległym, niedostępnym „gdzie indziej”, zawieszonym jednak w horyzoncie widzialnego. I tak krąży nieustannie wokół czegoś, co Georges Didi-Huberman nazywa widocznym (le visuel) a co wymyka się opozycji widzialne-niewidzialne, a więc opozycji przedstawialne-nieprzedstawialne. Nie daje się bowiem przedstawić, ale istnieje w polu widzenia, i jako takie nie jest niewidzialne.

Ten gest bezustannego przywoływania czegoś, czego wyrazić nie sposób, pozbawiony wszak możliwości skutecznego przywołania, zamienia się w jego pracy w czystą malarską grę, inscenizując swoją bezradność wobec Prawdy, Autentyku czy Światów Równoległych. I choćby z tego powodu (a nie jest to – już wiemy – powód jedyny), stał się Franciszek Ledóchowski malarzem metafizycznym i antynowoczesnym, o ile mi wiadomo, w pejzażu najnowszej sztuki, chyba jedynym.

Franciszka można znaleźć na:
Stronie

Komentarze
Komentarze do:

"Przed Państwem…"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję