Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Mistrz sztuki, która nie daje się złapać

Kochał wszystkich, ale nikt nie kochał jego. To uczucie pojawiło się dopiero kilkadziesiąt lat po jego śmierci, kiedy wypełnione po brzegi widownie największych oper zaczęły oklaskiwać nie tancerzy odtwarzających Święto Wiosny, ale jego – który chciał powiedzieć ludziom, że jest Bogiem.  

waclaw_nizynski

graf. Urszula Zabłocka

Nie pozostawił po sobie potężnych płócien osiągających na aukcjach próg kilkunastu milionów dolarów, maszynopisów przedrukowywanych w tysiącach egzemplarzy czy partytur wykonywanych przez największe światowe orkiestry. Gdyby jednak zachowały się jego baletki, traktowane byłyby jak bezcenna narodowa relikwia.  Miał tego pecha, że okazał się mistrzem ulotnej dziedziny sztuki – nie mógł oczarować sobą kolejnych pokoleń.  A może raczej miał to szczęście, że stał się nieśmiertelną legendą, której służy czas i której wirtuozeria nie zostanie przez nikogo zakwestionowana. Złote dziecko, perfekcjonista, doskonałość, do której nikt się nie zbliżył – podziwiana, oklaskiwana, ale niezrozumiana. Pisał o sobie, że jest cudakiem, klaunem którego zadaniem jest dostarczać rozrywki, robić to, za co zapłaciła światowa śmietanka – rozśmieszać, bawić, nie wychodzić poza schematy.  Chciał tańczyć „dlatego, że czuje, a nie dla tego, że na niego czekają”. Uciekając ze świata, w którym tak źle był rozumiany, trafił do miejsca, gdzie nikt nie uważał go już za Boga, lwa salonowego, celebrytę. Stał się kolejnym, smętnym, anonimowym, ubranym w flanelową piżamę pacjentem szpitala psychiatrycznego i takim pozostał przez trzydzieści lat, aż do śmierci. Panie i Panowie, przez Państwem Wacław Niżyński.

Nie słuchaj melodii, śledź rytm
Dziś okrzyknięty byłby mistrzem performance i prekursorem nowej fali, ale ówczesna mu epoka uznała go za wirtuoza, któremu co prawda nikt nie odmówi perfekcyjnych umiejętności i doskonałej techniki, ale który nie ma pojęcia o sztuce baletu. Kiedy wiernie, bez żadnej dyskusji i cienia refleksji odtwarzał wizje choreografa, oklaskiwano jego geniusz. Kiedy jednak rozpoczął swoją krucjatę bezmyślnego i machinalnego powtarzania tanecznych schematów – brawa ucichły, a jego los powierzono psychiatrom. To, że został odrzucony przez współczesną mu publikę i zrozumiany dopiero po śmierci nie uwiarygodnia jego geniuszu, sugeruje raczej, że pojawił się na scenie kilkanaście lat za wcześnie, kiedy szczelnie zamknięty świat sztuki nie był w stanie tolerować łamiących konwenanse wizji szalonego indywiduum.

Coco Chanel, która w 1913 roku, podczas premiery „Święta Wiosny” zasiadała na widowni paryskiej opery, opowiadała, że zszokowana była nie tyle samą sztuką, ile tym, co działo się później. Choreografia Niżyńskiego podzieliła francuską elitę do tego stopnia, że miało dojść do rękoczynów. Co takiego zrobił dwudziestoczteroletni Wacław, że dystyngowani biznesmani, ludzie polityki, wykształceni amatorzy teatru, nie zwracając uwagi na swoje drogie fraki, skakali sobie do gardeł? Swoją pracą złamał wszystkie żelazne zasady baletu. Zamiast melodyjnych dźwięków Debussy’ego, orkiestra odtwarzała takty libretto Strawińskiego, w którym rytm wysuwał się na pierwszy plan, przyćmiewając melodię (a niekiedy całkowicie ją ignorując). Stroje niczym nie przypominały obcisłych trykotów podkreślających anorektyczną sylwetkę tancerzy – klasyczny krój zastąpiły luźne łachmany, które w zespół z przerysowanym makijażem zamieniającym twarze w maski przeobraziły baletmistrzów w szmaciane kukiełki. Największe oburzenie wywołała jednak sama choreografia. Niżyński chciał gestami opowiedzieć historię prasłowiańskiego obyczaju, pogańskiego Święta Wiosny, rytuału, który kończy śmierć młodej dziewczyny, dlatego ruchy tancerzy miały być tak samo pierwotne, jak charakter obrządku. Żadnych perfekcyjnych allongre, arrondi, battu. Stopy baletmistrzów skierowane były do wewnątrz, dokładnie na przekór tradycyjnemu ułożeniu, ciała powyginane w nienaturalnych pozach, deformujących wręcz sylwetkę. Na dokładkę każdy tancerz został solistą – wszyscy wykonywali chaotyczne podskoki (które ponoć trenowali do upadłego) i sprawiali wrażenie, że tańczą każdy sobie, nie bazując na jakimkolwiek schemacie. Wulgarna tematyka, ciężka, przytłaczająca muzyka, gwałtowne i ostre ruchy, kostiumy jak z przedszkolnej inscenizacji rzucone w ramiona publiczności wiernej swoim klasycznym gustom zostały w zasadzie jednomyślnie skrytykowane i odrzucone – poza kilkoma głosami aprobaty, praca Niżyńskiego nie doczekała się wówczas określeń innych jak absurdalna, ordynarna, skandaliczna. Co popchnęło młodego, introwertycznego tancerza do rozpoczęcia rewolucji w sztuce i określenia na nowo granic estetyki? Geniusz, wizjonerstwo czy próżność podszyta głupotą?

Nie sposób zrozumieć złożonej osobowości Niżyńskiego (a co za tym idzie – jego sztuki) bez lektury – trudnej i żmudnej – jego dzienników. Pisane nieprzerwanie przez sześć tygodni po ostatnim publicznym występie, poprzedzają jego wyjazd do Szwajcarii, który miał być cudowną terapią coraz mocniej zatracającego się w chorobie psychicznej tancerza. W rzeczywistości podróż okazała się początkiem trzydziestoletniej tułaczki po szpitalach psychiatrycznych. Czy to wpływ schizofrenii, paranoicznego pragnienia doskonałości, niekończącej się zabawy z granicami tożsamości (a może wszystko na raz) – trudno rozstrzygać z tak odległej perspektywy. Ta niejasność sprawia jednak, że obraz Niżyńskiego staje się jeszcze bardziej intrygujący. 

Bóg tańca, wariat, rewolucjonista, ignorant
Sztuka nieczęsto miała do czynienia z kimś tak wybitnym, ale i tak niejednoznacznym. Urodzony na terytorium Cesarstwa Rosyjskiego, mówiący po rosyjsku, uważał się za Polaka. Po odejściu ojca Niżyńskiego – Tomasza, warszawskiego baletmistrza – matka Wacława, Eleonora (również polska tancerka) zdecydowała się na przeprowadzkę z Kijowa do Petersburga. Pozornie nieistotna zmiana miała kolosalny wpływ na dzieje baletu – to w petersburskiej szkole jedenastoletni Niżyński rozpoczął naukę tańca. Zadebiutował siedem lat później, na deskach Teatru Maryjskiego – chudziutki osiemnastolatek o niesłychanej technice, partnerujący osławionej Matyldzie Krzesińskiej. To musiało zachwycać. Czy ośmielony aprobatą z jaką przyjmowano jego taniec czy znudzony obowiązującymi standardami, kilka lat później, podczas występu w Petersburgu, Niżyński pokazał się publiczności w mocno opinającym ciało trykocie i króciutkiej kurtce – taki gest skutkował zwolnieniem z teatru, ale okazał się niespodziewanie początkiem najowocniejszej i najtrudniejszej relacji w jaką miał się zaangażować.  

Jest człowiekiem złym i lubi chłopców
Sergiusz Diagilew zapraszając Niżyńskiego do swojego zespołu baletowego doskonale zdawał sobie sprawę, jak dobrego dobija targu. Zyskiwał nie tylko doskonałego tancerza, ale i wrażliwego, pochłoniętego pracą i całkowicie oddanego dążeniu do perfekcji człowieka. Sam Niżyński zyskał nie tylko nowego pracodawcę – Diagilew okazał się jego najważniejszym mentorem, partnerem, sponsorem i kochankiem. Rosyjski impresario baletowy potraktował Niżyńskiego jako swój najważniejszy projekt  i dokumentnie zaangażował się proces stwarzania jego legendy. Warsztatowo nie miał mu zbyt wiele do zaoferowania – nastoletni Wacław przewyższał go umiejętnościami, technika wymagała nieznacznego doszlifowania. Diagilew zamienił zatem scenę na wąskie biblioteczne alejki i głuche muzealne korytarze, uparcie kontynuując plan wielopoziomowego rozwoju Niżyńskiego. Chciał mieć (w swojej grupie baletowej, podczas obiadów ze śmietanką towarzyską, w swoim łóżku) nie tylko genialnego tancerza, ale i obytego intelektualistę zachwycającego  intrygującymi uwagami. Wykazał się takim samym talentem tworzenia, co destrukcji. Inspirował Niżyńskiego (jak choćby podróżą do Grecji, gdzie widok antycznych malowideł był impulsem do stworzenia chorografii „Popołudnia Fauna”), wprowadził w świat wpływowych osobistości (a później uczynił jego częścią), forsował jego nowatorskie – wtedy uważane za dziwne i absurdalne –  wizje baletu. Nie można mu odmówić znaczącego wpływu jaki miał na twórczość Niżyńskiego. Jednak podczas gdy w teatrze był zapatrzonym w swoje odkrycie otwartym artystą, poza nim stawał się wymagającym bezwarunkowego posłuszeństwa, histerycznie zazdrosnym malutkim człowieczkiem. Otwierał nowe drzwi, ale katował swoją paranoją. Pobudzał do przełamywania form, ale tłumił indywidualizm wykraczający poza ściany teatru. Wierny partner i bezwzględny tyran. Tak samo zachwycający, jak odrzucający. Z nikim innym Niżyńskiego nie łączyła tak silna więź – nikt inny nie rozwijał go w takim samym stopniu, jak niszczył.

Mając trzydzieści lat, Bóg tańca był perfekcjonistą ogarniętym manią doskonałości, przekraczającym granice samego siebie. Pracoholikiem podporządkowującym wszystko tańcu – od planu dnia, po składniki diety. Przekonanym o swoim geniuszu artystą i skrajnie introwertycznym, niedojrzałym chłopcem. Mężem kobiety, którą tak samo mocno kochał, jak nie mógł znieść jej obecności. Kochankiem porywczego i paranoicznie zazdrosnego, ale wpływowego mężczyzny. Tancerzem, na cześć którego piano peany i siejącym przerażenie, chaotycznym schizofrenikiem. Takich skoków – od doskonałości do chaosu, od piedestału do podstaw, od pewności do zagubienia – nie zniósłby nikt wrażliwszy niż drewniany kołek.

Sto lat temu jego wizje wywołały największe w historii teatru tańca skandale. Dziś widziane są jako początki sztuki nowoczesnej, pomost między klasyką a nową estetyką. Niżyński kochał wszystkich, ale nikt nie kochał jego. To uczucie pojawiło się dopiero kilkadziesiąt lat po jego śmierci, kiedy wypełnione po brzegi widownie największych oper zaczęły oklaskiwać nie tancerzy odtwarzających Święto Wiosny, ale jego – który chciał powiedzieć ludziom, że jest Bogiem.

Komentarze
Komentarze do:

"Mistrz sztuki, która nie daje się złapać"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję