Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Marsylia – miasto ambiwalentnych uczuć

Nie wiem czy bardziej kocham to miasto, czy nienawidzę. Czy częściej czuć w nim zapach morza, lawendy i prowansalskich ziół, czy nieprzyjemną woń brudnych, zaśmieconych ulic. Jedno jest pewne – jeśli nie straszna wam spontaniczność, nie lubicie robić planów i szukacie doznań – z pewnością musicie odwiedzić Marsylię, miasto leżące na południu Francji. 

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Trochę historii

Marsylia jest najstarszym miastem Francji i drugim, co do wielkości, zaraz po Paryżu. Położona jest nad Morzem Śródziemnym w regionie zwanym Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Jej założycielami byli Grecy z Fokai, a samo powstanie datuje się na około 600 rok p.n.e. Marsylia została zajęta przez Francuzów dopiero w 1481 roku. Nie oszczędziła jej II Wojna Światowa, podczas której została zbombardowana i znacznie zniszczona. Obecnie Marsylia jest największym portem handlowym we Francji, ale i jednym z ważniejszych w Europie. Hymnem Francji jest Marsylianka, która nie bez przyczyny budzi skojarzenia z miastem. Śpiewana była przez bataliony Marsylii podczas marszu na Paryż w lipcu 1792 roku, lecz pieśnią narodową stała się ostatecznie dopiero w 1879 roku. Dość już jednak historii.

Nie mówią o niej w superlatywach

Czytając o Marsylii, często natrafiamy na stwierdzenia, że miasto nie cieszy się dobrą sławą, „że można w niej stracić nie tylko portfel, ale i zęby”, ale i rady, aby nie zapuszczać się wieczorami w dzielnice biedoty i unikać prowokujących zachowań. Prawdą jest, że Marsylia jest miastem multikulturowym, a znaczną część jej mieszkańców stanowią imigranci. Przed swobodnymi wieczornymi przechadzkami ostrzegał nas także mieszkający tam na stałe znajomy i sugerował uważać na torbę w najstarszej dzielnicy Le Panier. Potwierdził, że w mieście zdarzają się strzelaniny. Po dwóch wyjazdach do Marsylii nadal żyjemy (ja i mój partner) i nic nam nie skradziono – może uważaliśmy, a może mieliśmy szczęście. W tym mieście jednak dzieje się wiele dziwnych rzeczy.

Planuj zwiedzanie bez komunikacji

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Na dziesięć dni, jakie łącznie spędziliśmy w Marsylii (po pięć na każdy wyjazd), komunikacja miejska nie funkcjonowała aż trzy razy. Dwa razy był to strajk (pierwszy, jeśli dobrze pamiętam, miał na celu wywalczyć luźniejsze spodnie dla kierowców), raz było to święto pracy. Warto dodać, że strajk przy drugiej wizycie powitał nas już pierwszego dnia, a spowodowane tym korki, nie pozostawiły innej alternatywy jak spacer z walizką brzegiem morza (na szczęście do bezpiecznej dzielnicy). Znajomy śmiał się, że mieszkając w Marsylii trzeba mieć samochód, motor i łódkę, bo w tym mieście nigdy nic nie wiadomo. Myślę, że jest w tym dużo prawdy. Osobom jadącym do Marsylii doradzam zabrać wygodne buty i być przygotowanym na długie przechadzki, a w dniu wyjazdu wyruszyć na lotnisko dużo wcześniej. Jeśli jednak komunikacja szczęśliwe będzie funkcjonować – do autobusów wsiadamy przednimi drzwiami, a wychodzimy środkowymi. Bilet można kupić bez problemu u kierowcy. Nie liczmy, że autobus przyjedzie zgodnie z rozkładem.

Pogody nie przewidzisz

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Podczas pierwszego pobytu (wrzesień) pogoda była cudowna, na tyle cudowna, że byłam na nią nieprzygotowana, a z letnich rzeczy zabrałam jedynie spódnicę. Za drugim razem (początek maja) wcześniejsze doświadczenia i wewnętrzne przekonanie, że to przecież południe Europy, nie zdołały uśpić mojego rozsądku. Prognoza pogody zapowiadała jej załamanie, postanowiłam więc na wszelki wypadek zabrać ciepłe ubrania, mimo że znajomy przypominał nam o kostiumach kąpielowych. Moje intuicje i brak zaufania do miasta potwierdziły się. Marsylia ugościła nas zarówno słońcem, całym dniem deszczu, jak i… mistralem. Jest to suchy, porywisty wiatr wiejący na południu Francji. Był on na tyle silny, że ciężko było iść, a moje okulary szybko pokryła warstwa soli z morza. Mimo dwóch swetrów, kurtki, czapki i chusty, było mi naprawdę zimno. Nie lubię wiatru, a takiego wiatru nigdy wcześniej nie przeżyłam. Planując wyjazd, koniecznie sprawdźcie prognozę pogody. Za drugim razem lato w Marsylii zaczęło się w dniu naszego wyjazdu (szkoda tylko, że słońce podziwialiśmy z hali odlotów, czekając na opóźniony godzinę samolot).

Bon appetit!

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Zawał serca i mocne doznania możecie zafundować sobie zamawiając słynną, marsylską zupę rybną Bouillabaisse. Jej nazwa pochodzi od czynności, jakie wykonuje się podczas jej przyrządzania – gotowanie i odcedzanie. Początkowo ten rarytas był prostą strawą rybaków, którzy przygotowywali ją z resztek, jakie pozostały im po połowach. Dopiero dodanie do niej szafranu sprawiło, że stała się znaną potrawą kuchni prowansalskiej. Do jej przygotowania wykorzystuje się różne gatunki ryb i owoców morza, czosnek, pomidory, oliwę, pieprz, szafran i skórkę pomarańczy, a w Marsylii podaje z pieczywem zwanym marette. Dlaczego jednak jej skosztowanie jest przygodą pełną wrażeń? Intensywny smak zupy to jedno, ale zabójcza jest dopiero jej cena, która wynosi w marsylskich restauracjach średnio 50 euro (tak, to ponad 200 zł). Jeśli nie szkoda wam fortuny na zupę – warto. Osobiście jej nie zamówiłam, próbowałam jedynie od śmiałka zarabiającego w euro. Dla mnie potrawą, którą koniecznie trzeba spróbować w Marsylii, ale i we Francji (chociaż jej korzenie znajdujemy w Belgii), jest Moulesfrites – mule przyrządzane na wiele sposób z… frytkami. Jakkolwiek dziwne może wydawać się wam to połączenie – jest to strzał w dziesiątkę. Poza spróbowaniem owoców morza, warto wybrać się także do chińskiej restauracji (dobrze czytacie) i zamówić m.in. spring rolls, czyli ruloniki z papieru ryżowego wypełnione świeżymi warzywami, makaronem sojowym, krewetkami. Co prawda nie byłam nigdy w Chinach, ale takich spring rollsów jak w Marsylii nie jadłam nigdzie! Z napojów zamówcie Pastis – likier o smaku anyżowym z dodatkiem wody mineralnej, który pije się jako aperitif (głównie we Francji).

Lawendowe mydło

Trafnym skojarzeniem ze słowem Marsylia jest marsylskie mydło. Pierwsza francuska manufaktura powstała w XIV wieku, a w 1688 Jean Baptiste Colbert zastrzegł nazwę savon de Marseille dla mydeł wytwarzanych na bazie oliwy z oliwek właśnie w regionie marsylskim. Co wyróżnia mydło z Marsylii? Powstaje ono w lokalnych manufakturach, z tego też powodu przywiązuje się wagę do jakości każdej kostki. Jest produktem naturalnym i zawiera co najmniej 72% olejów roślinnych. Ma działanie bakteriobójcze, jest łagodne dla skóry, hipoalergiczne, odżywcze, wydajne… oraz pięknie pachnie. Najpopularniejszym zapachem jest oczywiście woń lawendy (to właśnie w Prowansji znajdują się słynne lawendowe pola). Koniecznie więc dopiszcie wizytę w sklepie z mydłem do swoich priorytetów podczas pobytu w Marsylii.

Co warto zobaczyć

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Do miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Marsylii należy Vieux Port (Stary Port), a którego piękne zdjęcie można wykonać z samolotu, rezerwując miejsce przy oknie po prawej stronie maszyny (tu dodam, że lotnisko w Marsylii ma dość krótki pas, więc przygotujcie się na mocne hamowanie). Port jest główną przystanią dla statków w mieście, na targu rybnym można tu kupić świeże ryby, a w jego okolicy znajduje się wiele restauracji, barów i kawiarni. Znakiem charakterystycznym Marsylii jest widoczna z wielu punktów miasta, znajdująca się na wzgórzu bazylika Notre Dame de la Garde. Trud wspinaczki na szczyt zostanie nam zrekompensowany przepięknym widokiem na miasto i port, jaki rozciąga się z tarasów bazyliki.  Nieco oddalony od centrum, ale wart zobaczenia jest Palais Longchamp z piękną kaskadą fontann. W jego prawym skrzydle mieści się Muzeum Historii Naturalnej, w lewym – Sztuk Pięknych. Za pałacem znajduje się zaciszny park. Jeśli mamy trochę więcej czasu, koniecznie zobaczmy calanques – formacje skalne charakterystyczne dla południowej-wschodniej Francji. Calanques to trudno dostępne dolinki o stromych zboczach, powstałe z głęboko wciętych skał wapiennych. Do niektórych z nich można dotrzeć jedynie drogą morską (kiedy wracaliśmy z calanques przy naszej pierwszej wizycie, w połowie drogi powrotnej natrafiliśmy na strajk komunikacji – Marsylia zafundowała nam wtedy ponad godzinny spacer brzegiem morza w pełnym słońcu). To tylko nieliczne atrakcje turystyczne miasta. Zainteresowane osoby odsyłam po więcej informacji do przewodników.

Warto czy nie?

Oczywiście, że warto zobaczyć Marsylię. Mimo złej sławy, jaką się cieszy, brudu, mdłego zapachu zaśmieconych ulic czy niebezpieczeństwa czyhającego za rogiem. Bądź co bądź jest to miasto położone nad morzem, latem rosną tu figi, a powietrze ma zapach lawendy i rozmarynu (nawet jeśli dochodzi on jedynie ze sklepu z mydłem). Jednak w żadnym innym miejscu dotychczas nie miałam tyle pecha, który mogę zarówno zawdzięczać przypadkowi, mojemu nastawieniu, jak i niezbadanej metafizyce miasta. Za metafizyką przemawiałby fakt, że nasi znajomi, który przylecieli z Włoch, zostawili w Marsylii… kluczyki do samochodu. Jeśli będziecie mieli naprawdę dość tego miasta – dajcie mu szansę podczas wieczornego spaceru brzegiem morza lub odpoczywając na jednej z plaż. Mam też rozwiązanie dla osób mniej odważnych i żądnych przygód. Piękne ujęcia miasta (bez wychodzenia z domu) można podziwiać, sięgając po wciągający serial Marseille (2016).

Komentarze
Komentarze do:

"Marsylia – miasto ambiwalentnych uczuć"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję