Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

9

Przestrzeń
#9

Listopad kojarzy się przede wszystkim z pamięcią. To czas refleksji i zadumy. Kolorowe dywany z liści otulają ziemię, a my otulamy się w coraz cieplejsze szale. Powoli przygotowujemy się na nadejście nieuniknionej zimy. To wspaniały czas, aby zatrzymać się i zajrzeć w siebie.

Będąc w listopadowym nastroju, w dziewiątym już numerze Magazynu Przestrzeń, podejmujemy temat pamięci. Zastanawiamy się nad siłą naszych wspomnień. Uczymy się je pielęgnować. Powracamy do czasów dzieciństwa, aby odkryć nasze Wewnętrzne Dziecko, ale i przypomnieć sobie potężną moc zabawy. Odwiedzamy miejsca pamięci, obok których zazwyczaj przechodzimy obojętnie. Cofamy się do XIX wieku, by poznać Ernestynę L. Rose – feministkę polskiego pochodzenia. Dowiadujemy się o ciekawym projekcie Coffeeandbookbox. Rozmawiamy także z Joanną Matusiak, znaną także jako Manufaktura Splotów – o docenianiu codzienności. 

W numerze nie zabrakło recenzji książkowych: zatrzymujemy się nad Kobietą dość doskonałą Sylwii Kubryńskiej Pokoleniami Katarzyny Drogi. Wspominamy gwiazdy kina, które odeszły zbyt szybko. Poznajemy także kolejnego zdolnego twórcę – Izabelę Siemiątkowską.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Pamięć

„Powtarzam, że najmniej ważne z jego wspomnień było bardziej precyzyjne i żywsze niż nasze odczucie największej radości ciała lub największej spośród jego tortur (…) Pomyślałem, że każde moje słowo (i każdy mój gest) będzie trwało w jego bezlitosnej pamięci; onieśmielił mnie lęk pomnażania niepotrzebnych gestów.” Jorge Luis Borges, Pamiętliwy Funes

pamięć

fot. Magazyn Przestrzeń

 

Komentarze

Siła wspomnień

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Mam w głowie taki obrazek: kuchnia w domu moich dziadków, maleńkie płaczące dziecko – moja nowonarodzona siostra, kołysana w wózku przez mamę. To moje pierwsze wspomnienie. Miałam wtedy nieco ponad 3 lata. Niestety, z wcześniejszego okresu życia nie pamiętam nic, obrazki z mojego niemowlęctwa to tylko wyobrażenia stworzone na podstawie przekazanych przez rodziców i dziadków historii.

Nasze wspomnienia trwają dzięki funkcjonowaniu niezwykłego procesu poznawczego zwanego pamięcią. Żeby przybliżyć sposób jej działania muszę odwołać się do kilku naukowych sformułowań. Obiecuję, nie będzie długo. Pamięć czyli co? Po pierwsze jedna z funkcji ludzkiego umysłu. Po drugie zdolność do rejestrowania i przywoływania informacji, skojarzeń i wrażeń zmysłowych. To także aktywny system umysłowy odbierający, kodujący, modyfikujący i wyszukujący informacje. Poza rozbudowanymi definicjami pamięci, do zaliczenia psychologii poznawczej na studiach, trzeba było umieć opowiedzieć o różnych teoriach jej funkcjonowania, rodzajach itd. Nie zrobię tego tutaj, bo chciałabym, żeby ktoś dobrnął do końca tekstu 

Wspomnienia przechowywane są w magazynie zwanym pamięcią długotrwałą, konkretnie w pamięci autobiograficznej. Ta jej część odnosi się właśnie do naszej przeszłości. A co przede wszystkim zapamiętujemy? Wszystko to, co jest wyraziste, zrozumiałe, na czym mocno się skupiamy, a przede wszystkim to, co wywołuje w nas silne emocje. Zastanów się przez chwilę: jakie jest Twoje najwcześniejsze wspomnienie? Pamiętasz jakieś obrazy, dźwięki, odczucia z bardzo wczesnego dzieciństwa? A może dopiero coś z czasów szkoły lub jeszcze później? Jakiego rodzaju wspomnienia przechowujesz w swojej głowie i sercu? Czy są to głównie te dobre, miłe, od których ciepło robi się na samą myśl, chce się żyć i dają motywacyjnego kopniaka do działania? Czy wręcz przeciwnie, najczęściej przywołujesz momenty porażek, łez, złych dni?

Warto sobie uświadomić, jak to działa w naszym przypadku, ponieważ pielęgnowanie wspomnień dobrych czy złych wpływa na nasze funkcjonowanie, na widzenie świata, podejście do ludzi. Potrafi nastroić nas na cały dzień albo zmienić humor w jednej chwili. Dlatego ważne jest wspominanie dobrych chwil, dobrych ludzi, dobrych uczynków i sukcesów, wzmacnianie się nimi, korzystanie z ich energii. Nie twierdzę, że nie bywa odwrotnie. Przecież jednym z głównych napędów do działania człowieka jest złość, więc pewnie niektóre negatywne wspomnienia sprawiają, że bierze się on w garść i zaczyna walczyć. Pytanie jak długo i jak daleko na takiej motywacji zajedzie oraz jak bardzo się przy tym wypali. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć, który model działania jest mu bliższy i bardziej dla niego korzystny.

Kim bylibyśmy bez dostępu do zasobów naszej pamięci? Czy bylibyśmy w ogóle? Pamięć to wszystkie doświadczenia, wspomnienia, uczucia, to trwanie przeszłości umożliwiające budowanie przyszłości. „Pamiętaj o mnie…”, „Zapamiętaj sobie raz na zawsze!”, „A przypomnij sobie, jak…” Ludzie, emocje, zapachy, obrazy, dźwięki, przyjemne i te mniej, odczucia pozytywne i negatywne, niesamowita różnorodność. Pamięć jest wyrazem całej osobowości. Ernest Hemingway mawiał: „Szczęście to po prostu dobre zdrowie i zła pamięć”. A może spojrzeć na to odwrotnie? Dobra pamięć i dobre wspomnienia pomagają szczęście budować, poszukiwać go metodą prób i błędów. Ważne, żeby nie żyć tylko przeszłością, ale skupić się na przeżywaniu chwili obecnej, która za moment też stanie się wspomnieniem. Żeby było, co wspominać.

Komentarze

Wewnętrzne dziecko

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Pojęcie Wewnętrznego Dziecka pochodzi z koncepcji Erica Berne’a. Jest on twórcą analizy transakcyjnej, czyli teorii wyjaśniającej relacje (nazywane tutaj transakcjami) międzyludzkie. Berne podzielił Ja na trzy stany: Rodzica, Dziecka i Dorosłego. Każde z tych stanów to zbiór zachowań, które reprezentujemy w danej sytuacji. I tak, gdy nasze zachowanie jest kopią rodzicielskich działań, wtedy mówimy o uaktywnieniu się stanu Rodzica. Kiedy powtarzamy nasze dziecinne działania – włącza się Dziecko. Stan Dorosłego z kolei, pozwala na bezpośrednie reagowanie na sytuację i bycie tu i teraz. Każdy z tych stanów jest nam potrzebny do prawidłowego funkcjonowania. Dorosły umożliwia skuteczne działanie, rozwiązywanie życiowych problemów w oparciu o naszą wiedzę i umiejętności. Rodzic pozwala na życie w harmonii z innymi, ponieważ zwraca uwagę na przestrzeganie zasad i reguł. Dziecko pozwala nam czuć się spontanicznie, jest konieczne byśmy mogli się bawić i uruchamiać nasze naturalne pokłady twórczości.

Jakie jest nasze Wewnętrzne Dziecko? To zależy od naszych najwcześniejszych doświadczeń. Tak naprawdę nie ma jednego Dziecka, ale wiele różnych Dzieci, które niosą w sobie pamięć z kolejnych okresów naszego życia, od najmłodszych lat niemowlęctwa po okres dojrzewania. Podosobowość Dziecka jest zbiorem doświadczeń pochodzących z naszego dzieciństwa, w których zawarte są nasze podstawowe potrzeby, pragnienia, intuicyjne myślenie oraz kreatywność. Stamtąd wywodzą się nasze emocje, odczucia i energia.

Rodzimy się naturalnie spontaniczni, pełni radości i chęci do zabawy. Niestety, na skutek kolejnych doświadczeń, coraz bardziej się zamykamy. Rodzic, który ciągle był z nas niezadowolony, nauczyciel, który nie docenił naszej pracy domowej i uznał, że za mało się staramy, choć włożyliśmy w to tyle wysiłku… Małe cegiełki, które budują w nas kolejne blokady. Odrzucenie, niezasłużona krytyka czy też wyśmianie jest dla dziecka traumą, uczy się wtedy nie czuć, wypiera swoje emocje daleko poza świadomość. Tak jest łatwiej przetrwać. Efektem tego jest ciągłe spięcie i bycie przygotowanym na atak (a w efekcie permanentny stres), brak energii i odwagi do realizowania swoich marzeń. Dzieciństwo dawno mija, a my traktujemy swoje Wewnętrzne Dziecko tak jak zostaliśmy tego nauczeni. Ile razy karzemy się za porażki? Co mówimy sobie, kiedy coś nam nie wyjdzie? Jak traktujemy siebie, gdy zwolnią nas z pracy, gdy na nasz wykład nikt nie przyjdzie, gdy inni zapomną o naszych urodzinach? Powtarzamy sobie, że jesteśmy do niczego, że mamy to, na co zasłużyliśmy, że nie jesteśmy nic warci. A co by było gdyby któraś z tych sytuacji przytrafiła się naszemu najlepszemu przyjacielowi? Czy coś w naszym zachowaniu zmieniłoby się?

Kiedy Wewnętrzne Dziecko jest skrzywdzone i wciąż na nowo odrzucane, zaczyna się buntować. Robi to w najmniej spodziewanych momentach. Przejawia się to nagłymi atakami histerii czy złości, działaniami, które po fakcie wydają nam się irracjonalne i nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, dlaczego tak się zachowaliśmy. W nagłym przypływie złości potrafimy zupełnie bez powodu nakrzyczeć na ukochaną osobę, bez namysłu po awanturze z szefem rzucić pracę, czy też godzić się na nadużycia w stosunku do swojej osoby.     

Czujące, wrażliwe dziecko jest bazą naszych emocji. Żeby nawiązać kontakt ze swoimi uczuciami i móc je zaakceptować, musimy pozostawać w kontakcie z tym właśnie dzieckiem. Praca z Wewnętrznym Dzieckiem polega przede wszystkim na uświadomieniu sobie jego istnienia, a następnie pokochaniu go, zaopiekowaniu się nim i wspieraniu, a także konsekwentnym wypełnianiu jego potrzeb. Jak się za to zabrać? Wyobraź sobie jak traktujesz swojego najlepszego przyjaciela albo swoje własne biologiczne dziecko. Akceptujesz je takim, jakim jest, pocieszasz, kiedy przydarzy mu się krzywda. Jesteś przy nim, gdy inni go opuścili, ramiona masz mokre od jego łez. A teraz pomyśl o sobie jak o swoim dziecku czy najlepszym przyjacielu. Wysłuchaj swojego Małego Ciebie. Być może to Dziecko ma wobec ciebie wiele skrywanej złości, może się boi. Daj mu czas się wypłakać, przytul je w wizualizacji, uśmiechnij się do siebie w lustrze. Zwróć się do Niego po imieniu, zdrobniale, w końcu jest Dzieckiem. Obiecaj mu, że nigdy już nie pozwolisz go skrzywdzić, że od tej pory zawsze będziesz przy nim. Przeproś je za wszystkie złe rzeczy, które mu wyrządziłeś i obiecaj, że już nigdy go to nie spotka. Posłuchaj, co ma ci do powiedzenia. I wracaj do niego. Sprawdzaj, co u niego słychać. Tłumacz mu rzeczy, których się boi, sprawdzaj czego potrzebuje.

Po co to wszystko? Kiedy tłumimy w sobie Wewnętrzne Dziecko, zamykamy się na jego energię. Dzieci są spontaniczne, mają żywą wyobraźnię, są naturalnymi twórcami – lepią, składają, rysują. Ich kreatywność nie zna granic – elfy, zaczarowane wróżki i mówiące samochody to ich przyjaciele. Mają odwagę do eksplorowania świata i realizowania swoich pomysłów. Zawsze są gotowe do zabawy pełnej radości. Ty też kiedyś taki byłeś. I ja. Ten aspekt nas jest częścią Wewnętrznego Dziecka. Dopuszczenie go do głosu, pozwala nam znów cieszyć się życiem, tak jak dzieci. Dziecko przechowuje również pamięć o relacjach. Kiedy odkryjemy w sobie małe, bezbronne dziecko, którym się zaopiekujemy, będziemy gotowi wejść w związek intymny z inną osobą. Tylko kochając siebie możemy naprawdę pokochać drugiego człowieka. Kiedy to Dziecko odkryje, że ma sojusznika, przestanie szukać swojej wartości w oczach innych, nie będzie się dowartościowywać w sposób, którego nasz Dorosły nie akceptuje. Będzie mogło rozwinąć skrzydła, a my realizować siebie. Znajdź więc czas dla siebie. Spełnij jakieś marzenie swojego Wewnętrznego Dziecka, daj mu jakiś prezent. Wspieraj i wzmacniaj. Warto!

Komentarze

Zabawy z przeszłości

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Budzisz się rano, biegniesz do pracy, załatwiasz tysiące ważnych, dorosłych spraw. Wykonujesz zadania, planujesz cele, osiągasz kolejne poziomy rozwoju. Pamiętasz o zapłaceniu rachunków, urodzinach rodziców, a nawet porannym bieganiu. Masz czas na wszystko. Jednak czy na pewno?

Kiedy ostatnio obudziłeś się radosny, wypoczęty i z uśmiechem powitałeś dzień? Albo spontanicznie poszedłeś na spacer i cieszyłeś się chwilą w parku? Wybrałeś się na huśtawki, zagrałeś w ulubioną grę, albo spędziłeś cały dzień na przyjemnościach? W zabieganym świecie dorosłego trudno o chwile swobodnej zabawy, na jaką mogą pozwolić sobie dzieci.

Beztroski czas dzieciństwa jawi się jako niemożliwy do przywrócenia. Dla niektórych na zawsze został włożony do szuflady i wspominany jedynie przy okazji urodzin, oglądania rodzinnych fotografii czy w momentach chwilowej zadumy w trakcie świątecznej krzątaniny. Dzieciństwo było czasem, w którym wszystko wydawało się wspaniałe, odległe i zachwycające. Dziwiły zjawiska atmosferyczne, zachowania ludzi, czy piękne przedmioty w sklepie. Z dziecięcą radością zadawaliśmy pytania i bez ustanku szukaliśmy odpowiedzi. Czas płynął inaczej, a każdy dzień wydawał się rokiem, w którym nowe doświadczenia stawały się podwaliną dzisiejszego funkcjonowania.

Kiedy ma się kilka lub kilkanaście lat, głównym zajęciem jest zabawa, która dostarcza wszystkiego, co potrzeba – uczy, bawi, daje wskazówki jak zachowywać się w określonych sytuacjach. Dziecko, dzięki zabawie nabywa wszystkich potrzebnych umiejętności, aby odnaleźć się w świecie. Zabawa pomaga przyswajać sobie nie tylko teorie matematyczne, czy normy społeczne, ale także uczy jak radzić sobie z emocjami, czy rozwiązywać konflikty i szukać kompromisu. Jest naturalnym zachowaniem, które podejmują dzieci w każdym wieku i w każdym miejscu na Ziemi.  Wiążą się z nią konkretne uczucia – radość, szczęście, duma, czasem złość czy wstyd. Dzięki naturalnemu ładunkowi emocjonalnymi słowa, zachowania czy działania są łatwiej zapamiętywane przez dzieci. W konsekwencji potrafią przywołać wszystko, czego nauczyły się one w odpowiedniej sytuacji.

W kolejnych latach, zabawy jest coraz mniej, częściej pojawia się wytężona praca, intensywna nauka, która pozbawiona jest elementów rozrywki, radości czy ciekawości, która rozbudzała umysł. Zabawy i ulubione gry z dzieciństwa odchodzą w niepamięć, a coraz częściej pojawia się narzekanie na trud obowiązków i zniechęcenie towarzyszące pracy.

Człowiek dorosły często zapomina, że w trakcie zabawy uczył się najwięcej w swoim życiu, najłatwiej zapamiętywał wiadomości i przyswajał sobie najtrudniejsze teorie. Rozrywkę traktuje jako wytchnienie od codziennego biegu, nie jako naturalny element codziennej pracy. A co by było, gdyby połączyć zabawę i pracę? Kiedy z dziecięcą radością wstawałbyś każdego dnia, bo wiedziałbyś, że spotka Cię coś fascynującego? Jak wyglądałby dzień wielu ludzi, jeśli uwierzyliby, że nauka materiału do egzaminu może być zabawą, a nowe zadanie w pracy potraktowali jako zdobywanie kolejnego poziomu w grze?

Komentarze

Pielęgnujmy wspomnienia

photo-1432821596592-e2c18b78144f
 
Listopad dla wielu z nas jest okresem wspomnień i refleksji. W naszej kulturze pielęgnujemy wspomnienia o zmarłych, odwiedzamy groby i pochylamy się nad nimi. Myślimy o tych, których z nami już nie ma, a których niekiedy bardzo nam brakuje. Żyjemy aktywnie, szybko i coraz częściej w naszym życiu brakuje miejsca i czasu na refleksję. Ważniejsze staje się mieć niż być. Nasze wspomnienia częściej zapisane są na tablicy Facebook’a i uchwycone na Instagramie, gdzie pamięć o nich ulatuje szybciej niż zebranie kilku „lajków”. Czym są wspomnienia? Dla mnie osobiście są to miejsca, ludzie, smaki, zapachy, które towarzyszyły mi w różnych momentach życia. Często są to małe, wydawać by się mogło,  nieistotne szczegóły. Takie jak kolor plecaka, który miałam w zerówce czy poniedziałkowy smak zupy pomidorowej jedzonej po szkole. Wspomnienia to ślady pamięciowe, które zostają z nami często na zawsze, niektóre zaciera czas i pojawiają się nowe. W pielęgnowaniu wspomnień nie chodzi o to, żeby żyć przeszłością, rozpamiętywać to co było, co się wydarzyło, a co wydarzyć się mogło. Pielęgnowanie wspomnień to powracanie do tego, co było dobre, do herbaty z cytryną, do orzechowego ciasta, którego nigdy już nie zjemy, bo mistrzyni wypieków z nami już nie ma, do kolonii nad morzem, gdzie bezkarnie można było jeść pączki przez dwa tygodnie zamiast obiadu. 
 
Myślę, że pielęgnowanie wspomnień to coś niezwykle ważnego, to one czynią nas takimi, jakimi jesteśmy. Są naszą historią. Dbajmy o nie. Mam kilka sposobów, które pozwalają mi pamiętać cudowne chwile, wracać do miłych wspomnień i dążyć do następnych. Oto one: 
  1. Wywoływanie zdjęć. Myślę, że większość z nas ma albumy z dzieciństwa. Ilu z nas ma albumy ze studiów? Z dorosłego życia ? Nie ogranicza nas już trzydziestosześcio zdjęciowa klisza w aparacie. Zdjęcia widzimy od razu i mamy ich niezliczone ilości gigabajtów. Warto wrócić do tej tradycji wywoływanie zdjęć i z każdej podróży, wycieczki czy fajnego spotkania z przyjaciółmi wywołać kilka zdjęć, włożyć do albumu i opisać.
  2. Pamiątki z podróży. Przemyślane pamiątki z podróży. Mogą być to magnesy na lodówkę, pocztówki. Coś do czego miło nam będzie wracać po latach. Warto założyć też np. album z biletami czy mapami i pochylać się nad nim w długie, zimowe wieczory.
  3. Pamiętnik. Pisanie pamiętnika wydaje się czymś przestarzałym, wszystkie portale społecznościowe zastępują nam pamiętniki, w których z pasją opalało się kartki i zapisywało najskrytsze przemyślenia. Pisanie pamiętnika może być idealnym sposobem na oczyszczenie myśli, nabranie dystansu. Gdy zdarza mi się powracać do dawnych pamiętników, czasem trudno uwierzyć w to, co czytam. Jednak dzięki temu widzę jak bardzo się zmieniłam, dorosłam.
  4. Wspominaj. W rozmowach z rodziną, przyjaciółmi pozwólcie sobie na wspominanie i rozmawianie o „dawnych czasach”, pozwoli to zacisnąć więzi między wami, ale też da dużo uśmiechu i pokaże grzechy naszej pamięci.

Wspomnienia to my. My też je tworzymy. Więc żyjmy tu i teraz i otwórzmy się na nowe, niezwykłe doświadczenia, bogatsi o to, co już przeżyliśmy.

11822519_1173300192696444_2170123242755866304_nGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Joanna Sidelnikow-Brzozowska 
Psycholog, zawodowo związana z handlem i kosmetykami naturalnymi. Marzycielka i miłośniczka kotów. Interesuje się psychologią motywacji i psychologią odżywiania się. Prowadziła grupy wsparcia dla odchudzających się kobiet. Prywatnie żona i zapalona podróżniczka. Wie, że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Autorka bloga Why not now?, gdzie motywuje, zachęca do podróży i odlicza czas do swojej wyprawy marzeń. 

Komentarze

Miejsca pamięci

Czym jest pamięć? O tej porze roku, to pytanie raczej kojarzy nam się jednoznacznie z pamięcią o zmarłych. Wspominamy naszych bliskich, których już nie ma obok nas. A co z pamięcią o osobach, których może nigdy nie poznaliśmy, ale w pełni zasługują na to, by o nich pamiętać? Nawet jeśli żyły bardzo dawno temu, czy zwalnia nas to z tego by ich nie wspominać?

fot. Magazyn Przestrzeń, MB

fot. Magazyn Przestrzeń, MB

Przechadzając się ulicami naszych miast, widzimy różnego rodzaju tablice, pomniki, czy miejsca pamięci. Często nawet nie zwracamy już na nie uwagi. Przywykliśmy do tego, że są i jest ich bardzo dużo, wręcz zrosły się z naszym krajobrazem. Część z nich znamy, kiedyś sami interesowaliśmy się tym, co one symbolizują czy o czym informują, albo oglądaliśmy je podczas wycieczki szkolnej będąc w podstawówce. Ale można by się zastanawiać, czemu one tak naprawdę służą.

Po co?

Nieraz słyszy się narzekanie, że w Polsce nie ma nic poza martyrologią. Niektórzy niechętnie podchodzą do takich tematów, traktując kwestię historii własnej rodziny, historii własnego sąsiedztwa, czy historię własnego kraju jako coś, z czym nie chcą mieć nic wspólnego. Z jednej strony to zrozumiałe, że nikt nie chce żyć jedynie przeszłością. Ale bez znajomości przeszłości nie ma przyszłości. Ani świadomej teraźniejszości. Nikt nie może sobie też wybrać swojej historii: historii własnej rodziny czy historii własnego kraju. A dzieje naszej ojczyzny – czy chcemy czy nie – są wypełniona wydarzeniami, o których nie wolno nam zapomnieć. Niestety dziś mamy z tym problem. Wielu ludzi w ogóle nie interesuje się historią, szczególnie młodych. Trudno im się dziwić, bowiem nauka historii w szkole pozostawia wiele do życzenia. Bywa też tak, że jest ona zawłaszczana, bądź przedstawiana w sposób fałszywy. Największy problem stanowi chyba okres PRL-u, który uniemożliwiał przekazywanie w pełni prawdziwej historii. Dziś jednak sytuacja ta się zmienia. W ostatnich latach powstają nowe (bądź są odnawiane starsze) miejsca, dzięki którym nasza pamięć może trwać.

Semper invicta

Przykładem miasta, wypełnionego po brzegi takimi miejscami, jest Warszawa. Trudno bowiem znaleźć drugie takie miejsce na świecie, które zostałoby tak bardzo mocno doświadczone w całej swojej historii. Największą tragedią dla Warszawy była oczywiście II wojna światowa, a w szczególności powstanie warszawskie. Warszawa musiała zapłacić cenę za swoje nieposłuszeństwo wobec niemieckiego okupanta. Jednak cena ta, wydaje się do dziś niewyobrażalna. Często przechodząc ulicami naszej stolicy, nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jak wielu niewinnych ludzi poniosło okrutną śmierć w wyniku brutalności i bezwzględności Niemców. Dzięki naocznym świadkom, upamiętniono bardzo wiele miejsc, w których zbrodnie te się dokonały.

fot. Magazyn Przestrzeń, MB; Miejsce pamięci przy ul. Górczewskiej

fot. Magazyn Przestrzeń, MB; Miejsce pamięci przy ul. Górczewskiej

 

Rzeź Woli

Jednym z wydarzeń, które w przeciągu ostatnich lat doczekało się godnego upamiętnienia, ale niestety nadal nie istnieje w świadomości wielu zwykłych ludzi, jest rzeź Woli. Terminem tym nazywana jest masowa eksterminacja cywilnej ludności Warszawy, w trakcie powstania warszawskiego. Szacuje się, że na początku sierpnia 1944 roku, w ciągu zaledwie kilku dni, Niemcy wymordowali około 50 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci – mieszkańców Woli. Ludzie ci byli kompletnie bezbronni. Początkowo hitlerowcy działali chaotycznie, zabijając ofiary w ich własnych mieszkaniach, czy w piwnicach, np. wrzucając granaty. Z czasem robiono to w bardziej zorganizowany sposób. Wyprowadzano ludność cywilną z domów i gromadzono ją w wyznaczonych miejscach. Były to miejsca masowej egzekucji. Sterty ciał sięgały kilku metrów wysokości. Następnie były palone, w celu zatarcia śladów. Z tego powodu liczebność ofiar nie jest dokładnie znana.

Miejsce pamięci

fot. Magazyn Przestrzeń, MB

fot. Magazyn Przestrzeń, MB

To tragiczne wydarzenie zostało upamiętnione w kilku miejscach. W 2004 roku powstał Pomnik Ofiar Rzezi Woli, który znajduje się na skwerze Pamięci. Inne ważne miejsce usytuowane jest na ulicy Górczewskiej 32. Nie jest to przypadkowo wybrana lokalizacja. Między innymi na tym obszarze, odbywały się masowe egzekucje. Od 5 do 12 sierpnia Niemcy wymordowali tu około 12 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Ich ciała zostały spalone, a popioły zostały po wojnie przeniesione na Cmentarz Powstańców Warszawy. O ważności tego miejsca świadczy też fakt, że pierwsze uroczystości przy ulicy Górczewskiej, odbyły się już w pierwszą rocznicę tego mordu – 5 sierpnia 1945 roku. Wygląd i forma upamiętnienia zmieniały się na przestrzeni lat. Początkowo był tu jedynie drewniany krzyż. Ostatecznego kształtu, miejsce to nabrało dopiero w 2014 roku. Poza tablicą, która informuje nas o historii tego, co tu zaszło, znajdują się także tablice z nazwiskami pomordowanych tutaj mieszkańców Woli, których udało się zidentyfikować. Drewniany krzyż zastąpiono nowym, nawiązującym w swojej symbolice do spalania ciał ofiar. Całości dopełnia ściana z reliefem, przypominająca mapę powstańczej Warszawy.

„Nasza pamięć o nich świadczy o nas”

Przykład ten może pokazywać, że często bezmyślnie i bezrefleksyjnie mijane przez nas pomniki czy miejsca pamięci, mogą przekazać nam ważną i zaskakującą historię, o której często niestety nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Również pomaga to nam czcić pamięć tych, którzy już odeszli, a o których być może zapomnieliśmy lub nie mieliśmy okazji się o nich nawet dowiedzieć. Za podsumowanie niech posłużą słowa z tablicy znajdującej się przy ulicy Górczewskiej: Ich śmierć jest ceną naszej wolności. Nasza pamięć o nich świadczy o nas.

Komentarze

Nie! Wiele razy: Nie!

Kobieta jest przede wszystkim człowiekiem.

Ernestine L. Rose; Źródło: wikipedia

Ernestine L. Rose; Źródło: wikipedia.org

Ernestyna Susmond Potowska, dziś znana jako Ernestine L. Rose (1810 – 1892) urodziła się w Piotrkowie Trybunalskim na obrzeżach miasta w rodzinie rabina i zamożnej córki kupca. Dzięki wykształconemu ojcu zdobywała więcej wiedzy niż jej rówieśniczki. Uczyła się hebrajskiego i czytała razem z ojcem Talmud. Dość wcześnie zaczęła przeciwstawiać się nakazom wiary. Byłam pięcioletnią buntowniczką – wspominała. Kwestionowała boską sprawiedliwość i przekonanie, że kobieta jest kimś niższym niż mężczyzna, zależnym od niego. Ojciec miał jej odpowiadać: zrozumienie jest ci niedostępne. Jedyne, co do ciebie należy, to przyjąć to, co ci powiedziano. Wiedziała, że ojciec nie musi pracować i może praktykować wiarę, dzięki majątkowi swojej żony. 

Ateistka

Matka zmarła kiedy dziewczynka miała 15 lat. Ojciec postanowił ponownie się ożenić – z rówieśnicą córki – a ją samą zaręczył ze znajomym z gminy. Wtedy Ernestyna zbuntowała się na prawdę.

Wyruszyła saniami do odległego o 126 km (w linii prostej) Kalisza, którego sądownictwu podlegał Piotrków, prawować się z decyzją ojca. Można sobie wyobrazić jak szczupła i drobna siedemnastolatka idzie ulicami Kalisza, aby walczyć o swoją godność. Nie była pewna werdyktu, ale stało się. Uwolniła się od ojcowskiej decyzji o wymuszonym małżeństwie i zyskała prawo do części majątku po matce. Wzięła tylko tyle, ile uważała za potrzebne, resztę zostawiając i ruszyła w drogę. Najpierw do Prus (Wielkiego Księstwa Poznańskiego), gdzie niepruscy-Żydzi nie mieli prawa przebywać bez niemieckiego protektora. Radzono jej, aby przeszła na katolicyzm, co było dość częstą praktyką, ale odpowiadała: nie po to, urwałam się z drzewa, aby uczepić się gałęzi. Stanowczo deklarowała swój ateizm. Ponownie zwróciła się o sprawiedliwość, apelując tym razem do króla Prus Fryderyka Wilhelma III o zgodę na pobyt i wygrała. Wtedy też zrezygnowała z nazwiska Susmond.

Samodzielność

W Berlinie, gdzie mieszkała na stancji przez cztery lata, uczyła się języka oraz zarobkowania. Uczestniczyła w wykładach na temat nauk przyrodniczych urządzanych w domach zamożnych Żydówek. Pod wpływem wiedzy z chemii narodził się pomysł na likwidowanie zapachów w przepełnionych klitkach domów czynszowych. Patent odświeżacza powietrza był prosty: to pachnące papierki przyklejane do ścian. Sprzedaż wynalazku pozwoliła jej na podróże po Holandii, Belgii i Francji, aż w końcu statkiem do Anglii w 1831 roku. Statek uległ katastrofie, Ernestyna straciła wszystkie rzeczy, uratowała się w szalupie.

Aby utrzymać się w Londynie udzielała lekcji hebrajskiego i niemieckiego. Miała szczęście zetknąć się z Elisabeth Fry (1780-1845), matką dziewięciorga dzieci, ale i działaczką społeczną, reformatorką więziennictwa, szczególnie dla kobiet. To ona zorganizowała opiekę dla dzieci uwięzionych matek, naukę w środowiskach zaniedbanych i przestępczych. Pani Fry była założycielką Instytutu Pielęgniarstwa, który istnieje do dziś i współzałożycielką schroniska dla bezdomnych oraz towarzystwa dobroczynności w Brighton. Musiała wywrzeć znaczący wpływ na młodziutką Ernestynę, podobnie, jak i na królowę Wiktorię, która kilkakrotnie przyjmowała ją w pałacu, a także dawała finansowe wsparcie na działalność.

Zapach świeżości

W 1832 roku Ernestyna poznała Roberta Dale Owena – zamożnego przemysłowca, przeistoczonego w socjalistę utopistę, którego idee na temat równości płci i praw kobiet uformowały jej przyszłą drogę. To Owen namówił ją do zabierania głosu na spotkaniach, założonego wspólnie Związku Wszystkich Klas i Narodów, dzięki czemu stawała się coraz lepszym mówcą, pomimo, że wtedy mówiła niezbyt perfekcyjnym angielskim.

W grupie owenistów poznała Williama Ella Rose – jubilera, za którego wyszła za mąż. Wzięli ślub cywilny, dopiero co uprawomocniony przez Parlament, między innymi dzięki wystąpieniom liberalnego filozofa Johna Stuarta Milla. Według niej małżeństwo to: swobodna umowa dotycząca przyjaznego współżycia kochających się i rozumiejących nawzajem ludzi, gdzie kobieta nie będzie ekonomicznie zależna od mężczyzny.

Wraz z grupą zwolenników Owena popłynęli do Stanów Zjednoczonych. Ernestyna zaczęła produkować wodę kolońską – kilkuprocentowy roztwór olejków eterycznych w alkoholu – i sprzedawała ją w małym sklepiku „Fancy and Perfumery” w ich domku w Nowym Jorku. Tam też mąż miał swoją pracownię biżuterii. Woda kolońska już wtedy liczyła sobie ponad 100 lat. Jej receptura została opracowana przez Włocha – Johanna Marię Farinę, który zaczął ją produkować w Kolonii, w budynku nr 4711. Ta liczba pojawiała się na naklejanych na szklane, wysmukłe buteleczki – nalepkach, z czerwonym logo w kształcie tulipana. Johann pisał do brata: Mój zapach przypomina włoski, wiosenny poranek po deszczu; pomarańcze, cytryny, grejpfruty, bergamotkę, cytron oraz kwiaty i zioła rosnące w mojej ojczyźnie.  

W wynalazek Fariny zaopatrywały się nieomal wszystkie królewskie i książęce dwory, m.in. Stanisława Augusta Poniatowskiego. Kolonia zyskała przydomek miasta perfum. Niewykluczone, że Ernestyna trafiła tam podczas swoich europejskich wojaży.

Mówczyni i obrończyni praw

Zachowały się teksty wystąpień Ernestyny Luizy Rose, gdzie mówiła o zmianach zachodzących w, jak to nazywała, social zodiak, w społecznym układzie planet, mając na myśli wzrost pozycji kobiet. Po 12 latach jej społecznej działalności w 1848 roku w stanie Nowy Jork (inne wkrótce dołączyły) weszło w życie prawo dotyczące własności kobiet! Ernestyna współpracowała z dwiema innymi działaczkami: Elisabeth Cady Stanton i Pauliną Wright Davis – one, we trzy, zbudowały ruch praw kobiet w Ameryce, później nazwany pierwszą falą feminizmu. Na przestrzeni lat 1850-1869 brała udział w każdym spotkaniu albo wiecu Konwencji Praw Kobiet. Została uznana za najlepszą oratorkę w połowie XIX wieku i nazywana Queen of Platform (Królowa Platform), w czasach kiedy wystąpienia kobiet były uważane za niestosowne. Miała ładny, dźwięczny głos: mówiła logicznie, żarliwie, czasami nie stroniąc od żartów. Doskonale wyglądała: była młoda, ładna, miała duże, błyszczące oczy i czarne włosy, ułożone w spiralne loki – anglezy, w ten sposób rozbijając stereotyp o brzydkiej feministce.

W 1852 roku dołączyła do nich Susan B. Anthony, doceniająca pionierską rolę Ernestyny, na dowód czego w swoim biurze powiesiła, na stałe, jej fotografię na ścianie.  

Ernestyna odwiedziła 23 z 25 stanów, walcząc z niewolnictwem i z religijnymi przesądami na temat roli kobiet, przemawiając w kościołach, wsiach i na miejskich placach. Była jedyną z mówczyń, która do emigrantów, zależnie od ich pochodzenia, zwracała się w językach: niemieckim i francuskim. Podkreślała wagę edukacji dziewcząt i kobiet powtarzając: wiedza uczyni je wolnymi.

Obywatelka Nowego Jorku

 W 1869 roku wraz z mężem postanowili wrócić do Anglii. W rok po śmierci Williama w 1882 roku, odwiedziły ją dawne koleżanki – działaczki, namawiając na powrót do Ameryki. Stanowczo odmówiła. Odeszła 10 lat później i została pochowana na Highgate Cementry w Londynie obok ukochanego męża, który zawsze ją rozumiał i wspierał pod każdym względem.

Została zapomniana z różnych powodów: przede wszystkim dlatego, że w czasach, kiedy biblia była źródłem natchnienia i mądrości, Ernestyna pozostawała ateistką. Również dlatego, że była Żydówką, co nie było dobrze widziane wobec narastającego nacjonalizmu.

W czasach współczesnych jej dokonania są ponownie cenione: została wybrana przez Museum of The City of New York, jako jedna z 400 najbardziej wpływowych mieszkanek Nowego Jorku na przestrzeni 400 lat!

Była Polką…

Napisano o niej kilka książek i artykułów. Paula Doress-Worters w 1998 roku z myślą o nadchodzącej 110 letniej rocznicy śmierci Ernestyny Rose pojechała z mężem Allenem J. Worters do Londynu, aby odnaleźć jej grób. Nie udało się. Dopiero po zaangażowaniu pracownika cmentarza namierzono miejsce pochówku, ale płyta nagrobna została rozsadzona przez korzenie rosnącego obok starego drzewa. Po powrocie do Nowego Jorku Paula Doress-Worters założyła Towarzystwo im. Ernestyny Rose, aby zebrać fundusze na odnowę nagrobka. Około 100 osób przesłało datki i dzięki nim w 1 sierpnia 2002 roku na cmentarzu Highgate odbyły się uroczystości. Powtórzono oryginalną mowę pożegnalną z 1892 roku, kiedy to George Jacob Holyoake powiedział: była Polką z urodzenia, Żydówką z pochodzenia, dzięki edukacji – Niemką, Angielką z powodu uczuć, Amerykanką dzięki obywatelstwu.

4 sierpnia w The Women’s Library przy Uniwersytecie Guildhall odbyło się sympozjum na temat amerykańskiego życia E. L. Rose, a także znaczącej roli męża W. E. Rose w przebiegu jej pionierskiej działalności. Wygłaszano odczyty na temat jej równie niezwykłych koleżanek w poglądach i działaniu: Lucreti Mott, Susan B. Anthony, Elisabeth Cady Stanton.

Paula Doress-Worters jest autorką książki pt. Mistress of Herself (Pani samej siebie), Przemówienia, listy Ernestyny L. Rose, dawnej liderki praw kobiet, Feminist Press of CUNY, 2008

Trudno byłoby jej zrozumieć

Wprawdzie w naszym kraju kobiety mają wiele praw, a także, niektóre z nich, zajmują wysokie stanowiska, to jednak feminizm nie ma dobrej opinii. „Przypisywana feministkom agresywność narusza schemat kulturowy patriarchalnego społeczeństwa: kobiety jako istoty łagodnej, miękkiej, opiekuńczej, ustępliwej” – piszą prof. Eugenia Mandal i prof. Mirosław Kofta. Z badań wynika, że właśnie ta cecha powoduje niechęć do nich i zmniejsza ich szanse na pracę i awans. Skąd ta agresja w wizerunku feministek? „Bo kontestują porządek społeczny oparty na dominacji mężczyzn, w którym automatycznie status kobiet jest niski i podporządkowany mężczyznom”. Agnieszka Kublik, GW. 4-6 stycznia 2014.

Komentarze

Odeszli zbyt szybko – filmowe wspomnienia

Listopad rozpoczął się od czasu zadumy i wspomnień. Kilkanaście dni od powrotów z cmentarzy, pogoda uparcie utrzymuje nasz refleksyjny nastrój. W tym miesiącu wspomnijmy więc także ich – aktorów, którzy opuścili nas u szczytu popularności. Ich kariery przyszły szybko, jak ich odejście. „Osierocili” rzeszę fanów i skupili na sobie uwagę następnych. Było ich wielu, a sięgając do początków kina, należy wspomnieć przynajmniej o dwojgu z nich.

Bycie aktorem to jedna z najsamotniejszych doli na świecie. Bycie dobrym aktorem nie jest łatwe, a bycie dobrym człowiekiem jest jeszcze trudniejsze. Nim odejdę, w obu chciałbym osiągnąć perfekcję. James Dean

James Dean; źródło: playbuzz.com

James Dean; źródło: playbuzz.com

Pierwszy raz na ekranie pojawił się w… reklamie Pepsi. Aby być bliżej świata Hollywood zatrudnił się nawet jako parkingowy przy studiu CBS. Trzecio- i czwartoplanowe role, gdy pozostawał niewymieniony w czołówce, były analogiczne do początków kariery jego wielu zapomnianych rówieśników. Kiedy na początku lat 50-tych został przyjęty do prestiżowego stowarzyszenia Actors Studio, a później zebrał pozytywne recenzje za rolę w sztuce Bachir, jego kariera nabrała tempa. Rok 1955 to rok Jamesa Deana. Najpierw do kin wchodzi Na wschód od Edenu, adaptacja książki Johna Steinbecka o tym samym tytule. Nieco później oczom widzów ukazuje się słynny Buntownik bez powodu, koronny film aktora, opowiadający o przeprowadzce do nowego miasta, przyjaźni, relacjach rodzinnych, a przede wszystkim młodzieńczym buncie. W tym samym czasie Dean, obok m.in. Elizabeth Tylor, jest zaangażowany także w rolę w Olbrzymie (premiera 1956). Rok 1955 to także rok śmierci będącego u szczytu popularności aktora. Zginął w wieku dwudziestu czterech lat za kierownicą swojego Porsche 550, zwanego Little Bastard. Pośmiertnie otrzymał dwie dominacje do Oscara oraz nominację do nagrody BAFTA.

Problem nadwrażliwców polega właśnie na tym, że mogliby istnieć w wielu wersjach, ale życie jest tylko jedno i zmusza do tego, żeby byli przede wszystkim tymi, za których biorą ich inni. Marylin Monroe

12272681_10205092639099621_1140331488_n

Marylin Monroe; źródło: allclip.com

Naprawdę nazywała się Norma Jeane Mortenson. Wychowywana w rodzinach zastępczych i sierocińcu, karierę rozpoczęła jako modelka prezentująca kostiumy kąpielowe. Jej pierwsze spotkanie z przemysłem filmowym w latach 1947-48 skończyło się fiaskiem. Żaden z filmów nie odniósł większego sukcesu, a wytwórnia 20th Century Fox nie przedłużyła z nią kontraktu. Marylin wróciła do zawodu modelki (pozując nago do zdjęć, które kupione przez Hugh Hefnera trafiły w 1953 roku do pierwszego numeru Playboya). Pierwszą istotną rolą aktorki, w której Marylin zaprezentowała się już w image’u platynowej blondynki, był film Mężczyźni wolą blondynki z 1953 roku. Historia Lorelei, narzeczonej milionera, w której uczciwość nie wierzy przyszły teść, przyniosła jej zainteresowanie reżyserów i producentów. Później był m.in. słynny Słomiany wdowiec (1955) oraz Pół żartem, pół serio (1959) (za rolę aktorka otrzymała Złoty Glob), które na zawsze wpisały kontrowersyjną Marylin Monroe do kanonu najsłynniejszych aktorek Hollywood. Aktorka cierpiała na depresję oraz bulimię, nadużywała alkoholu i barbituranów. Znaleziono ją martwą w pokoju hotelowym w 1962r., a okoliczności jej śmierci nadal są powodem licznych spekulacji.

Komentarze

Szczęście wyplatane na drutach – Manufaktura Splotów

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

„Każdego dnia znajduję chwilę żeby przystanąć, popatrzeć na drzewo, liście, na niebo, zaśpiewać, zatańczyć parę kroczków, może podskoczyć z radości lub zaklaskać w ręce, usiąść na ławce w drodze ze sklepu i głęboko oddychać. Wszystko po to, aby choć na chwilkę zwolnić, znaleźć w sobie uśmiech, spokój, dziecięcą beztroskę” – czytamy pod jednym z jej zdjęć na Instagramie. Jak sama pisze, to skrawki dni, wszystko, co kocha. Przeglądam jej fotografie każdego dnia z zapartym tchem i czekam niecierpliwie na kolejne. To moja codzienna dawka estetyki, ciepła i inspiracji. Ale i podziwu, bo ta kobieta jest naprawdę niesamowita! Kiedy skończyłyśmy wywiad, kazała mi jeszcze dopisać: „Jestem kobietą spełnioną, bo dbam o siebie w codzienności”. Ta codzienność to przede wszystkim druty, szydełko i włóczka oraz troszczenie się o ognisko domowe. O kim mowa? O Joannie Matusiak, zwanej także Manufakturą Splotów.

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

Joanna Niedziela: Jak rozpoczęła się Pani przygoda z Manufakturą Splotów?
Joanna Matusiak: Jestem trenerem biznesowym, moja praca to dużo wolnego czasu, ponieważ pracuję poza domem 7-10 dni w miesiącu. Kiedy pewnego roku (2012) przyszła jesień, zaczęłam zastanawiać się, jak spożytkować czas w zimowe wieczory. Pomyślałam, że odkurzę umiejętności z młodości: druty i szydełko, porobię jakieś swetry i szaliki dla siebie. Zaczęłam szukać inspiracji w sieci i szybko natknęłam się na rożne sploty na poduszkach, kocach, kosze i inne. Zamieniłam więc plany swetrowe na poduszkowe. Pierwsze z nich zrobiłam z wełny i wszystkim wokół się podobały, a moja córka powiedziała, że powinnam je sprzedawać. Troszkę się z tego śmiałam, ale powoli zaczęła kiełkować myśl,  żeby rzeczywiście coś z tym zrobić. Moim celem było rozwijanie mojej twórczej kreatywności – dotąd skupiałam się w pracy zawodowej nad umysłem i rozwojem umiejętności biznesowych. Teraz chciałam również zainwestować czas w ten pierwiastek ulotny, związany właśnie z kreatywnością.

JN: Czy obecnie wyplatanie zdominowało Pani aktywność zawodową? Czy twórczość wygrała z formalnym zawodem?
JM: Jeśli patrzeć pod kątem czasu to tak, więcej poświęcam go na sploty. Jednak praca trenera jest dla mnie najistotniejsza w moim  zawodowym funkcjonowaniu. Bardzo ją lubię, realizuje się w niej całkowicie, choć nie zaprzeczam: sploty stały się bardzo ważnym elementem mojej aktywności. 

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

JN: Praca w domu wymaga wiele samodyscypliny. Skąd czerpie Pani motywację?
JM: Pracuję takim rytmem już od ponad 12 lat. Zawód trenera również wymaga samoorganizacji i dyscypliny – wyjazd na szkolenie to jedno, a zbieranie materiałów, budowanie tego szkolenia, programu to praca w domu, bez rygoru czasu i szefa (śmiech).  Zatem mam już wieloletni trening. Poza tym, z natury jestem osobą bardzo uporządkowaną i zdyscyplinowaną, by pracować potrzebuję ładu, porządku wokół siebie. Motywacją są też z pewnością czekający klienci. Mam wszystkie zamówienia spisane po kolei w notesie i wielką przyjemność sprawia mi ich wykreślanie, gdy projekt jest już zrealizowany. Tak samo zresztą postępuję z codziennymi  zadaniami domowymi. To taki malutki element motywujący, który pozwala zachować kontrolę i zostawia ślad tego zadania, wspomnienie po nim.

JN: Nawiązując do tych zadań domowych – przyznam się, że śledzę Pani Instagrama z zapartym tchem. Jest dla mnie, ale i dla innych osób, źródłem inspiracji – te wszystkie piękne zdjęcia, codzienna poranna kawa, pyszne ciasta, własny chleb na zakwasie, plączące się koty, cudowny design i masa cennych porad. Czuje się Pani boginią domowego ogniska?
JM: Nigdy tak o sobie nie myślałam. Prace domowe, kucharzenie, wystrój wnętrz to dla mnie bardzo naturalne sprawy, zajęcia, które bardzo lubię i robię je przede wszystkim dla najbliższych, a tym sprawiam sobie i im przyjemność. Kiedy moje dzieci były małe nie pracowałam, chciałam jak najdłużej  być z nimi w domu. Udało mi się prawie 8 lat. Potem spędziłam kilkanaście lat pracując w korporacjach i to były lata, w których gnałam z pracy do kuchni, a z kuchni do pracy. Teraz od 12 lat już nie muszę. Podświadomie dążyłam do takiego stanu równowagi pomiędzy domem i pracą. Klimat domu jest dla mnie tak samo  ważny, jak udane szkolenie czy dywan splatany dla kogoś. Koty towarzyszą mi w całym dorosłym życiu, moje dzieci się z nimi wychowywały, a córka, która od kilku lat jest samodzielna, też ma dwa koty. Ogród, rośliny, gotowanie, pieczenie – to zadania, które realizuję każdego dnia z wielką frajdą. Nie nazywam siebie boginią tylko kurą domową (śmiech) i uważam, że cudownie nią być, to wcale nie jest obraźliwe określenie. Pod warunkiem, że się takie życie lubi. Sądzę, że kiedy kobieta sprawdzi się i spełni na wielu polach, zna swoją wartość – potrafi oddać się codziennym pracom domowym i czerpać z nich satysfakcję na równi z realizacją celów zawodowych. Dla mnie w tym wszystkim najistotniejsza jest jedna jeszcze rzecz: mój mąż bardzo to docenia. Ten nastrój, zapach chleba, ciasto na stole, wraca do domu z radością, a ten dom jest dla niego oazą spokoju. Czy to nie najlepsza zapłata? 

manufaktura1

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

JN: Czuje się Pani spełniona? Czy to jest właśnie ta radość istnienia, której wszyscy tak szukają?
JM: Radość istnienia to dla mnie zachwycanie się życiem, światem wokół, smakami, zapachami, miłością i więzią z moimi najbliższymi. W takim kontekście jestem spełniona. Czuję się też spełniona, ponieważ marzę i realizuję te marzenia małymi kroczkami. Największym spełnieniem kobiety są chyba dzieci i miłość. Moje dzieci są już samodzielne, a ja teraz mam  wrażenie, że mogę żyć dla siebie i męża, że jeszcze bardziej niż kiedyś przeżywam nasze wspólne życie i bliskość.

JN: Wracając do splotów – kto Panią nauczył robótek ręcznych?
JM: Robótek uczyłam się od mojej mamy, która w czasach smutnej tzw. komuny wyczarowywała piękne swetry, czapki, spódniczki na drutach dla rodziny. Wszyscy mi tych swetrów wtedy zazdrościli, bo w tamtych czasach ubrania raczej były monotonne, a ja miałam kolorowe wzorzyste swetry i szaliki. Nie pamiętam żadnego takiego momentu nauki, to wszystko przychodziło tak przy okazji, naturalnie

JN: Ile cudowności splata Pani w ciągu miesiąca?
JM: Miesięcznie bardzo różnie, zależy głównie od rozmiarów zamawianych dywanów, drobne rzeczy jak koszyki, poduszki, pufy robię w jeden dzień, ale kiedy trafi się pled, bądź duży dywan, to zrobienie jednego zajmuje mi nawet tydzień.

manufaktura4

Manufaktura Splotów; Źródło: Instagram

JN: Jest Pani niczym prawdziwa manufaktura. Ma Pani czasem tego dość, bolą Panią ręce? (śmiech)
JM: Z ręką na sercu nigdy nie miałam dość. Raczej wsłuchuję się w swój organizm, odczytuję jego znaki i kiedy przychodzi moment zmęczenia, robię na przykład dzień przerwy. Wtedy najczęściej szaleję w kuchni, piekę, gotuję, to jest moja odskocznia. A wiosną i latem idę popracować w ogrodzie. Znana jestem wśród przyjaciół z tego, że nie odpoczywam (śmiech), tzn. kiedy odpoczywam od jednej pracy to właśnie robię inną, bo mnie by odpocząć potrzebna jest zmiana, a nie nic nierobienie. Po prostu nie lubię się nudzić, wszędzie roznoszę za sobą książki – od jakiegoś czasu używam już czytnika Kindle, więc przynajmniej nie zbieram ich wszędzie po mieszkaniu.

Cuda wyplatane przez Joannę Matusiak można znaleźć na:
Stronie
Facebooku
Instagramie

Komentarze

Kawa i książka, czyli Coffeeandbookbox

3małe

fot. Coffeeandbookbox

Kto z nas nie lubi usiąść wygodnie w fotelu z kubkiem dobrej kawy i wciągającą lekturą lub ulubioną prasą? Kawa i książka to połączenie wręcz idealne. Już niedługo ten duet może zawitać w naszym domu za pośrednictwem kuriera, zapakowany w pudełko pełne aromatu i fantazji. Pomysł, aby zarabiać na dostarczaniu ludziom tego, co najprzyjemniejsze w formie coraz popularniejszego boxu subskrypcyjnego, zrodził się w głowie Ernesta Strzałki… przy porannej kawie. O projekcie Coffeeandbookbox, na który natrafiłam zupełnie przypadkiem, a który mnie zaintrygował, rozmawiam z pomysłodawcą i pytamy o jego ideę, jak i wyzwania czekające na starcie.

Joanna Niedziela: Czym jest projekt Coffeeandbookbox? Skąd wzięła się idea?
Ernest Strzałka: Przeglądając całkiem niedawno poranną prasę, natrafiłem na artykuł dotyczący czytania książek przez nasze polskie społeczeństwo. Byłem mocno zaskoczony podanymi statystykami, z których wynikało, iż zaledwie 10% Polaków regularnie kupuje i czyta książki w papierowej formie. Coraz więcej z nas czynność tę wykonuje za pomocą komputerów. Nie dotyczy to tylko książek, ale również prasy. Zaledwie kilka stron dalej podane były inne dane, z których wynikało, iż ponad 75% Polaków spożywa kawę, aby się obudzić lub zrelaksować. W tym momencie spojrzałem na kubek ulubionej kawy stojącej tuż obok prasy oraz stertę książek, których fabuła wciągnęła mnie przez ostatni miesiąc i postanowiłem przypomnieć Polakom magiczne chwile spędzane z dobrą lekturą i kubkiem pysznej kawy w ręce. Kto wie, może chociaż w minimalnym stopniu mój projekt przyczyni się do zwiększenia statystyk wśród Polaków w kwestii czytania książek? Tak właśnie zrodziła się idea Coffeeandbookbox, które jest pudełkiem z najlepszą świeżo paloną kawą z polskich lokalnych palarni oraz z najlepszą wyselekcjonowaną książką, dostarczanymi co miesiąc wprost pod drzwi. Jedno, jak i drugie ma za zadanie pobudzać. Coś dla ciała i coś dla ducha.

coffeeandbookbox

graf. Coffeeandbookbox

JN: Czy pudełka są już dostępne w sprzedaży?
ES: Tak. Pudełka z kawą i książką dostępne są poprzez stronę wspieram.to. Specjalnie dla akcji crowdfoundingowej przygotowaliśmy ograniczoną ilość promocyjnych boxów. Warunkiem otrzymania pudełka jest zamknięcie akcji/zbiórki sukcesem. Dołożymy wszelkich starań, aby boxy oraz inne przygotowane przez nas nagrody dotarły do wspierających przed świętami Bożego Narodzenia. Taki prezent pod choinkę dla samego siebie. W przypadku, gdy nie uzbieramy wymaganej kwoty, pieniądze wrócą do ofiarodawców.

JN: Jak można wesprzeć Coffeeandbookbox?
ES: Wesprzeć nas można właśnie poprzez stronę wspieram.to. Wokół naszego projektu zgromadziliśmy liczne grono fanów. Niestety projekty finansuje się pieniędzmi, a nie wirtualnymi „lajkami”. Każde pięć złotych ma dla nas znaczenie, choć oczywiście miło by nam było zobaczyć większą kwotę w zamian za atrakcyjniejsze nagrody. Na tym etapie ważna jest również wieść niesiona w świat. Media społecznościowe to potężne narzędzie. Będziemy wdzięczni za udostępnianie informacji o naszej akcji. Każde wsparcie jest potrzebne i za każde z góry dziękujemy.

JN: Co będzie znajdować się w pudełkach?
ES: Nasze pudełko to przede wszystkim kawa i książka. Na tym się skupiamy. Ale będą też niespodzianki, takie jak ręcznie robiona zakładka do książki, kubek czy próbki kaw. Coffeeandbookbox będzie działać na zasadzie subskrypcji, a klient zdecyduje, czy chce otrzymywać boxa przez jeden, trzy lub sześć miesięcy, zawsze w określonym terminie. Coffeeandbookbox to także market. Jeżeli komuś wyjątkowo posmakuje któraś z kaw, będzie mógł ją zamówić oddzielnie. Jesteśmy ukierunkowani na alternatywne metody parzenia kawy, stąd na stronie znajdą się poradniki, informacje o kawie i palarniach.

JN: Skąd będzie pochodzić kawa? Jakie jej rodzaje będzie można znaleźć w pudełku?
ES: O kawę zatroszczą się lokalne palarnie z całej polski. Wraz z ich baristami dobierzemy najlepszą kawę, starając się trafić w podniebienie naszych odbiorców. Będą to mieszanki arabik, jak i kawa speciality, po to, aby klienci mogli doświadczyć czegoś nowego.

JN: Jakie książki będą dołączane do pudełek? Powieści, a może książki kulinarne?
ES: Książka jest dopełnieniem momentu, a zarazem jego kluczowym elementem. Nasza książka to przede wszystkim powieść. Przygoda, której czytelnik doświadcza podczas lektury. Co miesiąc będzie inny temat przewodni, jak np. mistrzowie literatury, nowość, miłość.

2małe

fot. Coffeeandbookbox

JN: Nie boi się Pan, że miłośnicy książek dostaną lekturę, którą już posiadają? Co wtedy?
ES: Z całą pewnością jest to możliwe i uznajemy takie ryzyko. W przypadku, gdy ktoś otrzyma książkę, którą już posiada, będziemy prosić o kontakt z nami. Chętnie coś wymyślimy. Czy będzie to zwrot, inna książka lub inny rodzaj prezentu. Chcemy, aby wszyscy byli zadowoleni z naszych usług. Większość naszych książek będą stanowić nowości wydane do 45 dni wstecz. Ale zdarzą się wyjątki, jak nasza pierwsza propozycja.

JN: Kiedy w przybliżeniu dowiemy się czy projekt ma szansę zaistnieć na rynku?
ES: W połowie grudnia będzie wiadomo na 100%. Może się jednak zdarzyć taka sytuacja, że wiadomo będzie już w pierwszych dniach zbiórki, gdy kwota minimalna potrzebna na realizację zostanie uzbierana. Wszystko w rękach osób, chętnych wesprzeć Coffeeandbookbox.

JN: Przestrzeń życzy powodzenia!

Coffeeandbookbox można znaleźć na:
Facebooku
Instagramie
Stronie wspieram.to

Komentarze

Kobieta dość doskonała – książka

KobietaDośćDoskonała_okładka-337x535Jesteś kobietą. Chcesz być lepsza. Ładniejsza. Mądrzejsza. Chcesz być doskonała. Chcesz mieć te pięć kilo mniej, jednak swoim dzieciom i mężowi (teściowej też) upieczesz trzypiętrowy tort. Będziesz się katować nowymi maseczkami i dietami, a po powrocie z pracy i ugotowaniu obiadu dzieciom i mężowi, pobiegniesz jeszcze na fitness. Żeby innym coś udowodnić. Co? Nie zastanawiasz się.

Brzmi znajomo? Kubryńska wchodzi w zakamarki kobiecej psychiki, odsłania kolejne maski, które przybieramy na co dzień. Dosadnie i z dużą dawką ironii rozprawia się z naszymi frustracjami, drąży w meandrach naszych strachów. Doprowadza do absurdu samoograniczanie się kobiet. A wszystko to czyni, byśmy wzięły głęboki oddech i zastanowiły się jak można żyć inaczej.

Książka o nas samych, o kobietach: córkach, matkach, żonach. O rzeczach, które nas spotykają. I o tych, które same sobie czynimy, gdy działamy „jak trzeba”. Poznajemy życie Kasi – kobiety jakich wiele. Zupełnie zwyczajnej, brnącej ciągle w te same schematy, nieustannie powtarzającej te same błędy. Fabuła miesza się tu – wspomnienia z dzieciństwa nachodzą na współczesność, fakty mieszają się z obawami. Chaos fabuły podkreśla rozdarcie bohaterki. Z jednej strony Kasia jest słaba i krucha, z drugiej jednak strony posiada niesamowitą siłę by przekształcić rzeczywistość, z którą tak bardzo się nie zgadza.  Bohaterka potrzebuje dużego wstrząsu,  aby się zmienić. My możemy przeczytać książkę o niej, która postawi nasze życie na głowie.

Piszę tę recenzję i zastanawiam się jak ją odbiorą czytelnicy. Tu też powtarzam doświadczenie Kasi. Czy recenzja okaże się wystarczająco doskonała? Czy ja sama przyglądając się w lustrze ocen będę wystarczająco dobra?

Książka terapeutyczna napisana przez kobietę dla kobiet. Książka, którą powinna przeczytać każda Kasia, Ania, Magda, ale też mąż Zuzy, konkubent Weroniki i partner Agnieszki. Dla otuchy, dla pokazania, że babskie problemy są uniwersalne. Dla zrozumienia. Czyta się ją jak powieść żywej osoby, koleżanki, która w sobotni wieczór przy piwie opowiada nam swoje problemy. Zanurzmy się w jej życie, by móc przyjrzeć się sobie. 

Kobieta dość doskonała, Sylwia Kubryńska 
Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2015 

Komentarze

Pokolenia. Powrót do domu – książka

pokoleniaPokolenia. Powrót do domu to druga część sagi rodzinnej, napisanej przez Katarzynę Drogę, redaktor naczelną Magazynu Sens. Podobnie jak w przypadku pierwszej książki, historia rodu Zajewiczów wciąga już od samego początku i sprawia, że ciężko wypuścić ją z rąk. Akcja Pokoleń rozgrywa się w drugiej połowie XX wieku. Główną bohaterką jest Janka, której towarzyszymy w jej codziennych zmaganiach. Wraz z mężem Leszkiem doczekali się upragnionego dziecka – córki Kasi (tak, to właśnie ona spisze w przyszłości historię swojej rodziny). Koszmar wojny powoli odchodzi w zapomnienie, jednak życie lubi płatać figle. Jak potoczą się losy bohaterów w zmieniającej się Polsce? Czy Janka wróci na swoje ukochane Podlasie?

Jak na sagę przystało, wydarzenia historyczne splatają się z życiem prywatnym bohaterów i ukazują je z perspektywy rodziny autorki. Na podstawie dziejów własnego rodu, Katarzyna Droga chciała stworzyć powieść o XX wieku i biografię ludzi, którym przyszło żyć w tym trudnym czasie – zwykłych ludzi, mających swoje dramaty i radości, kochających się, zdradzających, cierpiących. Ludzi stawiających czoła codziennym problemom. Obraz psychologiczny i realizm postaci są niezwykłym atutem warsztatu Katarzyny Drogi, podobnie jak barwny język, wciągające dialogi. Czytelnik ma możliwość utożsamienia się z bohaterami i współodczuwania ich emocji. Jest tu miejsce zarówno na radość, jak i łzy. Szczegółowe opisy natomiast, dają wrażenie bycia naocznym świadkiem rozgrywającej się akcji.

Mimo że książka Pokolenia. Powrót do domu jest kontynuacją pierwszej części sagi (Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca), można przeczytać ją jako odrębną powieść. Jednak dopiero lektura obydwu, daje szansę na holistyczne spojrzenie na dzieje rodu Zajewiczów i umiłowanie swojej małej ojczyzny – na losy wszystkich ludzi żyjących w XX wieku. Właśnie ta uniwersalność jest największą zaletą Pokoleń. Dla mnie to arcydzieło.

Pokolenia. Powrót do domu, Katarzyna Droga
Wydawnictwo HELION

Komentarze

Przed Państwem…

olej-na-plotnie-130-x-130-cm-2014-1024x1024

Izabela Siemiątkowska – galeria (8)

Artysta: Izabela Siemiątkowska
Urodzona w Warszawie w 1990 r. Dyplom z oceną celującą otrzymała na Wydziale Malarstwa Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni malarstwa sztalugowego prof. Stanisława Baja i pracowni malarstwa ściennego prof. Edwarda Tarkowskiego. Laureatka I nagrody im. Ewy Tomaszewskiej za najlepszą pracę dyplomową Warszawskiej ASP (2014). Autorka malowideł ściennych w sali nr 9 Oddziału Pediatrii Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie oraz w Klubie Eufemia w Warszawie.
 
Wystawy indywidualne:
  • Klubokawiarnia Towarzyska – „Gołębie” (2015)
  • Galeria P, Miejskie Centrum Kultury w Płońsku (2015)
  • Lutheraneum – Kościół Ewangelicko-Augsburski pw. Świętej Trójcy w Warszawie (2014)
  • Pracownia letnia, domki fińskie (Jazdów) w Warszawie, przy współpracy Koła Naukowego Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego „Czarny Kwadrat”(2013)

Wystawy zbiorowe:

  • UNESCO Sv. Jono Gatves galerija w Wilnie (2013)
  • „Słowo” – Lutheraneum – Kościół Ewangelicko-Augsburski pw. Świętej Trójcy w Warszawie (2014)
  • ”SEN:TEZA” – Produkcja Artystyczna (2012)
  •  “Po prostu rysunek II” – Wydział Malarstwa ASP (2012)

O dziełach
Moje malarstwo świadomie odrzuca anegdotę i literackie treści. Interesuje mnie skupienie, metafizyka, wyrażane poprzez zestawienie środków wyrazu, koloru, faktury, rozmieszczenia akcentów i dominant. Gamy kolorystyczne, którymi się posługuję, zazwyczaj zawężają się do monochromatycznych szarości, czerni z akcentami czystego, intensywnego koloru, który podbija jakość wartości dominujących, a sam w sobie jest nośnikiem energii. Zawężenie środków plastycznych, to świadome odrzucenie płochej efektowności i estetyzacji.

Izabelę można znaleźć na:
Komentarze
Komentarze do:

"9"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję