Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

7

Przestrzeń
#7

Lęk jest częstym towarzyszem naszego życia. Może pojawić się w sytuacji zmiany, utraty kogoś lub czegoś ważnego, przed wystąpieniem publicznym, egzaminem czy podjęciem ważnej decyzji. Jest niczym znak ostrzegawczy, ale potrafi działać mobilizująco. Czasem przyczepia się do nas na dłużej i zapuszcza swoje korzenie głęboko w naszej psychice.

We wrześniowym wydaniu Magazynu Przestrzeń skupiamy się właśnie na lęku. Dowiadujemy się jak emocja ta może towarzyszyć przez całe życie osobom wykorzystywanym seksualnie. Czytamy o lęku przed utraceniem „kontroli”. Rozmawiamy o tremie. Przekonujemy, aby nie bać się bać. Ponadto poznajemy 'od kuchni' czym jest coaching. Odwiedzamy także ostatni raz Archipelagu Jazdów i przypatrujemy się wypiekowi własnego chleba na zakwasie. 

Jak co miesiąc znajdziemy w Przestrzeni tematy związane ze sztuką i kulturą. Dowiadujemy się czym jest abject art, czyli sztuka wstrętu. Czytamy recenzje. Poznajemy dwóch zdolnych artystów i kontynuujemy podróż po twórczości Lidii Jurkiewicz.

Zapraszam do lektury!
Redaktor naczelna
Joanna Niedziela

Lęk…

„«Strach ma wielkie oczy.» Pod wpływem lęku to, co nam zagraża, nabiera nieraz niezwykłej wyrazistości, jakby oświetlone intensywnym snopem światła, a reszta jakby tonie w ciemności. To oświetlenie szczegółu wyolbrzymia go na tle otaczającej ciemności. Przedmiot, o który uczucie lęku się zahacza i który staje się jego przyczyną, skupia na sobie całą interakcję z otoczeniem. Staje się jej punktem środkowym. Stąd jego wyolbrzymienie.”
– Antoni Kępiński, Schizofrenia

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

Komentarze

Nie bój się bać

Mówią, że strach ma wielkie oczy. Podobno jest złym doradcą i lepiej się z nim nie bratać. Nie lubimy go i unikamy. Często odwracamy od niego wzrok. Ale czy słusznie? Poznaj „wroga”, by przekonać się, czy rzeczywiście nim jest…

Źródło: foter.com

Źródło: foter.com

Strach pod lupą

Strach zalicza się do fundamentalnych cech pierwotnych, głęboko związanych z instynktem przetrwania. Stanowi rodzaj nasilonego stanu emocjonalnego napięcia, który pojawia się w sytuacji rzeczywistego poczucia zagrożenia. W odpowiedzi na to zagrożenie dochodzi do aktywacji szeregu naturalnych reakcji organizmu – zmian zarówno somatycznych, jak i emocjonalnych.

Reakcja strachu obejmuje cztery elementy:

  • Składniki poznawczeczyli nasze oczekiwania dotyczące zagrożenia; są to wszelkie myśli o niebezpieczeństwie, wyolbrzymianie go, wzrost wrażliwości sensorycznej, koncentracja uwagi.
  • Składniki somatyczne reakcja ostrzegawcza naszego ciała na zagrożenie oraz zmiany zewnętrzne – tj. m.in. wzrost napięcia mięśni, rozszerzone źrenice, pobladła skóra, suchość w ustach, zwiększenie poziomu adrenaliny we krwi, podwyższone tętno, przyspieszona akcja serca i oddech.
  • Składniki emocjonalne poczucie przerażenia i ogólna panika, które przejawiają się pod postacią silnego niepokoju, nadmiernej wrażliwości na bodźce, odczuwania dreszczy czy ściskania w żołądku.
  • Składniki behawioralne mechanizm ucieczka/walka; mamy tutaj do czynienia z reakcją awersji, obniżonym apetytem, wycofaniem, unikaniem i stagnacją bądź z ogólnym rozdrażnieniem i agresją.

Wymienione elementy mogą pojawiać się razem lub osobno, w różnych konfiguracjach. Jednak im więcej występuje ich jednocześnie, tym pewniej możemy mówić o nasilonym odczuciu strachu. Poczucie strachu wynika zaś z ludzkiej umiejętności abstrakcyjnego myślenia, a także zapisywania pewnych niebezpiecznych zdarzeń w pamięci i kojarzenia ich z podobnymi sytuacjami pojawiającymi się aktualnie.

Strach vs. lęk

Dwóch powyższych określeń często używa się zamiennie. Jednak psychologia dokonuje ich rozróżnienia. Lęk definiuje bowiem jako stan emocjonalny związany z przeczuciem zagrożenia nadciągającego z zewnątrz bądź z wewnątrz organizmu, który cechuje poczucie niepokoju i skrępowania. Lęk w odróżnieniu od strachu stanowi proces wewnętrzny, zupełnie nie związany z bezpośrednim cierpieniem czy niebezpieczeństwem. Powstaje on w ludzkiej wyobraźni i ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, pojawia się jako ostrzeżenie przed zagrożeniem znacznie wyolbrzymionym, wręcz irracjonalnym. Reakcje lękowe pełnią jednak funkcję adaptacyjną, a sam lęk staje się patologiczny dopiero w momencie, gdy zaczyna dominować w zachowaniu człowieka – odbiera mu autonomię, destabilizuje i prowadzi do rozwoju różnego typu zaburzeń.

Strach natomiast pojawia się w człowieku jako odpowiedź na realne zagrożenie. Jest reakcją subiektywną. Nie wiąże się z odbieraniem danego zdarzenia jako groźnego, ale wynika z obecnego stanu organizmu. Jeżeli po zaistnieniu bodźca, który wywołał strach, nie utrzymują się trwałe, negatywne skutki jego działania, wówczas bardzo szybko strach ten wygasa, a organizm adaptuje się do nowych warunków. W przeciwnym razie – nasila się i ewoluuje.

Bać się – ludzka rzecz

Strach to w pełni naturalna reakcja. Nie musisz się go obawiać ani unikać. Nie musisz przed nim uciekać. Owszem, może nieraz doprowadzić do bezruchu i stagnacji, ale pełni również bardzo ważne i niezwykle potrzebne funkcje ochronne oraz motywacyjne.

Każdy człowiek w swoim życiu odczuwa pewną dozę strachu – o siebie i o innych, o zdrowie, pracę, edukację i inne osobiste doświadczenia. Reakcja strachu jest normalna i potrzebna! Nie tylko chroni nas przed niebezpieczeństwem, ale i mobilizuje do radzenia sobie z daną sytuacją. Popycha do działania, a kiedy trzeba – hamuje takie zachowania, które w perspektywie czasu mogłyby okazać się dla nas niekorzystne.

Dobra wiadomość – możesz, a nawet powinieneś się bać. Wszystko w życiu dzieje się z jakiejś przyczyny. Każda jedna emocja (również ta negatywna), której doświadcza człowiek, ma swój ukryty sens i zamaskowany cel. Strach również. Może nieść za sobą pozytywne skutki: chronić i motywować, ale może też powstrzymywać nas przed systematycznym działaniem. Masz więc prawo się obawiać, ale musisz umieć też zaryzykować i podjąć określone działanie – aby nie utknąć w miejscu, ale sięgać coraz wyżej. Do dzieła, Drogi Czytelniku… z myślą, że „strach nie jest czymś złym. To świadomość własnych słabości. Ludzie, którzy znają swoje słabości, stają się silniejsi” (Gildarts – Fairy Tail).

Bibliografia:

  • Seligman, M. E., Walker, E. F., Rosenhan, D. L. (2003). Psychopatologia. Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka.
  • Portal abczdrowie
  • Strona foter
Komentarze

Zaklęte w dziecko skrzywdzone

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Trudny egzamin, rozmowa kwalifikacyjna, konflikt w pracy. Często w takich sytuacjach używamy sformułowania: „to było traumatyczne przeżycie” albo: „do dzisiaj mam traumę z tego powodu”. Coś jak: „mam depresję”, bo akurat leje deszcz. A to mocno nietrafione określenia. Traumatyczne przeżycia bowiem, to doświadczenie wojny, ataku terroryzmu, udział w katastrofie komunikacyjnej, gwałt czy doświadczenie przemocy w dzieciństwie. Na tym ostatnim skupię się dzisiaj, kładąc nacisk na problem molestowania seksualnego dziewczynek i jego konsekwencji, których doświadczają jako dorosłe kobiety.

Definicji przemocy seksualnej wobec dziecka jest wiele, trafnie i krótko ujmuje problem Światowa Organizacja Zdrowia: jest to wykorzystywanie dziecka dla uzyskiwania przyjemności seksualnej przez osoby dorosłe i starsze. Ten rodzaj przemocy niesie za sobą bardzo dotkliwe skutki w zasadzie we wszystkich obszarach życia: cielesności/seksualności, psychice oraz emocjach. A ponieważ funkcjonowanie człowieka w życiu dorosłym oparte jest w dużej mierze na doświadczeniach zdobytych w okresie dzieciństwa i dorastania, konsekwencje te są wciąż odczuwane po wielu latach.

Jednym z następstw doświadczenia wykorzystania seksualnego może być wystąpienie zespołu stresu pourazowego (PTSD), które jest jednocześnie potwierdzeniem, że zdarzenie traumatyczne miało miejsce. Często w filmach fabularnych mówi się o stresie pourazowym w kontekście weteranów wojennych. Mają oni koszmary senne, powracają wspomnienia tamtych chwil, doświadczają zaburzeń koncentracji i braku równowagi emocjonalnej. Ofiary molestowane seksualnie w dzieciństwie przeżywają podobne objawy. Różnią się od żołnierzy tym, że nigdy nie dostaną orderu za waleczność i odwagę.

Wyniki badań pokazują, że kobiety doświadczone przemocą seksualną w dzieciństwie przejawiają w dorosłym życiu wyższy poziom lęku oraz częściej doświadczają występowania dysfunkcji seksualnych (np. obniżenia potrzeb seksualnych, lęku przed współżyciem). Wysoki poziom lęku może powodować kolejne negatywne skutki w postaci np. depresji czy myśli samobójczych. Wyniki testów osobowości także wskazują na charakterystyczne dla tej grupy kobiet niepokojące dane. Otóż prezentują one wyższy poziom neurotyczności (czyli pewnego niezrównoważenia emocjonalnego, podatności na stres i napięcia razem wziętych), wyższy poziom ugodowości oraz niższy poziom otwartości.  Ta wysoka ugodowość może przejawiać się w uległości i przyjmowaniu postawy ofiary w codziennym funkcjonowaniu. Obniżony poziom otwartości natomiast oznacza konwencjonalność zachowania oraz konserwatyzm w poglądach. Taki sposób postępowania może pomagać im utrzymywać względne poczucie bezpieczeństwa.

Co jeszcze? Bo to niestety nie wszystko… Dorosłe ofiary wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie mają niższą (niż przeciętnie) samoocenę i wyższe (niż przeciętnie) skłonności do sięgania po alkohol i narkotyki. Przemoc doświadczona w dzieciństwie nierzadko ma też wpływ na życie seksualne dorosłych kobiet i zwiększa ich podatność na wykorzystanie np. w związku małżeńskim. Kobiety molestowane powtarzają zachowania utrwalone w tamtym okresie, zachowania związane z brakiem szacunku dla własnego ciała czy trudnościami w utrzymywaniu granic w relacjach.

Lista skutków doświadczenia przemocy seksualnej w dzieciństwie wydaje się nie mieć końca. Dlatego jej ofiary powinny być objęte wielokierunkową pomocą specjalistów. Główny cel wsparcia to pomoc ofiarom w zmniejszeniu objawów będących skutkiem przeżytych doświadczeń i pomoc w budowaniu poczucia wartości. Leczenie ma eliminować doznania takie jak lęk, poczucie winy, wstydu oraz poczucie odpowiedzialności za to, co się stało. Istotnym obszarem pracy terapeutycznej jest także sfera seksualna. Kobiety – ofiary wykorzystania seksualnego w dzieciństwie – potrzebują wielokierunkowej pomocy specjalistycznej (medycznej, psychologicznej, prawnej). A udzielanie wsparcia warto zacząć od zaopiekowania się skrzywdzonym dzieckiem, które symbolicznie towarzyszy im przez całe życie.

Komentarze

Coaching od kuchni – czyli co robi coach kiedy Klient nie patrzy

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Niejednokrotnie słyszałam stwierdzenia osób, które nie doświadczyły coachingu, że nie rozumieją w czym miałaby pomóc taka „zwykła rozmowa”. Siedzą gadają, nic się nie dzieje. I to ma być takie rewolucyjne panaceum na wszystkie smutki i problemy tego świata?

Nikt nie powiedział, że jest to panaceum. Jednak osoby, które nie były w coachingu, a nawet te, które były, nie zdają sobie często sprawy jak dużo w tym procesie dzieje się od kuchni – zarówno w umyśle coacha jak i Klienta.

W tym tekście skupię się na umyśle coacha i tym, jakie intencje stoją za prostymi pytaniami.

Po przeczytaniu tekstu, nigdy więcej nie powiesz, że coaching to zwykła rozmowa. Nabierzesz przekonania, że coach nie komunikuje się z Tobą wyłącznie jak dobry kumpel (choć element przyjacielskiej relacji się pojawia), lecz oprócz tego: analizuje, łączy fakty, interpretuje, przewiduje, zapobiega, wnioskuje…  Summa summarum dobry coaching często można zdefiniować poprzez końcowe poczucie Klienta, że właściwie osiągnął wszystko sam, a coach tylko go wspierał i był jak akuszerka, która „tylko” pomaga w narodzinach tego, co i tak jest w człowieku.

W tym tekście zdradzam klasyczne pytania, które pojawią się praktycznie w każdym coachingu. Zatem Drogi Czytelniku, zachęcam Cię do self-coachingu w trakcie czytania. Pomyśl o celu, który chciałbyś osiągnąć i czytając, zadawaj sobie po kolei poniższe pytania. Być może gdy skończysz, oprócz samej przyjemności z czytania, stworzysz sobie jaśniejszy obraz tego, jaką zmianę chcesz zaprowadzić w swoim życiu.

Po jaką zmianę przychodzisz? Z jakiego powodu się spotykamy?

To pytanie zawsze pojawi się na początku wspólnej drogi Coacha i Klienta. Coaching często porównuje się do podróży – Klient mówi gdzie chce dotrzeć, a Coach pomaga mu wybrać najbardziej optymalną drogę. Często towarzyszy mu w tej podróży, bywa jego przewodnikiem jako ktoś, kto już tędy ludzi przeprowadzał, zna dobre sposoby jak łagodzić bóle wynikające z niełatwej podróży, zna różne patenty jak sprawnie podróżować. Jednak sam początek to pytanie o cel – gdzie jedziemy? To pytanie nie tylko mówi nam gdzie będziemy zmierzać, ale też gdzie nas na pewno nie zobaczą. Ta prosta interwencja odsiewa całe mnóstwo błędnych kierunków i straconego czasu, więc jest dla Coacha jednym z najbogatszych źródeł informacji.

Jakie masz kryteria? Po czym poznasz, że jesteśmy na dobrej drodze?

Gdy już mamy cel, zarówno Klient jak i Coach potrzebują wiedzieć jak rozpoznamy, że to na pewno właściwa droga, że na pewno o to ten cały trud i ambaras. Trzymając się metafory podróży, Klient może stwierdzić, że jego kryteria to: droga niezbyt kamienista, którą można dosyć szybko pokonać, atrakcyjne przystanki, włączenie w tę drogę najbliższych. Coach na podstawie tych informacji będzie wiedział, jakimi wartościami jego Klient będzie się kierował, a jakie będą tym razem bez znaczenia.

Jaki jest powód Twojego działania? Właściwie po co się do tego zabieramy?

Ludzie nie zawsze zadają sobie to pytanie i działają automatycznie, bezrefleksyjnie. Coach zadba o to, abyś dobrze wiedział jaki tzw. metacel Ci przyświeca, gdyż nigdy nie chodzi o osiągnięcie celu samego w sobie, lecz o efekty jakie on przyniesie. Podobnie, praktycznie nigdy w zarabianiu pieniędzy nie chodzi o nie same, lecz o dobra które dzięki nim możemy posiąść.

Gdy tam dojdziemy, kim się wtedy staniesz, co będzie możliwe?

W „kuchni” coacha takie pytanie oznacza badanie efektów i konsekwencji podjętych przez Klienta działań. Ponadto Coach zapraszając Klienta do myślenia o osiągniętym celu, wzbudza w nim niesamowitą motywację. Zachęci go też do pielęgnowania tej wizji, utożsamiania się z nią, przywoływania jej w wyobraźni – zwłaszcza w momentach, kiedy na drodze zaczną piętrzyć się przeszkody, a taki moment nastąpi prędzej czy później.

Co będziesz musiał porzucić na drodze?

W dobrym coachingu dosyć szybko jak na dłoni widać, co w trakcie drogi będzie nam zawadą. Większość balastu jaki będzie trzeba porzucić, a właściwie zamienić na inny, to niewspierające przekonania – czyli to, co zapuściło korzenie w naszej głowie i nie pozwala łatwo się wyplenić.

Coach wie, że jeśli należy wykorzenić coś z głowy Klienta, to nie można pozostawić tego miejsca pustym, bo wówczas zajmą je chwasty lub to samo, co rosło tu wcześniej. Dlatego w coachingu intensywnie pracujemy nad intencjonalnym, zaplanowanym procesem zmiany przekonań. Podam Wam przykład. Jedna z moich Klientek żywiła przekonanie, które brzmiało mniej więcej tak: „ponieważ zawsze w życiu miałam pod górkę (już na starcie przyszło mi żyć w kiepskiej rodzinie), to zawsze będzie mi trudniej, zawsze będę kilka kroków z tyłu za innymi,  nigdy ich nie dogonię”. Przekonanie to, jak sobie można wyobrazić, skutecznie blokowało nawet samo inicjowanie zmian – bo po co się wysilać skoro wisi nade mną fatum bycia w tyle bez względu na to, co zrobię? Podczas naszej intensywnej pracy przekonanie zmieniło się w taki sposób „to prawda, że pochodzę z rodziny która doświadczała problemów, to prawda że przez to wielokrotnie było mi trudno, ale życie to nie wyścig, nie jest linearne. Sukces i powodzenie zależy od wielu czynników i moje trudności, go nie przekreślają, a nawet więcej mogą go wspierać. Mam unikalne doświadczenie, niełatwe wspomnienia, które paradoksalnie mogą stać się moją siłą. Mogę z nich czerpać, a nie oskarżać się za nie. Nie miałam wpływu na to, że mnie to spotkało, ale mam wpływ na to, jak to teraz wykorzystam.”

Czego Ci brakuje na tej drodze, co musisz zdobyć?

Jako Coach oraz psycholog rozmawiając z Klientem, często zastanawiam się czego brakuje mi w jego obrazie, w relacji z nim. Innymi słowy słucham również tego, czego Klient nie mówi, nie manifestuje, nie doświadcza, bo niejednokrotnie jest to wskazówka do tego, czego może mu brakować w drodze do osiągnięcia celu. Czasami w kontakcie z Klientem brakuje mi radości, optymizmu. Widzę np. że broni się przed tym, bo z tyłu głowy żywi przekonanie, iż „lepiej się nie cieszyć na zapas, lepiej się rozczarować pozytywnie”. Później podczas pracy okazuje się, iż to go bardzo ogranicza, bo nawet jeśli uda mu się osiągnąć to, czego chciał, to wciąż nie może się z tego ucieszyć, bo przecież w każdej chwili może wydarzyć się coś nieoczekiwanego. Zatem lepiej powściągnąć swoje emocje i cały czas kontrolować sytuację. Podczas coachingu Klient zauważył, że taka strategia mu nie służy i na dłuższą metę blokuje zbyt dużą ilość zasobów.

Jakbyś miał to do czegoś porównać?

Tego pytania nie zada każdy coach, ale ja to robię. Lubię proponować Klientom pracę z metaforą, lubię proponować, by wyobrazili sobie swój cel za pomocą obrazów zupełnie oderwanych od tego, czego cel dotyczy. Czasem, gdy jesteśmy na etapie omawiania problemu – proszę, aby problem został porównany do zwierzęcia, rośliny, innej abstrakcyjnej sytuacji. Jedna Klientka powiedziała mi, że jej obecny stan można porównać do sitka, do którego ktoś usilnie próbuje wlać sok i nie rozumie dlaczego ciągle się z niego wylewa. Pracowałyśmy tą metaforą do momentu kiedy Klientka zauważyła, że musi zmienić sitko na miskę, a w samym soku nie ma nic złego. Sokiem była jej praca, a sitkiem postawa wobec pracy. Zatem okazało się, że nie chodzi o zmianę pracy, aby poczuć się szczęśliwą, lecz zmianę postawy na bardziej zaangażowaną i uważną.

W jaki sposób ja mogę Ci w tym pomóc?

Zawsze pytam Klientów do czego ja im jestem potrzebna, do czego potrzebny jest drugi człowiek. Odpowiedź daje wskazówkę o tym, do jakiej roli Klient będzie próbował mnie zaprosić. Bardzo często jest to rola mentora. Klienci wyobrażają sobie, że coach jest mądrą, zasobną osobą, która ma gotowe rozwiązania na różne problemy. Zawsze jestem uważna, by nie przegapić tych wyobrażeń, gdyż należy szybko je sprostować, by uniknąć rozczarowań. Coach to nie mentor, nie jest lekarzem który przepisuje recepty i lekarstwa. Coaching jest mentalnym i emocjonalnym procesem, który wydarza się w relacji, a jego efekty nie są jednoznaczne do przewidzenia. Wymaga to od Klienta dużego zaangażowania i bycia aktywnym uczestnikiem, a nie biernym odbiorca czy uczniem.

Co jest dobrego w pozostawieniu spraw takimi, jakimi są?

Coach popełnia błąd w sztuce jeśli nie wybada dlaczego Klient do tej pory sam nie osiągnął tego, co chce. Najczęściej kryją się za tym tzw. wtórne korzyści, czyli profity związane z brakiem zmiany. Zazwyczaj dotyczą one poczucia bezpieczeństwa, braku lęku związanego z podejmowaniem nowych wyzwań. Inną pozytywną intencją braku zmiany jest możliwość „nie weryfikowania się”. Nie podejmując wyzwań ludzie mogą żyć w iluzji bycia kimkolwiek. Konfrontacja z rzeczywistością mogłaby skutecznie obalić te wizje, a to byłoby bolesne. W coachingu przekonuję Klientów, że konfrontacja z rzeczywistością jest najlepszym, co mogą dla siebie zrobić, bo tylko stanięcie w prawdzie o sobie (z akceptacją) jest najlepszym fundamentem pod jakąkolwiek zmianę.

Gdyby tak się stało/gdyby to była prawda, to co by to dla Ciebie oznaczało?

W coachingu takie pytanie pada przy różnych okazjach. Można powiedzieć, że czyni ono dużą różnicę pomiędzy procesem pomocowym a rozmową towarzyską. Nie będziesz po prostu zdawał relacji z tego, co ci się przydarzyło. Będziesz także pytany o to, jakie miało to dla Ciebie znaczenie, jak to zinterpretowałeś. Tym pytaniem można też odkodować głębsze przekonania, które stoją za drobnymi myślami automatycznymi, przydarzającymi się nam każdego dnia. Przykładowo Klientka mówi, że w trakcie pracy zaczynają dopadać ją myśli „to za trudne dla mnie”. Coach mógłby zapytać – co by to dla ciebie oznaczało, gdyby to faktycznie było za trudne? Klientka odpowiedziała – to, że jestem niekompetentna, bo inni robią to szybciej. I tym sposobem coach odkrywa niewspierające przekonanie, którego koniecznie trzeba będzie dotknąć podczas pracy, gdyż z pewnością stanie na drodze do celu.

Jakich wcześniej dróg próbowałeś, co się udawało w tej sprawie?

Najczęściej jest tak, że Klient zanim przyszedł po pomoc do coacha, wiele razy sam próbowała uporać się ze swoim problemem. Dlatego też w coachingu proste rady są nie na miejscu. Z szacunku dla Klienta, nie sugeruje się prostych rozwiązań, gdyż ten pewnie wcześniej sam ich próbował i z jakiegoś powodu nie wychodziło. Zadaniem coacha jest pomoc w odnalezieniu tego elementu w życiu Klienta, który blokuje wdrażanie prostych rozwiązań.

W jaki sposób ta trudność wpływa na inne obszary Twojego życia?

Jako coach dbam o to, aby oddzielić problem od Osoby Klienta, fachowo nazywamy to eksternalizacją problemu. Może ona objawiać się także w języku (mówię: ta trudność wpływa na ten obszar, a nie Ty wpływasz na ten obszar). Czasem proponuję ćwiczenie, w którym Klient wymyśla specjalną nazwę dla problemu, czasem też odrębną dla celu, tak aby się z nimi nadmiernie nie utożsamiał zwłaszcza z problemem. Gdy zachowa wobec niego zdrowy dystans, łatwiej będzie mu wygenerować rozwiązanie.

Jakie pytanie postawiłbyś sobie teraz sam?

Dobry coaching to taki, który uczy Klienta samodzielności, uczy go aby w przyszłości zadawać sobie te same pytanie, które usłyszał w coachingu, gdyż są one uniwersalne. Coaching powinien wyposażyć Klienta zarówno w umiejętność stawiania celnych pytań, analizowania swoich myśli i emocji, ale także w pewne wiadomości z zakresu psychologii, które są bardzo użyteczne na każdym etapie realizacji celu.

Na ile jest to realistyczne w skali od 1 do 10?

Coach bardzo często w czasie całego procesu używa narzędzia skalowania do różnych pytań np.: na ile chce ci się to robić 1-10; na ile jest to w zgodzie z twoimi wartościami 1-10; na ile będziesz żałował, jeśli jednak z tego rezygnujesz 1-10 itp. Skalowanie pozwala unikać jednoznacznych odpowiedzi „tak- nie”. Pozwala popatrzeć na wszystkie kwestie w odcieniach szarość i dzięki temu podjąć adekwatniejsze decyzje i sprawniej osiągać cele.

Jak Ci się ze mną współpracuje?

Generalnie w coachingu relacja nie ma aż tak dużego potencjału leczącego jak w psychoterapii, nie powinna być też w centrum naszej pracy. Jednak ja osobiście zawsze w pewnym momencie pytam Klientów jak im się ze mną współpracuje. Proszę, by dawali sygnały, co w pracy ze mną im służy, a co nie, abym mogła elastycznie dopasować mój warsztat pracy do potrzeb.

Podsumowując, w coachingu dzieje się dużo więcej niż można byłoby stwierdzić na pierwszy rzut oka. To pracochłonny proces zarówno dla Klienta, jak i Coacha. Wymaga sporo cierpliwości i determinacji, ale efekty bardzo często są nieporównywalnie większe od kosztów.

11992034_10153604950174770_1543833401_nGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Julia Kawalec

Z wykształcenia i pasji jestem psychologiem, trenerem dramy oraz certyfikowanym coachem MLC. Ukończyłam Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. W ramach studiów specjalizowałam się w Terapii Rodzin i Małżeństw oraz Wspieraniu Rozwoju Osobowości. Ukończyłam dwie szkoły, które wyposażyły mnie w umiejętności do rozwojowej pracy z ludźmi: Szkołę Trenerów Dramy oraz Studium Coachingu MLC. Posiadam bogate i różnorodne doświadczenie w prowadzeniu warsztatów rozwojowych (dotyczących wszelkich umiejętności miękkich), a także prowadzenia coachingu indywidualnego (life-coaching, career-coaching). Obecnie pracuję jako psycholog szkolny w Gimnazjum i Szkole Podstawowej.

Julię można znaleźć na:
Stronie
Facebooku

Komentarze

W świetle reflektorów – kiedy lęk zabiera Ci głos

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Stoisz na środku sceny, słyszysz szmer cichnących rozmów oraz szelest zdejmowanych kurtek. Niewiele widzisz, bo reflektory oślepiają Twoje oczy. W tej chwili orientujesz się, że pot spływa Ci z twarzy, a ręce drżą z niepokoju. Tak, to właśnie Ty masz za chwilę wygłosić przemówienie. Myślisz, że zemdlejesz, a wszyscy siedzący przed Tobą ludzie wybuchną śmiechem.  Nagle budzisz się zalany potem w swoim łóżku, uspokajająco mruczysz do siebie – to tylko sen, tylko sen. Jednak dla niektórych taka sytuacja jest realnym koszmarem.

Występowanie na zgromadzeniach czy zabieranie głosu w debacie, kiedy oczy wszystkich zwrócone są na Ciebie, to tylko dla nielicznych świetna zabawa i  komfortowa sytuacja. Na myśl o przedstawieniu prezentacji czy referatu na forum, wielu ludzi zamiast przyjemnego łaskotania w brzuch, dostaje niestrawności i nie śpi po nocach.

Lęk przed wystąpieniami publicznymi jest związany przede wszystkim z sytuacją społecznej ekspozycji, kiedy przemawiając lub prezentując naszą pracę, jesteśmy w centrum zainteresowania zgromadzonych osób. Czujemy wtedy niepokój, że jesteśmy niewystarczająco przygotowani, źle wyglądamy, a to, co mamy do powiedzenia nie jest interesujące. W trakcie prezentacji osoba, która zwraca się do publiczności jest bacznie obserwowana, każdy jej ruch oceniany, a słowa poddawane ostrej krytyce. Tu pojawia się jeden z największych lęków człowieka, czyli lęk przed oceną. Niekorzystna i mało przychylna może spowodować, że nasze poczucie własnej wartości ulegnie załamaniu, samoocena obniżeniu, a w konsekwencji pojawią się kompleksy. Wielkie znaczenie ma również potrzeba bycia lubianym i szanowanym, która powoduje, że zwykły referat w szkole, czy prezentacja projektu przed współpracownikami urasta do rangi ogromnego problemu. Wrażenie, jakie wywołamy wśród słuchaczy, wiążemy z postrzeganiem przez nich naszej osoby.

Występowanie wzmożonego lęku przed wystąpieniami publicznymi jest również wzmacniane przez niekorzystną interpretacje samego wydarzenia. Jeśli prezentacje skojarzymy jako sytuację zagrożenia, a tak zazwyczaj się dzieje, to zaczną działać pierwotne mechanizmy. Układ limbiczny mobilizuje organizm do walki bądź ucieczki, we krwi pojawi się więcej adrenaliny oraz kortyzolu, tętno przyśpieszy, gardło ulegnie zaciśnięciu, a metabolizm zwolni. Pocenie się dłoni, drżenie głosu i utrudnione zebranie myśli to również skutki przygotowania organizmu na zagrażającą sytuację. W takim stanie człowiek myśli tylko o tym, aby uciec ze sceny, a chwila zabrania głosu jawi mu się jako największe wyzwanie, które jest nie do pokonania i grozi upokorzeniem.  Kiedy sytuacja konieczności zabierania głosu na forum powtarza się, może się przyczynić do wzmacniania lęku i nasilenia objawów stresu, co w konsekwencji powoduje eskalację niepokoju i niechęć do przemawiania, nawet w przypadku dobrej znajomości tematu.

Sytuacje związane z ekspozycją społeczną zdarzają się praktycznie codziennie: masz do przedstawienia prezentację w pracy, chcesz zapytać o godzinę w zatłoczonym autobusie, albo musisz odpowiedzieć na pytania nauczyciela na forum klasy – dla wielu wiąże się to z dużym stresem i jest niełatwym wyzwaniem. Aby choć trochę zminimalizować lęk, warto wykorzystać kilka sprawdzonych sposobów:

Przygotowania. Wielokrotne powtórki i dokładne zapoznanie się z materiałem mają niezwykłą moc, nasza pewność siebie wzrasta, mówimy zdecydowanym głosem, a pytania od słuchaczy nie są niczym zaskakującym.

Próbne wystąpienia. Najwięksi mówcy motywacyjni oraz politycy ćwiczą swoje wystąpienia przed różnorodnym audytorium przez wiele godzin. I Ty możesz wykorzystać ich sposób, swoje wystąpienie ćwicz przed lustrem, rodziną czy przyjaciółmi, potarzaj w każdej wolnej chwili. Dzięki temu wpatrzone w Ciebie oczy nie będą zaskakującą nowością, a przemawianie do nieznanych osób stanie się kolejnym etapem.

Wizualizacja. Jeśli przemówienie napawa Cię lękiem, a nie masz czasu zorganizować próbnych wystąpień, spróbuj wyobrazić sobie każdy element prezentacji. Jak wyglądasz, stoisz, co mówisz do zgromadzonych słuchaczy. Możesz zastanowić się nad możliwymi pytaniami jakie padną oraz przygotować sobie wstępne odpowiedzi. Szczegółowa wizualizacja może zminimalizować lęk równie dobrze, co próbne wystąpienia.

Panuje obiegowa opinia, że ponad połowa ludzi na świecie bardziej boi się wystąpień przed publicznością niż śmierci. W pierwszej chwili może się to wydawać niedorzeczne, jeśli jednak przypomnimy sobie ile razy nie przespaliśmy nocy, zrezygnowaliśmy ze śniadania i jak duży stres towarzyszył naszej prezentacji, wydaje się to bardziej prawdopodobne.

Komentarze

Trema może być jak zakochanie

Wystąpienia publiczne dotyczą nie tylko aktorów, muzyków czy polityków. Wielu z nas już w szkole czy na studiach musi przełamać się i zaprezentować przed większym gronem osób. Jest też sporo zawodów, gdzie jest to codziennością: trenerzy warsztatów, nauczyciele, wszystkie te osoby, które mają kontakty z klientami (oko w oko lub przez telefon). Między innymi dla tych wszystkich osób powstały warsztaty „Wygraj z tremą”. Rozmawiamy z ich pomysłodawczynią i prowadzącą – Tosią Mużdżak.

Marta Łusakowska: Skąd pomysł na projekt „Wygraj z tremą”?
wzt logoTosia Mużdżak: Pomysł narodził w 2011 roku podczas pisania pracy magisterskiej na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Chciałam w niej połączyć różne moje doświadczenia, zainteresowania i umiejętności, a przede wszystkim muzykę i psychologię. Z muzyką byłam związana już od wielu lat, ukończyłam dwie szkoły muzyczne – wiedziałam więc, że trema jest tam dosyć zaniedbanym tematem. Nie dość, że młodzi muzycy nie mają żadnych zajęć poświęconych temu czy podobnym zjawiskom, to jeszcze wielu nauczycieli uważa, że „jeśli masz tremę, to nie nadajesz się do tego zawodu”. Z tego powodu jest to wręcz temat tabu – uczniowie nie przyznają się do tremy nawet przed sobą nawzajem, nie dostają wsparcia od bardziej doświadczonych osób – są pozostawieni sami sobie. Postanowiłam wykorzystać wiedzę psychologiczną oraz zamiłowanie do prowadzenia warsztatów i zorganizować spotkania poświęcone radzeniu sobie z tremą przeznaczone dla uczniów szkół muzycznych. A moja praca magisterska poświęcona była ocenie skuteczności tych warsztatów, więc mają one naukowo potwierdzone działanie!

MŁ: Czym jest trema? Dlaczego mamy ją tak często w przeróżnych sytuacjach?
TM: Definicji jest tyle, ile osób, które zajmują się tym zagadnieniem. Dla mnie kluczowym elementem tremy jest to, że jest ona lękiem związanym z wystąpieniem publicznym, a co za tym idzie, z oczekiwaniem na ocenę jakiejś publiczności. Ten pierwszy warunek wiąże się z tym, że tak samo jak lęk – trema objawia się na trzech różnych płaszczyznach. Odczuwamy ją fizjologicznie (boli nas brzuch, trzęsą się ręce, pocimy się i mamy sucho w gardle), emocjonalnie (czujemy strach, przerażenie, ekscytację, pobudzenie) oraz poznawczo (czyli w głowie pojawiają nam się pewne określone myśli, np. „musi mi się udać” lub „na pewno się wygłupię”). Z drugim elementem definicji, czyli z publicznością jest jeszcze ciekawiej, ponieważ nie musi być ona wcale tak dosłowna. Wiadomo – inaczej się czujemy, jeśli musimy wystąpić dla siebie w domu, na próbę, a zupełnie inaczej w sali pełnej publiczności lub przed groźnym jury. Ale tak naprawdę pewną tremę możemy odczuwać także np. nagrywając swoje wystąpienie na video, gdy publiczność dopiero za jakiś czas się z nim zapozna lub nawet jeśli tylko my będziemy siebie oglądać. Czasem wystarczy otworzyć szerzej okno np. podczas śpiewania i już pojawia się delikatny dreszczyk i myśl: „a może ktoś mnie usłyszy?”. Publiczność może więc być odroczona w czasie lub nawet tylko hipotetyczna. Taki jest mój skrócony opis tego, czym jest trema. Jest on naznaczony wiedzą i doświadczeniem psychologicznym. Jednak na warsztatach jednym z ważnych elementów jest poznanie własnej tremy, poszukiwanie swoich objawów i własnych nazw lub wyobrażeń z nią związanych. Tak więc każdy może mieć swoją definicję – tak samo jak trema każdej osoby jest wyjątkowa.

wzt zdjęcieMŁ: Dla kogo przeznaczone są warsztaty i jak one wyglądają? Czy podajesz na nich magiczny przepis na zwalczanie tremy i każdy uczestnik „wygrywa z tremą”?
TM: Warsztaty są przeznaczone dla wszystkich, którzy uważają, że mogą z nich jakoś skorzystać. Często są to muzycy i aktorzy (lub uczniowie związani z tymi dziedzinami), ale także osoby, które w swojej nieartystycznej pracy muszą w jakiś sposób występować publicznie – na spotkaniach zespołu, przez telefon, w pracy z klientem, prowadząc szkolenia lub lekcje. Przychodzą także osoby, które w ramach swoich zainteresowań śpiewają, grają, tańczą, piszą wiersze lub fotografują i to wymaga od nich występów lub opowiadania o swoim hobby. Ale tak jak wspomniałam – zapraszam wszystkich. Spotkania odbywają się w grupach 6-8-osobowych i są warsztatami. To oznacza, że nie są to wykłady, na których tylko się słucha; ani szkolenie, na którym uczymy się technicznych kwestii i rozwiązania są narzucone przez trenera. Na warsztatach każdy ma możliwość, żeby lepiej poznać swoją tremę – jej objawy, czynniki, które ją nasilają lub łagodzą oraz poznać i przećwiczyć wiele metod radzenia sobie z nią, aby wybrać te, które najbardziej pasują danej osobie. I co prawda będziemy ćwiczyć głębokie oddechy i rozmawiać o odpowiednim przygotowaniu przed występem, jednak najważniejsze jest to, co siedzi w naszych głowach, a najważniejszym „sposobem” jest polubienie i oswojenie swojej tremy. Wiem, że brzmi to dziwnie, ponieważ większość osób traktuje tremę jako swojego wroga. Ale na podstawie wiedzy psychologicznej, wypowiedzi wielu artystów, którzy całe zawodowe życie spędzili (z tremą!) na scenie i wszystkich historii, które poznałam podczas warsztatów, wiem, że to jest skuteczna droga. Tak więc w pewnym sensie istnieje magiczne rozwiązanie – zrozumieć i polubić swoją tremę. Ale każdy robi to na swój sposób i na warsztatach panuje wolność i swobodna atmosfera. Oswojenie tremy jest niełatwym zadaniem i zajmuje trochę czasu. Bywa tak, że warsztaty są wystarczającym działaniem i uczestnicy oswajają swoją tremę w całości na warsztatach. Bywa też tak, że ten proces wymaga jeszcze nieco czasu, ale przede wszystkim wymaga ćwiczenia – czyli kolejnych występów, w czasie których będzie można wypróbować poznane na warsztatach podejście i sposoby. Bardzo mnie cieszy, kiedy po warsztatach – a zdarza się to bardzo często – słyszę, że uczestnicy nie mogą doczekać się kolejnych swoich występów i tego, żeby wypróbować nowo nabyte umiejętności. Przekształcenie obaw w ekscytację jest kluczowym elementem oswojenia tremy, więc takie zdanie świadczy o dużych zmianach u uczestników.

MŁ: A jeśli ktoś nie chce brać udziału w warsztatach grupowych, czy jest jakaś inna możliwość?
TM: Jeśli tylko jest taka możliwość, to zdecydowanie polecam warsztaty grupowe. Najczęściej trwają one jeden weekend i zdarzają się uczestnicy, którzy przyjeżdżają na nie spoza Warszawy, więc miejsce zamieszkania nie jest przeszkodą. Poza tym, jeśli gdzieś jest grupa zainteresowanych osób, to ja mogę przejechać potrzebne kilometry. Jest też oczywiście możliwość pracy indywidualnej. Jeśli ktoś nie jest przekonany do warsztatów, chce poznać mnie i mój styl pracy wcześniej albo – co najczęstsze – nie ma czasu, bo występ jest już niedługo i nie ma możliwości skorzystania z warsztatów, to jak najbardziej pracuję także indywidualnie.

MŁ: Czy Ty miewasz tremę czy całkowicie ją opanowałaś?
TM: Na szczęście mam! Nie chciałabym występować ani prowadzić warsztatów z takim zimnym profesjonalizmem i zupełnie bez emocji! Potrzebuję tremy, żeby wpaść w wir przygotowań, nakręcić się pozytywnie i mieć więcej energii podczas wystąpienia. Trema daje mi też kreatywne pomysły, na które pewnie bym nie wpadła, gdyby nie ten stres przed danym wydarzeniem. Wiem, że jest to opis pozytywnej tremy, ale właśnie o to chodzi – żeby nie pozbywać się jej zupełnie, tylko przekształcić tę energię w taką, która będzie nam pomagać. I zapewniam, że to możliwe, bo sama tego doświadczyłam. To nie znaczy, że trema zupełnie mi nie przeszkadza. Owszem, nadal boli mnie czasem brzuch i mam myśli, które pokazują moje wątpliwości. Ale interpretuję je jako objaw tego, że mi zależy i robię coś, co jest dla mnie ważne. I wtedy ból brzucha nie jest już tak dojmujący. Lubię porównywać tremę do zakochania. Wtedy też nasz organizm wariuje i robi różne nieprzyjemne rzeczy – także boli nas brzuch, może być nam niedobrze, pocą nam się ręce i jąkamy się. Ale chyba każdy z nas tęskni czasem za tym momentem, kiedy na świecie nie istniały żadne problemy oprócz tego, żeby dobrze wypaść na randce! I o to samo chodzi w tremie. Nasz organizm przeżywa zdenerwowanie na różne sposoby, ale interpretacja tego stanu może być pozytywna.

Wszystkich zainteresowanych tematyką tremy i udziałem w warsztatach zachęcamy do odwiedzenia strony i kontaktu z prowadzącą. Najbliższe warsztaty odbędą się w dniach 26-27 września w Warszawie. Zapraszamy!

tosia zdjęcieTosia Mużdżak:
Strona
Facebook
mail: wygrajztrema@gmail.com
telefon: (+48) 505 141 739 

Komentarze

Lęk przed utratą kontroli

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Kiedy zapytamy osoby niemające kontaktu z psychologią/psychiatrią, z czym kojarzą im się zaburzenia lękowe, najprawdopodobniej usłyszymy odpowiedzi: lęk przed wysokością, pająkami, przestrzenią, wystąpieniami publicznymi. Oczywiście fobie stanowią dosyć szerokie spektrum tego typu zaburzeń, jednakże „lęk” to sprytny zawodnik, potrafiący doskonale się maskować i ukrywać pod bardzo różną postacią.Możemy tu mówić o: napadach paniki czy uogólnionych zaburzeniach lękowych (tzw. lęk wolnopłynący, gdzie nie potrafimy zidentyfikować bezpośrednio jego przedmiotu), zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych (dla mniej wtajemniczonych- tzw. nerwica natręctw), trudnościach adaptacyjnych czy zaburzeniach występujących pod postacią somatyczną (m.in. zaburzenia hipochondryczne).

Wielokrotnie lęk stanowi podłoże zaburzeń charakteru. Osobowość anankastyczną, czyli obsesyjno-kompulsywną, cechuje dominacja myślenia oraz działania, kult racjonalizmu i pragmatyzmu, który dewaluuje wartość emocji, intuicji, spontaniczności. Jednostki te stosują te same mechanizmy obronne, które występują u osób z objawami: obsesji (czyli niechcianych, natrętnych myśli) oraz kompulsji (niepożądanych, przymusowych działań). Ludzie o takiej organizacji osobowości są zazwyczaj bardzo sumienni, obowiązkowi, wymagający wobec siebie, przejawiają skłonności do perfekcjonizmu, oszczędności. W czym zatem tkwi problem, skoro przytoczone powyżej cechy mogłoby się wydawać bardzo pożądane w dzisiejszym świecie? Kto nie chciałby zatrudnić pracownika, zawsze przygotowanego do swojej pracy, wywiązującego się w terminie z wszystkich powierzonych zadań, a w dodatku realizującego projekty z dużą starannością i precyzją? W rzeczywistości, życie ludzi z anankastycznym zaburzeniem osobowości jest zubożałe o emocjonalny aspekt doświadczenia. Zanim jednak skoncentruję się na mechanizmach obronnych czyli sposobach radzenia sobie z frustracją, napięciem, niepokojem, przedstawię jakie jest podłoże tego zaburzenia.

Odwołując się do tradycji psychodynamicznej, podstawowy konflikt osób z taką organizacją charakteru dotyczy uczucia złości (na fakt bycia nadmiernie kontrolowanym) oraz lęku przed karą, krytyką. W dzieciństwie, osoby takie na ogół były poddawane przez rodziców (bądź jednego z nich) surowemu wychowaniu, w którym dominowała moralizacja, wzbudzanie poczucia winy, wstydu. Do typowych wypowiedzi, które dziecko mogło usłyszeć z ust dorosłych mogły należeć: „grzeczne dziewczynki tak nie postępują”, „powinieneś…”, „co powiedzą inni, gdy..?”. Spełnianie zewnętrznych oczekiwań staje się priorytetem, a „ja powinnościowe” wygrywa walkę z „ja przyjemnościowym”. Z drugiej strony, osobowość obsesyjno-kompulsywna mogła kształtować się wskutek całkowicie przeciwnej postawy rodzicielskiej. W domach, gdzie brakowało zasad, jasnych standardów, a rodzice nie posiadali wystarczających kompetencji, by stawiać wymagania swoim dzieciom, musiały one same wypracować sobie strategie radzenia sobie z poczuciem braku stabilności. Ich silna determinacja mogła wynikać z dużego pragnienia niepowielania błędów swoich opiekunów. Jakie zatem mechanizmy obronne stosują osoby o takiej organizacji osobowości? Podstawowym z nich jest mechanizm izolacji, czyli oddzielenia uczuć od poznawczego aspektu doświadczenia. Zastanówmy się, jak często słyszymy relacje osób mówiących o naprawdę traumatycznych przeżyciach tonem tak beznamiętnym, jakby opowiadały o niedzielnym obiedzie. Ten prymitywny mechanizm, choć w niektórych ekstremalnych sytuacjach może stanowić bardzo doskonałe narzędzie adaptacyjne (np. niedopuszczenie do siebie bardzo trudnych emocji ofiar katastrof, wojen, ataków terrorystycznych), w codziennym życiu utrudnia realne zmierzenie się z problemem. Pamiętajmy bowiem, że to właśnie emocje pełnią dla naszego organizmu funkcję informacyjną, ukierunkowują nasze zachowanie i motywują do podjęcia konkretnych działań zaradczych. Mechanizm izolacji stanowi również podstawę bardziej zaawansowanych, tzw. wtórnych mechanizmów obronnych (wyższego rzędu), takich jak: intelektualizacja, racjonalizacja czy moralizacja. W odróżnieniu od tego pierwszego, osoby stosujące intelektualizację dopuszczają do siebie możliwość odczuwania emocji, potwierdzają ich przeżywanie, jednakże w rzeczywistości pozostają zahamowane. Sposobem minimalizowania przykrych emocji może być również: racjonalizacja własnych działań oraz ich moralizacja, czyli odwoływanie się do „powinności”. Czyż nie łatwiej jest pogodzić się z utratą pracy, mówiąc, że „tak naprawdę nie sprawiała mi ona satysfakcji, poza tym stać mnie na coś lepszego”? Czy nie przyjemniej uporać się z poczuciem winy, kiedy po bardzo surowym ukaraniu dziecka, rodzic powie „to wszystko dla jego dobra, ja tak byłem wychowywany i tak się powinno postępować z dziećmi”?  

Powyższe mechanizmy dotyczyły osobowości obsesyjnej, i choć często łączy się ona z kompulsywnością, mechanizm obronny tej drugiej opiera się głównie na anulacji. Polega on na podejmowaniu działań (np. kompulsywne mycie rąk) w celu złagodzenia emocji, z którymi nie możemy sobie poradzić. Ile osób kompulsywnie objada się, nadużywa alkoholu czy substancji psychoaktywnych, tylko po to, aby nie dopuścić do siebie przykrego afektu. Podjęcie działania obniża napięcie i „zwalnia” z obowiązku poradzenia sobie z uczuciami w sposób konstruktywny. Jednocześnie „doskonale” pełniąc swoją funkcję, zostaje utrwalone i z czasem może przerodzić się w uzależnienie. Jaką zatem „kontrolę” mają nad swoim życiem osoby, które usilnie obawiają się jej utraty?  Czy to nie paradoks, że najbardziej twórcze i najbardziej oryginalne dzieła, projekty, pomysły powstają bez planowania?

Komentarze

Wrzuć do pieca chleb – Archipelag Jazdów

Wyjęcie z pieca ciepłego bochenka chleba jest przeżyciem wręcz ekstatycznym. Jego skórka chrupie podczas krojenia, a masło przyjemniej rozpływa się na kromce… Tradycja domowego wypieku chleba powraca, ponieważ jesteśmy coraz bardziej świadomi tego, co jemy. Jednak pieczenie własnych bochenków wymaga nie lada cierpliwości. Jest procesem, a nawet rytuałem – który można było zgłębić na warsztatach prowadzonych przez Pawła Kruka w ramach Archipelagu Jazdów i uświadomić sobie, że wyrób chleba może być czynnością wykraczająca poza wymiar kulinarny.

chleb1

fot. Magazyn Przestrzeń, JN – Archipelag Jazdów, Ferment

 

Kilka słów o piecu 

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Znajdujący się na tyłach Laboratorium CSW piec, powstał z inicjatywy szefowej kuchni Juliette Delventhal i artysty Pawła Kruka, którego poprosiłam o przybliżenie jego historii: „W 2011 Marianna Dobkowska – kuratorka w CSW i Artists-In-Residence Laboratory – zaprosiła na rezydencję moją żonę Juliette Delventhal. Juliette jest kucharką i była to pierwsza (i mam wrażenie jedyna jak dotąd) rezydencja dla kucharza w A-I-R Laboratory przy CSW. Wraz z naszą półtoraroczną wtedy córką Zojką, naturalną koleją rzeczy staliśmy się współpracownikami Juliette w jej aktywnościach. Mój powrót do Warszawy był również sposobnością, aby podzielić się z zainteresowanymi moimi spostrzeżeniami związanymi z produkcją, przygotowaniem i konsumpcją żywności poczynionymi od czasu, kiedy zamieszkałem w Kalifornii. Dla Juliette natomiast, pobyt w Warszawie stał się okazją, by prześledzić i nauczyć się procesów wyrobu i wypieku chleba na naturalnym zakwasie. Z tego zamierzenia zrodził się pomysł na zbudowanie pieca wypalanego drewnem, w którym moglibyśmy wypiekać owoce jej pracy. Mariannie spodobała się ta idea i tuż po naszym przyjeździe, zaczęliśmy proces budowy. Wtedy bardziej przejęty byłem samym powstawaniem pieca, choć intrygował mnie również jego potencjał kulinarny oraz społeczny. Rezydencja w Laboratorium, wielki entuzjazm Marianny oraz ręce, wiedza i doświadczenie pana Leszka – fantastycznego zduna spod Warszawy – pomogły nam postawić okazały piec. I choć jego budowa zajęła ciut więcej czasu niż zakładaliśmy, przez okres trwania rezydencji nasz chleb wypiekaliśmy w żeliwnym garnku umieszczanym w piekarniku.” 

Nauka pieczenia chleba

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Lata mijały, a o piecu mało kto pamiętał. Jednak w sierpniu tego roku Paweł Kruk powrócił, aby ponownie go uruchomić. W ramach Archipelagu Jazdów eksperymentował z ideą domowego wypieku chleba z podstawowych składników i wykorzystaniem procesów fermentacji, mając nadzieję na oddanie pieca do regularnego użytku lokalnej społeczności. Prowadzone przez Pawła warsztaty były nietypowe. Trwały od godziny 10.00 aż do 19.00. Dlaczego tak długo? Ponieważ powstawanie chleba to wielogodzinny proces, wymagający cierpliwości i pokory. Można powiedzieć, że jest wręcz rytuałem, mistycznym przeżyciem, formą medytacji. Paweł dodaje jednak ze śmiechem, aby zachęcić do własnej praktyki wypieku chleba: „Proces nie jest aż tak wysublimowany, choć skrupulatne odmierzanie wagi i czasu pomaga go kontrolować, pozwalając na wyrobienie w sobie intuicji piekarskiej. Dodatkowo, czas warsztatów był wydłużony z racji wypalania pieca. W rzeczywistości, w jednym ze sposobów, możliwe jest by skończyć sam proces w 4 godziny od zważenia składników do włożenia chleba do lodówki, by wypiec go np. na następny dzień.” Na smak i wygląd chleba może mieć wpływ w zasadzie każdy czynnik: rodzaj mąki, woda, temperatura, wilgotność, czas i sposób przekładania ciasta, forma, piekarnik, nasze nastawienie… Spytałam Pawła skąd w ogóle pomysł na wypiek własnego chleba: „Ze smakiem, a w konsekwencji z samym procesem powstawania chleba na naturalnym zakwasie zapoznałem się od chwili zamieszkania w San Francisco. Myślę, że zainfekowany zostałem wtedy Lactobacillus sanfranciscensis, chociaż tak na prawdę moje zainteresowanie zostało rozbudzone już podczas mojej pierwszej wizyty w Kalifornii w mieszczącym się na północ od miasta ośrodku Headlands Center for the Arts, gdzie kuchnia stanowi centralne miejsce spotkań. Znajdujący się tam piec używany był dwa razy w tygodniu przez Eduardo Morell do wypieku chleba na zakwasie. Samego procesu nauczyłem się w domu, podążając za wskazówkami Chada Robertsona z książki ‚Tartine Bread’.”

Początkowo, odmierzoną mąkę łączy się z częścią wody, aby zaszły pierwsze procesy. Następnie dodaje się zakwas, sól i pozostałą wodę. Ciasto rośnie przez kilka godzin, a w międzyczasie jest przekładane. Po odpoczynku na stolnicy, ostatnie (co najmniej dwie) godziny przebywa na ściereczce przełożone do formy lub rośnie przez minimum 10 godzin w lodówce. Kiedy piec jest nagrzany, ląduje w nim na mniej więcej czterdzieści minut. Po tym czasie otrzymujemy piękny, chrupiący bochenek. Tyle teorii. W praktyce jest to trochę bardziej skomplikowany proces. Spytałam Pawła, czym jest dla niego wypiek chleba i czy praktykuje go na co dzień: „Chleb staram się wypiekać co najmniej dwa razy w tygodniu. Zazwyczaj pracuję z taką ilością składników, aby powstał jeden, prawie kilogramowy bochen. Czasami wyrabiam dwa, kiedy mam pragnienie kogoś nim obdarować. Sam proces jest czymś, co spowalnia mój dzień, ustala pewien rytm i przynosi wiele satysfakcji z samej nauki. Zdarzają się oczywiście momenty frustracji lub konsternacji, kiedy coś nie wyjdzie, ale niczym nie różni się to od innych aktywności, w których oczekujemy satysfakcjonujących nas rezultatów. Jak dotąd w większości przypadków, wyciągałem z piekarnika lub pieca aromatyczny, śpiewający bochen, łączący w sobie nie tylko wszystkie cztery klasyczne elementy, ale też ludzi.”

Dalsze losy pieca

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Jak każde wydarzenie na Archipelagu Jazdów, tak i warsztaty wypieku chleba miały swoje głębsze przesłanie: „Podczas warsztatów pragnąłem podzielić się moją nowo odkrytą pasją procesu powstawania chleba, jak i nauczyć się wypiekania go w piecu stworzonym do tego celu. W trakcie pojawiło się kilka wątków, które mam nadzieję rozwiną się w regularne jego używanie przez osoby pragnące eksperymentować z wypiekiem w piecu.” – skomentował Paweł.

Czy piec zostanie oddany do użytku lokalnej społeczności, aby być miejscem spotkań i wymiany doświadczeń? Miejscem, do którego każdy może przyjść z własnym ciastem i zamienić je w chrupiący bochen? A może zostanie znów zapomniany? Trzymam kciuki, aby włożony przez Pawła trud zarówno w budowę pieca, jak i przekazanie idei domowego wypieku chleba, zaowocował połączeniem lokalnej społeczności i docenieniem skarbu, jaki kryje się na terenie Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. 

Komentarze

Biblioteka rozwoju

Sto dni szczęścia

Czym jest szczęście? To dość trudne pytanie, ponieważ dobrostan jest odczuciem subiektywnym. Składa się na niego wiele czynników, takich jak aspekt fizyczny, psychiczny i społeczny. Jedna z teorii psychologii pozytywnej skupia się na warstwach szczęścia, wyróżniając najbardziej wewnętrzną wolę życia, ogólne subiektywne poczucie dobrostanu i zadowolenie z poszczególnych dziedzin egzystencji. Co nam jednak po teorii, jak w praktyce czujemy się nieszczęśliwi? Niezadowolony ze swojego życia Ukrainiec Dmitry Golubnichy zapoczątkował w Internecie trend zwany #100happydays. Jest to wyzwanie, aby przez kolejne sto dni, dzielić się codziennie w mediach społecznościowych przynajmniej jedną rzeczą, jaka sprawiła nam radość. Tej próby podjął się także Mateusz Grzesiak – znany coach, psycholog, trener i nauczyciel. Poszło mu tak dobrze, że wydał nawet książkę.

100happydays czyli jak się robi szczęście w 100 dni jest osobistym świadectwem Mateusza Grzesiaka, który dzieli się swoimi osobistymi doświadczeniami i pokazuje, że szczęście jest kwestią wyboru i punktu widzenia. Książka składa się ze 100 rozdziałów, a każdy z nich stanowi relację z konkretnego dnia. Mateusz Grzesiak nie pozostawia nas jednak z samymi opisami swojego życia. Każdy rozdział zakończony jest rozwojowymi ćwiczeniami, nadającymi książce wartość merytoryczną.

Książka 100happydays czyli jak się robi szczęście w 100 dni jest nietypową pozycją. Na pierwszy rzut oko czytanie o czyimś szczęściu przez sto rozdziałów może wydać się nużące. Lektura pozwala jednak spojrzeć na codzienne zdarzenia z zupełnie innej perspektywy. Jak pisze sam Grzesiak – pozwala na zobaczenie wyjątkowości w normalności. Podejmiesz wyzwanie #100happydays?

100happydays czyli jak się robi szczęście w 100 dni, Mateusz Grzesiak
Wydawnictwo HELION

100-happydays-czyli-jak-sie-robi-szczescie-w-100-dni-b-iext29102825

 

Coach na celowniku

Autorytet – osobnik mądry, ceniony, posiadający społeczne uznanie, godny zaufania i współcześnie często… znienawidzony, wyśmiewany, atakowany. Skąd jednak biorą się w nas takie uczucia i przekonania? Co je ukształtowało? Na te i inne pytania znajdziemy odpowiedź w książce Macieja Bennewicza Zabić coacha. O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce.

Jednym z autorytetów cieszących się społecznym uznaniem jest w ostatnich czasach coach – przewodnik towarzyszący w naszej drodze do celu i wspierający nasz rozwój. Sam coaching w Polsce staje się coraz popularniejszy, jednak zdążył zyskać także złą sławę. Jakie są tego powody? Maciej Bennewicz w wyczerpujący sposób omawia nam przyczyny takiego stanu rzeczy. Skupia się na czynnikach powodujących nienawiść do autorytetów. Przedstawia wiele teorii i mechanizmów, odwołując się do prac psychologów, biologów, filozofów, neurofizjologów, antropologów kultury i socjologów. Opisuje także czym dokładnie jest i jak działa coaching. Wszystko po to, aby nadać problemowi wielowymiarowość.

Maciej Bennewicz dedykuje książkę każdemu z nas. Wszyscy znajdujemy się czasem w roli ucznia lub mistrza. Raz jesteśmy podziwiani, a raz sami obrzucamy błotem. Nie lubimy tych, którym się udaje, którzy wiedzą więcej, są lepsi. Zabić coacha to pozycja, którą z pewnością warto przeczytać, to biblia naszych czasów zmuszająca do refleksji.

Zabić coacha. O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce, Maciej Bennewicz
Wydawnictwo HELION

zabic-coacha-o-milosci-i-nienawisci-do-autorytetow-w-polsce-b-iext29238461

Komentarze

Sztuka wstrętu

Nie trzeba być ekspertem po studiach historyczno-sztucznych, żeby to zauważyć – sztuka współczesna w większości nie jest ładna i przyjemna. Czasami odrzuca. Czasami straszy. Charakterystyczną jej cechą (przez niektórych nie do zaakceptowania) jest to, że nie schlebia powszechnym gustom i godzi w mniej lub bardziej popularne poczucie estetyki. Często koncentruje się również na tym, czego widzieć nie chcemy, co wypieramy i eliminujemy ze sfery publicznej. Przedmiot wyparcia potrafi jednak też budzić fascynację. Znacie to uczucie, kiedy dzieło obrzydza i pociąga jednocześnie? To właśnie abject art.

Zanim padną słownikowe definicje przyjrzyjmy się obrazom jednej z najbardziej oryginalnych polskich artystek, tegorocznej laureatki Gwarancji Kultury w kategorii sztuk wizualnych. Do maja jej prace można było oglądać na wystawie retrospektywnej „Nomana” w Muzeum Sztuki w Łodzi. Magdalena Moskwa działa w wielu mediach, jednak to właśnie w malarstwie najpełniej ucieleśnia (słowo użyte nieprzypadkowo) zasadę działania abiektu. Początkowo tworzyła portrety. Drobiazgowe, „klasyczne” w formie, przypominające malarstwo niderlandzkie XIV i XV wieku. Do pewnego stopnia zdystansowane i „bezpieczne” przez doskonały warsztat, który, zdawać by się mogło, nie dopuszcza możliwości wolnej ekspresji. Jednak jest w nich coś niepokojącego, kojarzącego się z rozkładem i śmiercią; z ciałem jako nie: osobą-świadomym podmiotem, ale ciałem-materią. Z czasem w jej pracach pojawiało się coraz mniej ogólnego wizerunku, a coraz więcej cielesności we fragmentach.

Abstrakcyjny: Magdalena Moskwa, Bez tytułu nr 79, 2014. Dzięki uprzejmości artystki

Magdalena Moskwa, Bez tytułu nr 79, 2014. Dzięki uprzejmości artystki

Od 2010 roku malarstwo Moskwy stopniowo zbliża się do abstrakcji, ukazując minimalistyczne kadry, jakby wybrane obszary na mapie ciała. Te fragmenty jednak trudno zidentyfikować – nie przedstawiają żadnego konkretnego miejsca, a stanowią raczej syntezę tego, co rozumiemy pod hasłem „cielesne”. Artystka określa je jako kolejny etap „procesu zbliżania się do obiektu i intencjonalnego kadrowania. […] Mam wrażenie, że teraz spotkałam się w końcu z tym „ciałem obrazu”, które jest po prostu przeniesieniem ciała ludzkiego i zaczynam wnikać w organiczną tkankę, bliską bezkształtnej materii.” – mówi w wywiadzie Katarzyny Kowalskiej dla magazyn.o.pl.* Cielesność staje się więc samym tworzywem sztuki – taki efekt został osiągnięty m.in. dzięki zastąpieniu płótna przez zaprawę kredową, pozwalającą na większą subtelność powierzchni i penetrację w głąb obrazu. Jednocześnie ciało sprowadzone do odosobnionego, wyabstrahowanego ze swojej funkcji fragmentu, traci swoją podmiotowość – za obserwowaną przez nas tkanką nie kryje się żaden konkretny człowiek, znika twarz i tożsamość, zostaje jedynie anonimowość „ciała obrazu”.

2

Magdalena Moskwa, Bez tytułu, 2005. Dzięki uprzejmości artystki

Gdy oglądamy prace Moskwy na wystawie, pociągające swoją zgaszoną, kremową kolorystyką, na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie spokojnych, oswojonych. To przyjemne wrażenie zostaje po chwili zachwiane – w pozornie neutralnej, jednolitej powierzchni dostrzegamy malutkie żyłki, czerwone przebarwienia, sine plamy. Subtelność zróżnicowania barw sprawia, że delikatna struktura zaczyna pulsować – rozpoznajemy w niej ludzką skórę.

Czy to już ciało, czy tylko jego imitacja? Gdzie leży granica mimetyzmu? Naturalizm przedstawienia powoduje złudzenie kontaktu z prawdziwym ciałem. Namacalne, przytłaczająco realne, wywołuje w nas dreszcz niepokoju. Mamy wrażenie nieprzystawalności prac do miejsca, w którym się (razem z nimi) znajdujemy – to tak, jakby ktoś zawiesił fragment rozkładającej się skóry na sterylnie białej ścianie galerii. Jako widzowie zostaliśmy skonfrontowani z obcą, zupełnie anonimową nagością. Uczucie wtargnięcia w cudzą intymność dodatkowo spotęgowane jest przez obecność dziwnych otworów, przeszywających tkankę obrazu. Te dziury przypominają punkty zapalne na mapie ciała. Ogniskują nasz wzrok, perwersyjnie kierując spojrzeniem. Co kryje się w środku? Z jednej strony chcemy je zbadać i zajrzeć do wnętrza, z drugiej – odczuwamy zawstydzenie, jakby ktoś przyłapał nas na podglądactwie. Dostrzegamy w nich włosy, paznokcie – prawdziwe organiczne materiały, zagnieżdżone w powierzchni obrazu. Tego rodzaju szczątki, cielesne „odpady” należą w naszej kulturze do sfery tabu; ich obecność w przestrzeni publicznej wprowadza w zakłopotanie i powoduje wstręt. Jednocześnie obiekty, tworzone przez artystkę, są zaskakująco pociągające wizualnie. Do konfuzji dochodzi, gdy ścierają się w nas dwie reakcje – pociąg (wywołany atrakcyjną formą) oraz wyparcie (spowodowane identyfikacją kulturowego znaczenia). Wahamy się między patrzeniem a odwróceniem wzroku; obrzydzenie miesza się z fascynacją. 

Ta ambiwalencja przekazu to typowy przykład strategii sztuki abiektu, inaczej nazywanej sztuką wstrętu. Czym jest abiekt? Termin ten został wprowadzony w latach 80. przez wybitną filozofkę i literaturoznawczynię Julię Kristevę. W tekście pt. „Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie”, definiuje go w ten sposób: „jest zarazem obcy podmiotowi i intymnie z nim związany; wręcz za mocno związany, gdyż właśnie ta nadmierna bliskość wywołuje w podmiocie panikę.”** To coś, co jednocześnie przyciąga, jak i odrzuca; z czym się identyfikujemy i zarazem wypieramy jako coś niewłaściwego. Owo wyparcie Jacques Lacan, jeden z czołowych reformatorów freudowskiej psychoanalizy, definiował jako jedną z faz kształtowania się podmiotowości. Po zespoleniu ego z wnętrzem ciała i stworzeniu własnego obrazu, w tzw. fazie lustra następuje odrzucenie tego, co nieczyste, z czym podmiot się nie utożsamia. W efekcie wykształcają się dychotomie – podział na prywatne i publiczne, indywidualne i społeczne itd.

Sztuka abiektu konfrontuje nas z takimi właśnie sprzecznościami, mającymi źródło w naszej psychice i naszym stosunku do cielesności. Dzieła artystów takich, jak Magdalena Moskwa, czy „klasyków” abject art – Kiki Smith, Louise Bourgois, Mona Hatoum, Tracy Emin, Sarah Lucas… – kwestionują i naruszają normy dotyczące ciała i jego funkcji. Podobną strategią wzbudzania wstrętu-fascynacji posługują się też oczywiście twórcy filmowi (Lars von Trier, David Lynch, Leos Carax), literaccy czy teatralni. Także w Polsce abiekt w sztuce ma się całkiem nieźle, nie tylko jako środek artystyczny, ale i przedmiot badań. W ostatnim czasie mogliśmy uczestniczyć w całej gamie wydarzeń, związanych z tematem – wspomnianej już wystawie Moskwy w łódzkim MS, wystawie Erny Rosenstein w poznańskiej Galerii Art Stations, wystawie zbiorowej „Corpus” w Zachęcie czy, organizowanej przez SWPS w Warszawie, czerwcowej konferencji naukowej „A fe! Społeczno-kulturowe konteksty wstrętu i obrzydliwości”. Zainteresowanie wstrętem w kulturze więc nie maleje. Nic zresztą dziwnego – sztuka, podejmująca ten temat, pozostaje bardzo blisko człowieka. Jej wartość polega na stworzeniu odbiorcy możliwości poznania siebie samego, przekroczenia pewnych, zakorzenionych w nas głęboko, barier. Bo, cytując Magdalenę Moskwę: „dobry obraz to taki, w którym każdy może się przejrzeć jak w lustrze”***.

* M. Moskwa w wywiadzie K. Kowalskiej dla magazyn.o.pl: link
** Julia Kristeva, Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie, tłum. Maciej Falski, Kraków 2007.
*** M. Moskwa w wywiadzie K. Kowalskiej dla magazyn.o.pl: link

Komentarze

Pod niebem źrenicy

11222696_1045084398848717_4394856231510656232_o

Lidia Jurkiewicz – „Pod niebem źrenicy”, galeria wierszy (4)

Artysta: Lidia Jurkiewicz

Nauczyciel, polonista, absolwentka Szkoły Trenerów. Z pasji do życia sięgnęła po pióro. Inspiracje do swoich refleksji czerpie z kultury, nauki, przyrody. Wszędzie tam dostrzega fenomen myśli, piękna i tworzenia.

W debiutanckim tomiku Pod niebem źrenicy (Lublin, 2014) pochyla się słowem nad kulturą miejsca, przyrodą, zabytkami, w które wpisany jest ludzki sens dziejów. Kolejne rozważania dedykuje Kulturze… . W jej kształcie dostrzega ludzki wymiar, wrażliwość na piękno, sposób poznania świata, istotę aktu tworzenia. Kultura w jej poezji istnieje poprzez człowieka i w człowieku, bowiem jest on inspiracją trzeciej części tomiku zatytułowanej O – sobie, osobie, która poszukuje swego świadomego bytu. Być może sobą chce również podzielić się  autorka? Tomik przepełniony jest humanizmem i refleksją potrzebną współczesnym czasom.

Lidię Jurkiewicz można znaleźć na:
Facebooku

Komentarze

Przed Państwem…

1

Adam Kozicki – Urojeniowa symplifikacja rzeczywistości, galeria (7 )

 
Artysta: Adam Kozicki
Urodzony w 1992r. w Warszawie. Dyplom licencjacki z wyróżnieniem, w pracowni grafiki warsztatowej u prof. Andrzeja Wecławskiego obronił w 2015. Dorywczo pracuje jako grafik. Jest wolontariuszem w Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Ma na koncie jedną wystawę zbiorową w Służewieckim Domu Kultury. Jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych. Nie znosi pisać o sobie w trzeciej osobie, uparty, wszystko wie najlepiej, narcyz, optymista, da się lubić.
 
Urojeniowa symplifikacja rzeczywistości
Każda psychoza, choroba/zaburzenie psychiczne, upośledzenie, ma swoje korzenie w lęku. Według niektórych teorii, podstawą wszelkiego lęku jest strach przed nieznanym. Słowa ,,strach” i ,,lęk” często są używane jako synonimy, ale według Richarda Gerriga i Philipa G. Zimbardo, strach w odróżnieniu od lęku jest związany z bezpośrednim zagrożeniem lub bólem. Strach przed niebezpieczeństwem wywołuje w nas odpowiednie reakcje, dzięki czemu unikamy sytuacji zagrażających naszemu zdrowiu lub życiu. Lęk jest procesem wewnętrznym, irracjonalny, niezwiązany z rzeczywistością, projekcją naszej wyobraźni. Grafiki są wypełnione niezdrową trwogą, wypaczoną i niezdefiniowaną obawą. Lęk staje się niebezpieczny w chwili, gdy przeradza się w patologię. Człowiek nie posiada już pełni swobody, ale żyje w niewoli swych obaw. Lęk, który nie jest leczony prowadzi do zaburzeń. Doskonale widać to na przykładzie kultowego filmu Romana Polańskiego – ,,Dziecko Rosemary”. Nad bohaterką coraz bardziej zaczyna dominować niepokój, władzę przejmuje lęk, a tytułowa Rosemary popada w coraz większe szaleństwo. Pod koniec filmu sami już nie wiemy, w co mamy wierzyć. Takie spustoszenie w umyśle bohaterki spowodowały jej obawy. W tamtym czasie królowały wszelkiej maści potwory, mordercy, psychopaci itp. Filmy grozy były opowieścią o strachu, czyli widzialnym zagrożeniu. ,,Dziecko Rosemary” odniosło taki sukces, ponieważ było opowieścią o lęku.

Uczucie niepewności, którym jest przesiąknięty film Polańskiego, towarzyszy każdemu człowiekowi przez całe życie. Niepewność jest związana zarówno z przeszłością, jak i przyszłością.

Niepewność związana z przeszłością wynika z nagromadzonego zła, jakiego doświadczyliśmy lub które wyrządziliśmy. Błędy ciągną się za nami, a pragnienie pozostawienia tego bagażu za sobą popycha nas w przyszłość. Lęk jest uczuciem związanym z naszą przyszłością. Człowiek, u którego lęk o swoją przyszłość wzrósł do niezdrowego poziomu, traci pewność siebie i otaczającego go świata. Czuje się zagubiony, gdyż nie ma odwagi rzutować się w przyszłość (,,rzutowanie w przyszłość” polega na wyobrażaniu sobie przyszłego zachowania. Jest to technika pomagająca nam przygotować się na przyszłe wyzwania).

Jednym z mechanizmów obronnych przed chorobliwą niepewnością jest urojeniowa symplifikacja rzeczywistości. Temu doznaniu zazwyczaj towarzyszy uczucie objawienia. Nagle wszystko staje się proste i zrozumiałe. Tam gdzie do niedawna istniała niewiadoma, nagle rysuje się wyolbrzymiony, zniekształcony, ale uproszczony obraz urojonej rzeczywistości. Znika wszelka szarość z naszego otoczenia, a ludzie stają się albo czarni, albo biali. Podobnie jest z pracami z serii Urojeniowa symplifikacja rzeczywistości (7 prac wykonanych w technice sitodruku, w pracowni grafiki warsztatowej prowadzonej przez profesora Andrzeja Węcławskiego). Grafiki wiszą na granicy abstrakcji i rozpoznawalności. Widz początkowo może czuć się zagubiony w gęstwinie plam i linii, niejako przypadkowo naniesionych. Jednak po dłuższej obserwacji, w końcu może doznać wyżej wymienionego uczucia objawienia i znaleźć klucz, który pomoże mu ogarnąć prace. Dzieło do niedawna niejasne, tajemnicze, dziwne i trochę straszne, zacznie układać się w sensowną całość. Należy się jednak zastanowić, czy nasz umysł, który musi ogarnąć w jakiś sposób rzeczywistość, nie oszukuje nas i ta pozorna logiczna całość, nie jest tylko marną próbą ogarnięcia czegoś, co z samej natury ma być nieogarnięte i wywoływać zagubienie.

Adama można znaleźć na:
Behance

Komentarze

Przed Państwem…

Natalia Łukasiak - galeria zdjęć (10)

Natalia Łukasiak – Autozapis, galeria zdjęć (10)

Artysta: Natalia Łukasiak
Urodzona w 1989 r. w Warszawie. Ukończyła studia na kierunku Edukacja Artystyczna w zakresie sztuk plastycznych. Dyplom licencjacki z grafiki warsztatowej obroniła w 2012 roku pod kierunkiem prof. Wiesława Bieńkuńskiego. Dyplom magisterski obroniła w 2014 roku w tej samej pracowni cyklem prac zatytułowanym Autozapis oraz pracą teoretyczną pod tytułem Sacrum. Duchowość w twórczości wybranych artystów współczesnych napisaną pod kierunkiem dr Aleksandry Chmielnickiej-Plaskoty. Działa za pomocą różnych technik graficznych, takich jak algrafia, druk płaski na papierze czy też akwatitna. Sięga też po nowsze media, m.in. video czy fotografię. Interesują ją zagadnienia związane z człowiekiem, ludzkim ciałem, duchowością.

Cykl AUTOZAPIS
Temat autoportretu zrodził się dość naturalnie. Jestem dla siebie najłatwiej dostępną modelką i niejednokrotnie robiłam sobie zdjęcia, żeby na ich bazie pracować. Drugim powodem dla którego sięgam po autoportret jest chęć zrozumienia siebie, poznania własnego ciała i zwiększenie samoświadomości. Robiąc projekty, a na ich podstawie grafiki, mogę sprawdzać w jakim jestem stanie, a co pozostaje poza moją świadomością. Te prace są dla mnie zestawem obrazków instruktażowych, ilustracją człowieka poszukującego duchowości. Mam nadzieję, że mają szansę stać się również taką wskazówką dla innych

Natalię można znaleźć na:
Stronie

Komentarze
Komentarze do:

"7"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję