Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

6

Przestrzeń
#6

Sierpień – lato w pełni. Dni są ciepłe, wieczory jeszcze długie, a nocą spadają gwiazdy. Nic, tylko się zakochać – w kimś, w świecie, w chwili. Miłość przecież niejedno ma oblicze.

W najnowszym numerze Magazynu Przestrzeń podejmujemy temat miłości. Może nie zawsze wprost, lecz gdzieś między słowami. Piszemy o autoerotyzmie, czyli miłości do samego siebie. Zastanawiamy się nad zmianami zachodzącymi w związku wraz z pojawieniem się dziecka. Uwrażliwiamy się na osoby, których funkcjonowanie jest znacznie utrudnione. Zadajemy pytanie czy droga do serca prowadzi przez żołądek. Podejmujemy refleksję nad naszym potencjałem do kochania. Odbywamy niecodzienną rozmowę przy kawie i podpatrujemy jak psychologia „wychodzi do ludzi”. Zastanawiamy się nad znaczeniem pracy w naszym życiu. Wybieramy się także w podróż na Lanzarote, aby poznać pewnego artystę.

Jak w każdym numerze nie zabrakło tematów związanych z kulturą i sztuką. Czytamy recenzje książkowe. Odwiedzamy wystawę Design a sztuka w gdańskim Muzeum Narodowym i wystawę rysunków z marginesu w Paryżu. Poznajemy kolejne poetyckie prace Lidii Jurkiewicz. Naszym odkryciem numeru jest Julia Kaczorowska ze swoim projektem WZORY, w którym podejmuje temat bielactwa.  

Zapraszam do lektury!
Redaktor naczelna
Joanna Niedziela

W malinowym chruśniaku…

„Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.”

– Bolesław Leśmian „W malinowym chruśniaku”, fragment

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

 

Komentarze

Ich troje w związku i co w związku z tym

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Spotyka się dwoje ludzi. Zakochują się w sobie i żyją w tym błogostanie przez pewien okres. Po jakimś czasie pojawia się (w wielu przypadkach) ktoś trzeci. I wtedy następują zmiany. A to wszystko przez nie: dziecko. Różowiutkie, słodkie, pachnące maleństwo. Niestety, rzeczywistość we troje nie zawsze bywa taka różowa. Ponieważ wiem, o czym piszę, postanowiłam przedstawić swoją wersję wydarzeń bez instagramowego filtra.

Wydawać by się mogło, że 9 miesięcy to wystarczający czas, aby oswoić się z nadchodzącymi zmianami. Prawda jednak jest taka, że nie można się na nie do końca przygotować. Można kupić najlepszy wózek, skompletować zestaw praktycznych i pięknych ubranek, przeczytać wszystkie mądre książki na temat ciąży, porodu, w końcu wychowania dziecka oraz wysłuchać milionów historii innych rodziców. Na nic to wszystko. Bo każdy z nas jest inny, każde dziecko jest inne i każdy związek jest inny. Narodziny dziecka to moment przełomowy dla każdego związku. Choćby nie wiem jak banalnie to brzmiało – już nigdy nie będzie tak samo jak „przed”. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że każda zmiana to jakiś rodzaj kryzysu. A pojawienie się na świecie potomka (zwłaszcza pierwszego) jest zmianą ogromną, prawdopodobnie jedną z największych jakich doświadcza człowiek. Burzy ona dotychczasowy porządek i z rozsypanych puzzli na nowo trzeba budować swój wspólny świat.

Kolejna rzecz to zmęczenie. Naprawdę duże wyczerpanie fizyczne spowodowane zaburzonym rytmem dnia i nocy, dostosowanym do rytmu życia dziecka. Do tego zmęczenie psychiczne, bo wszystko jest nowe, wiele czynności wykonuje się po raz pierwszy, odczuwając stres czy na pewno robi się to dobrze i bez szkody dla malucha. Jak wiadomo, potrzeba snu, odpoczynku jest tą jedną z najważniejszych, podstawowych i niezaspokojona może powodować szkody w organizmie. Nie pozostaje też bez wpływu na relacje w związku. Bo jeśli mamy wybrać: przespać się chociaż godzinę czy porozmawiać z partnerem – raczej nie będzie dylematu. Gwarantuję. W późniejszych etapach życia dziecka jest już więcej pewności co do jego obsługi, jednak nadal bezwzględnie wymaga ono rodzicielskiej opieki, ochrony i czasu.

No właśnie. Brak czasu. To jest to, co osobiście odczuwam bardzo mocno. Kiedyś wydawało mi się, że mam go mało, ale byłam w błędzie. Brak czasu dla siebie samej/samego i dla siebie nawzajem to także jedna z bolączek młodych rodziców. A jeśli ze sobą nie rozmawiamy, nie spędzamy razem czasu to trudno oczekiwać, że więź będzie się umacniać. Z brakiem czasu łączy się też pewna utrata wolności i decydowania o sobie. Mężczyzna i kobieta muszą odnaleźć się w nowych rolach i nowych obowiązkach, co już jest dużym obciążeniem i może być punktem zapalnym pomiędzy partnerami.

Dziecko wywołuje różne emocje. Nie zawsze pozytywne. Długotrwały płacz, marudzenie, wielokrotne budzenie się w nocy może powodować frustrację, bezradność i złość obojga rodziców. Emocje te często znajdują ujście w konflikcie z partnerem. Do tego dochodzą sprzeczne poglądy na temat wychowania dzieci, czasami podsycane przez innych członków rodziny.

Uff… To chyba wygląda bardzo źle, prawda? Nie jest aż tak, ale nie chciałam przedstawiać cukierkowych wersji rodzicielstwa serwowanych w reklamach. Poza tym, na całe to zło jest kilka lekarstw. Najważniejsze – wzajemne wsparcie partnerów. Bycie dla siebie czułymi, troskliwymi, pomocnymi. Na tyle, ile się da. Nikt przecież nie wymaga od nas cudów. Ponadto korzystać z pomocy wszystkich chętnych osób, odpoczywać w czasie kiedy ktoś może zająć się  dzieckiem. Wyjście tylko we dwoje jest cudowną odmianą i powrotem do czasów bezdzietnych. A jeśli nawet nie we dwoje, samotny odpoczynek też sprawia, że jest się w lepszej formie do stawiania czoła codzienności.

Miało być o tym, jak dziecko wpływa na relację pomiędzy partnerami. Nie napiszę więc, że dziecko samo w sobie jest największym i najpiękniejszym cudem, że jego uśmiech potrafi wzruszyć do łez, ani o tym jak wielką radością jest obserwować jego rozwój i pierwsze kroki. Nie napiszę też, że bez niego nie byłabym w pełni szczęśliwa. Choć gdybym to wszystko napisała, nie skłamałabym w niczym.

Ostatnio usłyszałam od pewnej mądrej osoby, że dziecko jest częścią dojrzewania. Na pewno w moim przypadku jest to prawda, bo nie mogłabym w pełni dorosnąć nie będąc matką. Ale jest też czynnikiem powodującym dojrzewanie związku, jego transformację, dającym możliwość sprawdzenia siebie i swojego partnera w sytuacjach nowych i trudnych. Dziecko nie sprawia że w związku automatycznie pogarsza się albo poprawia. Jest po prostu inaczej. A że nie chciałabym mieć wkładu w obniżanie wskaźnika przyrostu naturalnego w naszym kraju, na zakończenie napiszę: bardzo bym sobie życzyła, aby mój syn miał w przyszłości rodzeństwo, bo (mimo wszystko) warto i polecam!

Komentarze

Przez żołądek do serca?

Słynne powiedzenie głosi, że droga do serca człowieka prowadzi przez jego żołądek… i wiele ma wspólnego z usatysfakcjonowanym podniebieniem. Jedni święcie w to wierzą, inni uznają za banał. Pora osobiście sprawdzić: czy miłość i jedzenie idą w parze?

Niegdyś bardzo mocno wierzono, że istnieją takie produkty, których spożywanie (regularnie i w śladowych ilościach!) gwarantuje człowiekowi płodność, pobudza go, wzmacnia, zwiększa siły witalne i libido, odpręża i doładowuje wręcz magnetyzującą energią. Produktom tym, nie bez powodu, nadano nazwę „afrodyzjaki”. Jej znaczenie jest wprost ‘boskie’ – pochodzi bowiem od imienia greckiej bogini miłości – Afrodyty…

Źródło: foter.com

Źródło: foter.com

Wiara w szczególną moc afrodyzjaków przetrwała do dziś. Według najnowszych badań naturalne afrodyzjaki to najczęściej zdrowe, lekkostrawne produkty – napoje, warzywa, owoce, zioła lub przyprawy, których na co dzień używasz w swojej kuchni. Wystarczy więc sięgnąć po to, co sprawdzone i łatwo dostępne, by wyczarować coś naprawdę wyjątkowego. Zajrzyj do naszej ściągawki:

Naturalne afrodyzjaki na wyciągnięcie ręki…

  • Owoce morza i ryby – chyba najbardziej znany i zarazem najlepszy afrodyzjak (szczególnie w przypadku mężczyzn). Ryby (głównie łosoś, sandacz, pstrąg, węgorz, sola) oraz owoce morza (ostrygi, krewetki, małże, mule, kraby, homary, kawior, itd.) smakują nieziemsko i delikatnie, przez co skutecznie pobudzają zmysły. Bogate są m.in. w cynk, selen, magnez, potas i witaminę E. Stanowią też niezawodne źródło nienasyconych kwasów tłuszczowych. Wszystko to przyczynia się do wzrostu produkcji testosteronu oraz wzrostu libido! Nie każdy jednak przepada za smakiem tego typu produktów. Zamiennie można stosować np. pestki dyni, sezamu albo słonecznika, orzechy, ziarna zbóż.
  • Warzywa – sprawdzają się szczególnie w przypadku pań. Na uwagę zasługują: marchew, seler (uspokaja, pobudza pracę gruczołów płciowych), pietruszka (działa wzmacniająco), czosnek (zwiększa siły witalne), brokuły, szparagi (oczyszczają organizm; zawierają potas, którego niedobór może osłabiać popęd seksualny), kapary.
  • Owoce – arbuz (rozluźnia naczynia krwionośne), liczi (bogate w substancje chroniące męskie narządy płciowe; niweluje uczucie zmęczenia), awokado (wzmaga pożądanie – szczególnie u kobiet), mango, granat, ananas, truskawki, banany, brzoskwinie (zawierają wiele witamin i mikroelementów wzmacniających pożądanie; wzmagają i przedłużają odczuwanie przyjemności), morele, pomarańcze, gruszki, surowe figi (dodają energii, skutecznie poprawiają nastrój).
  • Zioła i przyprawy – wszystkie znane i łatwo dostępne: lubczyk (rozgrzewa, pobudza, poprawia krążenie krwi), gałka muszkatołowa i kardamon (zwiększają wrażliwość na bodźce, pobudzają zmysły), goździki (idealne jako dodatek do czerwonego wina), wanilia (świetnie łączy się z czekoladą), cynamon, imbir (poprawia krążenie krwi; wzmacnia doznania seksualne), mięta, żeń-szeń (poprawia sprawność fizyczną i umysłową; wpływa na potencję), kolendra, szafran (ma działanie uspokajające i odprężające), anyż, kminek, kozieradka, bazylia (działa pobudzająco na kobiety), oregano, rozmaryn, czosnek, chilli oraz pieprz (rozszerzają naczynia krwionośne; ich ostry smak przyczynia się do wzmożonej produkcji endorfin, a to z kolei zwiększa zasoby energii oraz popęd seksualny). Wystarczy szczypta!
  • Napoje: pobudzają zmysły. Wśród afrodyzjaków dominują: zielona herbata (najlepiej z dodatkiem miodu i imbiru – pobudza popęd seksualny), wino i szampan (w ilościach umiarkowanych – w przeciwnym razie działają usypiająco), grzaniec korzenny, kakao, gorąca czekolada lub kawa z przyprawami (idealna z dodatkiem imbiru, cynamonu i mleka koziego) oraz koktajle owocowe ( najlepiej z dodatkiem wanilii czy cynamonu).
  • Jajka – najlepiej ugotowane na miękko, lekko ścięte. Zawierają argininę, wiele witamin i składników, które regulują pracę narządów płciowych oraz wspomagają potencję.
  • Orzechy – bogate w cynk, selen, mangan, białko (przede wszystkim argininę). Warto jeść szczególnie orzechy włoskie i brazylijskie, migdały (poprawiają ukrwienie i wpływają na potencję) oraz orzeszki pinii.
  • Czekolada i kakao – czekolada pobudza, uwalnia w mózgu serotoninę, adrenalinę i noradrenalinę – znane jako hormony szczęścia. Jest świetnym antydepresantem, rozluźnia, niweluje zmęczenie i skutecznie poprawia nastrój. Stanowi pyszną przekąskę. Idealnie sprawdzi się jako składnik ciasta, dodatek do deseru, gęsty sos do owoców (tzw. fondue) lub słodki napój.
  • Miód – naturalny miód stanowi źródło wielu witamin, enzymów, mikroelementów i kwasów organicznych. Posiada właściwości bakteriobójcze – leczy stany zapalne. Sprawdza się jako słodki i bardzo wartościowy dodatek do deserów, ciast i napojów, idealnie współgra z przyprawami w postaci np. imbiru, kardamonu czy pieprzu. Miód doskonale zadba o usta i skórę (jako dodatek do ciepłej kąpieli – również wspólnej!).

Produkty z powyższej listy można ze sobą dowolnie łączyć i komponować z nich niepowtarzalne, ‘pobudzające’ dania czy desery. Niektóre owoce, warzywa czy przyprawy  odmiennie wpływają na zmysły mężczyzn i kobiet. Panie najczęściej ulegają pięknym zapachom, podążają więc za pokusami o intensywnych, pobudzających zmysły aromatach. Panów natomiast najlepiej zwabić, stymulując zarówno ich zmysł węchu, jak i smaku. To nie tajemnicza magia, a sprytna i mądra natura dostarcza nam wielu wspaniałych „narzędzi”. Wystarczy wiedzieć, czego i gdzie szukać, a potem umiejętnie i z wyczuciem czerpać z tego źródła. Spróbuj, nic nie tracisz.

Nie istnieje magiczny eliksir miłości, ale… zawsze możesz zaskoczyć ją/jego własną „miksturą”. Inspiracja poniżej! Reszta w gestii wyobraźni. Powodzenia… i smacznego!

GORĄCA CZEKOLADA Z ROZMARYNEM

Składniki na 2 porcje:

  • 0,5 litra mleka (migdałowego lub innego dowolnego)
  • 4 łyżki kakao
  • szczypta soli (wydobywa smak czekolady!)
  • 2 gałązki rozmarynu
  • 2 łyżki miodu (lub cukru, syropu z agawy, stewii, itp.)
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżki skrobi ziemniaczanej (lub kukurydzianej)

Sposób przygotowania:

  1. Mleko wlej do garnka, odlewając wcześniej 3 łyżki do szklanki. Następnie dodaj kakao, sól, gałązki rozmarynu, miód i cynamon.
  2. Cały czas mieszaj – aż napój zacznie się gotować. W szklance z odlanym wcześniej mlekiem rozpuść skrobię i dodaj ją do garnuszka z gorącą czekoladą. Gotuj całość jeszcze przez ok. minutę – aż napój nieco zgęstnieje.
  3. Teraz wyjmij gałązki rozmarynu, a czekoladę wlej do szklanek/kubków. Napój możesz udekorować kawałkami czekolady (najlepiej gorzkiej) lub np. gałązką rozmarynu. Tak przygotowaną „miksturę” podawaj na ciepło.

*Z napojem możesz dowolnie eksperymentować. Jeśli wolisz bardziej wyraźne smaki, spróbuj zamiast rozmarynu i cynamonu, dodać chilli lub pieprz, które idealnie współgrają ze smakiem czekolady; przepis pochodzi ze strony Kingi Paruzel

Bibliografia:

Komentarze

Autoerotyzm – miłość do siebie

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Kiedy myślimy o miłości erotycznej zazwyczaj przed oczami pojawia się scena, w której uczestniczą dwie osoby. A co z miłością erotyczną w pojedynkę? Jeżeli sam pomysł nazwania w ten sposób masturbacji budzi w Tobie zdziwienie lub bulwersuje, ten tekst jest dla Ciebie.

Jak „to” nazwać?

Onanizm lub (jeszcze gorszy) – „samogwałt” to określenia, które wypadły już z obiegu, ale nadal mało komu przez gardło przechodzi słowo masturbacja. Pomimo, że coraz rzadziej spotykamy się z fałszywymi informacjami o negatywnych skutkach masturbacji rodem ze średniowiecza, takich jak utrata wzroku czy pojawienie się nadmiernego owłosienia, autoerotyzm wciąż jest tematem tabu, o którym po prostu „nie wypada” mówić. Tym bardziej przyznać się do uprawiania samomiłości.  

Poczucie winy, lęk, wstyd, uważanie masturbacji za zdradę. Dlaczego akurat  w związku z tym rodzajem zachowań seksualnych istnieje tak wiele negatywnych i fałszywych przekonań? Nasz stosunek do masturbacji w życiu dorosłym zależeć może od kilku czynników. Przede wszystkim bardzo duży wpływ na nastawienie negatywne lub pozytywne do autoerotyzmu ma kultura i religia, zgodnie z zasadami której się wychowaliśmy. Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie wszystkie religie potępiają masturbację i istnieją również kraje o wiele bardziej liberalnej postawie niż Polska i większość krajów europejskich. Kolejnym czynnikiem są informacje na temat seksualności i wszystkiego co z nią związane, przekazane nam przez rodziców. Również te niewerbalne. W momencie gdy do pokoju nastolatka (bez pukania!) wejdzie rodzic i a) zacznie krzyczeć b) stanie sparaliżowany i nie będzie mógł się ruszyć (krępacja nastolatka narasta z każdą sekundą) c) przeprowadzi z nim po całym zajściu rozmowę, z której będzie wynikało, że to co robi jest złe – masturbacja już do końca życia może kojarzyć mu się z czymś zakazanym i czego nie powinno się robić. Nawet w prywatności własnego pokoju za zamkniętymi drzwiami. 

Dziewczynki tego nie robią

Nie zapominajmy o odwiecznej różnicy płci. Zdecydowanie większe przyzwolenie społeczne na masturbację mają mężczyźni niż kobiety. Przecież jak „hormony buzują to chłopak nie ma wyjścia”, a w dorosłym życiu „kumulowanie nasienia również nie jest wskazane”. Nie mówiąc już o anatomicznie uwarunkowanych różnicach związanych z częstszym kontaktem ze swoimi narządami intymnymi. Już od najmłodszych lat, dotykanie przez chłopców swoich narządów płciowych jest codziennością przy okazji załatwiania potrzeb fizjologicznych. Nie chcę pisać, że matka natura z nas zadrwiła, ale z pewnością kobiety muszą się bardziej nagimnastykować przy samopoznaniu niż płeć przeciwna. Niemówienie o seksualności kobiet, brak edukacji seksualnej, negatywny stosunek do swoich narządów (duża grupa kobiet nie akceptuje wyglądu swoich miejsc intymnych) może wykształcić trwały, negatywny stosunek do masturbacji.

Miłość do siebie

Czas to zmienić. Co gdybyśmy pomyśleli o masturbacji jako o przejawie miłości do samego siebie? Nie tej skrajnej – narcystycznej, ale po prostu traktowania siebie i swojego ciała z szacunkiem, wyrozumiałością i miłością. Zachęcam do tego, by spojrzeć na autoerotyzm nie w kontekście mechanicznego rozładowania pobudzenia seksualnego, do którego jest się „zmuszonym” z braku bliskości i dostępności preferowanego partnera, ale fajnej formy poznania siebie, swoich potrzeb. Poleganie tylko na zdolnościach partnera/ki bez wcześniejszego zapoznania się ze swoim ciałem lub w skrajnych przypadkach zupełnego odizolowania się od niego, może spowodować zablokowanie odczuwania rozkoszy w relacji partnerskiej. To Twoje ciało i to Ty znasz je lepiej niż ktokolwiek inny. Masturbacja to nie substytut stosunku seksualnego z drugą osobą, ale naturalny sposób na rozwój seksualności. Poznanie czego lubię, a czego nie, o czym myślę podczas, o czym fantazjuję, jaka forma stymulacji doprowadza mnie do orgazmu. Nawiązanie zmysłowego kontaktu z własnym ciałem w sposób świadomy, pozbawiony poczucia winy i wstydu może tylko zaprocentować. Zarówno w pojedynkę jak i w parze. 

Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Magdalena Fritz

Fritz MagdalenaPsycholog, seksuolog, absolwentka psychologii Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej oraz studiów podyplomowych z zakresu Seksuologii Klinicznej na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Oprócz pracy klinicznej i naukowej, zajmuje się także promowaniem edukacji seksualnej poprzez warsztaty seksualne dla kobiet. Jest autorką i założycielką strony Rozmowy o seksie, na której w otwarty i przystępny sposób promuje zdrową, świadomą seksualność.

logoros

 

Komentarze

Po co pracować?

Często nie rozumiemy, dlaczego musimy pracować i traktujemy pracę tylko w kategoriach negatywnych, jako nieprzyjemny obowiązek lub karę. To bardzo złe podejście, ponieważ to właśnie z pracy wypływa dla nas i dla naszego rozwoju wiele korzyści.

fot. Magazyn Przestrzeń, MB

fot. Magazyn Przestrzeń, MB

Temat pracy jest tematem bardzo rozległym. Można by o tym napisać książkę, a nawet pewnie i kilka. Samo pojęcie pracy, jest bardzo szerokie, można je rozumieć na wiele sposobów. Jednak w tych paru słowach, chciałem podjąć ten temat, ponieważ jest on wart choćby krótkiej refleksji.

Dlaczego to takie ważne?

Praca od zawsze jest nierozłącznie związana z człowiekiem i jego działalnością. Bez pracy żaden człowiek, ani żadna społeczność nigdy nie rozwinęliby się w żadnym kierunku. Ludzie nie nabywaliby nowych umiejętności, nie umieliby pokonywać problemów czy zagrożeń, jakie pojawiały się w ich życiu. Już to nam pokazuje, jak praca może być dla nas istotna i ważna.

Dobre strony pracy

Poprzez pracę kształtuje się nasz charakter. Daje nam ona olbrzymie możliwości rozwoju. Oczywiście, wiele zależy od tego, czy jest to praca, którą lubimy i która sprawia nam przyjemność. Taka sytuacja sprzyja rozwojowi, ale nie zawsze jest możliwa. Musimy jednak pamiętać, że każda praca ma swoje pozytywne działanie. Mówiąc tutaj praca, nie mam na myśli jedynie pracy zarobkowej, z której mamy oczywistą korzyść w postaci dóbr materialnych. Mowa jest tutaj także o pracach, które każdy z nas wykonuje w swoich życiu, przykładowo niech to będą domowe prace przy sprzątaniu mieszkania. Innym przykładem może być odrabianie lekcji, zadanych w szkole przez nauczyciela. Nauka to przecież także praca. Nabywanie nowych umiejętności, kształcenie się to rzecz niesamowicie ważna dla każdego człowieka i chyba nie trzeba nikogo o tym przekonywać. Teraz chciałbym jednak szczególnie zwrócić uwagę na pracę fizyczną, ponieważ najczęściej nie dostrzegamy korzyści jakie ona nam daje w codziennym życiu.  

Pogarda filozofów

W starożytności praca fizyczna nie była odbierana pozytywnie. Arystoteles twierdził, że prace rzemieślnicze nie są godne statusu obywatela, zatem ludzie je wykonywujący nie mogę być nimi nazywani. Cały świat helleński uważał, że jedynie godnymi uwagi zajęciami są prace artystyczne i intelektualne. Świat rzymski kopiował greckie poglądy i miał na ten temat podobne zdanie. Cyceron wyróżniał dwa rodzaje pracy. Były to zajęcia godne człowieka wolnego oraz takie, które go poniżały, wykonywać je mógł zatem tylko niewolnik. Dzięki takiemu myśleniu niewolnictwo w tym czasie rozwijało się znacznie.  

Ora et labora

Zupełnie inne poglądy na ten temat przyniosło chrześcijaństwo. Święty Paweł pisał Kto nie chce pracować, niech też nie je (2 Tes 3,10). Dobrym przykładem mogą być dla nas starożytni mnisi chrześcijańscy. Uważali oni pracę za bardzo istotną rzecz w swoim życiu, najważniejszą tuż po modlitwie. Nie bez powodu z czasem ukształtowała się ta mnisza dewiza ora et labora – módl się i pracuj. Mnisi traktowali pracę wielopoziomowo. Przede wszystkim był to rozwój jednostki. Mnich przez pracę kształtował swój charakter, ale i swoje cnoty. Praca pozwalała mu też wypełnić jego dzień w jak najbardziej efektywny sposób, lenistwo bowiem nie sprzyja rozwojowi, jak i pobożności. Drugim aspektem było utrzymanie, dlatego mnisi zajmowali się najróżniejszymi rzeczami by zarobić na własne życie, najczęściej była to właśnie praca fizyczna. Nie brakowało także czasu na pracę intelektualną, bowiem w tym gronie było wiele wybitnych jednostek, które mają swoje zasługi w kilku dziedzinach nauki, takich jak filozofia, teologia, historia czy psychologia. Trzecim aspektem mniszej pracy jest rozwój społeczny. Dla przykładu przenieśmy się do średniowiecza, kiedy to benedyktyńscy i cysterscy mnisi kierujący się wspomnianą dewizą ora et labora zdobywają ogromne zasługi na polu gospodarczym, kulturalnym, ale także edukacyjnym. Pozostawili też ogromny wkład w pracę fizyczną, przede wszystkim jeśli chodzi o uprawę roli, którą zdecydowanie usprawnili. Przykład mnichów to zapewne jeden z wielu wartych do naśladowania, a zarazem ciekawy z powodu swojej wyrazistości.

Okazja do wzięcia

Co dla nas z tego wynika? Spośród tych wszystkich aspektów, warto się skupić na tym dotyczącym rozwoju osobistego. Praca, jak każde doświadczenie, jest okazją. Okazją by przeżyć coś więcej, nauczyć się czegoś nowego i wyciągnąć z tego wnioski. Nawet zwyczajne sprzątanie może być dla nas korzyścią. Uczy nas odpowiedzialności oraz sumiennego wykonywania powierzonych nam zadań. Nawet w takich drobnych rzeczach widać, czy ktoś jest skrupulatny i dokładny, czy nie przykłada się do swoich powinności. To także nauka cierpliwości i wytrwałości, bo ile razy nie mieliśmy ochoty pracować, a jednak to zrobiliśmy? Poza tym, dobrze wykonana praca daje nam sporo pozytywnych odczuć i dobrze działa na nasze samopoczucie, które jest przecież bardzo ważne w procesie naszego rozwoju.

Spełnienie

Warto pamiętać o jeszcze innej ważnej rzeczy. Praca nie tylko jest celem samym w sobie, ale pomaga nam w osiągnięciu innych celów. Bez nauczenia się i opanowania podstaw, a więc wykonania pewnej pracy, nie jesteśmy w stanie podążać dalej. A przecież o to chodzi, by nie stać w miejscu, ale rozwijać się. Człowiek dąży do tego by się spełniać i do tego także potrzebna nam jest praca. Pozwala ona zbudować w nas poczucie własnej wartości, dać wiele radości, a nawet poczucie szczęścia. 

Post scriptum

Oczywiście, praca nie zawsze jest dla nas przyjemną atrakcją. Ale to nie jest jej cel. Warto sobie uzmysłowić, że to rzecz ważna i potrzebna w naszym życiu, bez której nie może być mowy o naszym rozwoju. Pamiętajmy, że praca, nasze obowiązki i ich świadome wypełnianie to także ważny element pracy nad sobą.

Komentarze

Cały świat na dłoni – osoby głuchoniewidome

Istnieją osoby, które nie doświadczają świata za pomocą zmysłu wzroku. Nie podziwiają barw i kształtów, pięknych krajobrazów, zachodu słońca w letni dzień. Są także ludzie, dla których obce są dźwięki, piękne melodie, śpiew ptaków czy szum morza. Deficyt dotyczy zazwyczaj jednego narządu percepcji, który jest rekompensowany przez inne zmysły. Żyją jednak wśród nas osoby z poważnymi uszkodzeniami zarówno wzroku, jak i słuchu. Są to osoby głuchoniewidome.

for. Bartosz Górka, materiały prasowe CSW

for. Bartosz Górka, materiały prasowe CSW

Niewinna symulacja

Warsztat prowadzony przez Katarzynę Łuczak z nauki alfabetu Lorma, odbywający się w ramach Archipelagu Jazdów, rozpoczął się od nietypowej symulacji. Podzieleni na kilka grup, w wesołej atmosferze założyliśmy na oczy specjalne okulary, a w uszy włożyliśmy stopery. Świat na chwilę zatrzymał się, ponieważ prawie całkowicie straciliśmy z nim kontakt. Prowadząca znienacka nas szarpała, brała za ręce, przepychała. Niektórzy z nas stali sparaliżowani, inni próbowali eksplorować rzeczywistość w tym narzuconym stanie. Nie trwało to długo, jednak wszyscy kończyliśmy symulację z wyraźną ulgą. Dla nas była to chwila, eksperyment, forma zabawy. Osoby głuchoniewidome nie mogą pozbyć się swoich deficytów. Nasze doświadczenie nawet w ułamku nie oddaje tego, co przeżywają one każdego dnia.

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Osoba głuchoniewidoma

Kim dokładnie są osoby głuchoniewidome? To ludzie z jednoczesnym, poważnym uszkodzeniem wzroku i słuchu, którzy napotykają trudności w poruszaniu się, dostępie do informacji, a przede wszystkim w komunikacji. Uszkodzenia mogą mieć różny stopień nasilenia. Wyróżnia się cztery główne grupy takich osób:

  • osoby niewidzące i słabo słyszące
  • osoby niesłyszące i słabo widzące
  • osoby bardzo słabo widzące i bardzo słabo słyszące
  • osoby zupełnie niewidzące i niesłyszące

Część z nich od urodzenia jest głuchoniewidoma. Pozostałe nabywają niepełnosprawność w trakcie życia na skutek chorób (także genetycznych), urazów czy po prostu w wyniku starzenia się. W przypadku tych pierwszych, kontakt z nimi jest praktycznie niemożliwy. Dla drugich istnieje nadzieja w postaci alfabetu Lorma. Tylko tyle i aż tyle.

Alfabet Lorma

Kiedy ochłonęliśmy po nietypowej symulacji, nadszedł czas na naukę alfabetu Lorma. Jest to alfabet stworzony przez Hieronymusa Lorma w XIX wieku, służący do porozumiewania się z osobami głuchoniewidomymi. Na pierwszy rzut oka wydał nam się porównywalny do chińskich znaków, ale po chwili wszystko się rozjaśniło. Metoda komunikacji z wykorzystaniem tego alfabetu polega na dotykaniu konkretnych punktów na dłoni lub kreśleniu na niej linii. Przykładowo, na czubkach palców znajdują się kolejne samogłoski. Dzięki pracy w parach, mieliśmy szansę „porozmawiać” z drugą osobą i przećwiczyć zdobytą wiedzę. Zaskakujące było dla nas to, jak szybko chłonęliśmy alfabet. Warsztat zakończył się nauką nawiązywania kontaktu (np. pomoc na ulicy) i prowadzenia osób z deficytami zarówno wzroku, słuchu, jak i osób głuchoniewidomych.

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Doceń swój świat

Doświadczenia tego typu pozwalają uświadomić sobie, że są wśród nas osoby, których funkcjonowanie jest mocno ograniczone i w dużej mierze zależy od pomocy i empatii ze strony innych ludzi. Warto w sobie taką wrażliwość rozwinąć, docenić to, co mamy, a w wolnej chwili nauczyć się alfabetu Lorma. Tak na wszelki wypadek.

 

 

Więcej informacji na temat osób z głuchoślepotą i sposóbów ich wsparcia można znaleźć na stronie Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomych.

Informacje o alfabecie Lorma

Komentarze

(Nie)codzienne rozmowy przy kawie – Kawiarnia Terapeutyczna

Miejsce stworzone z pasji do psychologii i ludzi. Wita nas klimatyczne wnętrze z intrygującymi cytatami umieszczonymi na ścianach, wygodne fotele i smaczne menu. Kawiarnia Terapeutyczna to jedyne takie miejsce w Warszawie, gdzie przy kawie możesz odkryć siebie na nowo. O tym niebanalnym pomyśle rozmawiamy z jej założycielką – Sylwią Sitkowską.

Źródło: terapeutyczna-kawiarnia.pl

Źródło: terapeutyczna-kawiarnia.pl

Paulina Gaworska: Jak narodził się pomysł na założenie Terapeutycznej?
Sylwia Sitkowska: Prowadzę poradnię Przystań Psychologiczna. Około czterech lub trzech lat temu wpadł mi do głowy pomysł, że chciałabym mieć kawiarnię terapeutyczną. Miejsce, w którym są warsztaty psychologiczne, różnego rodzaju inicjatywy – wernisaże, spotkania z autorami książek, ekspertami, studentami, po to, aby psychologia wyszła do ludzi. Chciałam pokazać, że to nie musi wyglądać tak, że idzie się jedynie na sesję psychoterapeutyczną i jest to droga przez mękę. Chciałam podać psychologię w trochę w lżejszej, bardziej nieformalnej odsłonie. Pokazać, że psychologią można się bawić, można ją traktować jako samorozwój, możliwość, aby spojrzeć na siebie inaczej.

PG: Kawiarnia Terapeutyczna to niecodzienna nazwa, czy do kawy dostaniemy poradę psychologiczną gratis?
SS: Na miejscu można spotkać psychologa, który jest do dyspozycji, jeśli ktoś potrzebuje porady w ramach sesji terapeutycznych. W tej chwili, jeśli ktoś by przyszedł i prosił o spotkanie z psychologiem, mogłabym z nim usiąść, porozmawiać, dowiedzieć się jakie ma problemy, gdzie mogę go skierować, polecić odpowiedniego specjalistę. W Terapeutycznej można spotkać psychologa trochę w bardziej nieformalnej sytuacji, inaczej niż w gabinecie. Gratisowych porad przy kawie na razie nie udzielamy.

PG: Co zainspirowało Panią do stworzenia takiego miejsca jak Terapeutyczna?
SS: Moim pierwotnym pomysłem było założenie kawiarni dla dzieci. Pomysł mocno się rozwiną i przekształcił. Obecnie mamy zajęcia dla dzieci – Trening Umiejętności Społecznych, terapię, zajęcia dla różnych grup wiekowych, treningi koncentracji czy kontroli złości. Jednak stało się tak, że z dziećmi przychodzą dorośli i mówią: ,,Ok, ciekawe zajęcia dla dzieci, ale co dla nas?”. Okazało się, że jest bardzo duże zainteresowanie dorosłych, dlatego rozwinęliśmy kawiarnię jako miejsce, gdzie dorośli i dzieci mogą równocześnie korzystać z bogatej oferty różnych zajęć.

Źródło: terapeutyczna-kawiarnia.pl

Źródło: terapeutyczna-kawiarnia.pl

PG: Kawiarnia Terapeutyczna kojarzy się z takimi hasłami jak: psychoterapia, poradnictwo psychologiczne, a czy osoby, które nie są pasjonatami psychologii znajdą tu coś dla siebie?
SS: Tak, jak najbardziej. Zajęcia jakie oferujemy są tak różnorodne, że bardzo często zdarza się, iż przychodzi zwykła osoba ,,z ulicy” i zostaje. Np. mamy wieczory z filmem, gdzie każdy może przyjść, obejrzeć bezpłatnie film i wziąć udział w dyskusji. W trakcie roku szkolnego/akademickiego organizujemy wieczory gier i zabaw, są to gry planszowe, zabawy psychologiczne. Wydaje mi się, że osoby niezainteresowane głębszą terapią również znajdą u nas coś dla siebie. Zawsze można przyjść na naleśniki i kawę, nie trzeba się bać, że psycholog zaraz zaatakuje (śmiech).

PG: A jeśli klient przyjdzie z dzieckiem, będzie mieć możliwość skorzystania z oferty Kawiarni?
SS: Tak, oczywiście. Mama przychodząc z dzieckiem może spokojnie wypić kawę, kiedy dziecko jest na terapii. Lub też odwrotnie, kiedy rodzic ma umówioną sesję, może zostawić malucha w pokoju zabaw pod okiem animatorów.

PG: Wydaje się, że Terapeutyczna łączy w sobie różne sfery?
SS: Dla mnie to miejsce naprawdę holistyczne, gdzie spotyka się terapia z psychologią i rozrywką. Dzięki bogatej i szerokiej ofercie możemy każdemu klientowi zaproponować coś innego.

PG: Jaką ideą kierują się Państwo w Terapeutycznej?
SS: Zależy nam, aby pokazać, że psychologia jest dla ludzi, że każdy może z niej skorzystać. Każdy jest po trochu psychologiem dla siebie, każdy zastanawia się nad swoim życiem, a u nas może to zrobić przy kawie.

PG: Jak sprawdza się fuzja gastronomi z psychologią? Odnotowują Państwo duże zainteresowanie swoją ofertą?
SS: Mamy coraz więcej klientów, więc się sprawdza. Staramy się, aby codziennie coś się działo. Od września będziemy mieć trzy, cztery eventy dziennie. Ludzie naprawdę są zainteresowani. Współpracujemy z fantastycznymi osobami, pasjonatami, którzy kochają to, co robią. Terapeutyczna powstała bardziej z pasji niż z chęci zysku. Przede wszystkim chodziło o to, aby stworzyć coś, czego nie ma na rynku, coś innego.

PG: A jak wyglądały początki Kawiarni w październiku 2014?
SS: Początki były trudne, bo nikt nie wiedział, że istniejemy. W dalszym ciągu niewiele osób wie, bo jesteśmy raczej schowani, trochę na uboczu. Ale mimo wszystko ludzie przyjeżdżają z różnych części Warszawy, a na zajęcia psychologiczne zjeżdżają się nawet spoza stolicy.

PG: Co Pani osobiście daje największą radość w prowadzeniu Terapeutycznej?
SS: Myślę o tym w takich kategoriach, że jest to pierwsze tego typu miejsce w Warszawie, a śmiem myśleć, że i w Polsce. Czuję się jak pionier, skaut, przecieram szlaki. Wyobrażam sobie, że za jakiś czas inne placówki też wpadną na taki pomysł, że może warto wyjść z psychologią do szerszego grona ludzi, a nie zamykać się w gabinecie. Satysfakcję daje mi to, że przychodzą ludzie i dobrze się tutaj czują oraz coś dla siebie wynoszą.

Źródło: terapeutyczna-kawiarnia.pl

Źródło: terapeutyczna-kawiarnia.pl

PG: A pojawiają się jakieś trudności w prowadzeniu tego, dość nietypowego biznesu?
SS: Tak, na pewno to, co nas odróżnia to fakt, że nie mamy alkoholu. Przez to odpada nam spora grupa osób, która chciałaby przyjść wieczorem, mogłyby z przyjemnością porozmawiać na różne trudne tematy, ale jednocześnie chciałaby się napić piwa czy wina. Podejrzewam, że gdybyśmy mieli alkohol, frekwencja wyglądałaby zupełnie inaczej, byłoby dużo łatwiej. Natomiast nasza idea jest taka, że można się bawić bez alkoholu, że to jest też ciekawe. Druga sprawa to kwestia dobrania zespołu, na początku było to trudne, jednak w chwili obecnej cała załoga Terapeutycznej to pasjonaci, którzy chcą się angażować w to, co robią i zależy im na rozwoju Kawiarni

PG: W którą stronę będzie rozwijać się oferta Terapeutycznej? Na jesień zaproponują Państwo coś ekstra?
SS: Zbieramy grupy terapeutyczne, planujemy filmoterapię. Sporo wydarzeń bezpłatnych – przemowy motywacyjne, promocje książek. Możliwe, że zdecydujemy się na zorganizowanie wieczoru podróżników. Chcemy wprowadzić zajęcia ze śpiewu, jogę, zajęcia dla młodych mam i kobiet ciężarnych. Planujemy, że będzie dużo się działo w ciągu całego dnia. Zapraszamy do współpracy studentów i nie tylko, wszystkie osoby, które mają do powiedzenia coś ciekawego, chcą się tym podzielić z szerszym gronem. Na stronie publikujemy zawsze wszystkie aktualności, więc warto zaglądać i sprawdzać, co się dzieje.

PG: Na koniec chciałam zapytać, dlaczego Kawiarnia Terapeutyczna jest wyjątkowa? W czym jest inna niż pozostałe warszawskie kawiarnie? Dlaczego akurat tu warto przyjść?
SS: Po pierwsze nie ma takiego miejsca na mapie Warszawy. Po drugie można porozmawiać nawet z barmanami, którzy też są psychologami. Kawiarnia daje wiele możliwości, jest miejscem, gdzie można poczytać książki psychologiczne i psychoterapeutyczne, spokojnie wypić kawę i poczuć atmosferę niezobowiązującej psychologii.

Kawiarnia Terapeutyczna  
ul. Braci Wagów 20
02-791, Warszawa

Strona kawiarni
Facebook 

Komentarze

Potencjał do kochania

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

„Czy kryjówka pozostaje kryjówką nawet wówczas, gdy nikt się w niej w danym momencie nie ukrywa?”. Pytanie pewnego profesora z wykładów na pierwszym roku studiów, pomimo upływu 5 lat, wciąż tkwi w mojej pamięci… i chociaż ma ono dosyć słaby związek z tematem dzisiejszego artykułu, skłoniło mnie do pewnej refleksji dotyczącej miłości. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie: czy miłość naprawdę istnieje? Wielokrotnie możemy usłyszeć hasła: „miłości nie ma”, „miłość jest i stanowi w życiu najważniejszą wartość”, „jeżeli ten związek nie przetrwał, to na pewno nie była to miłość”. Myśląc o „miłości” często rozpatrujemy ją w kategoriach abstrakcyjnego pojęcia, trochę „oderwanego” od obserwowalnej rzeczywistości. Czy tak naprawdę, analogicznie do wcześniejszego pytania, „możemy mówić o miłości, pomijając istotę, która miłuje (podmiot sprawczy)?”. Wracając do naszej kryjówki – czym ona jest, kiedy nikt się w niej nie kryje? Możemy powiedzieć, że stanowi pewne miejsce, które ma potencjał by stać się dla kogoś schronieniem. Dopóty jednak nie pojawi się w nim jakaś osoba, nie jest ono wykorzystane, marnuje się. Podobnie jest z miłością, człowiek posiada potencjał by kochać. To od nas zależy, w jaki sposób ten potencjał rozwijamy. Tak naprawdę nie istnieje jakiś uchwytny punkt, który możemy nazwać „szczytem miłości”. Stanowi ona raczej pewne kontinuum. Wydaje mi się, że obserwując związki łatwo możemy dostrzec pewne „poziomy” rozwoju człowieka. Ich wskaźnikiem mogą być kryteria wyboru partnera. Każdy z nas ma pewne standardy dotyczące różnych aspektów funkcjonowania. Kształtują się one na podstawie doświadczeń, częściowo wynikają z uwarunkowań biologicznych czy kulturowych. U niektórych ludzi są one stosunkowo stabilne przez całe życie, u innych ulegają zmianie (w obu kierunkach – zarówno rozwój, jak i regres). Zmienia się również „środek ciężkości” czyli to, co w danym momencie jest najistotniejsze. We wcześniejszych latach duże znaczenie może mieć dla nas atrakcyjność fizyczna. Później ważniejszy staje się charakter, intelekt, moralność. Dla niektórych istotne kryterium stanowią: status materialny, wykształcenie – ale moment, chwileczkę… gdzie tu jest miłość? Ale jaka miłość?  Miłość bezwarunkowa, która jest w stanie przetrwać wszystkie trudności. Miłość, która przekracza granice ludzkiego życia. Miłość transcendentna jest pewną ideą. Warto jednak traktować ją jako pomoc przy określeniu ogólnego kierunku dążenia, nie zaś jako konkretny cel. W pewnych sytuacjach jesteśmy gotowi zdobyć się na wykraczające powszechne standardy poświęcenie, altruizm. Wyzbycie się jednak całkowicie swojego egoizmu (a co stanowiłoby warunek konieczny dla miłości bezwarunkowej) nie jest możliwe. Nasze ego prędzej czy później przypomni o sobie, zacznie oceniać, wartościować, analizować, kalkulować… Czy zatem miłość nie istnieje? Myślę, że jak najbardziej jest ona nieustannie obecna w naszym życiu. Zaś jej transcendentność polega na ciągłej próbie wykraczania poza granice własnych możliwości, pokonywania ograniczeń. Nie bez powodu mówimy, że dzięki drugiej osobie możemy stać się lepszym człowiekiem. Odrzućmy zatem myślenie dychotomiczne, ponieważ tak naprawdę nic nie jest do końca czarne albo białe. Każdy człowiek ma potencjał, aby kochać. Każdą próbę, w której zaś staramy się zmniejszyć wpływ oddziaływania naszego ego, możemy nazywać aktem miłości wobec drugiego człowieka.

Komentarze

Lanzarote – dzieło natury i artysty

El Hierro, La Palma, Gomera, Teneryfa, Gran Canaria, Fuertaventura, Lanzarote – siedem Wysp Kanaryjskich w kolejności od najdalej oddalonej od wybrzeży Afryki, do tej najbliższej (a właściwie najbliższych, ze względu na ułożenie dwóch ostatnich „jedna nad drugą”). Miejsca wybierane coraz częściej jako miejsce wakacyjnego odpoczynku. Najprawdopodobniej pierwszą zasiedloną wyspą była Lanzarote i stało się to ok. I-II wieku n.e. Znaną nam dziś nazwę zawdzięcza ona przybyłemu ok. 1312 roku włoskiemu nawigatorowi – Lancelotto Malocello. W 1402 roku wyspa trafiła we władanie Hiszpanii, za sprawą żeglarza wysłanego przez króla tego kraju. Mimo, iż oficjalnie należy uznać ją za hiszpańską, mieszkańcy dumnie nazywają się Kanaryjczykami i w trosce o swoją tożsamość, niejednokrotnie zapisują na murach: „Canary No Spain”. Lata 1730-1736 uczyniły wyspę charakterystyczną. Liczne wulkaniczne erupcje sprawiły, iż ok. ¼ Lanzarote pokryła lawa i wulkaniczny pył. Dziś wulkany można podziwiać w Parku Narodowym Timanfaya. Historia tej najbardziej niezwykłej wyspy Archipelagu Wysp Kanaryjskich zaczyna się od nowa w 1968 roku, kiedy powrócił na nią Cesar Manerique, malarz i architekt, który łącząc swoje dzieła z naturą, stworzył miejsca niezwykłe. Zapraszamy w podróż jego śladami.

Droga przecinająca pamiątki pozostawione po erupcji; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Droga przecinająca pamiątki pozostawione po erupcji; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Cesar Manerique do swojego miejsca urodzenia przybył z wizją. Przede wszystkim postanowił zahamować turystyczny rozwój wyspy tak, aby przynajmniej blisko jej połowa pozostała naturalna i w miarę możliwości – zielona. Mimo, iż od śmierci artysty (zmarł w 1992 w wypadku samochodowym na Lanzarote) minęło wiele lat, mieszkańcy przyzwyczaili się do tego zamysłu. Wciąż możemy natknąć się na malutkie, świeżo dosadzone palemki, sztucznie nawadniane spod grubej warstwy pyłu wulkanicznego. Również za jego sprawą rozebrano wiele inwestycji budowlanych, tworzonych w trakcie uzyskiwania lub bez uzyskania pozwolenia na budowę. Koszt jednej z nich opiewał na 270 milionów euro (!). Artysta był przeciwny rozbiórkom starych domów (na rzecz ich modernizacji) oraz budowaniu wieżowców (na rzecz tradycyjnych niskich budynków). Krajobraz wyspy rozjaśnia także biały kolor ścian domów, kościołów i budynków użyteczności publicznej.

Kościoł Matki Boskiej z Guadelupe (XVI w.) w Teguise, dawnej stolicy wyspy; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Kościoł Matki Boskiej z Guadelupe (XVI w.) w Teguise, dawnej stolicy wyspy; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Chcąc podziwiać dzieła Cesarego Maneriqe, wystarczy wybrać się… dokądkolwiek. Wiele rond i skrzyżowań zostało przez niego zwieńczonych wind toys, rzeźbami poruszającymi się na skutek wiatru.

Wind Toys; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Wind Toys; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Pierwszym dziełem artysty jest Jameos Del Aqua. Wykorzystując naturalny wulkaniczny tunel, Manerique stworzył jaskinię z naturalnie odbijającym się światłem i niesamowitą akustyką. To miejsce napawa spokojem i aż przytłacza niezwykłością natury. W nagromadzonej w jaskini wodzie, żyją niezwykłe malusieńkie kraby-albinosy.

Jaskinia Jameos del Aqua; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Jaskinia Jameos del Aqua; fot. Magazyn Przestrzeń, M.Z

Odpowiednio rozmieszczone szpary w skałach, tworzą niezwykłe odbicia na wodzie.

6

Jameos del Aqua; fot. Magazyn Przestrzeń, MZ

Na zewnątrz artysta stworzył błękitną lagunę kontrastującą z ciemnością jaskini.

7

Błękitna Laguna – Jameos del Aqua; fot. Magazyn Przestrzeń, MZ

O wszystkich dziełach Manerique, o łączeniu natury z zamysłem i talentem można by napisać książkę (i niejedną napisano!). Jego ostatnia praca to niezwykły ogród kaktusów – Jardin de Cactus. Zgromadzono tam ok. 1400 gatunków kaktusów, zarówno z Wysp Kanaryjskich (licznie tu rosnących) jak i m.in. z Meksyku, Chile, Peru, Madagaskaru czy Tanzanii. Zostały umiejscowione na licznych piętrach skalnych, u których szczytu znajduje się młyn z XVIII wieku.

8

Jardin de Cactus; Źródło: Wikipedia

Lanzarote pełna jest niezwykłości i sprawia, że odpoczywa nie tylko ciało, ale i umysł. Można mieć wrażenie, że ta mała wyspa zbombardowana została przez cuda natury, dzieła Manerique i liczne typowe atrakcje turystyczne, które dosłownie czają się na każdym rogu. Oto kilka takich smaczków:

9

Tradycyjne kanaryjskie Tapas; fot. Magazyn Przestrzeń, MZ

Wrak statku, który osiadł na mieliźnie u wybrzeży Lanzarote; fot. Magazyn Przestrzeń, MZ

Wrak statku, który osiadł na mieliźnie u wybrzeży Lanzarote; fot. Magazyn Przestrzeń, MZ

I na koniec, coś dla fanów kina. Lanzarote „zagrało” w filmie „Przerwane objęcia” w reżyserii Pedro Almodovara (2009) z Penelope Cruz w roli głównej. Bohaterowie spędzali czas m.in. na Playa de Famara, plaży, słynącej z silnych wiatrów (i co za tym idzie – wielkich fal), wydm i romantycznych usypisk osłoniętych kamieniami, służących do ochrony przed sypiącym się piaskiem.

Kadr z filmu „Przerwane objęcia” (2009). Playa de Famara; Źródło: iberostar.com

Kadr z filmu „Przerwane objęcia” (2009). Playa de Famara; Źródło: iberostar.com

Komentarze

Biblioteka rozwoju

Postaw na efektywność!

Masz wiele pomysłów, ale nie potrafisz zabrać się do działania? Chcesz osiągać jeszcze więcej w tym, co robisz? Chcesz zarabiać duże pieniądze i być wolny finansowo? Jeśli odpowiadasz twierdząco na powyższe pytania, z dużym prawdopodobieństwem brak Ci efektywności, a książka Daniela J. Kubacha jest właśnie dla Ciebie.

Sztuka efektywności to książka, która podchodzi do skuteczności, jako zagadnienia z dziedziny finansów i głównie na tym obszarze się skupia. Nie oznacza to jednak, że zarabianie większych pieniędzy nie wymaga zmian w całym naszym życiu. Dzięki technikom opisanym przez Daniela Kubacha mamy szansę przeanalizować nasze dotychczasowe zachowania i rozwinąć skrzydła. Wprowadzenie chociaż kilku z nich do swoich codziennych praktyk, będzie miało odzwierciedlenie w naszej efektywności. Pomyśl ile czasu, ale i pieniędzy zyskasz, stając się efektywny nie tylko w pracy, ale też w sferze związanej z odpoczynkiem.

Początkowo odniosłam wrażenie, że autor skupia się na banałach. W życiu jednak jest tak, że często o tych najprostszych i najbardziej oczywistych rzeczach zapominamy: poczynając od organizacji czasu, sytuacji na rynku, kontaktów społecznych, a kończąc na zdrowym odżywianiu i relaksie. Z każdą kolejną stroną książki byłam coraz bardziej zmotywowana do zmiany, a myślę, że Danielowi Kubachowi można jak najbardziej zaufać. W końcu sam zarabia miliony.

Sztuka efektywności, Daniel J. Kubach
Wydawnictwo HELION

 

sztuka-efektywnosci-b-iext29102980

 

Pamiętasz?

„Skleroza nie boli”, „pamięć dziurowa jak sito” – te i inne powiedzenia z pewnością nie są Ci obce. Pamięć to zdolność do kodowania, przechowywania i wydobywania informacji, która ulega pogorszeniu, jeśli o nią nie dbamy. Staje się także zawodna wraz z wiekiem. Co zrobić, aby cieszyć się dobrą pamięcią przez długie lata? Z pomocą przychodzi nam Paulina Mechło i jej książka SuperPamięć w 31 dni. Triki, ćwiczenia, neurorozrywki.

SuperPamięć to miesięczny trening naszych szarych komórek. Nie są to jednak zwykłe nużące i wymęczające ćwiczenia, a wspaniała, stymulująca zabawa. Materiał na każdy dzień jest różnorodny i bogaty – od sposobów na lepsze zapamiętywanie, poprawę koncentracji, po łamigłówki.

Spytasz pewnie, po co się tak męczyć. Z jednego prostego powodu – pamięć można, a nawet trzeba ćwiczyć. Nie czekaj, zakup książkę Pauliny Mechło i zafunduj sobie intensywny trening pamięci. Naprawdę warto.

SuperPamięć w 31 dni. Triki, ćwiczenia, neurorozrywki, Paulina Mechło
Wydawnictwo HELION

 

superpamiec-w-31-dni-triki-cwiczenia-neurorozrywki-b-iext29194811

Komentarze

Bob – rudy kot i James

Źródło: nk.com.pl

Źródło: nk.com.pl

To znana – bez żadnej przesady – na świecie historia wielkiej miłości i jej uzdrawiającej siły. Milion (tak!) wielbicieli śledzi ją na Facebooku i YouTube.

Początek zaczyna się od smutnego dzieciństwa Jamesa. Kiedy miał kilka lat rodzice postanowili się rozstać. Matka z małym synkiem pojechała z Wielkiej Brytanii do Australii. Po kilku latach założyła nową rodzinę. James – jak wiele dzieci w podobnej sytuacji – poczuł się odrzucony.

Po osiągnięciu pełnoletności postanowił wrócić do swojego miasta – Londynu. Nie dogadał się z ojcem, nie ukończył szkoły średniej, choć miał pewne sukcesy w założonym przez siebie zespole muzycznym, grającym muzykę gotów. Największy koncert kapela dała podczas Gothic Summer Festival, co było w tamtym czasie niemałym wyróżnieniem.

Na przeszkodzie do dalszej pracy stanęły narkotyki, James razem ze swoją dziewczyną ćpali i uzależnili się od heroiny. Pozytywem było to, że – jak pisze James – nawet po rozpadzie zespołu nie przestał grać na gitarze i komponować. „Instrument dawał mi możliwość odreagowania. Bóg jeden wie, co bym bez niego zrobił. A granie na ulicach odmieniło moje życie.”*    

Na wycieraczce

Pewnego wieczoru James wracając z pracy do domu (mieszkania socjalnego) zobaczył na parterze bloku, w którym mieszkał, przed drzwiami sąsiadów zwiniętą rudą kulkę. Zdziwił się, bo wcześniej niczego takiego nie widział, ale pomyślał, że kot czeka na powrót właścicieli. Rano kot leżał na tym samym miejscu. James zauważył, że ma ślady po bójce, a jedna z ran mocno się jątrzy. Sprawdził czy kot należy do sąsiadów i – choć nie miał pieniędzy – zabrał go do weterynarza. Tam opatrzono rany i zapisano  antybiotyki – porcję na 10 dni. Chcąc, nie chcąc James musiał wziąć Boba, bo takie dał mu imię – do domu. Nie chciał go zatrzymać na stałe, planował tylko wyleczyć. Stało się inaczej, bo Bob nie pozwalił na pozbycie się go. Kiedy James jadąc do centrum, aby grać, wskakiwał do autobusu, Bob dawał nura za nim i siadał mu na kolana. Kiedy docierali na miejsce James wyciągał gitarę, a Bob mościł się w pokrowcu. „Z chwilą gdy Bob usiadł – ludzie, którzy zazwyczaj gnali naprzód, nagle zaczęli zwalniać kroku. I znów kobiety okazywały największe zainteresowanie. /…/ Zaczynałem uwielbiać sam sposób, w jaki Bob pokazywał ludziom jaśniejszą stronę życia. Był pięknym zwierzęciem, bez dwóch zdań, ale nie w tym rzecz. Miał w sobie coś jeszcze. Charyzma – to ona przyciągała ludzi. Dało się ją wyczuć.”

Zmiana

„Dzięki Bobowi dostałem szansę na porozumienie się z ludźmi. Kiedy pytali o kota, miałem okazję wyjaśnić im swoją sytuację. Chcieli wiedzieć, skąd się wziął, a ja opowiadałem, jak się spotkaliśmy i jak razem zarabiamy na jedzenie, czynsz, prąd i gaz. Słuchali teraz uważniej. Zaczynali mnie widzieć w innym świetle. /…/Zaczęli mnie traktować jak człowieka, przestałem być anonimowy. W pewien sposób odzyskałem tożsamość. Przedtem byłem jak rzecz, teraz ponownie stawałem się osobą.”

Druga zmiana dokonała się w samym Jamesie. Wcześniej był zajęty wyłącznie sobą, stał się egoistą. Z chwilą adopcji Boba musiał wziąć za niego odpowiedzialność: za jedzenie, zdrowie i bezpieczeństwo. Po ulicach Londynu – wiem coś o tym – nie chodzą wyłącznie miłe panie – wielbicielki kotów i pełni entuzjazmu turyści. W mniejszym stopniu niż dawniej, ale zdarzały się złośliwe uwagi w rodzaju „weź się do pracy, nierobie” i próby czynnej agresji. Raz nawet o mało nie doszło do tragedii. Po tym doświadczeniu Bob został zaczipowany.

Nowa droga

James codziennie chodził do apteki po lek blokujący głód narkotykowy, dwa razy na miesiąc musiał stawać przed lekarzem. Pewnego dnia postanowił przejść na łagodniejszy lek. Nie było to łatwe: dwie doby dreszczy i wymiotów. Ponadto granie na ulicach skończyło się. Interwencje służ miejskich i agresywna konkurencja spowodowały konieczność zmiany zajęcia. James uczył się nowego życia sprzedając gazety, wydawane na rzecz bezdomnych. Tu także nie obyło się bez konfliktów i wyrazów zazdrości, że spółka James & Bob sprzedaje więcej niż inni. ” – Kogo dzisiaj macie zamiar okraść, ty i twój parszywiec?”- słyszał.

Ważne podkreślenia jest to, że w sprzedaży gazety The Big Issue nie chodzi tylko o zarobek. Bezdomni uczą się ostrożnie inwestować (w kupno gazet ), znajdować korzystne miejsce do sprzedaży, nawiązywać kontakty. Nagrodą jest przypływ wiary w siebie i wzrost nadziei.

Droga, na którą zdecydował się James dzięki Bobowi była trudna, ale opłaciło się. Jedna z wydawczyń zaproponowała napisanie i wydanie książki. Sukces przerósł najśmielsze oczekiwania. 

Na wieczorach autorskich ustawiają się kolejki po autograf i możliwość zobaczenia z bliska Boba. James oprócz podpisu stempluje książkę pieczątką imitującą pięć poduszeczek kociej łapki.

Do serca przytul psa (albo kota)

Nowe badania mówią o tym, że właściciele kotów albo psów, szczególnie starsi, są w mniejszym stopniu narażeni na takie choroby jak depresja czy zawał. W anglojęzycznych krajach pozwala się terminalnie chorym na przyjmowanie wizyt swojego ukochanego czworonoga. Na Facebooku pokazywane są zdjęcia psów leżących w objęciach na łóżkach swoich pań i panów. Być może zaczęło się to od spełnionej prośby Liz Taylor, której po operacji towarzyszył ukochany, biały piesek. 

* Cytaty za: James Bowden, Kot Bob i ja, przełożył Andrzej Wajs, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2014, a także na stronie

Komentarze

Miłość niejedno ma imię

Źródło: wydawnictwofilia.pl

Źródło: wydawnictwofilia.pl

Wciągająca i poruszająca – te dwa słowa kojarzą się z książką Genovy. Historie, jakie opowiada głosami bohaterów, niosą ze sobą niezwykle mocne przesłanie na temat miłości, samotności oraz odnajdywania samego siebie. Czasami miłość nie jest łatwa, często potrzebuje dużej dozy cierpliwości, zmiany myślenia i czegoś jeszcze, czego nie da się ubrać w słowa.

Przeplatające się wątki z życia dwóch kobiet są kanwą opowieści Lisy Genovy. Jedna z bohaterek zmaga się z brutalną prawdą o zdradzie swojego męża. Dla bohaterki jest to kompletny szok, że oddany partner i ojciec potajemnie romansuje z koleżanką z pracy. Kolejne etapy radzenia sobie ze zdradą, żalem i poczuciem odrzucenia przeplatane są próbami walki o to, czego już nie da się uratować.

Dalsze losy Beth splatają się z historią Olivii, która zamieszkuje w sąsiedztwie zdradzonej kobiety. Życie Olivii z pozoru poukładane i pełne znanych schematów, skrywa wiele bolesnych tajemnic z przeszłości. Kobieta wspomina swój dawny świat, który był rozciągnięty między mężem a chorym na autyzm synem – Anthonym. Trudna relacja z ukochanym dzieckiem, które jest inne niż rówieśnicy, uczy ją wrażliwości i przyjmowania różnych perspektyw. Relacja matka-syn jest specyficzna – tutaj  nic nie jest łatwe, proste ani przyjemne, nieuleczalna choroba syna przenika każdą aktywność.

Małe promyki radości dla Olivii to chwile, kiedy Anthony spokojnie śpi lub ma dobry dzień. Matczyna miłość jest bez miary, jednak codzienna rzeczywistość to trudna droga. Próby akceptacji choroby syna, jego specyficznych zachowań, nie są końcem dramatycznej historii, która z niejednego oka wyciśnie łzę.  Postać Anthony’ego w niezwykły sposób połączy losy obu kobiet i sprawi, że ich życie nabierze całkiem innych barw.

Genova w przenikliwy sposób pokazuje walkę, jaka toczy się w umysłach kobiet, które próbują kochać mimo przeciwności. To nie różowa kartka wypełniona serduszkami i opatrzona krzyczącym napisem ”Love” jest wyznacznikiem miłości, a nierzadko trudne decyzje, codzienna walka o uwagę, próby przebaczenia sobie i innym tego, czego nie da się już odwrócić.

Historie opisane przez autorkę, choć fikcyjne, mogą się zdarzyć w każdym życiu. W Polsce nie ma dokładnych danych na temat ilości osób dotkniętych autyzmem, szacuje się, że jest to około 30 000 tysięcy, a nawet więcej. Około 52% mężczyzn w naszym kraju zdradziło swoje partnerki, zdrada w polskim społeczeństwie jest obecna, mimo, że często pozostaje w ukryciu. Problemy poruszane w książce są jak najbardziej aktualne i bliskie wielu osobom. Opisane przeżycia bohaterów pozwalają wniknąć do ich świata, zobaczyć sytuacje z innej strony i zrozumieć, że czasem miłość, wybaczenie i akceptacja mają wiele wymiarów.

Bibliografia:

Kochając syna. Lisa Genova
Wydawnictwo Filia

Komentarze

Rysunki z marginesu

Wszystko zaczyna się od punktu. Jak pisał Wassily Kandinsky, „punkt jest rezultatem pierwszego zetknięcia się z materialną płaszczyzną […]. Przez to pierwsze zetknięcie płaszczyzna obrazu zostaje zapłodniona”*. Punkt płynnie przechodzi w linię – od tego momentu gra toczy się między możliwościami podłoża i narzędzia a wyobraźnią autora. Ciąg dalszy często jest nieprzewidywalny. Czy istnieją jakieś granice rysunku? Odpowiedzi warto poszukać na wystawie „Les Cahiers dessinés” w Halle Saint Pierre. W samym środku turystycznego kotła u stóp Montmartre’u, paryskie muzeum prezentuje panoramę najróżniejszych rysunkowych tworów spod ręki malarzy, pisarzy, rysowników, amatorów, a także osób umysłowo chorych.

Roland Topor, Terapeuta; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Roland Topor, Terapeuta; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Wystawa „Les Cahiers dessinés” („Szkicowniki”) to efekt współpracy muzeum z wydawnictwem o tym samym tytule. Jest to największy francuski dom wydawniczy, specjalizujący się w publikacji właśnie rysunków, których selekcja nie jest ograniczona kryterium gatunku, tematu czy nurtu artystycznego. Na wystawie oglądamy ponad 500 dzieł 67 artystów – w tym wiele stworzonych niekoniecznie przez autorów działających na polu sztuk wizualnych.

Fred Deux, Bez tytułu, 1971; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Fred Deux, Bez tytułu, 1971; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Z jednej strony rysunek to podstawa zarówno dla grafiki, malarstwa, jak i rzeźby. Z drugiej, jako technika przestał już (na szczęście) występować wyłącznie jako etap pomocniczy, wstęp do „dzieła właściwego”. Co ciekawe, od wieków w autonomiczny sposób funkcjonuje także w twórczości pisarzy. Tak jest np. z prezentowanymi na wystawie szkicami Victora Hugo czy Rolanda Topora. Zaskoczeniem okazała się obecność polskiego akcentu – grafik Brunona Schulza z „Xięgi bałwochwalczej”. Wykonane w autorskiej technice cliché verre niewielkie obrazki przedstawiają sceny erotycznego upodlenia mężczyzny wobec kobiety. Fascynacja połączona z lękiem tworzy niepokojącą, oniryczną atmosferę, tak wszechobecną w schulzowskich opowiadaniach. Podobnie erotyczne zabarwienie (choć pod względem stylistki skrajnie różne) mają rysunki Mélanie Dellatre-Vogt – mojego osobistego „odkrycia sezonu”. Artystka posiada wykształcenie plastyczne oraz muzyczne. Wycyzelowane kompozycje umieszcza na białym tle kartki, często monochromatyczne, tknięte tylko niuansem koloru. Akcja odbywa się wyłącznie w ramach zamkniętej całości w centrum obrazu. Jej abstrakcyjne na pozór, zwarte kompozycje przypominają graficzne znaki. Dopiero po chwili dostrzegamy w niej kształty z realnego świata. Cielesność przepełnia te, ograniczone za pomocą linii, ramy. Rysunek jest tu delikatny, kreska prawie nieobecna, tworzy regularne płaszczyzny szarości o różnym nasyceniu.

 

Chaval, Psychoanalityk; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Chaval, Psychoanalityk; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Rysunkiem, poza punktem i linią, nie rządzi żaden kod. Niekiedy wymyka się on spod kontroli, tak jak w pracach Otto Wolsa. Jego, tworzone m.in. pod wpływem surrealizmu abstrakcyjne obrazy, pełne rozedrganych kresek i plamek, są jakby przedstawieniem ran na ciele, pęknięć, z których rozchodzą się w różnych kierunkach linie. Te korespondują z ołówkowymi obrazami Uniki Zurn czy Freda Deux, przedstawiającymi hybrydy, wijące się organiczne kształty. Swoje miejsce mają tu też Kiki Smith, Pierre Alechinsky, Tomi Ungerer… Na drugim piętrze znajdziemy także rysunki satyryczne, prasowe, ilustracje oraz komiksy najwybitniejszych francuskich rysowników – także twórców głośnego w świetle ostatnich wydarzeń „Charlie Hebdo”. Jest więc Sampé, Gébé, jest Copi, Chaval, Tetsu – francuskie odpowiedniki Mleczki i Raczkowskiego.

Kiki Smith, Teeth drawing 4, fot. Fabrice Gibert; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Kiki Smith, Teeth drawing 4, fot. Fabrice Gibert; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Znaczącą część wystawy – i główny obszar działalności samej Halle Saint Pierre – stanowi jednak „sztuka marginesu”. Nazywana również „sztuką prymitywną”, „naiwną” czy z francuskiego „art brut” – jest to sztuka uprawiana nieprofesjonalnie, przez osoby niewykształcone pod kątem artystycznym – często też przez umysłowo chorych czy osoby z zaburzeniami psychicznymi. W kontekście wystawy w HSP, rysunek stanowi dla nich podstawową formę ekspresji. Narzędzia (węgiel, ołówek, tusz, papier) są tanie, szybkie w utrwaleniu i wygodne. Tym samym tytułowe szkicowniki stanowią dla artystów intymne archiwa, osobiste zbiory pomysłów, myśli i przeżyć. James Castle w swoich pracach oprócz kredek wykorzystuje ślinę i sadzę, obrazuje wnętrza i pejzaże na tekturze lub pudełkach po zapałkach. Zainteresowana spirytualizmem Laure Pigeon wypełnione granatowym tuszem wielkie formaty traktuje jako swego rodzaju media w kontakcie z istotami ponadludzkimi. Wplata w nie pismo, często nie do rozszyfrowania – jak czytamy w opisie prac, są to teksty przepowiedni. Schizofrenik Alejandro Canale z kolei wypełnia swe malutkie obrazki mnóstwem oczu, dziwnych, groźnie wyglądających narzędzi i quasi-ludzkich postaci, odprawiających swoiste rytuały. Widoczne są one tylko w maksymalnym przybliżeniu – z daleka wyglądają jak jednolita chmura kresek. Kolejny artysta, Albert-Edgar Yersin, zmienia się w kartografa, konstruując swe obrazy na kształt mapy. Pośrednim etapem były pejzaże – na wystawie natomiast oglądamy mapy kreślone tuszem, ołówkiem, czy klejone kolażowo. Nie przedstawiają one jednak żadnego konkretnego miejsca – całość odbywa się bardziej na zasadzie mapowania myśli. Ewoluują one w kolejne formy, sprawiając wrażenie, jakby rozlewały się na kartce w coraz to nowe terytoria wyobraźni.

James CASTLE, Bez tytułu;  Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

James CASTLE, Bez tytułu; Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

W przypadku Marcela Bascoularda nie potrafię ocenić, co przyciąga większe zainteresowanie – jego rysunki architektoniczne, czy jego historia. Ten artysta-samouk w wieku 19 lat przeżył morderstwo swojej matki z rąk ojca. Musiał uciekać z domu i żył na ulicy, zarabiając przedstawieniami miasta Bourges. Zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w wieku 65 lat. Mimo braku wykształcenia posługuje się piórkiem i tuszem z zaskakującą biegłością, a jego poczucie perspektywy i budowanie głębi przestrzennej dorównuje „rasowym” obrazom profesjonalnych artystów.

W tym miejscu powinniśmy postawić pytanie o definicję profesjonalnej sztuki. Czy sztuka jest kwestią wyćwiczonego warsztatu? Czy naprawdę wartościowy jest, dajmy na to, obraz, nad którym artysta wypocił kilka lat swojego życia, a nie tylko „machnął kilka kresek”? Biegłość techniczna oczywiście potrafi robić wrażenie. Jednak bez jednostkowego spojrzenia, refleksji, pomysłu, ekspresji autora – jest tylko pustym narzędziem. Nośnikiem komunikatu, który nie istnieje. Artyści „niewykształceni”, „outsiderzy” określani są w języku historii sztuki mianem „prymitywów” (termin ze Słownika Sztuk Pięknych). Osobiście uważam, że to pejoratywne pojęcie jest dyskryminujące i wprowadza nieuzasadniony podział na „lepszych” i „gorszych” – podział, którego jedynym kryterium jest wykształcenie. A, jak widać na przykładzie precyzyjnych rysunków Marcela Bascoularda, brak edukacji nie idzie w parze ze słabą jakością wykonania. Gdy oglądam prace umysłowo chorych, niejednokrotnie bije z nich samotność, cierpienie, uwidaczniają się dzikie fantazje. Mam wrażenie, że jest w nich coś, czego (jak podświadomie być może każdy z nas) szukam w sztuce – autentyczność.

Marcel Bascoulard, Bez tytułu (Widok Bourges); Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Marcel Bascoulard, Bez tytułu (Widok Bourges); Dzięki uprzejmości La Halle Saint Pierre, Paris

Jak pisze w katalogu wystawy Frédéric Pajak, założyciel wydawnictwa oraz kurator „Les Cahiers dessinés”: „każdy rysownik to anarchista. Jest posłuszny instynktowi, sennemu marzeniu, życiu wewnętrznemu”. W rysunku fantastyczne jest właśnie to, że stanowi domyślny, najbardziej dostępny i natychmiastowy sposób zapisu. Często wymyka się on terytorialnym, formalnym czy ideologicznym podziałom świata sztuki. La Halle Saint Pierre zajmuje się badaniem takich właśnie nieortodoksyjnych obszarów sztuki. Choć wystawa zamknięta została 14 sierpnia, warto wybrać się znowu do HSP i zwrócić uwagę na całą jej działalność.

 

*W. Kandinsky, Punkt i linia a płaszczyzna, przeł. S. Fijałkowski, PIW, Warszawa 1986

Komentarze

Design a sztuka w gdańskim Muzeum Narodowym

f_DaS_o_wystawa_foto_BW (15)

fot. A. Kurkowska, M. Berlińska, materiały prasowe

W oddziale Sztuki Współczesnej Muzeum Narodowego w Gdańsku trwa obecnie wystawa „Design a sztuka”, którą oglądać można do ostatniego dnia sierpnia. Udział w niej biorą artyści, projektanci i jednocześnie pedagodzy reprezentujący różne uczelnie w Polsce i zagranicą. Pomysłodawcą inicjatywy jest Instytut Wzornictwa Przemysłowego Politechniki Koszalińskiej. Kuratorki Agnieszka Kurkowska i Magdalena Berlińska, których wykształcenie i zainteresowania ściśle wiążą się z architekturą i projektowaniem, postanowiły stworzyć dość pokaźną i wielowątkową ekspozycję, zajmującą kilka sal gdańskiego Pałacu Opatów. „Ideą jest zaproszenie do próby porównania, zdefiniowania sztuki wobec designu i designu wobec sztuki” – rozpoczyna tekst kuratorski i rzeczywiście, zdaje się, że autorki, zapraszając ponad sześćdziesięciu artystów z różnych środowisk, chciały zrobić pewnego rodzaju przekrój przez wiele, często zupełnie alternatywnych, osobistych definicji oraz ich realizacji. Problem sztuki, dizajnu, ich styku, a może i przede wszystkim obszarów wspólnych jest oczywiście bardzo szeroki. Biorąc pod uwagę, że ekspozycja nie konkretyzuje jakiegoś jednego wątku, ale raczej skupia się na wielotorowości i indywidualności – wyzwanie było spore. Bardzo ważna jest próba określenia roli i formy służby jaką pełnią te dwie dziedziny, których zarówno pokrewieństw, jak i autonomiczności się doszukujemy. Z jednej strony dizajn, czyli właśnie działanie ukierunkowane typowo służebnie, powiedzmy, zmuszone do gotowości na kompromisy na rzecz dobra i komfortu odbiorcy, czyli dosłownie – użytkownika. Z drugiej strony sztuka czysta, mająca z kolei komfort przyzwolenia dla pewnego egoizmu, gdzie idealistycznie – poprzez tworzenie w zgodzie ze sobą – twórca, zwany dalej artystą, oddaje coś w pełni własnego, autentycznego, z czym zmierza się odbiorca i z czym może, lecz nie musi się utożsamić, lub w czym może, lecz nie musi coś odkryć.

Ekspozycja nie jest jednorodna. Po pierwsze, rysują się głównie sylwetki dwa w jednym, które znowu można dzielić, mnożyć i poddawać klasyfikacjom ze względu na wielość osobistych doświadczeń i spostrzeżeń. Wybieram tylko kilka, nie ze względu na wartość artystyczną czy projektową, ale po to właśnie, by nakreślić różnorodność, która według założenia kuratoskiego ma być atutem tej wystawy.

f_DaS_foto_AB (10)

fot. A. Kurkowska, M. Berlińska, materiały prasowe

Izabela Łapińska w pracy „Oczy – Naga Twarz” podkreśla naturalne przejście, kiedy to sztuka czysta może stać się przedmiotem użytkowym. Pięć małych obiektów, gdzie tradycyjna fotografia analogowa została zeskanowana i powielona na pleksi grubości trzech centymetrów sprawiła, że zdjęcia stały się formą przestrzenną. Dodatkowo pojawia się efekt multiplikacji, w zależności od kąta patrzenia. Jak zaznacza artystka, sztuka czysta, jaką jest fotografia pozbawiona ingerencji komputerowej obróbki graficznej w ten sposób może przeniknąć do obszaru dizajnu, czyli tej codzienności, gdzie obiekt sztuki wyniesiony z muzeum i postawiony na biurku w domu, może stać się (uwaga, drastycznie): na przykład przyciskiem do papieru. Idąc dalej, można posłużyć się tą formą też przy produkcji blatu stołu czy kabiny prysznicowej. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że w tym przypadku sztuka nobilituje dizajn. I że to ona jest punktem wyjścia i tą, która wyciąga rękę w stronę codzienności. Z drugiej strony jednak, użytkownik musi mieć świadomość, że to, co nadrukowane jest na pleksi pochodzi z ręki artysty, bo choć osobiście odbieram tutaj wartość użytkową jako drugorzędną propozycję podania, to na myśl od razu nasuwają się domowe przedmioty o podobnych rozwiązaniach, które istnieją już od dawna. Chyba że sztuka chce się zupełnie odsunąć na drugi plan i po cichu zachwycać spod kuchennego blatu, nie krzycząc: „oto sztuką jestem”. A może być też wręcz przeciwnie – może stać się elementem dominującym przestrzeń. Ile pomysłów tyle rozwiązań. Nie ma jednak wątpliwości, że jest ich wiele, granice są dość płynne, a obszar wspólny jest szerokim polem do popisu.

Ta sama sala. Frontalnie do wejścia i już od jego progu przemawia, niemal woła, spore (190×165 cm) płótno Elżbiety Kalinowskiej „Zapis znaku”. To zupełnie inna kategoria niż wyżej wspomniana realizacja. Autorka dotyka sfery języka, znaku. Bada go i tworzy. „Proces rekonstrukcji Znaku jest antropologicznym poszukiwaniem wartości każdej kultury(…). Każdy ze znaków zawiera niewyczerpaną energię kreowania formy, każdej formy, jest syntezą każdej sztuki.” – pisze. Pomijając oczywiście kwestię efektownego malarstwa/rysunku, które doskonale sprawdziłoby się w minimalistycznym wnętrzu. Najistotniejsze jest jednak chyba odniesienie do czegoś, co jest jedną z najbardziej użytkowych sfer naszego życia, czyli właśnie do języka jako kodu niosącego konkretne treści. Poza swoją niedosłownością budzi też skojarzenie z rzeczami bardzo prozaicznymi, wyglądając jak duża, akrylowa notatka.

Kazimierz Jałowczyk natomiast pokazuje prace z cyklu PANEIKON. Są to po prostu rysunki w technice mieszanej. Nazwane przez autora „imaginacyjnymi wizerunkami”. Jedynie sztuka czysta – myślę, i nie za bardzo rozumiem jaki był powód dania tego rodzaju realizacji na wystawę o badaniu styku tytułowych dziedzin. Być może chodzi o postawienie na kontrast, na przykład między umieszczonymi w innej sali opakowaniami keczupu Kamis autorstwa Magdaleny Berlińskiej. Jednak tam, sposób ekspozycji, czyli prostokątna kompozycja z wielu opakowań, sugeruje już jakiś rodzaj instalacji, więc można znów teoretyzować o kolejnych pomysłach na możliwości łączenia tych dwóch światów – sztuki i dizajnu. Tutaj jednak, przy rysunkach pana Jałowczyka chyba jedynym tropem, jaki można obrać, to ten, gdzie sztuka czysta wchodzi do naszych domów – miejsc, gdzie cały czas funkcjonujemy i po prostu obcujemy z tymi przedmiotami, mieszkamy z nimi, jesteśmy. Jakby nie było, płótno czy kartkę papieru oprawioną w passe-partout w tym sensie można także nazwać użytecznymi, nawet bardzo.

f_DaS_foto_AB (27)

fot. A. Kurkowska, M. Berlińska, materiały prasowe

Tekst kuratorski zainteresował mnie także myślą na temat prototypu i produkcji przedmiotu. W zakresie sztuki czystej wiadomo, że dzieło cechuje unikatowość, nawet jeśli jest grafiką odbijaną z matrycy. W odniesieniu do dizajnu, przy wdrożeniu, czego większość projektantów niewątpliwie sobie życzy, nie zawsze, ale często mówimy już o produkcji masowej. To może być jedna z największych różnic dzieląca te płaszczyzny. Ale czy prototyp, gdzie zawiera się cały proces myślowy, technologiczny i kreacyjny nie mógłby być, przynajmniej w niektórych przypadkach, określony mianem sztuki, która przecież manifestuje się poprzez utwory? Wg ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych utworem jest: „…każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia.”. Idąc tym tropem, prototyp sygnalizatora optyczno-akustycznego produkowanego masowo na świat, opracowanego przez Piotra Mikołajczaka, okazuje się, może uchodzić za coś więcej niż tylko dobrze zaprojektowany sygnalizator. Ciężka sprawa, bo o tyle, o ile przedmiotów tego rodzaju być może rzeczywiście nie wypada wynosić do rangi wyższej, o tyle istnieje przecież dizajn, który już u swoich założeń ma być „czymś więcej” i tak ma też wyglądać.

Ceramika Bożeny Sacharczuk z serii „Alegorie” to egzemplarz z cyklu naczyniowego „nawiązującego i korespondującego z estetyką obiektów rzeźbiarskich sztuki dawnej”. To jeden z tych hybrydowych eksponatów na wystawie, o których można powiedzieć spokojnie, iż pełni obie omawiane funkcje. Czyli z jednej strony sprawdzi się doskonale jako rzeźba lub ceramika artystyczna, z drugiej zaś, nie mamy wątpliwości, że jest to naczynie i niemożliwym byłoby zamknąć je nawet w ramy umownej abstrakcji. Choć być może jako przedmiot do użycia – dość nieoczywiste, to jednak spełniłoby swoje zadanie, a w realiach dzisiejszego dizajnu, także ogólnodostępnego, to właściwie nic budzącego większe zdziwienie. Myślę, że praca ta jest dobrym przykładem na badanie nie tyle cech i przestrzeni wspólnych, co właśnie granic i styków tych zazębiających się tutaj działań.

f_DaS_wystawa_foto_BW (4)

fot. A. Kurkowska, M. Berlińska, materiały prasowe

Keczupy, malarstwo, prysznice, formy rzeźbiarskie, mnogość artystów, koncepcji, wątków, a do tego wszystkiego ściany pomalowane na czerwono i biało. Wystawa jest międzynarodowa, być może kolory są swego rodzaju hołdem oddanym polskim twórcom oraz manifestacją dumy z tego, co nasze, a zaproszenie innych krajów – uznaniem dla tego, co obce. Wydawać by się mogło jednak, i myśl ta ciągle mi dokucza, że taki miks wszystkiego to trochę za dużo jak na jedną ekspozycję. Prace które tu przytoczyłam są tylko małym ułamkiem dużej całości i ciężko też, żeby one jakoś bardziej ją określały. Wystawa obejmuje jeszcze wiele innych dziedzin kreacji artystycznej, m. in. tkanina, ilustracja, projektowanie, multimedia, architektura. Jest sala ze sztuką z elementami ludowymi. Wachlarze rozwiązań i, na szczęście, zero poczucia lawirowania po bezdrożach niekonkretnych pytań bez odpowiedzi. To na pewno porządna dawka inspiracji i dobry kolejny krok ku poszerzaniu artystycznej i użytkowej świadomości społeczeństwa. Kuratorki twierdzą, że „design nie jest wolny od czynienia świata piękniejszym, a sztuka nie jest bezużyteczna”, trzeba więc, by każdy zdał sobie z tego sprawę. Po obejrzeniu tak wielu propozycji, rozłożonych zresztą w salach muzeum bardzo przystępnie, bez nachalnego natłoku ani zbędnych przestrzeni, niekiedy budując napięcia i kontrasty, innym razem ustawiając tak, jakby niemal nawiązywał się jakiś dialog między obiektami, na pewno każdemu zostanie w głowie choć kilka refleksji.

aniaabmarczak

fot. Faustyna Makaruk

Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Anna Marczak
Studentka ASP w Warszawie. Dużo myśli o sensie sztuki cudzej, własnej i sensie w ogóle. Sporo o tym rozmawia, zbyt wiele stara się definiować. Generalnie myśli za dużo. Pisze, bo uważa że nie wszystko można pokazać obrazem, obrazuje, bo uważa że nie wszystko może opisać słowo. Nie lubi tracić czasu.

 

Komentarze

Pod niebem źrenicy

Od słowa do

Lidia Jurkiewicz – „Pod niebem źrenicy”, galeria wierszy (4)

Artysta: Lidia Jurkiewicz
Nauczyciel, polonista, absolwentka Szkoły Trenerów. Z pasji do życia sięgnęła po pióro. Inspiracje do swoich refleksji czerpie z kultury, nauki, przyrody. Wszędzie tam dostrzega fenomen myśli, piękna i tworzenia.

W debiutanckim tomiku Pod niebem źrenicy (Lublin, 2014) pochyla się słowem nad kulturą miejsca, przyrodą, zabytkami, w które wpisany jest ludzki sens dziejów. Kolejne rozważania dedykuje Kulturze… . W jej kształcie dostrzega ludzki wymiar, wrażliwość na piękno, sposób poznania świata, istotę aktu tworzenia. Kultura w jej poezji istnieje poprzez człowieka i w człowieku, bowiem jest on inspiracją trzeciej części tomiku zatytułowanej O – sobie, osobie, która poszukuje swego świadomego bytu. Być może sobą chce również podzielić się  autorka? Tomik przepełniony jest humanizmem i refleksją potrzebną współczesnym czasom.

Lidię Jurkiewicz można znaleźć na:
Facebooku

Komentarze

Przed Państwem…

 

1. RACHEL

Julia Kaczorowska – WZORY, galeria (11)

Artysta: Julia Kaczorowska
Urodziła się w 1993 roku w Paryżu. W tym roku obroniła na piątkę dyplom licencjacki na kierunku „Fotografia prasowa, reklamowa, wydawnicza” na Uniwersytecie Warszawskim. Tematem dyplomu był prezentowany projekt Wzory, realizowany przez cały poprzedni rok 2014. Przed nią studia magisterskie na tym samym kierunku. W lipcu miał miejsce wernisaż jej pierwszej wystawy fotograficznej w Pracowni Duży Pokój w Warszawie. Fotografią interesuje się od gimnazjum, oprócz tego realizuje się podróżując, chodząc po górach i żeglując z przyjaciółmi.

Projekt WZORY
Skóra to najbardziej widoczny organ ciała ludzkiego. Spełnia wiele funkcji ochronnych, ma wpływ na regulację temperatury ciała. To od jej wyglądu uzależnione jest często nasze samopoczucie. Skóra 1-2% ludzkości pokryta jest białymi plamami. To vitiligo –  bielactwo nabyte, jednostka chorobowa, objawiająca się utratą pigmentu na powierzchni skóry i/lub włosów. Sama mam bielactwo od 4 roku życia.

Do vitiligo właśnie nawiązuje tytuł mojego cyklu – Wzory. Można go rozumieć zarówno jako wzory na skórze, jak i jako nawiązanie do postaw, które przybierają bohaterowie moich zdjęć wobec swojego wyglądu. Każda z 11 sfotografowanych osób, niezależnie od narodowości, płci i wieku, może stanowić wzór do naśladowania dla innych, którzy nie radzą sobie ze swoim „schorzeniem”. W swoich pracach skupiam się nie na dramatycznych doświadczeniach związanych z bielactwem, lecz na osobach, które co prawda przeszły pewną drogę do samoakceptacji, ale dziś traktują swoje plamy jako coś naturalnego, lub wręcz uważają je za atut.

Julię można znaleźć na:
Behance

 

Komentarze
Komentarze do:

"6"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję