Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

4

Przestrzeń
#4

Za nami wybory prezydenckie, którymi żyła cała Polska. Pokazały nam one, że decyzje nie zawsze są łatwe, a nietrafione mogą pociągać za sobą konsekwencje. Każdego dnia dokonujemy różnego rodzaju i różnej wagi wyborów. Czasem dotyczą one poważnych spraw, a czasem są wręcz błahe – jednak w obu tych sytuacjach możemy mieć problem z ich podjęciem.

W czerwcowym numerze Magazynu Przestrzeń piszemy właśnie o wyborach. Zastanawiamy się, dlaczego tak trudno podjąć decyzję o zmianie, a także co hamuje nas przed ruszeniem z miejsca. Dowiadujemy się jak małymi krokami dochodzić do ostatecznej decyzji. Zatrzymujemy się nad tematem związków i dobierania się w pary. Podejmujemy zagadnienie związane z wolnością. Oddajemy się także refleksji na temat życiowych doświadczeń i nauki na błędach. Wybieramy ciekawość i smakowanie życia. 

Ponadto odwiedzamy Dzień Seniora w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie i rozmawiamy z Joanną Tabaką na temat tego niecodziennego projektu. W numerze nie zabrakło recenzji książek i filmu. Poznajemy także utalentowanego grafika Arkadiusza Jana Jankowskiego.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Wybór

Wybór jest trudny
wręcz niemożliwy

Być artystą
czy odpowiedzialnym człowiekiem 

– Joanna Niedziela

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

Komentarze

W pogoni za zmianą

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń, PG

Codzienność jest jej pełna – zmieniają się pory roku, przyzwyczajenia, ludzie. Spotykana każdego dnia, a jednocześnie wyczekiwana z lękiem lub nadzieją. Zmiana, bo o niej mowa, wymaga od człowieka nowego spojrzenia, okiełznania emocji i porzucenia tego, co znane. Jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy, z jakimi musi się zmierzyć na przestrzeni swojego życia. Najtrudniejsza, bo związana z nieznanym, a kojarzona z mieszanką emocji: lęku, niepewności i ekscytacji. Z jednej strony pożądana, z drugiej przez wielu niechętnie podejmowana.

W psychologii funkcjonuje termin ,,strefa komfortu”. Posiada ją każdy człowiek. Jest to bufor bezpiecznej przestrzeni, czyli wszystkiego co znane, przewidywalne i uznawane za niegroźne. Miejsca, ludzie, czynności, które zostały ,,oswojone”. Człowiek po początkowej fazie zapoznania się z konkretną sytuacją czy osobą przyzwyczaja się do niej, wypracowuje odpowiednie schematy działania i myślenia. Gromadzi wiedzę o tym, czego się od niego wymaga i jak ma postępować, by to działanie spotkało się z aprobatą ze strony innych i przynosiło satysfakcję.

Dzięki przyzwyczajeniu człowiek nie przeżywa lęku, obawy czy niepewności. Sytuacja przewidywalna to znaczy bezpieczna. Inaczej jest, gdy borykamy się z dylematami odnośnie kształtu naszego życia. Buzujące emocje nie dają spokoju, a nieprzespane noce stają się normą.

Zmiana – dla jednych znienawidzony termin, który kojarzy się z czymś przerażającym i okropnym. Dla innych okazja do rozwoju, przetestowania swoich zdolności, możliwość nabycia nowych doświadczeń i wiedzy. Sposób reakcji na wyjście ze swojej strefy komfortu jest różny w zależności od przeszłych doświadczeń, wychowania, socjalizacji i prezentowanych poglądów.   

Zostawienie tego, co już znane na rzecz nowości, która jest jednocześnie pociągająca i straszna, to nie lada wyzwanie.  Obie opcje kuszą. Z jednaj strony tajemnicza zmiana, która niesie ze sobą czar ekscytacji i nadzieję na polepszenie obecnej sytuacji. Z drugiej – z daleka wyglądająca na wygodną stabilizację, ciepła i spokojna chwila teraźniejsza, choć w rzeczywistości uwierająca i pełna niepokojów. Wybór – stara praca, ze znanymi obowiązkami, ale marną płacą; rodzinne miasto bez perspektyw; znajomi znani od podstawówki bojkotujący każdy pomysł, czy krok do przodu i stawienie czoła nieznanemu? Poszukiwanie nowej pracy okupione znaczymy wysiłkiem; przeprowadzka do innego miasta bez znajomych i rodziny lub wyjście z paczką całkiem nieznanych osób?

Opuszczenie bezpiecznej strefy wymaga bardzo dużo samozaparcia i odwagi. Tym, co trzyma w miejscu jest lęk. Mimo niewygodnych przestrzeni i braku samorealizacji wizja ośmieszenia się przed nowymi ludźmi czy zagubienia w nowym środowisku bardzo silnie działa na wyobraźnię, która roztacza czarne scenariusze.

Walka z własną głową o marzenia jest niejednokrotnie trudniejsza niż z hipotetycznymi oponentami. Lęk, jaki odczuwa człowiek przed zmianą, związany jest z mózgiem gadzim (najstarsza ewolucyjnie część ludzkiego mózgu, odpowiedzialna za stany emocjonalne; inne struktury to: mózg ssaczy, kora mózgowa), który odpowiada za najbardziej pierwotne odruchy. Steruje mechanizmami podejmowanymi w ułamku sekundy, bez udziału woli – w przypadku weryfikacji potencjalnie zagrażającej sytuacji. Zazwyczaj podsuwa dwie drogi – walcz lub uciekaj. Uaktywnia różnego rodzaju reakcje fizjologiczne takie, jak: pocenie się dłoni, szybsze bicie serca, płytszy oddech, wyrzut adrenaliny do krwi – dobrze znane w przypadku sytuacji stresowych.

Stojąc przed dylematem o podjęciu nowych wyzwań, strach jest jednym z najgorszych wrogów. Dla pierwotnych struktur mózgowych nie ma różnicy czy chcesz podjąć decyzję o wybraniu się na randkę z nowo poznanym chłopakiem, pierwszy raz wsiadasz na rower, podejmujesz nową pracę, czy właśnie się przeprowadzasz – to wszystko jest nieznane, czyli groźne.

Jednak w kolejnych krokach, jakie stawia człowiek w swoim życiu, nie ma realnego niebezpieczeństwa, jedynie dyskomfort.  Ile razy okazało się, że to, co przerażało, bo było nowe, stało się fascynującą przygodą, ciekawym wydarzeniem lub najlepszą decyzją w życiu?

Niektórzy wolą to, co znane i bezpieczne. Inni wprowadzają spektakularne nowości każdego dnia. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy wiesz, że potrzebujesz podjęcia decyzji o wprowadzeniu zmiany w swoim życiu, a wahasz się jedynie z powodu lęku. To nie jest dobry doradca. Podpowiada tylko najgorsze opcje, nie wskazuje możliwości rozwoju, palety nowych doznań, umiejętności i doświadczeń będących na wyciągnięcie ręki.

Stojąc przed wyborem między znanym a nieznanym, warto chwilę zastanowić się nad przeszłymi sytuacjami, które wzbudzały trudne emocje. Chwila autorefleksji i oddzielanie wyimaginowanych powodów przerażenia od realnych faktów może przynieść zaskakujące rezultaty. Kiedy nadchodzi moment wyboru, przypomnij sobie powiedzenie ,,do odważnych świat należy” i odgoń strach. Zaryzykuj ze świadomością, że zazwyczaj żałujemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy.

Bibliografia:
Bemis, J., Barrada, A. (2002). Oswoić lęk, tłum. Lewicka L., Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Wróbel A. (2011). Asertywność a emocje. W: Wróbel A. Asertywność na co dzień, czyli jak żyć w zgodzie z sobą i innymi. Warszawa: Wydawnictwo Edgard

Komentarze

Uwielbiam

fot. Weronika Kaczorowska

fot. Magazyn Przestrzeń, WK

Smakować życie. To najodpowiedniejsze określenie.
Zachłannie podchodzę do życia. Chcę wszystkiego spróbować, dotknąć, poczuć.

Wchodząc do salonu z odzieżą – zobaczyć nie tylko kolor czy krój. Dotknąć, z czego jest wykonana, jak jest wykończona. Jaka jest faktura materiału? Czy jest przyjemny? Przymierzyć, sprawdzić jak się układa.

Wyjeżdżając poza miasto (bądź idąc nawet na spacer!), rozglądam się dookoła. Niekiedy aż boli mnie kark z zadzierania głowy po to, by dostrzec najmniejsze detale na fasadach budynków. Zatrzymuję się. Zwiedzam najmniejsze zakamarki. Wchodzę we wszelkie bramy, zaglądając do lokalnych podwórek, bo właśnie tam toczy się prawdziwe życie. To tam są osiedlowe kapliczki, bujne ogródki, czy wywieszone w oknach pranie.  Największą radość daje mi przebywanie z ludźmi. Rozmowa, patrzenie co robią, jak się względem siebie zachowują. A ich gesty? One mówią najwięcej!

Uwielbiam świeże kwiaty w wazonie. Uwielbiam kawę na mieście z przyjaciółmi. Uwielbiam rozpieszczać najbliższych, robić im prezenty bez okazji. Patrzeć na ich przeogromną radość… Rozpieszczam też zwierzęta… pozwalam im na wiele. Chcesz wejść na stół, kocie? Proszę bardzo. Poleż sobie w umywalce, pralce… właściwie rób to, na co masz ochotę.

Uwielbiam jeść to, na co akurat mam ochotę, to, co za mną „chodzi”. Chrupiące, pachnące pieczywo. Oliwa z oliwek. Dojrzałe owoce. Soczyste mięso. Wytrawne wino… Uwielbiam deser przed obiadem i po obiedzie… piec, gotować, tańczyć, śpiewać do zdarcia gardła… I zapach trawy po deszczu, maciejki wieczorową porą. Słońce, słońce, jeszcze raz słońce…

Wybieram ciekawość i życie. Ach, jak ja uwielbiam to życie!

Komentarze

Wybieram. Nie stoję w miejscu

Każdy jeden dzień to nieskończona pula mniejszych i większych, zupełnie błahych albo wyjątkowo znaczących ludzkich wyborów. Współczesny świat oferuje nadmiar wariantów i możliwości, w których człowiek coraz częściej się zatraca. Analizuje, rozważa, przemyśla… trwoniąc czas, stojąc wciąż w tym samym miejscu – bezczynnie, z nadzieją, że „decyzja sama się podejmie”. Tymczasem pora na twój ruch!

Źródło: foter.com

Źródło: foter.com

Nie bez powodu mówi się, że człowiek żałuje tylko tego, czego nie zrobił. To, czego dokonał, nawet jeśli ostatecznie okaże się błędem, stanie się swego rodzaju lekcją, cenną nauką na przyszłość. Zaś to, co niezrealizowane może budzić już tylko żal, pretensje, niepewność… bo „jakby to było, gdyby…?”. I zamykamy się w więzieniu powracającej przeszłości.

Co nas gubi?
Istnieje wiele mechanizmów i zjawisk skutecznie utrudniających wszelkie życiowe wybory. Oto kilka najczęściej występujących:

  • efekt utopionych kosztów – człowiek przejawia skłonność do kurczowego trzymania się podjętych wcześniej decyzji, nawet jeśli okazały się niewłaściwe. Tendencja taka pojawia się w przypadku, kiedy wspomniane decyzje wymagały sporego wysiłku lub poniesienia znacznych kosztów przez jednostkę. W podobnej sytuacji człowiek powstrzymuje się od podejmowania jakichkolwiek decyzji, zatracając się w analizowaniu tego, czego już dokonał. Tym samym, nieraz przez długi okres czasu, tkwi w martwym punkcie;
  • efekt czarnego łabędzia – człowiek bardzo często nie bierze pod uwagę możliwości pojawienia się zdarzeń stosunkowo mało prawdopodobnych, ale tragicznych w skutkach, gdyż zdają się go nie dotyczyć (w jego mniemaniu);
  • efekt zakotwiczenia – w nowych, nieznanych człowiekowi sytuacjach, podejmuje on decyzję w oparciu o posiadane już informacje, na podstawie osobistych przekonań i uprzedzeń;
  • preferencja czasowa/dyskontowanie czasowe – człowiek zwykle bardziej pragnie dóbr teraźniejszych niż przyszłych. Wobec tego często przyjmuje krótkoterminowe nastawienie, preferuje drobne nagrody tu i teraz niż większe w perspektywie przyszłości;
  • nieprzechodniość – w momencie, kiedy człowiek nie ma szansy, by porównać ze sobą określone warianty wyboru, jego mózg decyduje się na to, o czym w danej chwili myśli.

Działaj od razu
Chcesz nauczyć się języka obcego? Już dzisiaj zacznij czytać słówka, poszukaj odpowiedniej szkoły albo osoby, która pomoże ci w nauce. Chcesz wygrać konkurs? Właśnie w tym momencie wyślij swoje zgłoszenie. Przyszedł ci do głowy szatański pomysł, aby pobiegać? Nie zastanawiaj się, załóż sportowy strój, wyjdź z domu i biegnij przed siebie. Dopadła Cię wena? Działaj od razu. Nie czekaj. Nie pozwól sobie na szczegółowe rozważania. Zdobądź konkretne informacje, zbierz potrzebne dane, a jeśli decyzja jest skomplikowana, ważna i wiążąca, prześpij się z problemem. Zbyt intensywne myślenie nad wyborem którejś z opcji czy wprowadzeniem planów w życie – powoduje jedynie zamieszanie, dezorganizację i stagnację. I znowu nie robisz nic. Stoisz w miejscu, a przecież tak bardzo tego nie chcesz.

Pamiętaj… aby wygrać, trzeba grać, podjąć czasem ryzyko, wyjść z własnej strefy komfortu. Aby triumfować, trzeba nieraz poczuć dyskomfort, zgodzić się na utrudnienia i niemoc, pokonać kilka lub kilkanaście „stromych schodów”, aby w efekcie końcowym zdobyć ten najwyższy szczyt, odnaleźć największe szczęście i satysfakcję. Musisz dokonywać wyborów, aby na dobre zmieniać siebie i swoje otoczenie, aby się rozwijać i iść do przodu. Nawet jeśli twoje decyzje okażą się pomyłką, unikniesz stagnacji, zrobisz kolejny krok, ruszysz z miejsca bogatszy o kolejną życiową lekcję. Naprawdę warto, uwierz. Teraz twój ruch! Powodzenia.

Komentarze

Refleksja o doświadczeniu

Mówi się, że najlepiej jest uczyć się na cudzych błędach. Dzięki temu, możemy korzystać z doświadczenia innych ludzi i nie popełniać już takich samych błędów w naszym życiu. Ale co wtedy z naszym doświadczeniem?

refleksjaodos

fot. Magazyn Przestrzeń, MB

Kilkanaście lat temu, nauczyciel zadał mojej klasie pytanie. Czy zawsze należy wybierać trudniejszą drogę w życiu? Chodzi o konkretne sytuacje w naszej codzienności, kiedy mamy świadomy wybór. Większość odpowiedziała, zapewne kierując się szkolną ambicją, że jak najbardziej, należy wybierać tę trudniejszą drogę. Bo przecież człowiek się wtedy wiele może nauczyć, może zebrać więcej życiowego doświadczenia, a także i satysfakcji, że poradził sobie z jakimś trudnym problemem. Jasne, trudno się z tym nie zgodzić. Na pewno jest też wiele sytuacji, gdzie można sobie na to pozwolić i pójść na łatwiznę, to też prawda. Ale mnie dziś zastanawia co innego. To pytanie, na które wydawać by się mogło, że już odpowiedzieliśmy. Czasem bardziej świadomie, a czasem mniej – wraca.

Spójrzmy na ten problem z innej perspektywy. Czy to nie jest tak, że korzystanie z cudzego doświadczenia, z cudzych błędów, nie jest wyborem łatwiejszej drogi? Oczywiście, są sytuacje, o których z góry wiemy, że mogą skończyć się dla nas źle i że nie warto samemu tego doświadczać. Dlatego jesteśmy przed nimi przestrzegani. Przykładowo, dzieciom zawsze mówi się, że nie wolno bawić się zapałkami. I słusznie, może być z tego nieszczęście. Ale to dziecko często nie ma tej świadomości. Dopóki samo się o tym nie przekona. I chyba wszyscy tak mamy. Zawsze chcemy sami się przekonać.

W życiu nie da się uciec przed sparzeniem. Czym byłoby ono bez tego? A czym byłaby radość bez smutku? Cierpienie, zawód, ból, rozczarowanie, żal, smutek, tęsknota – to nierozłączne elementy naszego życia. Gdyby nie one, czy czegoś byśmy mogli w życiu się nauczyć? A miłość? Czy da się naprawdę kochać, nie będąc wcześniej zranionym? Jak straszne musiałoby być życie kogoś, kto takich uczuć nigdy nie doświadczył… Nie można żyć zachowawczo, w strachu przed zranieniem. Jak wiele takie doświadczenia mogą nauczyć, wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli. Często takie sytuacje potrafią odmienić ludzkie życie. Nadać mu sens, albo bardzo mocno zmotywować.

Każda sytuacja nas czegoś uczy, jest dla nas życiowym doświadczeniem. Dzięki temu jesteśmy mądrzejsi, możemy z większą łatwością pokonywać kolejne problemy czy trudności pojawiające się w naszym życiu. Traktujmy napotykane problemy, jako okazję. To okazja by być lepszym, silniejszym, odporniejszym. Niech będą to dla nas życiowe lekcje, które odrobione – zaprocentują na przyszłość.

Komentarze

Utracona wolność

Co z tymi „wyborami” i „wolnością”?

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Ostatnio wszyscy Polacy żyli wyborami – czy tego chcieli, czy nie. Powstało już wiele tekstów komentujących przebieg i wynik wyborów. Część Polaków zarzuca tym drugim, że nie widzą, na co się decydowali, kiedy oddawali głos. Jedni są przekonani, że utraciliśmy wolność, a inni cieszą się, że ją w końcu odzyskamy – i właśnie o tym chciałbym, aby był ten tekst. Skoro wszyscy byliśmy wciągnięci w wir wyborczy, to pomyślałem, że warto się zastanowić, co stoi za „wyborami”. Chcę na kwestię „wyborów” spojrzeć jednak od trochę innej strony, od tej bardziej podstawowej. Chcę napisać o czymś, czego nikt nie widział, ale z pewnością każdy (mam nadzieję) miał okazję doświadczyć. Artykuł będzie o wolności.

Czym jest wolność?

Wolność, o której myślę i chcę pisać, jest raczej doświadczeniem wypływającym z wewnątrz. A więc nie jest czymś, co można nam narzucić lub odebrać, nie jest zdeterminowana tym, co zewnętrzne. Ten rodzaj wolności świetnie oddał Viktor Frankl, austriacki psychiatra i psychoterapeuta, twórca Logoterapii. Był on więźniem obozu koncentracyjnego w Auschwizt. W swojej książce – „Człowiek w poszukiwaniu sensu”, opisuje autentyczne przykłady ludzi, którym odebrano wszystko – majątek, ubrania, rzeczy osobiste, bliskich, poczucie tożsamości i wyboru, godność, poczucie bezpieczeństwa. Frankl opisując to, pokazał, że człowiekowi można odebrać dosłownie wszystko, ale jedna, jedyna rzecz jest nienaruszalna, a mianowicie, jest nią możliwość wyboru (bez względu na okoliczności), jakie będzie moje nastawienie do określonych zdarzeń i sytuacji.

Można zauważyć zasadniczą rzecz, która odróżnia tak pojmowaną wolność od tego, co jest lansowane coraz częściej w obecnych czasach. Często można teraz usłyszeć, że nic nas nie może ograniczać, jesteśmy „wolni”, możemy zrobić wszystko i nikt nie ma prawa w to ingerować. Takie nastawienie daje nam prawo do wyszydzania innych, krzywdzenia ich w imię dziwnie pojętej „wolności” słowa. W szkołach nauczyciele borykają się z aroganckimi rodzicami, którzy mówią: „jak pani śmie ograniczać swobodę mojej córki/syna”, która to córka do szkoły przychodzi w szczątkowej ilości odzieży, a syn obrzuca wulgaryzmami słabszego kolegę. Rodzaj wolności, który ja opisuję, nie jest populizmem sprzedawanym przez media. Jest to wolność bardziej wewnętrzna, subiektywna i egzystencjalna. Uznaje ona zewnętrzne ograniczenia, które przecież istnieją, dostrzega obecność drugiego człowieka, który, bez wątpienia, też istnieje.

Ten sposób patrzenia na wolność wiąże się z odpowiedzialnością, odwagą, niepewnością (a nie zdejmuje ich z nas, jak to się ma przy pierwszym sposobie ujęcia). W momencie, kiedy zaczynam samodzielnie dokonywać wyborów, również uświadamiam sobie, że brzemię odpowiedzialności za nie spada na mnie. Wtedy zaczynam w głęboki sposób kreować własną tożsamość, która z każdym kolejnym wyborem rozwija się i zmienia. Przestaję być statycznym produktem, a zaczynam być wciąż na nowo twórczym efektem działań wypływających z mojej decyzji.

Wymaga nie lada odwagi moment, w którym dokonuję wyboru, a następnie muszę sprawdzić efekty moich działań, ponieważ zrobiłem krok w kierunku jeszcze nieodkrytego lądu. Wtedy życie staje się podróżą, podczas której każda kolejna sytuacja jest pewną nowością. Mimo, że sytuacje są te same, to moje wewnętrzne ich przeżywanie zawsze jest inne, wtedy dopiero mogę powiedzieć, że żyję „tu i teraz”. Jednak to zawsze będzie powodowało niepewność, ponieważ wszystkie zewnętrze drogowskazy i wyznaczniki tracą na znaczeniu, a do głosu dochodzi to, co dzieje się we mnie i tym się kieruję (nie zawsze mając pewność czy dobrze wybieram). Słusznie można zauważyć, że taka droga wcale nie jest łatwiejsza. Jest o wiele bardziej wymagająca niż opieranie się na gotowych rozwiązaniach, schematach, nawykach czy przetartych przez kogoś ścieżkach. Jednak jest czymś, co nas wzbogaca i sprawia, że stajemy się pełniejsi, a życie wokół nas nabiera barw. Dzięki temu mogę z dumą powiedzieć: „taki właśnie jestem”. Dzięki takiemu poczuciu własnej tożsamości (którą sami kreujemy) mogę odważnie i dojrzale budować relacje z innymi – bez obawy, że zostanę przytłoczony przez kogoś z powodu własnej uległości i lękowi przed odrzuceniem. Nie będę musiał też nikogo przytłaczać swoją osobą z potrzeby dominacji i udowodnienia, że „moje jest lepsze” (bo tak naprawdę boję się, że mogłoby okazać się, że jest gorsze). Budując siebie w oparciu o taką wolność i tożsamość, z większą odwagą mogę zrezygnować z gier, które prowadzę, aby wykreować jakiś wizerunek w oczach innych, żeby osiągnąć jakiś efekt. Nie muszę się „puszyć”, żeby potwierdzić własną wartość, nie muszę umniejszać siebie w lęku, że ktoś mnie może odrzucić lub upokorzyć za to, że odnoszę sukces. Potrafię przyznać się przed sobą i innymi „kim jestem” i jak w tym momencie życia „istnieję”.

Nie chcę tutaj stawać w opozycji do poglądu, że jesteśmy zdeterminowani, bo byłoby to tworzeniem iluzji. Jednak przeżycia, które opisuję, są raczej uzupełnieniem faktu, że istnieją warunki, które nas determinują i ograniczają. Posiadamy jakieś uwarunkowania genetyczne, kulturowe, wynikające z procesu socjalizacji, których nie możemy przeskoczyć. Nie posiadamy wpływu na każdą sytuację, która nas spotyka – choćby dlatego, że nie możemy kontrolować innych ludzi (chociaż czasem bardzo byśmy chcieli). Jednak w świecie zdeterminowanym przez różne czynniki to ja mogę wybierać, jak się zachowam, jak będę przeżywał daną sytuację. To ode mnie zależy, czy będę na tyle uważny na siebie i sygnały płynące z głębi mnie, żeby podjąć najlepszą dla mnie decyzję.

Czy ja to mam?

Jakość, którą opisuję jest do pewnego stopnia w posiadaniu nas wszystkich. Można ją w swoim życiu rozpoznać po bardzo specyficznym, wewnętrznym uczuciu godności. Pojawia się ono wtedy, kiedy zachowamy się w zgodzie ze sobą w sytuacji, w której jest wiele ograniczeń. W sytuacji, która jest dla nas nieprzyjemna i z jakiegoś powodu dziwny głos w głowie podpowiada: „powinieneś tak zrobić, żeby Cię lubili” lub „tak należy i musisz się podporządkować”, a z drugiej strony pojawia się głos, który mówi: „masz prawo wybrać po swojemu, zgodnie z tym, jak czujesz, bez znaczenia, jak inni pomyślą”. Często tuż po takich sytuacjach szumi nam w głowie (z powodu lęku), ale finalnie okazuje się, że wybraliśmy w zgodzie ze sobą i pojawia się to ciepłe uczucie godności, które przez wiele osób jest przeżywane jako „ciepła, przyjemna kulka w okolicach splotu słonecznego”.

Opisywane przeze mnie głosy nie są sytuacją patologiczną, są czymś zupełnie normalnym i każdy z nas je posiada. Ważna wydaje mi się umiejętność wsłuchiwania się w te wewnętrzne głosy, żebym mógł sam za siebie i dla siebie wybierać. Można też uczyć się tak pojętej wolności i jest ku temu sporo możliwości. Wszystkie zajęcia, aktywności lub relacje z innymi ludźmi, dzięki którym mogę lepiej wsłuchiwać się w siebie, pozwalać sobie na spokojne rozglądanie się w tym, co we mnie, będą powodowały, że uzyskam lepszy kontakt sam ze sobą. Dzięki temu łatwiej będzie mi korzystać z wolności osobistej, którą bez wątpienia mam, ale nie umiem jeszcze zrobić z niej pożytku. W efekcie przestanę tylko reaktywnie odpowiadać na to, co w życiu mnie spotyka, a będę miał możliwość aktywnego kierowania swoim życie – dzięki własnym, świadomym i zgodnych ze mną wyborom.

Komentarze

Wybieram bramkę numer… O tym jak dobieramy się w pary

dobieranie_sie_w_pary

graf. Urszula Zabłocka

Szansa na wygranie „szóstki” w lotto wynosi 1 do 13 983 816. Może być ciężko. Wydaje się, że znacznie łatwiej trafić na swoją drugą połówkę. Patrząc jednak na statystyki rozwodów w Polsce (66 tys. w roku 2013), zastanawiam się, czy aby na pewno. Kiedyś słyszane opinie typu „związek to ciężka praca”, „trzeba nauczyć się chodzić na kompromis” – wydawały mi się pustymi frazesami. Dzisiaj wiem, że to (niestety) prawda. Nie zawsze jest lekko, łatwo i przyjemnie. Kiedy już jednak odnalazło się tę właściwą osobę, to chyba warto. Tym bardziej, że bywa to proces pracochłonny i kosztujący wiele emocji. Co bierzemy pod uwagę i czym się kierujemy, a co kieruje nami podczas miłosnego polowania?

Po pierwsze biologia, czyli ewolucyjne mechanizmy dobierania się w pary, określane przez niektórych jako intuicja, instynkt czy chemia. Nie zawsze są to aspekty uświadomione. Psycholog ewolucyjny David M. Buss wyodrębnił, na podstawie wieloletnich badań, kryteria, którymi kierujemy się przy wyborze partnerów. Kobiety zwracają uwagę między innymi na zasoby ekonomiczne, pozycję społeczną, wiek, inteligencję i zdrowie. Dla mężczyzn natomiast ważne są młodość, kształt ciała i inne aspekty wyglądu fizycznego. Brzmi mało romantycznie, ale jest to oczywiście powiązane z naturalną biologiczną potrzebą przedłużania naszego gatunku.

Ciekawe w tym ewolucyjnym aspekcie wydaje się podejście obu płci do kwestii wierności. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni uznają ją za cechę bardzo istotną i poszukiwaną u przyszłego partnera. Dlaczego? Największą obawą mężczyzny jest wiążące się z niewiernością partnerki inwestowanie zasobów (różnego rodzaju) w dzieci, których nie jest biologicznym ojcem. Kobiety z kolei wiedzą, że konkurencyjny związek jej mężczyzny (i jego ewentualne nowe potomstwo) oznacza zagrożenie utraty korzyści, które do tej pory uzyskiwała od partnera. Wierność oznacza więc zaangażowanie w związek w aspekcie nie tylko wyłączności seksualnej i genetycznej, ale także poświęcenia emocjonalnego i materialnego.

No dobrze, dość o biologii. Bo przecież oprócz tego, co umownie nazwę sercem, mamy także rozum. Ci, którzy z niego korzystają, zwracają u drugiej osoby uwagę na kilka istotnych aspektów, które mogą (choć nie muszą) przyczynić się do powstania trwałego, szczęśliwego związku. Dość ważne są na przykład wartości, którymi kierujemy się w życiu, nasze priorytety – w tym także poglądy religijne i polityczne. Czyli to, o czym na początku, w fazie zakochania, nie bardzo się myśli (albo myśli się, że jakoś to będzie, ułoży się samo), a co na późniejszych etapach może być przyczyną kryzysu. Nie jestem pewna czy warto liczyć, że partner zmieni się pod wpływem miłości. Można się srogo zawieść. Kolejna rzecz to podobieństwa i różnice w osobowościach i charakterze. Niepokojąco często jako przyczynę rozwodów podaje się tzw. niezgodność charakterów. Jednak dla niektórych z nas taka odmienność partnera sprawia, że długo jesteśmy siebie ciekawi, wzajemnie atrakcyjni, a związek zyskuje na dynamice. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku.

Jest jeszcze rodzina. Ta nasza pierwsza, generacyjna rodzina, od której dostajemy walizkę wartości, poglądów, doświadczeń, cech fizycznych i psychicznych. Nie bez powodu mówi się „jeśli chcesz wiedzieć jaka będzie w przyszłości twoja żona, to spójrz na swoją teściową”. Dobrze, że mamy silne instynkty biologiczne, bo w przeciwnym razie rodzaj ludzki byłby poważnie zagrożony wyginięciem. A pewnie równie często, choć także nieświadomie, wybieramy partnerów podobnych do naszych rodziców. I bądź tu człowieku mądry i planuj życie usłane różami.

Jane Austen w „Rozważnej i romantycznej” pisała: „Byłoby z nich dobre małżeństwo, bo on bogaty,
a ona ładna”. Trochę bezduszna, ale za to jasna i prosta to reguła. W czasach współczesnych jest to dużo bardziej skomplikowane. A wszystko zaczyna się od dobrego lub złego wyboru.

Bibliografia:

Buss, D. M. (2014). Ewolucja pożądania. Jak ludzie dobierają się w pary. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Buss, D. M. (2014). Zazdrość. Niebezpieczna namiętność. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Wojciszke B. (2014). Psychologia miłości. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Komentarze

A1 or not A1

A1ornotA1_72dpi

graf. Urszula Zabłocka

„Karola, tak naprawdę to kwestia Twojego wyboru: albo decydujesz się na A i jesteś świadoma, że dalej może Cię spotkać XYZ, albo nie decydujesz się na A, nic nie robisz i masz to, co miałaś”. Słowa usłyszane ostatnio od jednej z bardziej znaczących osób w moim życiu wydają się być dla mnie uniwersalną receptą na życiowe dylematy. Zauważyłam, że ludzie (w tym ja!) bardzo często przejawiają tendencję do komplikowania swojej sytuacji. Układają w głowie hipotetyczne konstrukty, które tak naprawdę w ogóle nie odnoszą się do rzeczywistości.  „Jeśli zrobię A, to będę musiał zrobić B, a jak wyjdzie z tego D, a nie C, to będę żałować”.  Znacie takie „rozkminki”? Pewnie wielokrotnie zastanawialiście się nad kwestiami, które nigdy nie miały miejsca, są wyłącznie „tworami wyobraźni”. Życie w świecie marzeń i fantazji jest oczywiście bardzo przyjemne, ale na pewnym etapie może doprowadzić do braku realnego działania „tu i teraz”. Jak zatem podejmować decyzje? Działajmy przy pomocy systemu „zero-jedynkowego”, czyli „TAK/NIE”. Pamiętajmy jednak, aby wybory, które w ten sposób dokonujemy stanowiły tylko „małe kroki” w podjęciu ostatecznej decyzji. Postępując w ten sposób, nie ryzykujemy zbyt wiele, w każdym momencie możemy się wycofać i wrócić do punktu wyjścia. Dzięki temu realnie, a nie tylko „w wyobraźni”, odczuwamy konsekwencje naszych decyzji, możemy na bieżąco „aktualizować” własne preferencje, wartości. Pamiętajmy – „mapa to nie teren”! I wcale nie chce tutaj dewaluować map. Oczywiście są bardzo pomocne, ułatwiają nam wiele spraw. Chyba nie muszę tłumaczyć, że odpowiednikiem tej metaforycznej mapy są nasze myśli, zaś terenu – rzeczywistość. Zwróćmy uwagę, że to w jaki sposób myślimy, jest wynikiem przeszłych doświadczeń (naszych i zaobserwowanych u innych), które nierzadko mogą stanowić generator rozczarowań i żalu, a w konsekwencji przyszłości – lęków i obaw. Czasami zapominamy, że wszystko stale ulega zmianie i wiele rzeczy zdążyło się zdezaktualizować. Testujmy więc rzeczywistość na bieżąco, nie myślmy „utartymi schematami”, ponieważ może to przynieść wiele nowych, twórczych rozwiązań, a także pomóc w walce z oporem i brakiem motywacji. 

Wyobraźmy sobie sytuację: leniwe niedzielne popołudnie, leżysz przed telewizorem bądź komputerem. Nagle pojawia się myśl: „może pójdę pobiegać?”. STOP. Chyba już domyślacie się, jak „duża odległość” dzieli relaks na kanapie i podjęcie aktywności fizycznej? Tylko naprawdę zmotywowane osoby wstaną bez słowa, założą sportowe ubranie i po prostu pobiegną spalać kalorie. Pozostali, najprawdopodobniej w oparciu o wcześniejsze doświadczenia, stwierdzą: „nie chce mi się, tutaj jest mi ciepło i przyjemnie, po co z tego rezygnować na rzecz wysiłku, potu i zmęczenia?”. A gdyby podjąć niebudzącą większego oporu decyzję „A1” – wstanę?! Ze świadomością, że samo „wstanie” wcale nie musi, ale tylko może oznaczać dalsze następstwa, podejmujemy drobne wybory A2, A3, A4 … – otworzę szafkę, ubiorę sportowe ubrania, zasznuruję buty, wyjdę z domu, pobiegnę 10 m… i… i pewnie stwierdzę: „jak świetnie, że zdecydowałam się zrobić coś pożytecznego dla siebie.”

Oczywiście różne „typy” decyzji mogą wymagać spełnienia wielu różnych kryteriów, np. wybór kierunku studiów. Wtedy nasza procedura postępowania będzie po prostu bardziej rozbudowana, ale to wcale nie musi oznaczać, że skomplikowana i trudna. Podejmowanie poważnych decyzji powinno stać się procesem wymagającym na ogół prostej odpowiedzi: „tak/nie” na wiele pytań, wykonaniu kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu eksperymentów testujących jej poszczególne aspekty. Ta ilość koniecznych działań do wykonania może spowodować w nas chęć skrócenia sobie drogi, podjęcia szybkiej decyzji, tłumacząc się potem przed sobą „intuicją”. Nie chcę, byście odebrali mnie źle. Aspekt emocjonalny ma ogromne znaczenie, jednakże może nie warto się nim kierować, podejmując ostateczną decyzję, ale wykorzystywać go na poszczególnych  „etapach” tworzących tę decyzję. Szansa, że postąpiliśmy słusznie będzie wtedy z pewnością większa niż 50% wynikające z prostego rachunku prawdopodobieństwa przy losowym wyborze.    

Komentarze

Biblioteka rozwoju

Poza schematem

Zmiana – słowo to u większości z nas budzi lęk. Nie lubimy wychodzić poza znane, bezpieczne schematy, poza naszą strefę komfortu. Czasem jednak rzeczywistość wymusza na nas porzucenie przyzwyczajeń, a nieraz sami dochodzimy do wniosku, że chcemy zacząć żyć inaczej. W każdym z tych przypadków zmiana jest procesem, który nie zachodzi z dnia na dzień. Wymaga czasu, ale i modyfikacji sposobu myślenia. Edyta Zając w książce 30 dni do zmian. Dokonaj życiowej metamorfozy w kilka tygodni pokazuje, że wyjście poza utarte schematy może być fascynującą podróżą.

Książka 30 dni do zmian. Dokonaj życiowej metamorfozy w kilka tygodni to kompleksowy poradnik jak w miesiąc dokonać przełomu w swoim życiu. Każdy kolejny rozdział poświęcony jest innej sferze funkcjonowania i zawiera wiele rad, zadań do wykonania, trików i inspiracji. Nasz proces zmiany zaczynamy od tygodnia wyrzucania zbędnych rzeczy. Autorka przekonuje nas jak istotne jest uporządkowanie najbliższej przestrzeni i jaki ma to wpływ na samopoczucie i sposób myślenia. Ostrzega jednak, że nie będzie to łatwy tydzień – mimo to namawia nas do praktyki, dając nam ćwiczenia rozwojowe, jak i listę rzeczy do zrobienia. Drugi rozdział poświęcony jest tygodniowi próbowania czegoś nowego, w którym wychodzimy poza znane schematy i próbujemy otworzyć się na nietypowe dla nas aktywności. Trzeci rozdział to siedem dni perfekcyjnego stylu życia – tu autorka podkreśla jedność psychiki, ducha i ciała. Zachęca nas do dbania o siebie w wymiarze fizycznym, dzięki czemu wpłyniemy także na nasze samopoczucie i rozwój. Daje nam kilka zdrowych zasad, według których powinniśmy funkcjonować. Cykl zmiany kończy tydzień planowania i organizacji. Podczas niego dowiadujemy się jak efektywnie planować swoje działania, ale i własne życie. 

Poradnik 30 dni do zmian. Dokonaj życiowej metamorfozy w kilka tygodni to niezwykle pomocna i motywująca książka. Dzięki niezliczonej ilości rad, ćwiczeń i list rzeczy zrobienia, w łatwy sposób przejdziemy przez proces zmiany, w którym Edyta Zając jest naszym przewodnikiem. Może już czas wziąć życie we własne ręce?

30 dni do zmian. Dokonaj życiowej metamorfozy w kilka tygodni, Edyta Zając
Wydawnictwo HELION

METAMO

 

Wystarczy uwierzyć

Marzenia dodają sensu naszemu życiu, jednak wielu z nas nie wierzy, że mogą się spełnić. Właśnie w tym miejscu popełniamy błąd, bo podstawą sukcesu jest wiara. Przekonuje do tego znany mówca i pisarz Dr Wayne W. Dyer w swojej książce Spełnione marzenia. Siła wiary, siła myśli.

Na duchowy rozwój Dr Wayna W. Dyera wpłynęły dzieła dwóch postaci: Świętego Franciszka z Asyżu i wschodniego mędrca Lao-tzu. Wraz z wiekiem nauczył się on korzystać z ich nauk w sposób praktyczny. Wieloletnie doświadczenie pozwoliło mu stworzyć książkę Spełnione marzenia, w której opisuje, jak nauczyć się przyciągać to, czego pragniemy. Jej głównym przesłaniem jest uświadomienie sobie, że wszyscy jesteśmy częścią wyższej siły, Boga – a dzięki temu nosimy w sobie nieograniczoną moc. Według Dr Wayna W. Dyera istnieje pięć podstaw spełnionych pragnień – autor przedstawia je w poszczególnych rozdziałach. Pierwszą z nich jest docenienie siły swojej wyobraźni, dzięki czemu wszystko co sobie pomyślimy – ziści się. Druga głosi, aby żyć tak, jakby cel został już przez nas osiągnięty. Takie postępowanie przybliża nas do spełnienia naszych marzeń. Trzecia podstawa dotyczy odczuwania swoich pragnień – jeśli nie umiemy poczuć emocji, jakie towarzyszą ich spełnieniu, nic nie osiągniemy. Czwarta mówi, że jeśli nie zwrócimy całej swojej uwagi na cel, to nasze wysiłki pójdą na marne. Ostatnia odwołuje się do nieświadomości i czynności, jakie powinniśmy wykonywać przed snem, aby nasze działania miały jeszcze większą moc i zmieniły nasze życie. Książka kończy się próbą syntezy wymienionych podstaw. 

Spełnione marzenia to ciekawa pozycja, poparta doświadczeniami autora. Niezaprzeczalnie nasze myśli mają ogromną moc i wpływ na kreowanie rzeczywistości. Osobiście jednak, podchodzę do tej książki z dystansem, ale jak to mówią – wiara czyni cuda.

Spełnione marzenia. Siła wiary, siła myśli, Dr Wayn W. Dyer
Wydawnictwo HELION

SPEMAR

 

Kim jesteś?

Najprościej mówiąc, osobowość pozwala nam przewidzieć jak dana osoba się zachowa, ponieważ reguluje ona nasze zachowania i czyni je spójnymi. Istnieje wiele typologii osobowości. Najpopularniejszą jest prawdopodobnie Teoria Wielkiej Piątki Costy i McCrae, która pozwala opisać cechy człowieka za pomocą pięciu wymiarów: ekstrawersji, neurotyzmu, otwartości, ugodowości i sumienności. Jednak pierwszym psychologiem, który dokonał podziału ludzi na ekstrawertyków i introwertyków był Carl Gustav Jung. Wyróżnił on ponadto cztery funkcje osobowości: percepcja-intuicja oraz myślenie-odczuwanie. Jarosław Jankowski stworzył test wywodzący się właśnie z typologii jungowskiej. Możemy go znaleźć w książce Czy wiesz, kim jesteś? Przewodnik po 16 typach osobowości ID16TM©.

Książka składa się z testu zawierającego 84 stwierdzenia, do których należy się ustosunkować wybierając jedną z dwóch odpowiedzi, instrukcji liczenia wyników oraz 16 opisów poszczególnych typów osobowości. Po obliczeniu wyniku uzyskujemy swój unikalny czteroliterowy kod, dzięki któremu możemy odszukać „kim jesteśmy”. Każdy z nas ma inną strukturę osobowości, ponieważ dominuje u nas odmienna tendencja danej cechy. Autor opisuje każdy typ ze względu na ogólną charakterystykę, nasz sposób wchodzenia w relację, ale skupia się też na sferze zawodowej, naszych słabych i mocnych stronach czy predestynowanych nam zawodach. Uwzględnia ponadto zagadnienie rozwoju osobistego.

Osobiście zaskoczyła mnie trafność testu (a w zasadzie powinniśmy powiedzieć kwestionariusza, bo w psychologii przyjęło się nazywać narzędzia samoopisowe kwestionariuszami), ponieważ charakterystyka mojego typu osobowości idealnie odzwierciedla rzeczywistość. Książka jest jednak dedykowana osobom niezwiązanych z psychologią, które będą mogły wypełnić test w domowym zaciszu. Może to być dla nich ciekawa rozrywka, ale i okazja, aby dowiedzieć się czegoś więcej na swój temat i podjąć znaczące zmiany w życiu. Warto podkreślić, że nie jest to narzędzie, którym można badać – książka nie zawiera ważnych informacji o rzetelności, trafności, normalizacji i standaryzacji kwestionariusza.

Czy wiesz, kim jesteś? Przewodnik po 16 typach osobowości ID16TM©, Jarosław Jankowski
Wydawnictwo HELION

16TYOS

 

Być marką

Porównywanie człowieka do marki może powodować obrazę i zmieszanie. Jeśli jednak głębiej się nad tym zastanowimy, to uświadomimy sobie, że każdy ma reputację, czyli krążąca o nim opinię. Jest ona wizytówką, od której wiele w naszym życiu zależy. Sukces odnoszą jedynie te osoby, które potrafią kreować swoją markę na najwyższym poziomie. Przekonuje o tym Joanna Malinowska-Parzydło w książce Jesteś marką. Jak odnieść sukces i pozostać sobą.

Jesteś marką to pozycja łącząca zarówno wiedzę z dziedziny zarządzania, jak i rozwoju osobistego. Dzięki technikom z pierwszego obszaru uczymy się kreować swój wizerunek, a co za tym idzie, realizować siebie, spełniać własne marzenia i plany. Każdy kolejny rozdział książki obfituje w rady i narzędzia wspomagające nasz rozwój. Autorka zostawia także przestrzeń dla czytelnika, który samodzielnie musi się nad wieloma kwestiami zatrzymać i zastanowić. Pokazuje jak budować osobistą markę wzbudzającą zaufanie, ale przede wszystkim jak pozostać autentyczną osobą na drodze do sukcesu.

Książka Joanny Malinowskiej-Parzydło to niezwykle wartościowa pozycja poparta bogatym doświadczeniem zawodowym autorki. Na pierwszy rzut oka niepasujące do siebie zestawienie zagadnień z zarządzania i rozwoju osobistego okazuje się strzałem w dziesiątkę. Autorka ostrzega jednak, że budowanie wartościowej marki osobistej to zadanie dla ludzi ambitnych. Warto podjąć to wyzwanie.  

Jesteś marką. Jak odnieść sukces i pozostać sobą, Joanna Malinowska-Parzydło
Wydawnictwo HELION

JESMAR_okładka

Komentarze

Z zimną krwią

Źródło: rebis.com.pl

Źródło: rebis.com.pl

Z zimną krwią to tytuł książki autorstwa Trumana Capote po raz pierwszy wydanej w 1966 roku. Uznana za arcydzieło – jest studium przerażającej zbrodni – została sfilmowana, a jej tytuł wszedł do potocznego języka, obrazując, pozbawione uczuć, przestępcze działanie.

Właśnie przeczytałam ją po raz drugi. Za pierwszym razem – wiele lat temu – swoją uwagę skupiłam na, odtworzonej w reporterski sposób – fabule. Tym razem odkryłam, prawie na samym początku, liczącego 373 strony dzieła, psychologiczny trop wiodący jednego z morderców o imieniu Perry do makabrycznej zbrodni. Trudno dziś powiedzieć czy list napisany właśnie do niego przez współwięźnia – psychologa był autentyczny czy też stworzył go sam autor. Capote przytacza w cudzysłowie: ” /…/ Jesteś silny, lecz w twojej sile dostrzegam jakąś skazę i jeśli nad tym nie zapanujesz, ta skaza weźmie górę nad siłą i poniesiesz klęskę. A jaka to skaza? P r z e s a d n e r e a k c j e  e m o c j o n a l n e,  c a ł k i e m  n i e w s p ó ł m i e r n e  do  s y t u a c j i. Lecz skąd to się bierze? Skąd  się to bierze? Skąd pochodzi ten bezrozumny gniew, wzbierający na widok cudzego szczęścia i zadowolenia, ta rosnąca pogarda dla ludzi i pragnienie zadania im bólu? W porządku, tobie wydaje się, że to banda głupców i pogardzasz nimi dlatego, że w twoim przeświadczeniu ich szczęście kryje w sobie źródło  t w o j e j  frustracji i żalu. Wiedz jednak, że nosisz w swoim wnętrzu dwójkę najgorszych wrogów – istne bomby z opóźnionym zapłonem. Jednak prawdziwa bomba ma to do siebie, że zabija. Natomiast ten wirus, gdy pozwalamy mu się rozwijać, nie uśmierca od razu, lecz powoli wyniszcza, zostawiając za sobą skręcony i poszarpany zewłok swojej ofiary /…/”. 

Dlaczego ta diagnoza zrobiła na mnie tak silne wrażenie? Otóż zarówno w życiu prywatnym, jak i w publicznym są osoby, które w sposób nieomalże teatralny nadużywają słów w rodzaju „zdrada”, „hańba” na określenie zdarzeń, które na taki epitet wcale nie zasługują. Taki teatr z mocno przerysowanym gestem i głosem dawno przebrzmiał. Zbyt szybkie, powierzchowne oceny i emocje, często zamiast odpowiedniej do wydarzenia reakcji, są w naszym życiu prawie codziennością.

Na dalszych stronach książki Capote dowiadujemy się, że Perry z mieszanego małżeństwa (matka była Indianką) brzydki i karłowaty ma za sobą dramatyczne dzieciństwo pełne przemocy i nędzy: matka alkoholiczka zostawia męża i ucieka z dzieciakami, ale, jak można się domyśleć nie dała sobie rady z ich wychowaniem. Szybko umarła, dusząc się swoimi wymiocinami. Chłopak trafia do ojca, ale wzajemnie nie potrafią razem żyć i współpracować przy budowie chaty. Do wybuchu dochodzi gdy obaj się bardzo głodni. Skaczą sobie do gardła walcząc o ostatniego suchara…

Perry na skutek rozbicia rodziny nie skończył nawet podstawowej szkoły, choć miał kilka wyjątkowych talentów: zdolności muzyczne (grał na harmonijce ustnej i gitarze), plastyczne i kaligraficzne. „Wszyscy się zawsze zachwycają moim charakterem pisma. A rzeczywiście mam piękne pismo, bo kiedyś kupiłem sobie książkę na ten temat i ćwiczyłem tak długo, aż nauczyłem się pisać dokładnie tak samo.” W lepszej wersji swego życia byłby wspaniałym nauczycielem. Kiedy, po wypadku na motocyklu, trafił do leśnego domu, przygarnięty przez indiańskiego drwala i jego pełną dzieci rodzinę, cały dzień zajmował się prowadzeniem dla nich lekcji.

Drugi z bohaterów książki Dick, w przeciwieństwie do kolegi, był przystojny i ukończył szkoły. Chciał zostać inżynierem, ale rodzina nie miała środków na jego studia. Został wykwalifikowanym mechanikiem samochodowym, wcześnie ożenił się i miał trójkę dzieci. Pracował, ale po wypadku samochodowym, który spowodował wstrząśnienie mózgu – zmienił się: popadł w uzależnienie od hazardu, porzucił rodzinę i związał się z inną kobietą. Zaczął fałszować czeki za co trafił do więzienia. Tam spotkał Perrego.  

Oba przypadki dysfunkcji są w pewnym sensie podręcznikowe, choć, oczywiście, nie muszą prowadzić do najgorszej zbrodni. Obaj nie spotkali w swoim zbyt krótkim życiu nikogo, kto obdarzyłby ich emocjonalnym wsparciem, kto byłby ich ostoją.

Klamrą książki Z zimną krwią jest życie samego jej autora. Truman Capote też pochodził z rozbitego małżeństwa. Matka zostawiła go pod opieką dalszej rodziny, a właściwie starszej kuzynki, która prowadziła cudzy dom, gdzieś na prowincji. Chłopiec całe dnie spędzał w kuchni w jej towarzystwie i małej terierki Queenie, co opisał w poruszającym opowiadaniu pt. Wspomnienie świąteczne (1956).

Malutki, z piskliwym głosem Capote wyjechał do Nowego Jorku i choć nie ukończył college’u  udało mu się dzięki talentowi zostać jednym z najwybitniejszych pisarzy lat 50/60. Sława, obecność w talk-showach i na łamach najbardziej znanych periodyków i znajomości z celebrytami tamtej epoki była dla niego zbyt trudna do udźwignięcia. Uległ nałogom i stał się ofiarą konsekwentnie autodestrukcyjnego życia.

Niniejszy tekst kieruję do przeciwników konwencji antyprzemocowej.

Bibliografia:
Truman Capote, Z zimną krwią, przełożył Krzysztof Filip Rudolf, Dom Wydawniczy Rebis, 2014

Komentarze

Na sztukę współczesną nigdy nie jest za późno

Zmierzając szybkim krokiem w stronę Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskiego, już z daleka widziałam liczną grupę seniorów wchodzących do budynku. Podążyłam za nimi i niepewnie stanęła z boku, podczas gdy koordynatorka projektu, Pani Joanna Tabaka, wygłosiła wstęp i spytała, kto jest na wydarzeniu po raz pierwszy. Wiele osób podniosło rękę. Mikrofon został następnie przekazany  kuratorowi wystawy CO JEST SPOŁECZNE? Aktywność Zamku Ujazdowskiego w przestrzeni publicznej (1988–2014) Panu Grzegorzowi Borkowskiemu i rozpoczęło się oprowadzenie. Ze zdziwieniem przyglądałam się zaciekawionym, pełnym fascynacji starszym osobom, które zwiedzały ekspozycję. Zaraz, zaraz. Czy tutaj wszystko gra? Seniorzy zaintrygowani sztuką współczesną? Czy to się przypadkiem nie wyklucza? Ani trochę. Dzień Seniora w Centrum Sztuki Współczesnej trwa już od roku i przyciąga coraz liczniejsze grupy zainteresowanych. Ukazuje także społeczną kwestię aktywizacji ludzi starszych. Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem, co oznacza, że za jakiś czas w populacji będą przeważały osoby w podeszłym wieku. Z drugiej strony wydarzenie uczula nas na głęboko zakorzeniony stereotyp na temat tej grupy osób i ma na celu zmianę naszych przekonań. Jak mówi dla nas Joanna Tabaka, myśląc o edukacji głównie skupiamy się na dzieciach i młodzieży. Zapominamy o seniorach, którymi sami się kiedyś staniemy. O istocie Dnia Seniora w Centrum Sztuki Współczesnej rozmawiamy z Panią Joanną, koordynatorką projektu.

Dzień Seniora w CSW; fot. Magazyn Przestrzeń

Dzień Seniora w CSW; fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Joanna Niedziela: Jak to wszystko się zaczęło? Skąd wziął się pomysł na Dzień Seniora w Centrum Sztuki Współczesnej?
Joanna Tabaka: Pomysł nie wyszedł ode mnie, ale jest mi bardzo bliski. W zeszłym roku, jak wróciłam po dwóch latach do Zamku, zajmowałam się PR kultury, ale też bliski jest mi rozwój widowni, czyli budowanie relacji z widzem, który zakłada myślenie o  widzu, podejście empatyczne do różnych grup i tworzenie dla nich dedykowanej oferty. Również to, że mam background z psychologii spowodował, że staram się myśleć o różnych ludziach. Przez to, że sama jestem laikiem mam taką potrzebę, aby burzyć tę barierę, bo widzę ile osób ma takie myślenie o sztuce współczesnej, której powoduje, że zamiast czerpać z tego energię, siłę, kreatywność to odcinają się od niej. A dlaczego? Bo często ze strony instytucji kultury brak wyciągniętej ręki – „zobaczcie, że możecie tu przyjść, że nie musicie wszystkiego rozumieć i nie wszystko musi się wam podobać, ale coś wam to może dać”. I po to właśnie jest dzień seniora. Powiem tak, bardzo się cieszę, że pomysł kwitnie, bo oferta edukacyjna jest skierowana głównie do młodzieży. Jesteśmy społeczeństwem starzejącym się i taka tendencja, aby myśleć o tej grupie, która jest bardzo duża w Polsce przyszła do nas z Zachodu, gdzie to jest naturalne. Tak naprawdę do pracy z seniorami zainspirowała mnie moja przyjaciółka Paulina Braun, która organizuje dancingi międzypokoleniowe i widziałam ile jej to daje energii i siły. Jak tylko pojawiła się inicjatywna dnia seniora w kwietniu zeszłego roku, który był odgórnie zaproponowany przez naszych współpracowników – Zofię Rojek i zasugerowany przez Fundację Zaczyn (Przemysław Wiśniewski) to stwierdziłam, że się tym zajmę. Wkroczyłam, zaczęłam czuwać, aby była ulotka, żeby były krzesła i zawsze ta sama osoba, która wychodzi, bo ci ludzie już się do mnie przyzwyczaili, znają mnie, mam ich nawet na Facebooku (śmiech), piszemy między sobą. Zaczęła tworzyć się więź i relacja, a ciężko wytworzyć z instytucją więź, jeśli ona nie ma twarzy. Jestem takim „ułatwiaczem”, mediatorem, zawsze stoję przy kuratorze, wtrącam się, daję wstęp – uczestnik czuje się wtedy przywitany, jak w domu. Skąd pomysł, a raczej, po co pomysł na dzień seniora? Sama będę kiedyś seniorem i chcę mieć takie poczucie, że nie będę wykluczona, że mogę nadal robić ciekawe rzeczy, że ktoś się nie spojrzy na mnie krzywo. Stereotypy wobec tej grupy są straszne, są bardzo dewaluujące, ci ludzie są pozamykani w domach, model wielopokoleniowej rodziny się rozpada. Po co są galerie, instytucje? Żeby się spotkać, to jest funkcja społeczna, oni tu przychodzą, także aby się poznać. Moim sukcesem jest to, że nieśmiało, ale jednak przychodzi coraz więcej panów.

JN: Jak seniorzy odbierają sztukę? Czy im się podoba, czy ją rozumieją?
JT: Zawsze powtarzam, że sztuki nie trzeba rozumieć. My tutaj dajemy kontekst, kurator opowiada jakie jest zaplecze merytoryczne, ale tak naprawdę są różne poziomy przetwarzania jej, np. emocjonalny. Dla mnie każde spotkanie ze sztuką, każda zmiana jaką we mnie wywołuje jest cenna i nie oceniamy tu czy coś jest lepsze czy gorsze. Zdarza się, że osoby, które zajmują się wystawami i ich tworzeniem często nie myślą o widowni, to jest tak zwany konflikt mistrz-uczeń – są na tyle zaawansowani i otoczeni sztuką, że brak im prostszej perspektywy. Oczywiście po to jest właśnie edukacja, aby pośredniczyć między artystą, kuratorem, a widzem. Jenak w dniu seniora trzeba także myśleć o specyficznym komunikowaniu, dlatego staram się uprościć ulotki, czcionka musi być większa, trzeba też bardzo dużo empatii i zrozumienia, ale dopiero jak się z tą grupą pobędzie to coś się zmienia w sposobie myślenia. Zawsze zachęcam do korzystania z tego, że kurator jest na miejscu, mówię „proszę zadawać pytania, może się podobać, nie podobać”. Widzę też po tym roku swoją zmianę. Zaczynam dostrzegać te osoby, ich potrzeby, że one gorzej słyszą, często gorzej widzą, mają problemy z chodzeniem, zawsze też staram się, aby były krzesła. To jest takie budowanie empatii, ale też szacunku do tej grupy, na jej potrzeby. Te osoby są tak niezwykle pełne energii i mają przestrzeń na to, aby coś jeszcze przyswajać. Szczerze powiedziawszy trochę im zazdroszczę, bo nie wiem czy będę miała wystarczającą emeryturę. Chętnie zamiast do pracy poszłabym na działkę, poczytała książki, pochodziła po galeriach, bo tak naprawdę na kulturę też trzeba mieć przestrzeń, a ta grupa ma to, czego nasi widzowie powinni mieć jak najwięcej: czas. Oni go mają i są zainteresowani oraz gotowi pogłębiać swoją wiedzę.

JN: Czy dzień seniora cieszy się dużym zainteresowaniem? Czy coraz więcej osób bierze w nim udział?
JT: Zazwyczaj nie przychodzi mniej niż 20 osób i tutaj mam taki problem, bo chcę utrzymać wysoką jakość obsługi, a jeśli jestem sama to przy większej grupie staje się to już problemem. Dzisiaj była grupa 40 osób, która jest pokaźna, a zdarzało się i 60 osób, gdzie była artystka Pani Katarzyna Józefowicz i już trudniej było nad taką grupą zapanować, szczególnie, że każdy chciał zdjęcie. Jedna pani mi zarzuciła, że nie promuję wystarczająco tego wydarzenia. Nie robię zapisów przez Internet, bo wiem, że dużo osób niestety nie ma komputera. Nie chcę też nikomu ograniczać dostępu, warto żeby każdy spróbował chociaż raz, ale z większą ilością osób już bym nie dała rady bez przeformowania wydarzenia. Jest taka stała grupa, kojarzę ją po twarzach, która była już na pewno więcej niż 5-6 razy. Zdarza się, że ktoś raz przyjdzie, potem wróci za jakiś czas, więc jest ciąga fluktuacja, ale to się utrzymuje na poziomie 20-30 osób.

Dzień Seniora w CSW' fot. Magazyn Przestrzeń

Dzień Seniora w CSW; fot. Magazyn Przestrzeń, JN

JN: Jaką formę ma dzień seniora, bo to chyba nie są tylko oprowadzenia po wystawach?
JT: U nas wystawy zmienią się mniej więcej co trzy miesiące, więc oprowadzanie jest naturalnym wprowadzeniem do tego co się aktualnie dzieje, ale też najmniej wymagającą formą – kurator przychodzi i po prostu opowiada. Jeśli dział edukacji ma czas to staramy się urozmaicać o warsztaty, raz była artystka, która zrobiła zarazem oprowadzenie, jak i warsztaty, co spotkało się z dużą aprobatą. Z tego, co widzę to seniorzy jednak wolą formę warsztatową – lubią aktywności manualne, lubią też wychodzić w przestrzeń zamku, raz np. był spacer historyczny dotyczący Szpitala Ujazdowskiego. Seniorzy żywo komentują, więc od razu widać czy są zadowoleni czy nie, oni się z tym nie kryją, nie mają barier.

JN: Wśród seniorek słyszałam rozmowę na temat obecności na Facebooku. Czy seniorzy się bardziej aktywizują? Coś się zmienia w tym stereotypowym obrazie?
JT: Tak, bo nawet duże korporacje organizują różnego rodzaju szkolenia i są świadomi, że jeśli nauczą seniorów korzystać z komputera i Internetu, to zdobędą kolejnych klientów. Niestety pomogła też emigracja, bo jak wcześniej babcia nie miała potrzeby nauki korzystania ze Skype’a to teraz, żeby widzieć wnuczka co jakiś czas, musi się tego nauczyć. Zachodzą duże zmiany, ale ja nadal staram się mówić, gdzie można dostać coś w formie analogowej, bo wiele osób zapomina, że nawet nie wszystkie młode osoby korzystają z Facebooku, więc czasem trzeba coś umiejętnie umieścić na ulotce czy na stronie. Zawsze daję seniorom ulotkę na następny miesiąc, żeby mieli wszystkie istotne informacje pod ręką. Pomaga też w tym cykliczność wydarzenia, zawsze ten sam dzień, ta sama godzina.

JN: Jakie są dalsze plany względem dnia seniora? Czy będzie kontynuowany?
JT: Z tego, co słyszałam dyrekcja dawała mi sygnał, że chce rozwijać edukację dla seniorów w CSW. Ja widzę też pewien potencjał i możliwości, ale wydaje mi się, że kolejnym krokiem powinny być projekty współtworzone przez uczestników. Jest bardzo dużo pań, które mają doświadczenie i wiedzę, mogłyby je przekazać, myślę też o takich warsztatach, polegających na wymianie umiejętności. Mam takie poczucie, że trzeba mieszać różne formy, ale widzę, że najbardziej sprawdzają się warsztaty, szczególnie z artystami, którzy są komunikatywni, ale też spacery, mniej chyba oprowadzania z kuratorami, które wymagają dużo wysiłku (stanie) i skupienia. Myślę też o tym, i to chyba jest dobry krok, aby zrobić Akademię Sztuki Współczesnej dla seniorów, bo każdy tutaj wchodzi z różnią wiedzą. Raz zrobiliśmy spotkanie o performansie, które prowadziła edukatorka i nie bała się pokazać tego, co kontrowersyjne. Widziałam wtedy, że seniorom brak tej podstawowej wiedzy, jakie są typy sztuki współczesnej, co to jest w ogóle sztuka współczesna. Osobiście zrobiłabym takie spotkanie, może wraz z uniwersytetem trzeciego wieku, na zasadzie lektoratu – wstęp do sztuki współczesnej, ale taki bardzo edukacyjny, łączący wykład z warsztatem.

Dzień Seniora w CSW; fot. Magazyn Przestrzeń

Dzień Seniora w CSW; fot. Magazyn Przestrzeń, JN

JN: Czy zdarzają się dyskusje podczas spotkań, przerywanie kuratorowi, głosy, że coś jest dziwne, kontrowersyjne?
JT: Oczywiście. Ja nawet zachęcam do tego, aby przerywać, ale w przypadku niektórych kuratorów jest to trudniejsze (śmiech). Niektórym się da, niektórym ja próbuję przerwać, co nie jest łatwe, a lubię przerywać i wprowadzać do danego tematu. Np. dziś pytałam, kto z państwa widział dotleniacz, który był na jednym z filmów i były głosy „ja, ja”. Seniorzy wtedy czują, że to jest jakieś nawiązanie relacji, że to jest też ich własne doświadczenie. Sposób prowadzenia spotkań musi być specyficzny: ciepły, przyjazny i interaktywny. Muszę jednak przyznać, że seniorzy są dużo bardziej chętni do komentowania i zadawania pytań niż nastolatkowie.

JN: Jak krótko podsumowałaby Pani Dzień Seniora?
JT: To zdanie już padło dziś z moich ust, ale warto je powtórzyć: na sztukę współczesną nigdy nie jest za późno.

Po oprowadzeniu odbyło się spotkanie z seniorami, ponieważ było to wydarzenie jubileuszowe. Co myślą o nim sami seniorzy? Jest to dla nich ciekawa inicjatyw, ale zarazem kontrowersyjna. Widzą związek sztuki współczesnej z psychologią, jako odzwierciedlenie utajonych myśli czy pragnień. Padły głosy, że godzina oprowadzania to zdecydowanie za mało, ale dzięki obecności kuratora ma to większy sens. Bez poznania szerszego kontekstu i zamysłu autora, dzieła bywają po prostu niezrozumiałe. Seniorzy mają także nadzieję, że wydarzenie będzie kontynuowane, ponieważ bardzo im się podoba.

Dzień Seniora w Centrum Sztuki Współczesnej jest wydarzeniem cyklicznym, odbywającym się w drugą środę każdego miesiąca w formie spotkań, warsztatów czy oprowadzenia po aktualnej wystawie. Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny.

Komentarze

Miasto Boga bez Boga

Usuwamy to, co brzydkie, biedne, niegodne czy inne na margines, wierząc, że jest to dobry krok w kierunku nowego. Jesteśmy przekonani, że brzydkie, biedne, niegodne czy inne nie służy rozwojowi. W każdej dziedzinie życia. Począwszy od samych siebie – staramy się nie myśleć o problemach, by iść na przód. Odwracamy wzrok mijając biedaka czy chorego, żeby nie było mu przykro, że jesteśmy bogaci i zdrowi. I w końcu – tworzymy dzielnice biedoty, nowe getta, żeby móc być częścią rzeczywistości pozbawionej brzydoty, biedy, niegodziwości i inności.

Źródło: filmweb.pl

Źródło: filmweb.pl

Nie inaczej stało się w latach 60-tych w Rio de Janeiro. Na polecenie rządu usunięto favele (brazylijskie dzielnice nędzy) z centrum miasta, przenosząc ludność na jego przedmieścia. Stworzono miasto w mieście, zwane Miastem Boga (port. Cidade de Deus), którego rzeczywistości lat 60-80, możemy się przyjrzeć dzięki filmowi Fernando Meirellesa o tym samym tytule. Poznajemy głównych bohaterów, kiedy są jeszcze dziećmi. Zgraną paczką przyjaciół bawiących się w wojnę, podobnie jak ich rówieśnicy. Ta wojna wraz z upływem lat nabiera coraz bardziej rzeczywistego charakteru. Młodym chłopcom imponują przestępcze zachowania starszych, ale ze względu na swój wiek odgrywają rolę podobną do tej, która jest zlecana mniej zaawansowanym członkom mafii. Alarmują w przypadku przyjazdu policji, obserwują otoczenie, informują o zagrożeniach. Narratorem opowieści jest – zawsze obecny w filmach kulturowych – bohater pozytywny, marzący by zostać fotografem Kapiszon (wszyscy bohaterowie mają pseudonimy).

Kiedy chłopcy dorastają, stają się kopią swoich starszych rówieśników. Rzeczywistość w Mieście Boga jest pełna wewnętrznej walki o władzę, popieranej siłą pieniądza zdobytego poprzez handel narkotykami. Główni bohaterowie i wysuwający się na frontową pozycję obrazu bohater pozytywny, zdają się nie mieć wyboru. Są uczestnikami handlu, kupcami, sprzedawcami, narkomanami, opowiadają się po różnych stronach wewnętrznych konfliktów. W filmie wszystko ma smak dzielnicy – przyjaźń, miłość, każda emocja przeżywana przez bohaterów. Dzielnica i wydarzenia na niej rozgrywane wyznaczają tor ich życia. Życia, którego nie mogą być pewni, gdy wojna się zaostrza.

Paradoksalnie to brak wyboru, staje się okazją dla Kapiszona do dokonania wyboru. Bohater staje z „trzeciej strony” rozbuchanych konfliktów, osłonięty jedynie obiektywem aparatu. I, jak można się domyśleć, jako jedyny jest prawdziwym wygranym. Nomen omen, świetne zdjęcia (w rozumieniu kinematograficznym) również zostały nagrodzone – Złotą Żabą.

Karnawał w Rio de Janeiro i Miasto Boga; Źródło: telegraph.uk.co; wikipedia.pl

Karnawał w Rio de Janeiro i Miasto Boga; Źródło: telegraph.uk.co; wikipedia.pl

Warto zauważyć, że dzieło jest nie tylko produkcji brazylijskiej, ale zaangażowani w nie aktorzy, również są dziećmi tytułowego Miasta Boga. Obraz jest bardzo rzeczywisty, tym tragiczniejszy, że nie wiemy ilu naprawdę Kapiszonów nosi w sobie ta społeczność i jaki jest ich los. Ale „Miasto Boga” to nie tylko Kapiszon i grupa walczących młodych chłopców. To grupa ludzi zagubionych, zepchniętych na margines, ludzi, którzy zostali niejako skazani na uczestniczenie w świecie przestępczym, gdyż innego nie znali. Ludzi, którzy są bardziej lub mniej bezpieczni, ale mają jeden wspólny problem – brak. Brak wyboru, możliwości, perspektyw i, banalnie, pieniędzy. To cała masa tragicznych historii. Warto pamiętać o milczącym bohaterze filmu, o ponad 38 000 członkach brazylijskiej społeczności. To społeczność wielkości naszego Sochaczewa, Sanoka czy Olkusza. A dokonując wyboru filmu – nie odwracać wzroku od tego obrazu.

Komentarze

Przed Państwem…

Arkadiusz Jan Jankowski – galeria zdjęć (14)

 

Artysta:  Arkadiusz Jan Jankowski 
Student II roku Grafiki na warszawskiej ASP.

Cykl rysunków- Swój świat
Ten cykl rysunków powstał gdy przez pewien czas chodziłem spać wraz ze szkicownikiem i cienkopisem w ręce. Rysowałem z zamkniętymi oczami aby wykorzystać refleksje, które zawsze przychodzą podczas zasypiania. Kończyłem rysować gdy jawa powoli odchodziła a cienkopis był już za ciężki. Kiedy się budziłem to pierwszą rzeczą jaką widziałem był szkicownik. Oglądałem to co automatycznie zapisałem oraz dopracowywałem nowym spojrzeniem.

Cykl linorytów- Tytani
Krótko mówiąc, zawsze interesowała mnie mitologia. Bynajmniej nie jestem jej znawcą i nie przeczytałem wielu zapisków o bogach greckich. Ciekawi mnie samo przedstawianie starożytnych bogów i innych istot. Dialog z tym, co było i własna interpretacja. 

Prace Arkadiusza można znaleźć na:
Behance

Komentarze
Komentarze do:

"4"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję