Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

3

Przestrzeń
#3

Maj, cudowny maj – zapachniało bzem, trawa ma coraz bardziej soczysty kolor, a na straganach pojawiają się nowalijki. Aż chce się wyjść na spacer, na lody, pobiegać, wyjechać, położyć się na polanie czy usiąść nad brzegiem jeziora. Piękna pogoda zachęca do aktywności i odpoczynku, a my właśnie nad tymi tematami skupiamy się w majowym wydaniu Magazynu Przestrzeń.

Piszemy w nim o różnych sposobach na relaks. Zatrzymujemy się nad zagadnieniem pasji i jej istotności w naszym życiu. Dowiadujemy się jak można odnaleźć siebie za pomocą tańca. Poznajemy bezcenną moc snu. Zastanawiamy się nad czasem wolnym i tym, jak go odbieramy.

Nie zabraknie także tematyki związanej z emocjami – tym razem przyglądamy się miłości i nienawiści w związkach partnerskich. Rozmawiamy także z bardzo utalentowanym i bliskim sobie duetem matki i córki, szyjącym torby Manatki, w których zmieści się dosłownie wszystko. Odwiedzamy kolejną galerię artysty – tym razem podziwiamy twórczość Agnieszki Gietko.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Na boso…

odpoczynek

fot. Magazyn Przestrzeń

 

Komentarze

O pasji słów kilka

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

Czym jest pasja i czemu ona służy? Jak ją w sobie odkryć? Czy wszyscy mają jakąś pasję? Czy można mieć tylko jedną pasję? I w zasadzie: dlaczego to takie ważne? Zapraszam do krótkiej refleksji na ten temat.

Różnorodność jest piękna
Każdy z nas jest inny. Pytając ludzi o to, jak lubią spędzać swój wolny czas, dostaniemy tyle odpowiedzi, ilu mamy rozmówców. Są rzeczy, które jednych pociągają bardziej, innych mniej. Na tym polega różnorodność, dzięki której nasz świat jest niezwykle bogaty. Kiedy nam coś się podoba, to chcemy to, dążymy do tego. Otaczamy się tym i to poznajemy. Zgłębiamy wiedzę na ten temat. Często jednak okazuje się, że szybko się tym nudzimy albo nie mamy odpowiednich predyspozycji w tym kierunku. Szukamy dalej. A jeśli dobrze szukamy, to znajdujemy – naszą pasję.

Ale po co?
Dzisiaj wszyscy jesteśmy zabiegani. Szkoła, praca, kursy, dodatkowe zajęcia, obowiązki domowe. Niektórym ledwo starcza czasu na sen. Więc tym bardziej, po co go tracić na jakieś zainteresowania? Niestety, na dłuższą metę tak się nie da. Człowiek potrzebuje wytchnienia i znalezienia czasu dla siebie, na swoje własne zainteresowania, a co za tym idzie – własny rozwój. Kiedy nasze codzienne obowiązki nie dają nam satysfakcji i wykonujemy je wyłącznie z przymusu, szybko się wypalamy. W ten sposób stajemy się nieefektywni. Ale chyba co innego jest ważniejsze. Człowiek, który nie ma czasu na robienie tego, co lubi, staje się po prostu nieszczęśliwy. Niestety albo „stety”, sprowadza się to do dobrze znanego banału mówiącego, że najszczęśliwsze są te osoby, których codzienna praca jest zarazem ich pasją.

Czy warto?
Patrząc na ludzi wokół, zastanawiamy się, czy aby na pewno każdy ma swoją pasję? Widzimy tyle nieszczęśliwych osób albo takich, którym się w życiu nie udało. Bardzo często powodem takiej sytuacji jest to, iż ludzie tacy albo nie odkryli swojej pasji, albo nie mieli możliwości, aby ją odpowiednio rozwinąć. Odkryta i odpowiednio rozwinięta pasja może odmienić nasze życie. Gdy podejmiemy trud poszukiwania w sobie tego, co może nią być i zweryfikujemy to na przestrzeni czasu oraz pod kątem własnych zdolności, to możemy być pewni, że przyniesie nam to korzyść. Niestety, często jedyną metodą tego poszukiwania jest metoda prób i błędów, ale warto ją podjąć. Przede wszystkim dlatego, że prawdziwa pasja staje się dla nas motywacją i napędem. Jest niezbędna na drodze do naszego rozwoju. Dzięki niej poszerzamy naszą wiedzę i nasze horyzonty. Jej poszukiwanie jest na pewno pracochłonne, ale warte tego wysiłku. Szkoła nie zawsze pomaga dzieciom w tym zadaniu, a szkoda, ponieważ już na tym etapie dobrze jest pomóc dziecku rozpocząć podobne poszukiwania.

Bądźmy zachłanni!
Masz to szczęście, że już odkryłeś swoją prawdziwą pasję? Daje Ci ona satysfakcję, robisz na co dzień to, co lubisz? Szukaj dalej! Jeśli tylko pozwala nam na to czas, dlaczego mamy nie mieć kilku pasji? Wszystko zależy od naszych chęci i ambicji. Gdy tylko mamy sposobność i chcemy poświęcić się nowej aktywności, nic nie stoi nam na przeszkodzie. Nie brakuje ludzi utalentowanych w wielu bardzo różnych kierunkach. Często tą przeszkodą, która nas hamuje przed poszerzaniem naszych zdolności, jest nasz własny strach. Boimy się wyśmiania i reakcji innych, bo przecież oni są lepsi, od dawna działają w tej dziedzinie. Nie wierzymy, że na nowym polu naszych zainteresowań możemy się wystarczająco wyspecjalizować. Błąd! Bądźmy zachłanni! Zawsze warto poznawać i uczyć się czegoś nowego. Nie musimy być też od razu najlepsi. Wystarczy inwestować w siebie. To już jest wielki sukces.

Post scriptum
Jeszcze jedno. Gdyby ktoś nie czuł się przekonany, że warto mieć swoją pasję: ludzie z prawdziwą pasją są po prostu atrakcyjniejsi. To fakt. Jest tak dlatego, że mają coś ciekawego do powiedzenia i chętnie o swojej pasji opowiadają, zarażając nią innych. Zatem nie pozostaje nic innego, jak tylko dać się zarazić.

Komentarze

Wytańczyć siebie

Myślisz: „taniec”… i dostrzegasz ruch, wyczuwasz przestrzeń, muzykę, delektujesz się wolnością, zachwycasz talentem, niezwykłą ludzką wirtuozerią. I wcale nie musisz być profesjonalistą, by samodzielnie wejść w ten świat, zrozumieć własne ciało, pokazać emocje, zapomnieć o tym, co na zewnątrz, skupiając się w sobie. A wszystko za sprawą choreoterapii…

"The dance", źródło: deviantart.com

„The dance”, źródło: deviantart.com

Istota choreoterapii
Słowo ‘choreoterapia’ pochodzi od greckiego choreia – czyli „taniec” i therapeuein – czyli „leczyć”,  „opiekować się”. Stanowi formę terapii, która posługuje się ekspresją ruchową. Obejmuje taniec, różnego typu ćwiczenia muzyczno-ruchowe oraz kreatywne improwizacje ruchowe. Terapia tańcem nie ma nic wspólnego z nauką żmudnych sekwencji kroków czy studiowaniem skomplikowanych zasad i technik. Wbrew pozorom jej celem nie jest taniec sam w sobie. Choreoterapia zmierza do najgłębszych uczuć, próbuje dotrzeć do niewypowiedzianych emocji. Stara się wyzwolić od codziennych napięć, tchnąć w człowieka poczucie zrozumienia, nauczyć go akceptacji, odpoczynku i swobodnej radości.

Misja tańca
Dokąd ma nas zaprowadzić taniec? Przede wszystkim do integracji oraz poczucia spójności. Choreoterapia dąży do spotęgowania w nas zarówno świadomości siebie, jak i świadomości w relacjach z drugim człowiekiem. Przede wszystkim uczy poczucia własnej wartości, samodzielności, zdolności zwalczania napięć, niepokoju i trudności oraz przewidywania następstw własnych działań. Przynosi uczucie stabilizacji i pozytywnej odrębności. Taniec prowokuje pracę z emocjami, wyzwala refleksje, motywuje do poszukiwania własnej przestrzeni, kreowania osobistych granic, komponowania własnych norm i wzorców. Co więcej, terapia tańcem wyczula nas na potrzeby – swoje i innych ludzi, otwiera na drugiego człowieka, uczy wzajemnego szacunku, tolerancji, zrozumienia. Wprowadza atmosferę sprzyjającą współpracy i współistnieniu w grupie.

Lekarz Taniec
Właśnie tak. Taniec może stać się twoim osobistym lekarzem. Umiejętność obserwacji i właściwej interpretacji ruchu oraz skojarzenie go z poszczególnymi cechami osobowości pozwalają na udzielenie pomocy osobom, z którymi kontakt o charakterze werbalnym jest ograniczony, a więc m.in. chorym na schizofrenię czy dzieciom z autyzmem. Terapia tańcem okazuje się skuteczna również w przypadku osób, które posiadają zaburzony obraz własnego ciała – zmagającym się z anoreksją, bulimią, a nawet ofiarom przemocy. Taniec to ruch, który przywraca poczucie kontroli nad ciałem, a tym samym uwalnia od stresu i lęku, depresji, agresji i ADHD. Działa zbawiennie na kondycję psychiczną, ale i fizyczną, poprawiając sprawność oraz organizację ruchową.

Ludzkie ciało fascynuje. Posiada ogromną mądrość, której często nie doceniamy. A wystarczy dać mu szansę, wsłuchać się i zaufać. Zaangażować się w tę przyjaźń. Taniec staje się pomostem, stanowi perfekcyjną bazę takiej relacji. Inspiruje, pobudza do działania, przywraca siłę, witalność, spokój i radość. Pozwala być „tu i teraz” – ze sobą, z innymi. Choreoterapia nauczy Cię akceptować, rozumieć i doceniać siebie. Jednocześnie pobudzi wyobraźnię, wprowadzi w stan relaksu, wyciszenia, ale i energicznej zabawy w otoczeniu wyjątkowych dźwięków. Warto spróbować pójść za głosem własnego ciała. A jeśli nadal nie jesteś przekonany, zajrzyj choć na moment do wirtualnego świata choreoterapii:

Zachęcam!

Bibliografia:
Koziełło, D. (2002). Taniec i psychoterapia. Poznań: KMK Promotions
Portal poradnikzdrowie.pl

Komentarze

„Świat lepszy jest, piękny jest świat, gdy można spać (…)”

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Sen. Jaka moc tkwi w tym krótkim słowie! Znam takich, którzy chętnie wpisaliby je w rubrykę „hobby” do swojego CV. I w zasadzie trudno im się dziwić. Sen to przecież jedna z podstawowych potrzeb fizjologicznych, która jeśli tylko jest zaspokojona, pozwala nam prawidłowo funkcjonować.

Jakie są Twoje trzy pierwsze skojarzenia ze snem? Moje: mało, mało, mało. Sen jest dla mnie obecnie synonimem luksusu. Przede wszystkim dlatego, że jego pory i czas trwania uzależnione są od małego synka (zgodnie z radami starszych i mądrzejszych: śpij kiedy dziecko śpi). Dopiero teraz tak naprawdę przekonuję się na własnej skórze, jak konieczny dla dobrego funkcjonowania, (ba!) dla funkcjonowania w ogóle – jest sen. Narzekam na jego brak, a przecież podobnie mogłoby powiedzieć wielu ludzi: student po całonocnej imprezie, osoba pracująca w systemie zmianowym, kobieta chorująca na niedoczynność tarczycy. Różne przyczyny, a potrzeba taka sama. Ludzi różni także zapotrzebowanie na ilość snu. Kiedyś mówiło się, że optymalnie jest spać osiem godzin. Obecnie badania wskazują, że jest to bardzo indywidualna kwestia i dla niektórych te osiem godzin to „dużo za dużo” (szczęściarze!), a niektórzy wzorem susła mogliby spać kilka kolejnych.

Jeśli więc istnieje taka możliwość, korzystajmy z niej i śpijmy tyle, ile potrzebujemy. Sen to przecież zdrowie i lekarstwo na wiele bolączek. Pozwala na regenerację organizmu, nie tylko fizyczny odpoczynek, zrelaksowanie zmęczonego ciała, ale umożliwia również odzyskanie sił psychicznych. Jest dobrym sposobem na stres, zapomnienie o kłopotach, oderwaniem, nawet jeśli tylko tymczasowym, od rzeczywistości. Takie zniesienie świadomości bywa bardzo potrzebne, nie bez powodu mówi się o „przespaniu się z problemem”.

No właśnie. Waga snu doceniona została także w naszym języku. Mamy wiele powiedzeń, określeń opisujących tę przyjemną aktywność. Wielu z nas lubi przecież „uderzyć w kimono”, „uciąć komara” czy „oddać się w objęcia Morfeusza”. W zależności od jakości snu – „śpimy snem sprawiedliwego”, „jak dziecko”, „suseł” czy „kamień” albo, niestety, „jak zając pod miedzą”. Wspomniana jakość snu uzależniona jest od wielu czynników. Takie „okołonocne” rytuały, jak muzyka relaksacyjna, ciepła kąpiel czy aromaterapia – na pewno mają na nią dobry wpływ. Ale w przypadku gigantycznego zmęczenia, osobnik potrzebujący odpoczynku zaśnie i na siedzeniu pasażera w samochodzie, i w niewygodnym przedziale pociągu, a nawet w kinie podczas głośnej strzelaniny w trakcie filmu akcji. I może nawet przyśni mu się coś miłego.

Dowodem na to, jak ważny jest sen dla naszego organizmu, jest fakt, że naukowcy m.in. takich dziedzin, jak medycyna czy psychologia, poświęcają sporo czasu na badania jakości snu, marzeń sennych czy diagnozowanie zaburzeń z tym związanych. Bezsenność jest przecież jedną ze współczesnych chorób cywilizacyjnych. Ma swoje poważne konsekwencje, może na przykład prowadzić do innej groźnej choroby, jaką jest depresja. W aptekach dostępną mamy na wyciągnięcie ręki mnogość preparatów ułatwiających zasypianie. Nie likwidują one jednak leżących głębiej przyczyn zaburzeń snu. Niestety, dobry sen to nie taka prosta sprawa. Żyjemy w bardzo zabieganym świecie, jesteśmy poddawani wielu stresującym czynnikom, a wrażenia zebrane przez nas z całego dnia często objawiają się właśnie trudnościami z zasypianiem czy koszmarami sennymi. Nierzadko wina leży też po naszej stronie. Doba jest dla nas za krótka i czas, którego ciało i umysł potrzebują na sen, przeznaczamy na inne aktywności, hobby czy, co gorsza, pracę. A ponieważ nie da się w taki sposób długo oszukiwać organizmu, odbija się to później na naszym zdrowiu psychicznym i fizycznym. Prosta jest więc odpowiedź na pytanie, czy warto to robić. Wdrożenie jej w życie już, niestety, nie tak bardzo. Mimo wszystko, warto o tym pamiętać i próbować, nawet małymi kroczkami, dbać zarówno o ilość, jak i o jakość snu.

Dobranoc.

* tytuł artykułu to fragment piosenki „Budzikom śmierć”; autor tekstu: Andrzej Piaseczny

Komentarze

Misja specjalna: RELAKS

Kładziesz się wieczorem do łóżka i starasz się rozluźnić. Nagle ogarnia Cię ból w całym ciele. Napięcie puszcza, ale obolałe ciało daje o sobie znać… Tak właśnie wychodzi z nas stres z całego dnia, nagromadzone problemy. Żyjemy w coraz większym pośpiechu zapominając słuchać swoich potrzeb. Słuchać siebie samych. Odbija się to na naszym zdrowiu i samopoczuciu. Kiedy w końcu uświadomimy sobie, że psychika, dusza i ciało są ze sobą nierozerwalne? Kiedy znajdziemy czas na relaks?

relaks

fot. Magazyn Przestrzeń

 

Zacznij oddychać
Oddychanie jest jednym z podstawowych procesów życiowych, który zachodzi w organizmie nieustannie i automatycznie, dlatego zazwyczaj się nad nim nie zastanawiamy. Prawidłowe oddychanie ma jednak wpływ na nasze samopoczucie. Większość z nas oddycha za płytko, nie używając przepony. Możemy przez to niedostatecznie dotleniać organizm i odczuwać zmęczenie, cierpieć na bóle głowy, być rozdrażnieni. Kiedy taki stan trwa za długo prowadzi do obniżenia odporności, sprawności intelektualnej, a także różnych chorób. Pracę z oddechem możemy znaleźć w duchowych szkołach Wschodu. W buddyzmie jest on czynnikiem kotwiczącym w chwili obecnej, ponieważ dzieje się w teraźniejszości – z tego powodu jest głównym przedmiotem praktyki. Dzięki skupieniu się na oddechu możemy pracować nad sobą, wyciszyć się, rozładować negatywne emocje, zwiększyć koncentrację czy sprawność myślenia. Jak sprawdzić czy dobrze oddychamy? Połóżmy jedną rękę na klatce piersiowej, a drugą na brzuchu. Jeśli ta leżąca na brzuchu się nie porusza, to znaczy, że nie używamy przepony. Warto wtedy wykonywać ćwiczenia. Jednym z nich jest proste skupienie się na oddechu – siadamy wygodnie, kładziemy ręce na brzuchu i wyobrażamy sobie, że jest on balonikiem, który należy przy wdechu wypełnić powietrzem. Podczas prawidłowego oddychania brzuch powinien podnosić się do góry. Dobry wpływ na przeponę ma także śpiewanie.

Odzyskaj spokój
Medytacja zaczyna być coraz bardziej doceniana przez ludzi Zachodu. Badania pokazują, że jej regularne praktykowanie ma bezcenny wpływ na nasze życie i zdrowie. U osób medytujących obserwuje się między innymi przyrost istoty szarej w mózgu. Dzięki wyciszeniu i świadomemu oddechowi zmniejsza się ciśnienie, czujemy się zrelaksowani, odpuszcza stres. Jak medytować? Wystarczy znaleźć miejsce, w którym nikt nie będzie nam przeszkadzał, usiąść ze skrzyżowanymi nogami i wyprostowanym kręgosłupem, a następnie skupić się na oddechu. Nic wielkiego, ale po chwili zorientujemy się, że nasze myśli są jak wzbudzone morze, nie dają nam spokoju. Należy je ignorować i starać się powtórnie skupić na oddechu. Początkowo można zacząć od dziesięciu minut dziennie i stopniowo wydłużać sesje. Po pewnym czasie medytacja wejdzie nam w nawyk, a my odzyskamy równowagę i zauważymy znaczącą różnicę w jakości życia.

Mówią, że sport to zdrowie
Aktywność fizyczna także ma zbawienny wpływ na nasz organizm. Podczas uprawiania sportu wydzielają się endorfiny, które zwane są hormonami szczęścia. Nie bez powodu zasłużyły sobie na taki tytuł – kiedy są uwalniane czujemy zadowolenie, radość, a nawet euforię. Są niczym naturalny narkotyk. Sport pozwala także na oderwanie się od rzeczywistości i problemów. Podczas aktywności fizycznej dodatkowo dotleniamy organizm.

Uspokajająca woń
Aromaterapia jest gałęzią medycyny naturalnej, która w procesie leczenia wykorzystuje olejki eteryczne. Te prawdziwe, naturalne (nie jedynie zapachowe) mają silne działanie i mogą pomóc w wielu dolegliwościach. Wszystkie olejki działają przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie czy odkażająco. Są w stanie wspomagać leczenie kataru, kaszlu, migren, różnego rodzaju bólów, napięcia przedmiesiączkowego i wielu innych. Mają także korzystne działanie dla psychiki – poprawiają humor, odprężają, redukują zmęczenie. Można ich używać na kilka sposobów:

  • inhalacja – wlewamy kilka kropel do miski z gorącą wodą i pochylamy się nad nią, przykrywając głowę ręcznikiem
  • kominek aromatyczny – wlewamy do kominka wodę i kilka kropel olejku, zapalamy świeczkę pod kominkiem i stawiamy w pokoju
  • masaż – masujemy ciało olejkiem rozcieńczonym olejem bazowym
  • kąpiel – do wanny wlewamy kilka kropel olejku

Dolce far niente
Po włosku oznacza słodkie nic nie robienie. Dla wielu osób jest to wprost niewyobrażalne, aby nie zajmować się niczym „pożytecznym”. Warto jednak spróbować. Możemy wybrać wtedy czynność, która sprawia nam najwięcej przyjemności: długi sen, leniwe przesiadywanie na kanapie z książką i aromatyczną kawą lub herbatą, przechadzka do cukierni czy lodziarni, słuchanie muzyki, oglądanie filmu, pielęgnowanie hobby, relaksująca kąpiel, leżenie na trawie, wypicie lampki wina… najważniejsze, aby nie mieć poczucia winy, że robimy coś tylko dla siebie.

Każdy z nas potrzebuje chwili oddechu i relaksu. Jest to ważne zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i psychiki. Bądźmy dla siebie dobrzy i słuchajmy własnych potrzeb. Nasze ciało nam za to podziękuje, a my będziemy dzięki temu szczęśliwsi i spokojniejsi.

Bibliografia:
Strona: www.focus.pl, maj 2015
Strona: www.klaudynahebda.pl, maj 2015
Strona: www.poradnikzdrowie.pl, maj 2015
Strona: www.portal.abczdrowie.pl, maj 2015
Rinzler.L., (2014). Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy. Gliwice: Helion

Komentarze

Nie czekaj! Wolny all day – everyday

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Bardzo dobrze pamiętam anegdotkę o pewnym robotniku, który całymi dniami ciężko pracował w fabryce, aby móc utrzymać swoją liczną rodzinę. Mężczyzna ten miał w zwyczaju nosić obuwie o dwa rozmiary za małe. Zapytany, dlaczego nie kupi sobie butów odpowiednich do swojej długości stopy, odpowiedział: „Pracuję w pocie czoła każdego dnia, ciągle martwię się o to, czy nie stracę posady i czy zdołam wyżywić żonę i dzieci. Jedyna przyjemność, na jaką mogę liczyć, to ta chwila ulgi, kiedy wracam do domu, siadam w fotelu i mogę w końcu zdjąć te ciasne trzewiki”.

Dlaczego przypominam tę historyjkę? Wydaje się, że doskonale oddaje ona ideę wolnego czasu oraz jego wartości w życiu człowieka. Jakie znaczenie miałby on dla nas, gdybyśmy nie musieli pracować czy wypełniać innych codziennych obowiązków? Stanowiłby on wówczas stan permanentny, coś naturalnego i oczywistego. Kiedy myślimy o „wolnym czasie”, na ogół pierwsze skojarzenia dotyczą wakacji, ferii, dni świątecznych czy weekendu. Zauważmy jednak, że to, w jaki sposób postrzegamy np. jedną wolną godzinę, w znacznym stopniu zależy od tego, w jakim okresie ona upłynie. W dniu roboczym sześćdziesiąt minut tylko dla siebie może być wspaniałą okazją do zrelaksowania się, odwrócenia uwagi od bieżących problemów. Ale czym jest godzina w czasie dwu- (dla studentów trzy-) miesięcznych wakacji (alternatywnie dwutygodniowego urlopu dla osób pracujących)? Czasami może stanowić ona źródło frustracji, kiedy z braku zajęć na siłę poszukujemy interesującej rozrywki, aby przezwyciężyć nudę. Bardzo często, kiedy próbujemy docenić wartość czasu, za kryterium przyjmujemy długość jego trwania, zapominając całkowicie o zjawisku habituacji.  Wracając do szkoły, pracy, zapytani jak nam minęły wolne dni, odpowiadamy: „Było super. Szkoda, że tak krótko. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało”. Chyba każdy z nas pamięta niedzielne wieczory, które choć oficjalnie wolne, „skażone były mroczną wizją poniedziałku”. A ostatnie piątkowe godziny w pracy, pomimo licznych obowiązków, kojarzą się nam z „pozytywnymi emocjami i radosnym oczekiwaniem”.

Wracając z tegorocznej majówki, cały czas myślałam o perspektywie stawienia się w pracy nazajutrz oraz liście zadań, które mam zaplanowane do wykonania w tym tygodniu. Zamiast delektować się muzyką z samochodowego radia czy cieszyć z ostatnich chwil spędzonych w towarzystwie znajomych, z każdym kilometrem przybliżającym mnie do domu, czułam coraz większy dyskomfort. „Nienawidzę poniedziałków”- hasło tak powszechnie powtarzane wśród wielu ludzi – możemy śmiało przyrównać do strzelenia gola do własnej bramki. Wpadamy w pułapkę odliczania czasu, wyczekiwania przyszłości i powtarzania: „byle do piątku, byle do świąt, byle do wakacji, byle do emerytury…”. Myśląc w taki sposób, tracimy wiele wartościowych chwil, nie doceniając potęgi „tu i teraz”. Zakładając, że człowiek jest istotą wolną z natury, dlaczego jego czas miałby być zniewolony?  Możliwe, że wiele osób oburzy się i powie coś w stylu: „ale przecież trzeba pracować, sprzątać, chodzić do szkoły, przecież żyjemy w pewnym systemie i musimy się do niego dostosować”. Pamiętajmy jednak, że to nie czynności, które wykonujemy ani sytuacje, które nas spotykają, determinują nasze uczucia, ale to, w jaki sposób je postrzegamy. Nie czekajmy zatem do wakacji, ferii czy wolnego popołudnia – cieszmy się z tego, co mamy aktualnie, bo każda chwila jest warta przeżycia.

Komentarze

O miłości, nienawiści i ratowaniu bliskich relacji…

miłość

graf. Urszula Zabłocka

Jaki jest udany związek?
Na to pytanie każdy z nas zapewne ma swoją własną odpowiedź, a często nawet partnerzy będący razem posiadają trochę odmienne zdanie. To wydaje się być naturalne, ponieważ różnimy się od siebie pod względem wyznawanych wartości, sposobu przeżywania emocji, potrzeb, oczekiwań, a także złudzeń i marzeń na temat tego „jaki powinien być związek/małżeństwo”. Z czasem w związku odkrywamy, że nie jesteśmy wyłącznie jednością i zaczynają pojawiać się rozczarowania, a złudzenia rozwiewają się. Poza fascynacją i radością pojawiają się też inne emocje, te mniej chciane, takie jak złość, smutek, lęk a nawet nienawiść. Zaczynamy się zastanawiać „czy ze mną wszystko w porządku, że tak do niego/niej czuję?”. Oczywiście, że w porządku! To naturalne.

Na tej podstawie mogą dziać się w związku różne zjawiska, konstruktywne lub destrukcyjne. Możemy popadać w ciągłe awantury „on/ona ciągle mnie drażni”, mieć „ciche dni/tygodnie/miesiące”, możemy stracić satysfakcję z bycia razem, bo „moje potrzeby nie są zaspokojone”, może również dochodzić do zdrady. W każdym związku prędzej czy później pojawi się nienawiść, wściekłość, a nawet agresja i kryzys. Ważne, co z tymi uczuciami zrobimy, dlatego też przychodzą okresy, kiedy trzeba je wyrazić. Sposób, w jaki je wyrazimy, prawdopodobnie w głównej mierze przesądzi o powodzeniu lub porażce związku uczuciowego.  Niestety nikt nigdy nie uczył nas jak rozmawiać o trudnych emocjach, własnych potrzebach czy oczekiwaniach, więc zdarza się, że ponosimy porażkę. Jednak związek z naszą „drugą połówką” jest tak ważny, że postanawiamy go kontynuować mimo braku satysfakcji, wzajemnego żalu, roszczeń czy przeżywanej złości.

A co z miłością?
Patrząc na powyższe można zwątpić czy w ogóle warto próbować. Można zastanawiać się, gdzie w tym wszystkim jest miłość. Jeśli w ogóle jest. Ważne jest jak w naszym związku obchodzimy się z tym tematem. O miłości zostało powiedziane wiele, napisany został niejeden poemat lub opracowanie naukowe. Dlatego nie będę tutaj dogłębnie analizował zagadnienia miłości tylko zaznaczę kilka ważnych obszarów i paradoksów.

W naszej zachodniej kulturze możemy wyróżnić cztery sposoby postrzegania miłości. Pierwszy, to seks, zmysłowość, pożądanie. Drugi, to potrzeba więzi z drugim człowiekiem, chęć budowania czegoś więcej, dążenie do tworzenia. Trzeci, to uczucie, które łączy nas z serdecznymi przyjaciółmi, w głębszej formie z rodzeństwem (czasem nawet tak się mówi, że „przyjaciele, to takie rodzeństwo, które sobie wybieramy”). Czwarty, można określić czymś w rodzaju miłości do innych ludzi, gotowości do poświęcania się dla nich, troski o innych. W uproszczeniu można powiedzieć, że przeżywając miłość przeżywamy jakąś mieszankę tych wszystkich czterech sposobów rozumienia miłości.

Bez znaczenia do jak niskiej formy seks został sprowadzony w obecnych czasach, to w dalszym ciągu pełni swoją podstawową funkcję prokreacyjną, przedłużającą gatunek. Jednak jeśli nasze potrzeby w relacji z partnerem są zdominowane tylko przez ten niski rodzaj seksu, to skazujemy się na to, że nasz związek będzie pusty, w relacji będzie „czegoś” brakowało, a w efekcie skończymy rozgoryczeni i smutni, że traktujemy siebie i innych przedmiotowo- chociaż nie musimy tego wprost sobie uświadamiać. Niestety jednak mimo takiej dostępności informacji na temat seksu, nie umiemy o tym rozmawiać, krępujemy się i jesteśmy zamknięci w tym obszarze na siebie i innych. Problemem staje się również to jak bardzo chcemy się wykazać. Uważamy, że jeśli będziemy „technicznie” sprawni w kwestii seksu to będziemy bardziej kochani przez naszego partnera. Niestety paradoksalnie dzieje się na odwrót, ponieważ w momencie kiedy skupiamy się na „swojej technice”, to tracimy z oczu drugą osobą i skupiamy się na sobie oraz  na „swoich wyczynach”, a seks to przede wszystkim coś, co ma łączyć dwie osoby. Podobnych paradoksów można wyliczyć jeszcze kilka, ale to temat na oddzielny artykuł. Kluczowym wnioskiem jest to, żeby przede wszystkim nie tracić z oczu drugiej osoby i siebie.  W seksie nie może zabraknąć tego, o czym pisałem wcześniej, czyli pozostałych sposobów podejścia do miłości: żądzy, namiętności, troski o drugą osobę, odrobiny altruizmu i rezygnacji z własnego narcyzmu i potrzeby osiągnięć, pozwolenia sobie na ciekawość i wzajemne poznawanie siebie! Dlatego właśnie seks zalicza się do rodzajów miłości.

Można doświadczać dwóch rodzajów miłości: egoistycznej i nieegoistycznej. Ten drugi rodzaj miłości jest tym, na czym chcę się skupić, ponieważ doświadczając go rozwijamy się, możemy wzrastać i stawać się kimś lepszym. To taki rodzaj miłości, który jest do drugiego człowieka za sam fakt jego bycia, a nie za to, jaki jest. Miłość nieegoistyczna nie jest zachłanna, pozwala drugiej osobie być kimś odrębnym. Przeżywa się ją głębiej, ponieważ wypływa z tego, co w nas najbardziej ludzkie. Egoistycznej miłości doświadczamy bardzo powierzchownie, ponieważ skupia się jedynie na zaspokajaniu potrzeb, jeśli przestaje spełniać swoją funkcję to traci na wartości, przez co z tym rodzajem miłości wiąże się dużo lęku, że nasze potrzeby przestaną być zaspokajane. Miłość nieegoistyczna nie powoduje takiego lęku, ponieważ jest zaspokojeniem sama w sobie. Osoby kochające się miłością nieegoistyczną są bardziej od siebie niezależne, mniej zazdrosne, bardziej samodzielne, bardziej altruistyczne i gotowe pomagać tej drugiej rozwijać się i wzrastać. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko brzmi bardzo pięknie. Można liczyć na wiele przyjemności, radości ze spędzonych wspólnie chwil, satysfakcji z bycia razem. Jednak każdy związek to wymagająca współpraca między dwojgiem osób. Można powiedzieć, że miłość między dwojgiem osób posiada swoje jasne i ciemne strony.

Co kiedy ciemne strony nas przytłaczają i dominują?
Można wspólnie ratować swój związek, ucząc się zaspokajać swoje potrzeby, słuchać się wzajemnie z szacunkiem, rozmawiać o trudnych emocjach, na nowo budować współdziałanie, kłócić się w oparciu o współpracę i empatię, można nauczyć się jak budować siłę i odporność związku – przekształcając emocję destrukcyjne w konstruktywną energię.

Czasem przychodzi moment w związku, kiedy mówimy sobie „potrzebujemy kogoś trzeciego żeby NAS wsparł…”. To też jest w porządku i daje szansę na wspólne budowanie. Dzięki empatycznemu, rozumiejącemu i profesjonalnemu wsparciu terapeuty, partnerzy/małżonkowie mogą uczyć się rzeczy, które do tej pory w ich związku były nieosiągalne oraz przezwyciężać ograniczenia będące przyczyną frustracji i niezadowolenia. Dzięki współpracy z terapeutą, partnerzy mogą znowu zacząć wspólnie sięgać po zadowolenie, satysfakcję oraz radość, których nie utracili, ale które z różnych przyczyn zniknęły im z oczu.

Bywa też tak, że podejmujemy decyzję o rozstaniu się, ponieważ z różnych przyczyn nie jesteśmy w stanie budować wspólnego życia razem, ale łączy nas wiele spraw, których nie możemy ot tak, zostawić, np. dzieci, wspólni przyjaciele, kredyty lub inne zobowiązania. W takich sytuacjach terapeuta może pokazać parze/małżeństwu jak żyć i komunikować się po rozstaniu, ale z uwzględnieniem rzeczy, które łączą.

Psychoterapia par wspiera związki, które:

  • są w kryzysie (np. mają trudności w komunikowaniu swoich uczuć, potrzeb, oczekiwań, odkrywają brak satysfakcji z wzajemnej relacji, odsunęły się od siebie, etc.)
  • są w trakcie zmiany (np. oczekiwanie na dziecko, zmiana pracy, zmiana miejsca zamieszkania, utrata pracy, dorastanie dziecka, utrata dziecka)
  • stoją u progu ważnej decyzji
  • chcą zwiększyć swoją autonomię i zdolność do samostanowienia, a zmniejszyć wpływ osób trzecich na związek np. rodziców
  • wpadają w raniące kłótnie i chcą nauczyć się jak wychodzić z konfliktów wzmocnieni
  • poznały, co to znaczy zdrada, zazdrość lub brak zaufania i pomimo tego chcą budować razem wspólną przyszłość
  • chcą wynegocjować warunki rozstania się i dalszego kontaktu po nim

Korzyści z uczestnictwa w terapii par:

  • pogłębienie więzi, bliskości i wzajemnego zaufania
  • bardziej konstruktywne sposoby rozwiązywania konfliktów
  • przezwyciężenie kryzysu w relacji
  • wypracowanie efektywniejszego stylu komunikowania wzajemnych potrzeb, oczekiwań i emocji
  • poradzenie sobie ze zdradą
  • lepsza adaptacja do nowej sytuacji życiowej
  • wynegocjowanie warunków wzajemnych kontaktów po rozstaniu się
  • urealnienie swoich przekonań, złudzeń i mitów
  • bardziej realne spojrzenie na związek i zdarzenia zachodzące w nim
  • lepsze zrozumienie roli emocji i efektywne wykorzystywanie ich do budowanie związku opartego na współpracy i empatii
  • lepsza zdolność do przełamywania błędnych kół pojawiających się we wzajemnych relacjach

 

Bibliografia:
Zofia Milska-Wrzosińska- Bezradnik
Abraham H. Maslow- W stronę psychologii istnienia
Rollo May- Miłość i Wola
Jane G. Goldberg- Ciemna strona miłości
F. Schulz von Thun- Sztuka wyjaśniania. Poradnik dla prowadzących trudne rozmowy

Komentarze

Biblioteka rozwoju

Wsłuchać się w siebie
Mam wrażenie, że w pogoni za szczęściem, rozwojem i zrozumieniem siebie straciliśmy kontakt z najważniejszym źródłem – swoim ciałem. Zapominamy o nierozłączności psyche i somy, zapominają o tym nawet psycholodzy i lekarze. Diagnozujemy się nieustannie, lecz wyniki badań mamy w normie. Nie znika jednak przeświadczenie, że coś nam dolega, bo przecież odczuwamy fizyczny ból. O bezcennej relacji z własnym ciałem opowiadają Ewa Klepacka-Gryz i Jacek Sobol w książce Różowa rękawiczka. O tym, jak to, co przeżywamy, ma wpływ na to, jacy jesteśmy.

Różowa rękawiczka jest opowieścią, która powstała na podstawie doświadczeń autorów, zdobytych podczas prowadzenia sesji terapeutycznych. Ewa Klepacka-Gryz i Jacek Sobol pracują w dość nowatorski sposób – Ewa zajmuje się „głową” a Jacek ciałem pacjenta, wspólnymi siłami starają się te dwie sfery ze sobą zintegrować. Dzięki pracy z ciałem terapeuta jest w stanie zlokalizować napięcie – problem, który wywołuje ból. Bardzo często dolegliwości fizyczne mają swój początek właśnie w psychice. Są odzwierciedleniem nierozwiązanego konfliktu, nieprzepracowanej traumy czy innych problemów, z którymi sobie nie radzimy. Nazywa się to psychosomatyką. Z pewnością nieraz zdarzyło nam się chorować po stresującym okresie w życiu, mieć sztywny kark przed ważną decyzją czy różnego rodzaju bóle. Nasze ciało jest jak papierek lakmusowy – kiedy pojawia się trudny problem, z którym sobie psychicznie nie radzimy, nasiąka nim i zachodzą widoczne zmiany. Ewa i Jacek początkowo pracowali oddzielnie, co jednak tym bardziej pogłębiało rozdźwięk między danymi sferami człowieka. Zauważyli, że największe efekty osiągają wtedy, kiedy prowadzą sesje łączone. Namierzają w ciele ból, za który odpowiada coś głębszego, często skrywanego i wypartego. Kiedy wyjdzie to na światło dzienne, w pacjencie coś pęknie, przypomni sobie traumatyczne przeżycie – możliwa jest dalsza praca i proces zdrowienia.

Różowa rękawiczka jest bardzo wartościową pozycją. Kładzie nacisk na związek ciała z psychiką, o którym się często zapomina. Z pewnością jest to książka dla wszystkich, którzy chcą nauczyć się słuchać swojego ciała. Może ona pomóc zrobić pierwszy krok na drodze do bycia bardziej świadomym – somy, psyche, uczuć, potrzeb. Do bycia bliżej siebie.

Różowa rękawiczka. O tym, jak to, co przeżywamy, ma wpływ na to, jacy jesteśmy Ewa Klepacka-Gryz, Jacek Sobol
Wydawnictwo HELION

różowa rękawiczla

Komentarze

Cały świat w jednej torbie

manatka5

fot. Manatka

Dwie bliskie sobie osoby, mama Jola i córka Ola, postanowiły wykorzystać babciną maszynę i stworzyć wspólny projekt – Manatkę. Jest on odpowiedzią na potrzeby współczesnych konsumentów, którzy coraz częściej pragną rzeczy oryginalnych, niepowtarzalnych i dobrej jakości. Takie są właśnie torby Manatkowego duetu, o których rozmawiamy z ich twórczyniami.

Joanna Niedziela: Skąd pomysł na założenie firmy krawieckiej?
OLA: Manatka to nasz pierwszy projekt krawiecki, ale nie było to tak, że szyć nauczyłyśmy się tydzień przed wykonaniem pierwszej torby. Maszyna do szycia odkąd pamiętam pojawiała się regularnie na kuchennym stole – spod igły mamy wychodziły najładniejsze i najlepszej jakości sukienki, bluzki wykończone haftem, kolorowe spodnie, których zazdrościła mi każda koleżanka. Do tej pory mam niektóre projekty mamy i niecierpliwie czekam, aż założy je moja córka.
JOLA: Obie lubimy klasyczne, proste rzeczy – wbrew pozorom o takie najtrudniej w sklepach. Półki uginają się od bluzek z nadrukami, sweterków z koralikami, ale znalezienie bazowych produktów to często nie lada wyzwanie. Dotyczy to także toreb – zwykle wybierać musimy między eleganckimi, ale bardzo drogimi, skórzanymi a nieco tańszymi, ale wykonanymi z kiepskich materiałów i prawie zawsze zepsutymi nietrafionym nadrukiem, krojem czy doszytym kwiatkiem. Chciałyśmy stworzyć torby, które może kupić każdy – których forma będzie na tyle klasyczna, by pasować do różnych okazji, ale jednocześnie na tyle oryginalna, żeby każda klientka czuła się posiadaczką wyjątkowej Manatki.

JN: Co oznacza nazwa Manatka?
OLA: Za kształt nazwy odpowiedzialny jest mój chłopak. Kiedy powstawała Manatka, pracował jako copywriter i oryginalnymi hasłami sypał jak z rękawa. Wygrała opcja, która najlepiej opisywała nasze projekty – Manatka – to torba, do której zmieścisz wszystkie swoje manatki.
JOLA: Nazwa jest też wycieczką do przedszkolnych lat Oli, kiedy zdanie „Ola, posprzątaj swoje manatki” padało w naszym domu kilka razy dziennie.
OLA: To prawda, byłam potworną bałaganiarą.

JN: Jaką rolę w Manatce odgrywa babcina maszyna?
JOLA: Po pierwsze ma wartość sentymentalną – to przeszło pięćdziesięcioletni Łucznik, który uszył nie tylko setki spódnic czy bluzek, ale przede wszystkim suknię ślubną babci Oli.
OLA: Babcina maszyna spełnia też czysto praktyczną funkcję – jest po prostu bardzo dobra. Nie ma dla niej zbyt trudnego projektu – uszyje wszystko. I wydaje niesamowity, bardzo odprężający dźwięk – jest jak mantra, szycie na niej to przyjemność.

Od lewej: Ola, babcia Oli - mama Joli,, Jola

fot. Manatka; Od lewej: Ola, babcia Oli (103 lata), Jola

JN: Zamieniłybyście ją kiedykolwiek na inną?
JOLA: Próbowałyśmy szyć na nowszych, wydawałoby się bardziej zaawansowanych modelach. Bez skutku. Albo przyzwyczaiłyśmy się tak do starej maszyny, albo te sprzedawane obecnie w sklepach są po prostu kiepsko wykonane.
OLA: Nowe maszyny są lekkie, pięknie opakowane, ale nie posiadają tej intuicji, jaką ma nasz czarny, potwornie ciężki Łucznik. On dosłownie łapie, o co nam chodzi – szyje w zasadzie sam, my tylko lekko kierujemy materiał.

JN: Co do Manatki wnosi każda z Was?
OLA: Mama wnosi fantastyczny warsztat i niesłychaną, wręcz pedantyczną dbałość o najdrobniejszy szczegół. Każde cięcie, szew wykonane są tak, że nie ma mowy o rozerwaniu czy popruciu.
JOLA: Ola pracuje nad tym, żeby każdy projekt Manatki był nietypowy, inny od wszystkich, ale jednocześnie utrzymany w przyjętej przez nas konwencji.
OLA: O kształcie projektów decydujemy razem – wybieramy materiały, dodatki. Ale za ostateczną formę najczęściej odpowiedzialna jestem zwykle ja.

JN: Czy dzięki wspólnej pasji Wasza więź jest silniejsza?
OLA: Nasza więź zawsze była tak silna, że trudno byłoby o jeszcze silniejszą. Więc szycie nie miało bezpośredniego wpływu na relację między nami, ale rzeczywiście spędzamy teraz ze sobą jeszcze więcej czasu, mamy nową wspólną pasję, a to zawsze wnosi dużo dobrego, świeżego.

manatka3

fot. Manatka

JN: Jaka jest historia pierwszej torby?
OLA: Zaczynając studia w Warszawie, a chwilę później pracę, wychodziłam z domu o 8 rano, a wracałam o 21. Duża, pakowna torba, w której zmieszczę „mydło i powidło” była mi bardzo potrzebna, ale te, które znajdowałam w sklepach albo były niebagatelnie drogie (młodzi polscy projektanci cenią się bardziej niż niejeden włoski mistrz), albo uszyte były tak, że po trzech dniach urywały im się uszy i przecierały dna. Przypomniałam sobie, że przecież w domu stoi maszyna, a mama świetnie szyje. W kuchennym zaciszu tworzyłyśmy torbę, która nie tylko nie kosztowała całej naszej pensji, ale też była dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. Uszyłyśmy ją ze specyficznych rodzajów nici i materiałów, dlatego wiernie służy mi do dziś i nawet nie pomyśli o tym, żeby się popruć J

JN: Co wyróżnia Manatki?
OLA: Przede wszystkim kolorowe materiały – bazową serię wyróżniały śliczne tasiemki z przeróżnymi wzorami, nowe projekty (które wprowadzamy od kilku tygodni) to przede wszystkim niesamowicie energetyczne materiały kontrastujące z czernią czy szarością tworzącymi podstawę torby. Drugą cechą charakterystyczną są gabaryty Manatek. Niezależnie od typu rozmiarowego (XL i XXL) są dużo większe niż standardowe torby – w ich wnętrzach można skryć absolutnie wszystko. Kiedyś nasza klientka przysłała nam zdjęcie jej samej we wnętrzu Manatki – zmieściła się do niej cała!
JOLA: Strona praktyczna jest dla nas tak samo ważna, jak estetyczna. Staramy się szyć tak, żeby Manatki nie tylko cieszyły oko, ale także spełniały praktyczne oczekiwania klientek. Począwszy od wyboru materiałów, skończywszy na szwach pracujemy tak, żeby zminimalizować szanse poprucia. Chcemy tworzyć rzeczy nie tylko ładne, ale i bardzo dobrej jakości. Ważne jest też to, że nie ma dwóch takich samych Manatek – różnią się między sobą wzorami, kolorami i nawet jeżeli tworzą je tasiemki o takich samych wzorach, to i tak do ich szycia używamy innego koloru nici czy podszewki. Każda jest absolutnie wyjątkowa.

JN: Szycie takich toreb wymaga nie lada zdolności. Gdzie nauczyłyście się tak szyć?
OLA: Mnie oczywiście cierpliwie uczyła szyć mama. Pokazała wszystkie triki i magiczne sztuczki.
JOLA: Pasja do szycia jest nam przekazywana z pokolenia na pokolenie. Podstaw projektowania i szycia nauczyłam się, będąc w szkole podstawowej na zajęciach technicznych, ale to lekcje mojej mamy dały mi najwięcej.

manatka2

fot. Manatka

JN: Skąd się biorą materiały, tasiemki?
OLA: Co do materiałów bazowych – pochodzą od zaprzyjaźnionego dostawcy u którego zaopatrujemy się od pierwszej torby. Prowadzi malutki sklepik, ale jest w stanie przywieźć dla nas taki materiał, jaki tylko sobie wymarzymy. Tasiemki i kolorowe materiałowe wstawki zamawiamy u indywidualnych dostawców, zwykle za granicą. Większość tasiemek pochodzi ze Stanów, ostatnio zaczęłyśmy współpracę ze sklepem w Australii. Niekiedy na swoje zamówienie czekamy kilka tygodni, ale zawsze jest warto – dostajemy najlepszej jakości materiały w fantastyczne wzory.

JN: Ile czasu zajmuje zrobienie jednej torby?
JOLA: Projekty są dosyć skomplikowane, a każdy element (podstawę torby, kieszenie, metki) wykonujemy własnoręcznie. Zwykle trwa to około dwóch, trzech godzin.

JN: Czy szycie mogłoby być jedynym sposobem na życie? Myślałyście o tym?
JOLA: Każda z nas oprócz Manatki ma kilkanaście innych zajęć, którym staramy poświęcać się bez reszty. Nasza dzień często trwa 18-19 godzin – stało się to już standardem, że naszym codziennym sposobem przemieszczania się nie jest chód, ale sprint. Manatka to młody projekt i chociaż dopiero się rozwija, zajmuje nam coraz więcej czasu. Niewykluczone, że niedługo stanie się naszym priorytetowym zajęciem.
OLA: Jakiś czas temu stanęłam przed pierwszym biznesowym dylematem – czy Manatka ma szanse stać się nie tylko hobby, ale poważną firmą? Uznałam, że ma na tyle duży potencjał, że warto poświęcić jej maksymalnie dużo czasu. Dlatego zrezygnowałam z wielu różnych zajęć i moją uwagę dzielę obecnie między szycie a pisanie pracy magisterskiej.

JN: Czy nosicie swoje torby?
OLA: Odwiedzający mnie znajomi widząc stelaż z tuzinem różnych Manatek śmieją się, że przez cały rok mogę codziennie zabierać ze sobą inną. Ale w praktyce wygląda to tak, że mam trzy ulubione Manatki – szarą i dwie czarne, wszystkie XXL (mimo że mam zaledwie 160 cm wzrostu – i zwykle wybieram jedną z nich.
JOLA: W Manatkach chodzą chyba wszystkie nasze koleżanki: i te Oli, studentki, i te moje – mamy dorosłych dzieci, niekiedy babcie. Manatki są zatem odporne nie tylko na zniszczenie, ale i na wiek – może je nosić każdy (nasza najmłodsza klientka ma 6 lat!). Ja też mam kilka swoich – sprawdzają się idealnie na rodzinnych zakupach, długich spacerach.

manatka1

fot. Manatka

JN: Ile kilogramów uniesie Manatka?
OLA: Manatki przetrwały wszystkie nasze próby – nawet te z obciążeniem pięćdziesięciokilogramowym. Są w zasadzie nie do zdarcia – prędzej urwie się sam materiał (a że jest to grube płótno, nie będzie to łatwe) niż puści szew.

JN: Co czujecie, gdy widzicie kogoś z Manatką na ulicy?
OLA: Pamiętam jak jechałam ze znajomym jego samochodem i na przejściu dla pieszych zobaczyłam dziewczynę z moją Manatką. To nie była znajoma, którą spotykam, co jakiś czas, ale ktoś obcy, spotkany przypadkiem. Przeszczęśliwa krzyknęłam tak głośno i nieoczekiwanie „MANATKA!”, że przerażony kierowca natychmiast ostro zahamował i samochód stanął dęba. Pierwsze zderzenie z Manatką na ulicy o mało nie skończyło się wypadkiem (śmiech).
JOLA: Widok kogoś z naszą torbą na ramieniu jest dla nas zawsze największą motywacją do pracy. Wiemy wtedy, że nasza praca ma sens i sprawia komuś radość, jest mu potrzebna.

JN: Gdzie można kupić Wasze torby?
OLA: Pierwszym punktem, w którym można oglądać i kupować Manatki jest nasz sklep internetowy – www.manatka.pl. Oprócz tego, co jakiś czas pojawiamy się na różnego rodzaju imprezach modowych, targach. Staramy się na bieżąco informować o naszej aktualnej lokalizacji na naszym fanpage’u. Zawsze można też do nas napisać maila i spotkać się z nami w naszej domo-pracowni w Warszawie.

JN: Myślałyście o otwarciu sklepu stacjonarnego?
JOLA: W planach mamy otwarcie sklepu z naszymi projektami (nie tylko torbami) w naszym rodzinnym mieście – Tomaszowie Mazowieckim. Jesteśmy w trakcie dopracowywania szczegółów.

JN: Dziękuję za wywiad i trzymam kciuki za rozwój firmy!
OLA i JOLA: Dziękujemy

Manatki można znaleźć na:
Facebooku
Stronie

Komentarze

Przed Państwem…

Agnieszka Gietko - galeria zdjęć

Agnieszka Gietko – galeria zdjęć (23)

 
Artysta: Agnieszka Gietko
Jest tegoroczną absolwentką wydziału grafiki na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom pt. Bokserzy obroniła w Pracowni Grafiki Warsztatowej prof. Piotra Smolnickiego oraz aneks z malarstwa w pracowni prof. Pawła Nowaka. Najchętniej zajmuje się grafiką, rysunkiem, ilustracją i malarstwem. W jej pracach ważny jest rytm, kolor, melodia i współoddziaływanie form. Lubi też eksperymentować z różnymi formami artystycznymi, ostatnio z teatrem. Poza sztuką interesuje się Warszawą i swoim ukochanym Żoliborzem. 

Jej prace można znaleźć na:
Stronie Agnieszki
Behance

Komentarze
Komentarze do:

"3"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję