Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

25

Przestrzeń
#25

Nadeszła wiosna. Dni się wydłużają, słońce świeci coraz mocniej, a roślinność budzi się ze snu. W wielu z nas zaczyna kiełkować motywacja do działania. To od nas zależy czy się o nią zatroszczymy - czy odrodzimy się na nowo!

Z tego właśnie powodu wybraliśmy odrodzenie jako nasz temat przewodni kwietniowego wydania Magazynu Przestrzeń. W rozmowie z Ewą Guzowską – psychologiem, coachem, psychoterapeutą - podejmujemy zagadnienie zaczynania od nowa, zmiany. Pochylamy się nad dojrzewaniem do robienia tego, co naprawdę sprawia nam radość. Dowiadujemy się, że możliwe jest życie w związku – ale osobno. Przyglądamy się także symbolice konfliktu Cienia na podstawie serialu Twin Peaks. Czytamy o tym, jaki wpływ na naszą pracę, może mieć miejsce, w którym mieszkamy. Podejmujemy temat rozstania i odradzania się na nowo. Rozmawiamy z Agatą Wiktorią Śmierzyńską, założycielką Fundacji Anioły Kultury o tym, co oznacza bycie silną kobietą. Dowiadujemy się także o Śniadaniach Świadomych Blogerek i Świadomych Kobiet, których autorką jest Izabela Kornet.

W jednym z felietonów także podejmujemy temat budzenia się z zimowego letargu. Druga z autorek, nawiązując do humorystycznego komiksu zamieszczonego w magazynie The Economist, bezowocnie, ale za to w sposób przewrotny, doszukuje się głębszego sensu w działaniach aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Recenzujemy film Another Earth, który pod płaszczykiem sci-fi analizuje naturę człowieka w obliczu tragedii i skłania do refleksji nad własnymi, życiowymi wyborami. Przypominamy sobie także historię rodu greckich imigrantów w Middlesex - pięknie opowiedzianych metamorfozach hermafrodyty. Kontynuujemy monolog artysty Sebastiana Skowrońskiego, a artystą numeru jest Krzysiek Piła ze swoim projektem NH50mm.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Zacząć od nowa – wywiad z Ewą Guzowską

Marta Jacukiewicz: Pani Ewo, wiosna, wiosenne porządki w szafie, ogrodzie i nierzadko – w życiu, w „nowym życiu”, które chcemy zacząć, życiu za którym tęsknimy… Wiosna to taki dobry czas, aby zacząć od nowa?

Ewa Guzowska: Zdecydowanie, wiosną wszystko budzi się do życia. Cała natura budzi się z uśpienia. Może warto wykorzystać ten czas dla nas. Czasami warto pomyśleć, co w nas „umarłe” – niepotrzebne, zbędne, a czego nowego nam potrzeba. Możliwości pojawiają się wówczas, kiedy dajemy odejść staremu. Wtedy to „nowe” ma szansę się pojawić, a zatem „nowe” idzie, a „stare” jedzie…

MJ: Motywacji do odrodzenia się nie powinno mam brakować, wystarczy, że przeanalizujemy siebie, ale jakie są najważniejsze powody do zmiany i rozpoczęcia „nowego życia”?

EG: Myślę, że naprawdę przedwiośnie stanowi taki doskonały czas, by zastanowić się, co naprawdę możemy już spokojnie „puścić”, czego trzymanie nie przynosi nam już żadnych profitów.

MJ: Problem może być w nas. Nie potrafimy się cieszyć z naszych sukcesów, ciągle mamy jakieś oczekiwania, nie potrafimy kochać i akceptować siebie… Co w takiej sytuacji powinniśmy zrobić?

EG: Wszystko co poza nami – zaczyna się w nas. Nic się nie zmieni, jeśli my się nie zmienimy. Taka jest natura rzeczy. Istotą życia jest ciągła zmiana. I tu może warto zadać sobie pytanie, czy jestem gotowa/y, na zmiany – czy wolę trzymać się tego, co wydaje się „pewne”, choć to tylko złudzenie. Złudzenia pomagają nam żyć, ale blokują nas przed prawdziwym życiem. Życiem w życiu, a nie obok życia…

MJ: Możemy zmienić się również dla kogoś, kto jest dla nas bliski i ważny. A jeśli trwa przy nas w trudnych momentach naszego życia to z pewnością nie dla tego, że oczekuje naszych sukcesów. Trwa, bo akceptuje, rozumie, kocha?

EG: Punktem wyjścia powinniśmy być my sami. Każda zmiana powinna wypływać z naszego wnętrza, jeśli tak jest – wszyscy, włącznie z nami odczują tą zmianę. Jeśli będziemy dążyć do harmonii w nas samych, ta harmonia, będzie udziałem innych. Wszyscy jesteśmy połączeni, choć coraz rzadziej zdajemy sobie z tego sprawę.

MJ: Trudny moment życia, w którym być może aktualnie jesteśmy, to przecież idealny moment na „nowe życie”. Tylko, że z drugiej strony – to wiąże się z pracą, realizacją planów, zadań… Łatwiej zrezygnować…   

EG: Najbardziej odpowiedni moment do zmiany jest „tu i teraz”, a wiosna może nam w tym pięknie towarzyszyć.  Kiedy podejmujemy decyzję o zmianie, wydaje się, że cały WSZECHŚWIAT nam „kibicuje” i to jest po prostu PIĘKNE.

MJ: Mimo podejmowania prób budowania „nowego życia”, są one czasem nieskuteczne. Dlaczego nam się nie udaje?

EG: Mogą być różne powody. Współczesny człowiek jest bardzo niecierpliwy, nauczony, że jeśli coś sobie wymyśli, to idzie i kupuje to. Jeśli chodzi o „nowe”, ono tworzy się w swoim właściwym dla siebie procesie, niedorzeczne wydaje się przyśpieszanie tego, wówczas istnieje ryzyko utraty tego, co najbardziej piękne i niepowtarzalne.

MJ: Jak przezwyciężyć niepowodzenie, zniechęcenie? 

EG: Konsekwencja, konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja. I zachęcam, by wpleść w to trochę zabawy, wtedy łatwiej przychodzi. Zamiast trudu, odczuwamy dziecięcą radość.  To wspaniały dar, niezależnie od wieku, bowiem w każdym w nas jest „wewnętrzne dziecko”. Bardzo ważną sprawą jest ciągła troska o nie, wtedy będzie nam wdzięczne…

MJ: Porażka jest przeciwieństwem sukcesu? Czy bardziej wskazaniem odpowiedniego kierunku działania?   

EG: Nie ma porażek, jest tylko droga. Droga jest tym, co jest znacznie ważniejsze od celu. Warto o tym pomyśleć w ten sposób, choć często towarzyszy nam odwrotne myślenie.

MJ: Zmiana możliwa jest zawsze, każdy moment wydaje się być idealny?

EG: Ten moment jest „TU i TERAZ” nie ma innego. Nie ma sensu, niczego przesuwać, odciągać. Ważne by w każdej minucie, sekundzie być obecnym w życiu, a ono – jest wspaniałym  drogowskazem – dla każdego z nas. Życzę wiele odwagi i ciągłego odrodzenia. Wszak umieranie dotyczy każdego dnia, by rodziło się NOWE…

Ewa Guzowska – psycholog, psychoterapeuta, coach
www.psychoterapia-coaching.pl

Komentarze

Living apart together

Zmiana obyczajów społecznych, czy ich odrodzenie, pozwoliło na ujawnienie innych sposobów na życie razem, odmiennych od modelu tradycyjnego. Jedną z nich jest LAT (living apart together), czyli życie razem, ale osobno. Przyczyniły się do tego silne naciski społeczne na rozwój indywidualny, pragnienie niezależności, rozwój kariery, hedonistyczne zaspokajanie własnych potrzeb. To tylko nieliczne z powodów zmian w naszej obyczajowości w tematyce związków. Jednym z najważniejszych czynników jest nasza subiektywna świadomość własnych ograniczeń w poświęcaniu, współdziałaniu i dzieleniu się z kimś życiem na co dzień. Innym znaczącym motywem jest pragnienie posiadania dóbr materialnych i zarządzania nimi wedle własnych kryteriów. Pomimo zmian, które zaistniały w świadomości społecznej i rozwoju cywilizacyjnego jedno jest niezmienne – ludzie wciąż pragną miłości i bliskości.

graf. Arkadiusz Jankowski

Czym jest LAT ?

Model living apart together dotyczy związków długoterminowych, opartych na emocjonalnym przywiązaniu, w których ludzie decydują się na mieszkanie oddzielnie. Dotyczy to zarówno małżeństw jak i konkubinatów. Fundamentem tej relacji jest świadomość i zgoda dwojga ludzi na taki rodzaj współżycia. Mieszkanie osobno może przybierać różne formy: od posiadania dwóch mieszkań, po niewyprowadzenie się ze swojego domu rodzinnego. Pary mieszkające oddzielnie można spotkać we wszystkich grupach wiekowych i społeczno–ekonomicznych. W Polsce coraz częściej model LAT przemienia się w niczym niewymuszony, świadomy wybór partnerów. W przeważającej jednak mierze dotyczy on Polaków, którzy zaakceptowali życie na odległość z powodu emigracji zarobkowej. LAT nie jest już tylko „fanaberią” zamożnych i sławnych ludzi, ale staje się rzeczywistością, która dotyka przeciętnego człowieka.

Korzyści z mieszkania oddzielnie

Pierwszą korzyścią w modelu LAT, o której warto wspomnieć, jest zachowanie świeżości, spontaniczności, podniecenia, a tak naprawdę zapobieganie rutynie, która jest największym horrorem ludzi dzielących ze sobą mieszkanie. Nie oznacza to jednak, że LAT jest panaceum na nudę, a w tradycyjnych związkach nie może być ciekawie po latach. To wszystko zależy od nastawienia i chęci. Niemniej jednak żyjąc razem, ale osobno, musimy wygospodarować, zaplanować sobie czas na spotkanie i utrzymanie relacji.

Kolejnym profitem jest minimalizacja kłótni z prozaicznych powodów związanych z utrzymaniem domu. Przestajemy być więźniami frustracji i złości na partnera za nieumyte naczynia, niewyrzucone śmieci, porozrzucane skarpety czy kosmetyki. Nie musimy zmieniać naszych przyzwyczajeń domowych, bo nikt nas z tego nie rozlicza i nie oczekuje przystosowania się.

Para LAT nie zna się tak dobrze jak osoby wspólnie ze sobą mieszkające, co pozwala na ciągłe odkrywanie ich wzajemnych tajemnic, bądź tuszowanie tego, czym niekoniecznie warto się chwalić. Z tego względu w związku LAT ludzie prawdopodobnie będą się postrzegać lepiej, w wyidealizowany sposób.

Bardzo ważnym motywem działającym na sukces w związku pary żyjącej osobno, jest wspominanie wspólnie spędzonych chwil, co daje radość, zapewnia wzmocnienie i podsyca dążenie do kolejnych spotkań.

Nie można zapomnieć o rozliczaniu się z własnego czasu przed samym sobą. Jeśli osoba chce się poświęcić karierze lub hobby to robi to na własnych warunkach. Utrzymując relację typu LAT człowiek musi pamiętać o tym, aby ona nie wygasła. W związku z tym nie można poświęcić się tylko jednej aktywności życiowej np. pracy, gdyż związek LAT wymaga dużego zaangażowania.

Wady

Głównym ograniczeniem relacji LAT jest brak możliwości poznania bliskiej osoby w sposób odarty z idealizacji, prozaiczny, codzienny. Być może dla jednych będzie to zaletą, jednak prawdziwe poznanie drugiego człowieka i zaakceptowanie jego wad, nawyków, humorów jest niezwykłą wartością. Dzięki temu, człowiek ma szansę na wzbogacenie wiedzy o relacjach społecznych, emocjach, konfliktach, nowych formach wspólnego spędzania czasu, na które trudno byłoby wpaść mieszkając osobno. Czyż wspólne zmywanie naczyń lub gotowanie w rytm muzyki nie może być radosnym doświadczeniem? Wspólne mieszkanie z bliską osobą daje nam również mnóstwo refleksji na temat samych siebie.

Nie można zapomnieć o pułapce „otwartej furtki”, czyli sytuacji, w której z powodu np. braku zobowiązań finansowych, ułatwiamy sobie wycofanie się z relacji z drugą osobą. Z tego względu łatwiej jest zakończyć niesatysfakcjonujący związek bez walki i wysiłku w jego ratowanie. 

Niebezpieczeństwem modelu LAT jest cienka linia, na której balansują partnerzy, zabezpieczona jedynie deklaracją, że taka forma relacji odpowiada obojgu. Co jednak, jeśli jedna ze stron zapragnie czegoś więcej? Motywacje, cele, wizje i pragnienia zmieniają się wraz z człowiekiem w każdym rodzaju związku.

W naszej obyczajowości model LAT jest wciąż rozpatrywany jako anomalia. Rozwój świadomości, zmiany społeczno-ekonomiczne i coraz częstsze obcowanie z parami żyjącymi w tej relacji prowadzą do ocieplenia wizerunku par LAT i ich akceptacji. Szereg wymienionych korzyści i wad, które pojawiają się w związkach ludzi mieszkających wspólnie, jak i tych żyjących osobno, prowadzi do refleksji i wyboru. Pary mogą zdecydować, który z tych modeli jest dla nich najlepszy. 

 

Komentarze

Analogowy świat cienia

Twin Peaks

graf. Aleksandra Zieniuk

Oglądając ponownie, po 25 latach od pierwszej emisji, serial Twin Peaks, a szczególnie jego pierwszy sezon, uderza fakt jak bardzo analogowy był jeszcze nie tak dawno świat. Nastolatki bez smartphon’a i social mediów, noszące robione na drutach swetry, telefony przewodowe, brak komputerów i GPS-ów. W latach 90-tych taka dbałość o szczegóły scenografii oraz kostiumów nie była niczym szczególnym, ale współcześnie robi wrażenie, ponieważ przenosi nas w czasie w sposób niemal dosłowny. To niewątpliwie wartość serialu oglądanego z dzisiejszej perspektywy. Twin Peaks, Marka Frosta i Davida Lyncha, emitowano w stacji ABC w latach 1990 – 1991, a w Polsce rozpoczęto emisję w 1991 r. pod nazwą Miasteczko Twin Peaks.

Dla kogoś, kto oglądał i pamięta serial z początku lat 90-tych, powrót do niego może stać się swego rodzaju podróżą sentymentalną, przeniesieniem do zakończonego dzieciństwa czy młodości, wywołanym przez filmowe obrazy, podobnie jak przenosi nas dawna piosenka, książka, czy miejsce. Mircea Eliade o uczuciach pobudzanych obrazami pisał: „(…) Obrazy wywołane nagle przez jakąś melodię, nieraz najbardziej banalną (…) wyrażają tęsknotę za przekształconą w archetyp, zmitologizowaną przeszłością; (…) «przeszłość» ta zawiera w sobie – poza żalem za czasem minionym – tysiąc innych znaczeń: oznacza ona wszystko to, co mogło się zdarzyć, lecz się nie zdarzyło; smutek wszelkiego stworzenia; (…) żal, że nie żyje się w miejscu i czasie, o których mówi piosenka; (…) wreszcie oznacza marzenie o czymś całkiem innym niż chwila obecna, o czymś nieosiągalnym nieodwołalnie utraconym – marzenie o ‚Raju’” (Mircea Eliade, strona 19-20). 25 lat temu serial miał swoich wiernych fanów, dla których wydawał się fascynujący, ale jednocześnie poza warstwą obyczajową, często niezrozumiały. Dzisiaj świadomie odczytując jego symbolikę, nabieramy przekonania, że jest ona wciąż aktualna i ponadczasowa.

Zaskakujące, że Twin Peaks ogląda się dzisiaj całkiem sprawnie, bez poczucia zażenowania czy rozbawienia naiwnością twórców. Są sceny i wątki, które kino przez 25 lat istnienia udoskonaliło, ale mimo to wracają uczucia strachu i zaniepokojenia, które towarzyszyły oglądaniu filmu za pierwszym razem. Wiemy kto zabił i dzięki temu możemy obserwować wszystko, co dzieje się poza głównym nurtem, czyli śledztwem w sprawie zabójstwa Laury Palmer.

Dlaczego strach?

Serial trudno uznać za arcydzieło sztuki filmowej, ale potrafi rozbawić i pokazać ludzkie słabości z przymrużeniem oka i dystansem, jednocześnie niosąc ze sobą istotny i uniwersalny przekaz. Na tle precyzyjnego doboru wnętrz i dbałości o szczegóły rozgrywa się dramat. Nie jest ważne, czy to Stany Zjednoczone, czy Polska, tragedia jest ta sama i budzi ten sam strach. W Twin Peaks wyraźne staje się przesłanie, że to, co mroczne nie dotyczy tylko marginesu społecznego, środowisk przestępczych, ale przede wszystkim „zwykłych” członków społeczności. Mroczną część nas samych spychamy na margines i zamykamy na nią oczy, zajmując się układaniem bibelotów na półkach, marząc o lepszym życiu czy gotując domowe obiady. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że mrok i zło dotyczą także nas i także w nas samych znajdują swoje miejsce.

Serial składa się z dwóch części. Pierwsza prowadzi do rozwiązania zagadki morderstwa, druga – pokazuje wydarzenia po jej rozwiązaniu. O ile drugą część można pominąć, to pierwsza jest symbolicznym ukazaniem nierozwiązanego konfliktu Cienia, o którym wolimy nie mówić i nie myśleć, udając, że go nie ma.

Lynch pokazał budzenie się Cienia w człowieku, jego funkcjonowanie oraz obezwładniającą moc, gdy ów Cień nie zostanie zintegrowany i włączony do świadomości. W symboliczny sposób wskazał źródła zbrodni, pozbawiając je magicznego charakteru. Twin Peaks można odczytać jako symboliczną opowieść o Cieniu. „Każda kultura, tak jak pojedynczy człowiek, posiada swój Cień – Cień, który zawiera niejasną, nieodkrytą, zapomnianą, niechcianą, niezrozumiałą, nierzadko tajemniczą stronę życia. Nie można wyobrazić sobie człowieka bez jego Cienia, jego świadomości bez nieświadomości, jego wiedzy bez niewiedzy; tak jak nie ma odpowiedzi bez pytania, rozwoju bez przeszkód i cierpienia, a dnia bez nocy.” (s. 6)

W serialu symbolem nierozwiązanego konfliktu Cienia jest ojciec – morderca. W dzieciństwie molestowany i wykorzystywany przez dorosłego, sam stał się zbrodniarzem. Nie potrafiąc przeciwstawić się swojej mrocznej stronie, staje się psychopatą molestującym własne dziecko. Niezintegrowany Cień ojca zagarnął kolejną ofiarę – córkę, która z jednej strony wykorzystywana przez ojca i w końcu zamordowana, z drugiej – sama ulega destrukcyjnej sile swojego Cienia, manifestującego się seksem z wieloma partnerami, przemocą i pornografią. Ale życie większości mieszkańców Twin Peaks zanurzone jest w mroku, konflikcie i strachu, o których nie mówią głośno, przykrywając iluzją idealnego życia.

Cień w serialu nosi imię Bob, jest odbiciem w lustrze, przeczuciem, intuicją bohaterów. Ojciec patrząc w lustro nie widzi siebie, ale swoją niechcianą, zapomnianą i zepchnięta część. Staje się ona jego drugim obliczem. Bob jako symboliczne wcielenie Cienia jest przerażający, brudny, zaniedbany, w wyglądzie bliski żebrakowi, bezdomnemu. Zenon Waldemar Dudek do ludzi Cienia zalicza takie typy postaci jak: „morderca, kat, przestępca, narkoman, chory psychicznie, ale także łagodniejsze zniekształcenia rozwoju ujawniające się pod postacią kłamstwa, kradzieży, mściwości, złośliwości, obwiniania, bezcelowego niszczenia. (…) Człowiek Cienia ma upodobanie w zajmowaniu się śmieciami, brudem, błotem, zabijaniem, rozrywaniem. (…) Typowym człowiekiem Cienia jest żebrak.”(s. 20)

Choć Cień może zostać pobudzony przez krzywdę, którą wyrządza ktoś z zewnątrz, to jego natura jest wewnętrzna i tylko kierując uwagę do wnętrza, można z Cieniem sobie poradzić.

Nadzieja

Lynch, tak jak i psychologia nie zostawia widza bez nadziei. Sam główny bohater, agent Cooper, reprezentuje tę jasną stroną człowieka – duchowość przejawiającą się marzeniem o wyjeździe do Tybetu, kierowanie się zasadami, szacunek do drugiego człowieka, ale przede wszystkim intuicję, wiarę w sny jako wiarę w podświadomość i przekonanie o jej istotnym znaczeniu w rozwoju człowieka. Twórcy serialu w usta innego z bohaterów wkładają credo jasnej strony: „Jestem wyznawcą religii miłości.” A zatem miłość rozumiana szeroko, jako miłość do siebie i świata może nas ochronić przed niszczącym wpływem Cienia.

„Cień w życiu jednostki i kultury może wpływać ograniczająco, wytwarzając postawę obronną, izolującą lub może mobilizować do samopoznania. Jednostka i kultura przekształca Cień w różnych kierunkach – przez sztukę, ciało, organizacje społeczne, system religijny. Jeżeli terapia, sztuka, wychowanie i religia nie potrafią dokonać pozytywnej transformacji Cienia oddziałując na intelekt, wyobraźnię, emocje, ciało, styl życia i postawę, Cień jednostki i kultury uwalnia się w sposób gwałtowny – przez agresję, ruchy kontestacyjne, powiązania mafijne, satanistyczne, rewolucje, wojny. (…) Nie izolacja i tłumienie Cienia, ale jego transformacja jest postawą dojrzalszą.” (s.18)

„Wszystkie próby przetworzenia lęku, agresji, winy są drogą przekształcania Cienia. Służy temu asceza, ale także psychoterapia i świadome rozwiązywanie codziennych frustracji. Pozytywne rozwiązanie problemu Cienia umożliwia panowanie nad lękiem, agresją i winą u siebie. Nie dochodzi do prowokacji w sposób niezamierzony lęku, agresji i winy u drugiego człowieka.” (s. 21)         

Ojciec – morderca także przechodzi transformację i odpuszczone zostają mu winy. Umierając uświadamia sobie okrucieństwo swoich czynów, przyznaje się do niego, dostrzega prawdę i mierzy się z nią. Przywodzi na myśl głównego bohatera innego filmu – Niebezpieczne Związki, Stephen’a Frears’a z roku 1988. Viconte’a de Valmont, który także dorósł i zobaczył swój Cień w chwili śmierci; również on wyznaje winy, uświadamia sobie własne okrucieństwo i w sposób symboliczny transformuje swój Cień.

Niedawno w mediach pojawiła się wiadomość o tym, że Lynch przygotowuje kolejne odcinki serialu. Czy do tego dojdzie i jakie one będą, tego nie wiemy. Pojawia się jednak obawa, czy warto dopowiadać słowa, do sztuki raz już wykonanej. Może to David Lynch sam chce rozwiązać swój konflikt Cienia poprzez sztukę, czego nie zrobił w latach 90-tych?

Komentarze

Dojrzewanie po kawałku

graf. Karolina Lubaszko

Wszystko pasuje – na jakiś czas

Dzień jak co dzień. Budzik, pobudka, kawa, lekkie śniadanie, makijaż, ubranie, błysk w oku, garaż, droga do pracy. Teoretycznie zaczynała od godziny 9:00, ale nie lubiła wpadać na ostatnią chwilę. Dlatego była zazwyczaj już po 8:00 na sali. Miała przed sobą kolejny dzień szkolenia z obsługi klienta z uwzględnieniem asertywnej komunikacji i negocjacji. Lubiła to. Szczególnie energię jaką wytwarzała się podczas szkoleń. Atmosferę uczenia się i dzielenia się wiedzą. Lubiła ludzi. Lubiła jak przy niej rozkwitali, rozumieli, że mogą więcej niż myśleli, jak się doskonalą, jak są zmotywowani, jak chcą wziąć jak najwięcej z tych szkoleń, bo często dopiero wchodzili na rynek pracy, mieli marzenia, cele, życie zawodowe w rozkwicie. Czuła się spełniona. Była doceniana. Wiedziała, że pracuje zgodnie z tym, co umie robić najlepiej, do czego ma dryg i serce. Miała świetny zespół, z którym po pracy też lubili spędzać czas. Zawsze we wszystko mocno się angażowała, trochę nie umiała inaczej, trochę nie chciała. Bardzo dbała o każdy szczegół. Od estetyki i logistyki sali, materiałów, przez siebie swoją wiedzę, przygotowanie, wygląd, wypoczęty świeży umysł, po ostateczny efekt i jakość szkoleń. Delikatny powiew perfekcjonizmu. Ta praca wymagała dużo energii, ale równie dużo jej dawała.

Jeszcze za wcześnie, już za późno

Jednak z biegiem lat, kiedy zrobiła mnóstwo szkoleń i rozmaitych projektów rozwojowych, w podobnym trybie, na podobnie bardzo wysokich obrotach, coś zaczęło się zmieniać. Zobaczyła, że niektóre rzeczy robi wręcz mechanicznie, rutynowo. Niby to zawsze było coś innego, bo odmienni ludzie, nowe grupy – ale poczuła, że ona już w tym nie jest taka sama. Wciąż była zaangażowana, ponieważ nie mieściło się w jej etyce zawodowej to, że można robić to, co ona na pół gwizdka. Że można szkolić na “odwal się”, byle zrobić, byle było. No nie. Nie można. Kiedy, z jednej strony jest pracodawca, który ma założenia biznesowe, z drugiej grupa ludzi, która potrzebuje wysokiej jakości szkolenia, a z trzeciej ona i jej silne poczucie odpowiedzialności za pracę jaką wykonuje. Więc dawała z siebie 110%. W międzyczasie czując, że potrzebuje odmiany, rozwoju, nowego, świeżego spojrzenia na to, co robi. Rozmawiała z pracodawcą o różnych opcjach, które dałyby jej możliwość nowych wyzwań. Nie było takiej możliwości, bo są setki nowych osób do przeszkolenia. Na nowe aktywności – nie było możliwości. Na ciekawe projekty – nie było możliwości. Na lepsze pieniądze – nie było możliwości. Bo to. Bo tamto. Ludzie z jej zespołu zaczęli odchodzić. Atmosfera poszarzała. Ona zaczęła tracić energię, zapał. Zaczęło być byle jak. Doszło do tego, że wykonywała swoje obowiązki z przymusu. Zaczęła być apatyczna, bardziej nerwowa. Stres najłatwiej było zajeść, czy stłumić snem. Do pracy zaczęła przychodzić kilka minut przed 9-tą. Czuła dysonans i rozbicie, że to, co tak całkiem niedawno niosło ją w górę – teraz zaprasza ją w dół.

Szukając, znajdując

W końcu zmieniła pracę. Miała robić ciekawe, rozwojowe rzeczy za godne wynagrodzenie – okazało się, że jest inaczej. Odeszła. Potem założyła z koleżanką własną firmę. Jakiś czas było fajnie. Jednak okazało się, że mają inne spojrzenie na biznes, pracę i życie. W międzyczasie odszedł jej tata. Wtedy przyszedł czas na macierzyństwo – oddała się temu całkowicie. Dużo wtedy myślała. Analizowała. Zaczęła skupiać się na innych rzeczach. Zaczęła dostrzegać inne, nowe, równie inspirujące wymiary życia, doświadczania, odczuwania. Wtedy zaczęła żyć w większej uważności. Zaczęła angażować się także w siebie – nie tylko w innych. Wciąż żyła z energią, radośnie, ale już nie pędziła w tempie sprinteskim. Zaczęła widzieć i rozumieć swoje potrzeby. Dała sobie także pozwolenie na takie myślenie o sobie. Że ją to też dotknęło – przewrotnie, właśnie wtedy, kiedy tak mocno zatracona była w pasji, kiedy nią zarażała, kiedy ta ją niosła. I dopiero wtedy z dystansu i w ciszy zobaczyła, że nie chce już nigdy być wypalona.

W zgodzie ze sobą

Dziś jest szczęśliwa, uważna i słucha siebie. Dziś jest od-rodzona. W pewnym sensie narodzona na nowo. Tak to czuje. Dziś jej misją jest praca z kobietami poszukującymi swojej drogi zawodowej. Z kobietami na rozdrożu. Wspiera w dotarciu do punktu, w którym to, co umiesz, chcesz i możesz robić – przekłada się na Twoją wymarzoną pracę. Pomaga odnaleźć talent, mocne strony, by na nich budować spełnione życie zawodowe. Dziś wie, że świadomość tego, co kochasz robić i czego potrzebujesz do spełnienia w pracy, to wielkie szczęście. Wie także, że to szczęście ma swoje cienie. Zna te cienie i już wie, czego zabrakło, aby przeciwdziałać swojemu ówczesnemu wypaleniu zawodowemu.

Dlatego to dziś czytasz. Dlatego, by twoje od-rodzenie wynikało z odkrywanej doświadczeniem świadomości czego chcesz, a czego nie chcesz robić. Dlatego byś wiedział/a, że nie koniecznie trzeba się od-rodzić w tym sensie, że coś wcześniej musi umrzeć i tak bardzo boleć. Możesz nieco wcześniej słyszeć siebie. Możesz obserwować jak się czujesz, jak myślisz. Możesz dbać o poziom tego, co cię stresuje i jak sobie z tym radzisz. Bohaterka tej historii długo nie dostrzegała symptomów, a raczej nie chciała ich dostrzec. A sygnały płynęły zewsząd. Z wewnątrz – stan fizyczny i komunikaty z ciała, stany psychiczne, emocje, oraz z zewnątrz – otoczenie, ludzie, miejsca, sytuacje.

Przed wypaleniem można się zabezpieczyć, można mu przeciwdziałać i jest to absolutnie i całkowicie możliwe.

Jeżeli miałbyś czytelniku wynieść z tego tekstu tylko jedną rzecz, to wynieś to: tkwienie w warunkach wypalenia zawodowego nie przyniesie zmiany, zaś zmiana to jedyny skuteczny sposób na nie.

Życzę ci swobodnego, uważnego odradzania. Świadomego. Żegnającego z wdzięcznością to, co już jest nie twoje, z czym ci nie po drodze, co uwalnia przestrzeń na nowe, spójne z tobą. Jeżeli życzysz sobie rozwoju – to ja życzę by był uważny i by nigdy nie był zamiast.

Komentarze

Odrodzenie na wsi

graf. Tomasz Opaliński

Czyli o tym, jak Wieś Spokojna pozwoliła mi zbudować kojącą i rozwijającą markę. 

Odrodzenie to dla mnie uczucie oczyszczenia, zwiększonej pewności, spełnienia. Przeżyłam odrodzenie trafiając tutaj, gdzie obecnie mieszkam. Nazywam to miejsce Wsią Spokojną, Wsią Szczęśliwą, a ludzi – Ludźmi Kochanymi. Moje odrodzenie to wpływ tutejszych okoliczności, realiów i warunków. Choć nie twierdzę, że wszystkim się zachwycam i większość akceptuję. Nie, skądże. Wręcz przeciwnie. Widzę, jak łatwo można się zatracić. I już nigdy nie odrodzić, pozostać przytłoczonym ograniczeniami tego miejsca.

Ja jednak poświęciłam resztkę sił na odnalezienie magii tych stron. I właśnie one pozwoliły mi się zawodowo odrodzić. Co za tym idzie stworzyłam markę Slowkariera.pl.

Odrodziłam się w mroźnym powietrzu, w prostocie i w poczuciu wdzięczności. Odradzałam się niespełna dwa lata. Dopiero Wieś Spokojna, Wieś Szczęśliwa (jak nazywam swoją miejscowość) pozwoliła mi zrozumieć, dokąd (zawodowo) dążę. Zaczęłam się odbijać w oczach, rozumieniu i perspektywach ludzi, z którymi niewiele mnie łączyło. I tak następowało Odrodzenie, Odbicie (w lustrze) i taniec Oczywistości. Tak stępowały na moje obowiązki spokój, harmonia i wdzięczność. Z czasem zaczęłam inspirować ku temu innych. Zechciałam, żeby Slowkariera.pl zaczęła motywować do (zawodowego) odrodzenia także innych ludzi. Slow zaczęło się tutaj.

Choć mieszkam w samym środku Wsi Spokojnej, Wsi szczęśliwej, to patrzę z daleka, bywam fragmentarycznie. Odrodzenie następowało i następuję do wewnątrz. Za towarzystwo wystarczą mi bażanty, sarny i koty. Irytuję się na wyjazdy do miasta, na całą tą formalną otoczkę swojej slow działalności. Chciałabym, żeby ona pozostała slow i pozostała tu, gdzie się urodziła i zakorzeniła. Niestety, tak się nie da. Trzeba się czasem pokazać i odezwać. Cóż, czasem lubię. Pokazuję się i odzywam zatem gdzie indziej, niż na Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej, a odpoczywam – właśnie tutaj. Pod tym niebem. Z odpoczynku, ciszy i jakości rodzi się odrodzenie pragnień zawodowych, czyli Slow Kariera.

Cieszę się, jak dziecko, zakładając nowy, miękki, błękitny płaszcz. Nareszcie mam płaszcz w odcieniu nieba, pod którym zrodziła się Slowkariera.pl (moja misja). Ta marka odrodziła mnie. Odrodziła wszystkie moje wcześniejsze zamierzenia, śmiałe propozycje, ciche wtrącenia. To tu, gdy odkryłam i zaczęłam stosować metodę slow kariery (a później uczyć niej innych) zrozumiałam, czym jest Odrodzenie.

Kiedy…

Kiedy zaczynasz działać zgodnie ze swoimi zasadami, rodzi się w tobie naiwność (że świat też będzie je akceptował).

Kiedy zaczynasz weryfikować swoje możliwości, rodzi się w tobie przekonanie, że potrafisz.

Kiedy poświęcasz się temu, co ma dla ciebie znaczenie, rodzi się w tobie siła, która pozwala mi odpierać wszelkie niedogodności.

Odrodzenie jest proste i nie zawsze jest spektakularną zmianą.

Choć dotychczas mówiłam o pracy (slow karierze), to tutaj praca jest nierozerwalnie związana z życiem. Z takim prostym życiem – przeżyciem, wyżyciem i użyciem (po używaniem sobie).

Chłoniesz to wszystko. Albo tylko z tego korzystasz. Ewentualnie raz na jakiś czas dajesz się skusić.

I odradzasz się.

Odradzasz ku znalezieniu czasu.

Czas zaczyna płynąć inaczej – wypełniasz go swoimi decyzjami zamiast spełnianiem czyichś oczekiwań. Kiedy ktoś zadaje mi pytanie dlaczego nie chcę żyć inaczej, mówię – Ja już dwa razy w życiu mogłam umrzeć, szkoda mi życia na robienie czegoś, czego nie czuję. To czuję, więc jest jak jest i właśnie tak jest.

Odradzasz ku naturze.

Gdy jest ciepło, dzień zaczynam od medytacji na ogrodzie. Pachnie ziołami, zbożami i kurzem. Krzyk dzikich kaczek splata się z dźwiękami mantr na słuchawce.

Odradzasz ku nazwaniu wartości po imieniu.

Eliminujesz wszystko, co jest ci szumem. Czerpiesz tylko z tego, co wzmacniające. Zgadzasz się na to, co rozumiesz.

Zaczynasz żyć naprawdę.

Komentarze

Dostać drugą szansę – odrodzenie po związku

Długotrwały związek to nie tylko wspólne wspomnienia, zainteresowania czy plany. Nawet przy największej dbałości o niezależność przejmujemy cechy partnera, tworzymy swój słownik, śmiejemy się z żartów możliwych do zrozumienia tylko nam. Rozstanie w takiej sytuacji stanowi zarówno redefinicję oczekiwań, ale i utratę kawałka tożsamości, wypadkowej zderzenia dwóch jednostek. Tę lukę, można zapełnić tylko odradzając się na nowo.

na nowo

graf. Urszula Zabłocka

„Odkąd skończyłam 17-lat zawsze byłam w związku. Nie umiem odnaleźć się sama” – opowiada 27-letnia Iga, która zakończyła swój czteroletni związek. Choć, jak sama zaznacza, „obyło się bez dramatów”, a para zgodnie stwierdziła, że dawne uczucie jest już tylko ciepłym wspomnieniem, trudno jej odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Życie po związku to szukanie siebie na nowo. O ile kiedykolwiek się siebie odnalazło.

Córka, partnerka, żona

Gdzie w tym wszystkim ona? Wymagania kulturowe, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, starają się przyporządkować kobietom role, a przetarte ścieżki z dumą prezentują córkom i wnuczkom starsze pokolenia. Dobra córka jest dobrą uczennicą, chętną pomocnicą, a przy wigilijnym stole grzecznie odpowiada na pytania o obecnego chłopaka by później, z tym samym uśmiechem potakiwać na pytania o dzieci. Brakuje przestrzeni na szukanie własnej, dojrzałej tożsamości. Ta smutna narracja powoli traci rację bytu przy powszechnej emancypacji, tym gorętszej przez ostatnie dyskusje o prawach kobiet. Niemniej to kobiety, częściej niż płeć przeciwna, szukają w życiu aprobaty i punktu odniesienia. Wyśmiewana kobieca naiwność bierze się często z potrzeby aprobaty społecznej, potrzeby afiliacji i ufności, że komplementy i uczucie partnera są spełnieniem jej marzeń. Ukonstytuowanie marzeń nie jest możliwe, jeżeli kobieta nie znajdzie przestrzeni na odnalezienie siebie i odkrycie pragnień. „Po siedmiu latach zrozumiałam, że oczekuję więcej, oczekuję czegoś innego” – mówi 32-letnia Karolina, podobnie, jak pierwsza rozmówczyni, pozostająca w związkach od czasów licealnych. Szukanie siebie w bliskości drugiej osoby jest tym trudniejsze, im mniej znało się siebie wcześniej. Pomiędzy córką, partnerką a żoną, musi się znaleźć miejsce na kobietę.

Puste szuflady

„Mieliśmy problem z podzieleniem rzeczy, kiedy się wyprowadzał. Tak wiele z nich było wspólnych albo stanowiło komplet” – kontynuuje Iga. Nie ma poczucia straconego czasu. Uderza ją cisza, ale nie jest gotowa, aby wypełnił ją ktoś inny. Kończy oglądać ostatni sezon serialu, który zaczynali razem. Jedną z najtrudniejszych rzeczy w odradzaniu się na nowo, jest na pewno kontunuowanie rytuałów, które były rytuałami pary, zgodnymi z zainteresowaniami obojga. Tanie poniedziałki w kinie, czwartkowe spacery albo śniadania w modnej knajpie są od teraz do wyboru samotne, kontynuowane ze znajomymi lub porzucone na rzecz pustki. Przy zdrowej dozie niezależności w długotrwałym związku godzimy się na przemilczane ustępstwa. Pojawia się więc pytanie, które aktywności są „moje”, a które były „nasze, ale bardziej jego”. Pytania o plany na wieczór czy danie na obiad milkną w przestrzeni zdecydowanie bardziej pustego mieszkania, ogołoconego z obrazka czy ekspresu do kawy. Odradzanie dotyczy więc nic nieznaczących, błahych drobiazgów i spraw dużo większego kalibru.

Najbliższa bliska

„Był nie tylko moim partnerem, ale też, a może przede wszystkim, przyjacielem” – wspomina Karolina. Budowana latami bliskość, nawet, kiedy wygaśnie już namiętność i pożądanie, nadal pozostaje ogromną intymnością. To właśnie partner widział nas w chwilach największych słabości. To przy nim byłyśmy wściekłe, upokorzone, rozkapryszone i pyszne. Płakałyśmy ze szczęścia lub po stracie, podejmowałyśmy dobre decyzje lub żałowałyśmy tych złych. Taka przyjaźń, szczególnie otwarta ze względu na łączącą relację, podbudowana oczekiwaniami o poradę i wsparcie, jest największą stratą. W związku decyzje są zawsze w jakiejś części wspólne, nierzadko dzielimy odpowiedzialność. Odrodzenie to czas na nową przyjaźń, na zaprzyjaźnienie się ze sobą. Poznanie i polubienie siebie, zaakceptowanie wad i wykrzesanie zalet. Strata najlepszego przyjaciela może być okazją na poznanie nowego, tego na całe życie.

Ze związku w związek

Mówi się, że do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy. Powiedzenie mogłoby mieć drugą część – po wyjściu z wody nie powinno moczyć się zbyt szybko. Zachowanie odstępu między dwiema relacjami, poza sytuacjami, gdy odchodzimy do innej osoby, to idealny czas na odrodzenie. Wnoszenie do nowego związku dawnej siebie, pełnej przyzwyczajeń, ale i oczekiwań formułowanych wobec poprzedniego partnera jest wchodzeniem z ogromnym bagażem. Bagażem, który szybko może pociągnąć na dno, choć wcześnie pozwalał na spokojne dryfowanie. Nowy partner ma prawo do poznania wolnej kobiety – wolnej nie tylko od strony formalnej. W innym wypadku relację mogą zniszczyć pretensje wynikające z mimowolnego porównywania. Zachowując odstęp czasowy, dajemy sobie jednak szansę na zupełnie inny rodzaj odrodzenia. Odnajdywanie siebie w zderzeniu z kolejnym partnerem to nowe doświadczenia kształtujące tożsamość. „Przy K. byłam zupełnie inna niż przy moich wcześniejszych facetach. Stałam się lepszym człowiekiem” – wspomina Iga. Druga osoba to zupełnie inny, nieznany nam rodzaj stymulacji, wyzwalającej inne zachowania i reakcje, a także sytuacje, w których jeszcze nie byliśmy.

Odrodzenie seksualne

Nowa relacja niesie za sobą także inne doświadczenia seksualne. Wchodząc w nią świadomie wiemy już, co sprawia nam przyjemność, a za czym nie przepadamy. Jednocześnie, może się okazać, że stymulacja, która kiedyś była niesatysfakcjonująca, stała się taką przy innym kochanku. Postawa pełna otwartości i – przynajmniej na początku – wyzbycie się oczekiwań, pozwoli przyjmować nowe doznania. „Przy D. stałam się dominującą partnerką seksualną” – mówi Karolina. Choć mamy określone preferencje seksualne, zderzenie z drugą, zupełnie inną jednostką, może odkryć zupełnie odmienne obszary seksualności. Kluczem do satysfakcji seksualnej odrodzonej kobiety jest bez wątpienia świadomość i komunikacja. Przy budowaniu tej pierwszej, pomocny będzie autoerotyzm.

Wypełnienie pustki po rozstaniu to moment na odnalezienie siebie czy po raz pierwszy, czy po raz kolejny. W pustych szufladach świetnie sprawdzą się swoje rzeczy, wspólne plany idealnie zastąpią swoje plany, wahanie zastąpią swoje decyzje. Kluczem do odrodzenia jest miłość. Do siebie.

Komentarze

Kobieta silna – wywiad z Agatą Wiktorią Śmierzyńską

Agata Wiktoria Śmierzyńska – prezeska Fundacji Anioły Kultury, inicjatorka projektów „Narodzić się na nowo” oraz „Kobiety i dzieci w ogniu wojny”.  W przeszłości głęboko doświadczona przez życie, przez co jej celem nadrzędnym jest pomaganie matkom pozostającym w najtrudniejszych sytuacjach życiowych, szczególnie ofiarom wojny i terroryzmu. Prywatnie – szczęśliwa mama trójki dzieci, którą mam przyjemność znać osobiście. W wywiadzie zapytałam Agatę, jak udało jej się przezwyciężyć poważny kryzys życiowy, a także zdobyć siły na to, by z zaangażowaniem i determinacją pomagać innym. 

Źródło: aniolykultury.pl

Adrianna Anna: Z czym kojarzy ci się słowo: „odrodzenie”?

Agata Wiktoria Śmierzyńska: Kiedy dziś rano spojrzałam za okno i zobaczyłam pierwsze, wiosenne promienie słoneczne po szarej i ciemnej zimie to poczułam, że tak – to właśnie jest odrodzenie. To, co było martwe lub też poddało się hibernacji, na nowo narodziło się do życia, obudziło i rozkwitło.

AA: Czy kiedykolwiek miałaś wrażenie, że „odrodziłaś się na nowo”?

AWŚ: O tak. Zdecydowanie. W moim życiu było kilka takich momentów. Pierwszy taki ważniejszy moment to czas, kiedy miałam szesnaście lat. Ktoś skonfrontował mnie wtedy z możliwością odrodzenia duchowego. Wcześniej nawet nie wiedziałam, że takie istnieje, i że ja go potrzebuję. Następnym takim momentem, bardzo trudnym, było odradzanie się po decyzji odejścia z domu pełnego agresji. W 2008 roku wraz z dziećmi, w tym półtorarocznym synkiem, znalazłam się na ulicy… bez żadnych środków finansowych, bez perspektyw na wynajęcie mieszkania…

Źródło: aniolykultury.pl

AA: Co sprawiło, że zaczęłaś się podnosić?

AWŚ: Dzieci. Moją motywacją zawsze były dzieci. W destrukcyjno-uzależniającej relacji, w jakiej się znalazłam, dzieci były jedynym bodźcem, by się nie poddać.

AA: Jak zacząć „się odradzać”?

AWŚ: Człowiek jest częścią natury ale nie tylko. Jest również częścią rzeczywistości duchowej. To, co jest naturalne nie zawsze ma wpływ na to, co duchowe, ale zależność odwrotna przebiega zawsze. Dlatego odrodzenie duchowe powinno być pierwsze.

AA: Czy można poradzić sobie samemu, czy ważna jest pomoc innych?

AWŚ: Jeśli mówimy o odrodzeniu duchowym, jako priorytetowym, to źródło pomocy również powinno pochodzić z tego obszaru. Osobiście doświadczyłam Boga jako Ojca – co dla zranionych kobiet jest niezwykle ważne. Zdecydowanie większość złych decyzji, jakie kobiety podejmują w życiu bierze się z braków albo z niedostatecznego okazywania miłości przez ich rodzonego tatę – jego nieobecność, brak aktywności. Tego rodzaju duchowa relacja uleczyła mnie, wyzwoliła z wszelkich moich obaw i dała głębokie poczucie wartości.

AA: Proszenie o pomoc jest siłą czy słabością?

AWŚ: To zależy. Może odwrotnie: czasami nie proszenie o pomoc to siła, a czasami słabość wynikająca np. z dumy. Mnie to przychodziło zawsze z ogromną trudnością. Być może dlatego tak długo tkwiłam w związku, który mnie niszczył. Nie skarżyłam się, próbowałam unieść sama konsekwencje moich decyzji, gdyż odpowiedzialność uważam za cechę fundamentalną człowieczeństwa. Ale kto nie umie brać, nie umie też dawać. Żyjemy w społeczeństwie i potrzebujemy siebie nawzajem. Silniejsi powinni podtrzymywać słabszych. Ale ci słabsi z kolei, powinni zrobić wszystko, aby znaleźć się w procesie prowadzącym ich do tego samego miejsca, w którym są silniejsi. Oczywiście, są też osobowości pasożytnicze,  roszczeniowe. Niszczą one relacje między silniejszymi i słabszymi, gdyż powodują nieufność u tych pierwszych i brak rozwoju u tych drugich. Mimo tego, gdy kobiety czują, że im lub ich dzieciom dzieje się krzywda – powinny szukać pomocy. A ludzie ustabilizowani życiowo, moim zdaniem, poprzez swoją stabilną pozycję w społeczeństwie powinni im pomóc.

Źródło: aniolykultury.pl

AA: Jak to się stało, że założyłaś Fundację Anioły Kultury? Czy ktoś ci pomagał?

AWŚ: Ze względu na to, czego sama doświadczyłam – bardzo pragnęłam pomagać kobietom i dzieciom w sytuacji trudnej, nawet gorszej niż była moja własna. Fundacja działa w Polsce, a także na Bliskim Wschodzie. Myślę, że każde początkowe dzieło rodzi na początku dystans, szczególnie kiedy jest niestandardowe i odważne. Nie było więc zbyt wielu kibicujących. Ale z czasem – kiedy przetrwało pierwsze próby czasu – sytuacja się zmieniła. I tak właśnie jest z Fundacją Anioły Kultury. Nie ma stagnacji. Od początku jej powstania rozwija się i wciąż narasta grupa sympatyków oraz pomocników.

AA: Czym zajmuje się twoja organizacja?

AWŚ: Fundacja Anioły Kultury unosi się na dwóch skrzydłach. Pierwsze z nich to programy społeczne. Mamy dwa główne projekty. „Kobiety i dzieci w ogniu wojny” to projekt adresowany do kobiet i dzieci z obszaru objętego lub zagrożonego wojną. Natomiast „Narodzić się na nowo” dotyczy pomocy polskim rodzinom niepełnym. Mamy też dwa programy – Adopcję Serca i Wolontariat. Drugim skrzydłem Aniołów są studia nad kulturą, czyli badanie związków między kulturą a społeczeństwem, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet i dzieci.

AA: Co może pomóc osobom takim jak ty, działającym społecznie?

AWŚ: Informacja. To jest chyba rzecz najcenniejsza we współczesnym świecie. I jednocześnie zła informacja oraz jej zalew są czynnikami destabilizującymi i ogłupiającymi. Potrzebujemy przekazu dobrej informacji… więc jeśli informacja o fundacji Aniołów jest dla was dobrą informacją – najbardziej pomoże nam podawanie jej dalej. Wówczas na pewno znajdą się ci, którzy w specyficznych obszarach Fundacji znajdą miejsce dla siebie. Jak rozróżnić złą informacje od dobrej informacji? To proste. Zła informacja powoduje, że nasze konformistyczne tylnie poduszki wciskają się jeszcze bardziej w fotele przed szklanymi ekranami – ale wystarczy podać dalej dobrą informację, a fotele pozostają puste!! Ludzie dobrej woli istnieją! Trzeba ich tylko znaleźć, a wy możecie nam w tym pomóc.

Źródło: aniolykultury.pl

AA: Masz jakieś rady dla osób z pomysłem, które chciałyby założyć Fundację?

AWŚ: Zacznijcie od pomagania tym, którzy już je założyli. Zacznijcie od najprostszych rzeczy, od pochylenia się nad człowiekiem na ulicy, od zapytania kogoś, kto już coś buduje „w czym pomóc”. Oczywiście, ważne jest to, aby rozeznać czy ktoś buduje własne ambicje, czy odpowiada po prostu na potrzeby. Zdecydowanie tych pierwszych będzie więcej. Ci drudzy zazwyczaj odradzają się z własnego bólu. Byli martwi, a ożyli. Przeszli przez odrodzenie. Znają z autopsji miejsce, w których są ci, którym chcą pomóc. Takich ludzi warto szukać. Bywa, że i oni zapominają kim byli. Ale to jedyna właściwa droga według mnie. W najprostszych rzeczach sprawdza się nasze serce, nasza postawa, czy naprawdę chcemy pomagać. Prawdziwe pomaganie wiąże się także z ceną do zapłacenia. Jest to cena własnego komfortu, wygody, pochlebnej opinii… Świat nie żyje wartościami tego typu, gdyby żył, czy nie byłby inny?

AA: Niedawno o twoich działaniach mogliśmy usłyszeć w audycji Polskiego Radia „Kobiety Sukcesu, Kobiety Biznesu”. Czujesz, że osiągnęłaś sukces?

AWŚ: Na naszej lodówce w domu wisi magnez z takim napisem: „Droga do sukcesu jest zawsze w budowie”. Uczę przez to swoje dzieci, że z jednej strony nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia, a z drugiej – nie ma takiego miejsca, które pozwałoby na pełną satysfakcję i laury. Natomiast sukcesem, z którym mogę się całkowicie zidentyfikować jest siła, która spowodowała, że nigdy się nie poddałam, choć byłam w ekstremum.  

Komentarze

Śniadania Świadomych Blogerek i Świadomych Kobiet – wywiad z Izabelą Kornet

Śniadania Świadomych Blogerek i KobietPasją zaraża innych, dzieli się pomysłami, wspiera blogerki w drodze do sukcesu i buduje niezwykłą społeczność kobiet za pomocą Śniadań Świadomych Blogerek i Świadomych Kobiet, przeznaczonych dla pań, które znają swoją wartość i nie boją się działać. Dziś na łamach Przestrzeni rozmawiamy z Izabelą Kornet – przedsiębiorczynią, studentką, blogerką i kobietą z pasją.

Paulina Gaworska: Skąd pomysł na wydarzenie Spotkania Świadomych Blogerek i Śniadań Świadomych Blogerek?

Izabela Kornet: Pomysł narodził się około dwa lata temu. Wiedziałam, że będzie wymagał mnóstwa czasu, dlatego odkładałam go na później. W czerwcu zeszłego roku miałam wypadek i tak się zdarzyło, że miesiąc spędziłam w łóżku, postanowiłam go przeznaczyć na organizację Spotkania Świadomych Blogerek – zaczęłam pisać maile, zajęłam się promocją wydarzenia, potem było szukanie lokalu i rekrutacja uczestników.

PG: Jaka idea przyświeca Spotkaniom Świadomych Blogerek i Kobiet?

IK: Założenie było takie, że Spotkania Świadomych Blogerek, czyli mała zamknięta konferencja, będzie odbywać się raz do roku po to, aby wspierać kobiety blogujące, które publikują świadome treści w Internecie. Po pierwszej konferencji, która miała miejsce w listopadzie 2016 roku narodził się pomysł, aby zorganizować cykliczne śniadania. Było to wyjście naprzeciw potrzebom uczestniczek konferencji, które wyraziły duże zainteresowanie kolejnymi spotkaniami. Moją główną ideą jest wspieranie kobiet w rozwoju osobistym, w aktywności i w biznesie, bo uważam, że jeżeli możemy dać kobietom narzędzia i kreatywną przestrzeń do pracy, to mogą zrobić wielkie rzeczy. Chcę im pomagać w realizowaniu marzeń nie tylko w biznesie, ale i w codzienności.

PG: Czy trzeba być blogerką, aby uczestniczyć w Śniadaniach Świadomych Kobiet?

IK: Na Śniadania Świadomych Kobiet mogą się wybrać dziewczyny, które mają swój biznes, ale niekoniecznie muszą mieć swoją działalność gospodarczą, mogą chcieć się rozwijać, potrzebować równowagi między pracą na etacie a rodzicielstwem. Takie spotkania mogą być dla nich odskocznią od codzienności i motywacją do działania.

PG: Co było dla ciebie najtrudniejsze w realizacji pierwszego spotkania – konferencji Świadomych Blogerek?

IK: Podeszłam do tego bardzo pozytywnie, nie miałam dużych ograniczeń czasowych, ponieważ zaczęłam je planować już w czerwcu, miałam pięć miesięcy na organizację. Najtrudniejsze było znalezienie odpowiedniego lokalu, odwiedziłam około 25 miejsc w Bydgoszczy, zanim znalazłam ten wymarzony.

PG: Prowadzisz bloga, udzielasz konsultacji biznesowych, tworzysz naturalne kosmetyki i jeszcze studiujesz – powiedz, jak to wszystko razem łączysz? Jaki masz sposób na organizację czasu?

IK: Zrezygnowałam z branży naturalnych kosmetyków, moich zobowiązań było tak dużo, że musiałam wybrać. Jednak wiem, że organizowanie warsztatów kosmetycznych dużo mnie nauczyło.  Na co dzień – dużo planuję, mój dzień jest udany, kiedy budzę się i mam gotową listę zadań do wykonania. Planowanie jest moim przepisem, aby zawsze mieć wszystko pod kontrolą.

PG: Z tak zapełnionym kalendarzem jest miejsce na życie prywatne?

IK: Jest, choć był czas, kiedy go nie było. Wtedy powoli traciłam chęć do robienia tego, co wcześniej sprawiało mi wiele radości, odkładałam zadania na później, nie miałam siły podjąć nowych wyzwań. Obecnie stawiam najpierw na to, aby zadbać o siebie, by być wypoczętą, ponieważ jeśli ja będę mieć dużo energii, praca będzie efektywniejsza.

PG: Jak radzisz sobie z wydarzeniami, na które nie masz wpływu?

IK: Ostatnio miałam takie sytuacje, a są związane z moimi studiami, np. niezbyt korzystny plan. Przyjęłam taką zasadę, że zdarzenia, na które nie mam wpływu nie pojawiają się w mojej głowie, jako zmartwienia. Jeśli coś się stało, a ja nie mogę tego odwrócić, to staram się dostosować do sytuacji i wykorzystać ją na swoją korzyść.

PG: Zdradzisz nam, jakie masz plany związane z firmą i spotkaniami?

IK: Jestem osobą, która bardzo rzadko mówi o swoich planach i marzeniach do czasu, aż nie postawię pierwszego kroku. Mogę jednak powiedzieć, że chcę stworzyć wspólny projekt z blogerkami, które biorą udział w cyklicznych Śniadaniach oraz chcę wyjść ze Śniadaniami do innych miast.

Izabela Kornet – prowadzi firmę Sukces rodzi się z serca – Izabela Kornet, zajmuje się udzielaniem konsultacji biznesowych, dla wszystkich, którzy chcą z pasją i zaangażowaniem rozwijać swoje inicjatywy. Iza prowadzi również blog The Secret of Healing, gdzie poczytasz nie tylko o naturalnych kosmetykach, ale również o tym, jak dbać o siebie w każdej sferze życia.

Komentarze

Odródźmy się na nowo!

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Przychodzi wreszcie ten czas, gdy wszystko budzi się na nowo do życia. Zwierzęta wybudzają się ze snu zimowego, roślinność zakwita ponownie, i ludzie stają się jakby żywsi. Wreszcie wyłaniają się z zimowego letargu i ponownie wypuszczają pączki.

Siła wiosennego odrodzenia

Nie ma nic piękniejszego, niż uśmiech na ustach i siła, i energia w ruchach. Podejrzewam, że nie pomylę się wiele, jeśli stwierdzę, że większość z nas na wiosnę staje się bardziej szczęśliwa. Jesteśmy wtedy przecież bardziej witalni, mamy ochotę eksperymentować, bawić się, ruszać i robić inne rzeczy, które w sezonie zimowym nas skutecznie odstraszały.

Z czego to wynika? Najprostszą odpowiedzią w tym przypadku jest po prostu – z pogody. Robi się cieplej i bardziej karmimy się słońcem, niż jedynie marnej jakości energetykami. Wtedy to pojawiają się nam zupełnie nowe pomysły w głowie, jesteśmy gotowi podbić świat i pokonać samych siebie!

Silni i świadomi

Wiosenne odrodzenie to także czas nowych decyzji. Decyzji, które krążyły nam gdzieś tam między myślami, ale skutecznie skrywały się za płaszczykiem jesiennej chandry i ogólnego wycofania. Wiosna, w magiczny sposób, sprawia, że zaczynami się trochę mniej bać i przejmować się porażką, a bardziej skupiamy się na wyznaczonych celach i własnych marzeniach.

Nagle zupełnie nie obchodzi nas, co pomyślą sąsiedzi, gdy o godzinie 6:30 wylatujemy z domu i robimy dziesięć okrążeń wokół bloku. Priorytetem naznaczamy potrzeby własne i naszych najbliższych. Pozostajemy otwarci na miłość, czy tam zauroczenie, ale nie jest to naszym celem. Wiosna ma być nasza, po prostu.

Wiosną musi się dziać

Zdarza się jednak też tak, że na wiosnę czujemy niesłychanie silną potrzebę zmian! Szczególnie widoczne jest to u kobiet, choć i panowie podejmują nieraz całkiem zaskakujące decyzje. Potrzebujemy przestrzeni, nowości, przyśpieszonego oddechu, wrażeń. Musi się dziać.

Przecież tym różni się wiosna od zimy. Wreszcie życie nabiera kolorów, ludzie zyskują energię, wszystko nabiera rozpędu. Świat i życie się dzieją, a nie tylko tkwią w bezruchu.

Wszystko płynie

I to jest naprawdę piękne. Bawmy się naszym wiosennym odrodzeniem, bawmy się przestrzenią, odkryjmy ją na nowo. Przecież wszystko płynie, wszystko się zmienia. Krzew, drzewo, czy nawet kwiat znane nam rok temu, teraz mogą przybrać już zupełnie nowe barwy, kształty, a nawet i rozmiary. Roślinność stale ewoluuje, rozwija się, zakwita i obumiera.

Podobnie jest z nami. Wznosimy się i upadamy. Bardzo często nie jesteśmy nawet w pełni świadomi tego procesu. Orientujemy się najczęściej w chwili zadumy, czy refleksji. Dogania nas ten moment, w którym dociera do nas, jak wiele nam się udało i jak wiele nam nie wyszło. Robimy szybki bilans i wychodzi nam, że nie ma jednoznacznej reguły, ani odpowiedzi na pytanie „jak żyć?”. Skromną podpowiedzią może być jedynie odpowiedź: „iść do przodu i odradzać się na nowo”.

Komentarze

Odrodzenie według Donalda Trumpa

Chociaż minęło już kilka miesięcy odkąd napisałam poniższy komentarz, jego treść nadal wydaje się dość aktualna, a zważając na ostatnie (albo i wszystkie) wydarzenia związane z prezydenturą Donalda Trumpa, może i nawet bardziej odczuwalna.

Źródło: economist.com, KAL’s cartoon, 3 grudnia 2016

Komiks, który przykuł moją uwagę, wydrukowany został w magazynie The Economist (03.12.2016), a ukazuje on krótką rozmowę między starszą kobietą ubraną w cygańską chustę, dzierżąca kulę do wróżenia, oraz Wujkiem Samem, popkulturowym uosobieniem Stanów Zjednoczonych, ewidentnie zaniepokojonym przyszłością kraju pod przywództwem Donalda Trumpa. W tym celu, prosi on wróżkę aby wyjawiła myśli głęboko skryte w odmętach nieprzeniknionego intelektu rezydenta Białego Domu. Jednak, zanim przystąpi do działania, potrzebuje chwili aby dokończyć sesję z poprzednim klientem, Donaldem Trumpem we własnej osobie. On sam próbuje dojść do tego, co właściwie myśli.

Czy zdaniem autora komiksu jest zatem on bezmyślnym kretynem? Oczywiście, to byłaby najprostsza i najbardziej okrutna dla prezydenta interpretacja, aczkolwiek wolę zdystansować się od tego, co oczywiste i przeanalizować temat w nieco inny sposób. Według niektórych tradycji, rola wróżby nie jest przedstawiana, jako totalna brednia, ale poważne polityczne narzędzie. Tak, jak w przypadku Elżbiety I, Królowej Anglii i Irlandii w XVI wieku, która to regularnie konsultowała swoje decyzje polityczne z Dr Johnem Dee, nie tylko ze względu na jego imponującą znajomość matematyki, geografii, ale również dzięki rozeznaniu w tzn. hermetyzmie [1]. Tym samym, i Donald Trump mógłby skorzystać z tej anglosaksońskiej wiedzy aby pokazać, jaką estymą darzy tradycje Starego Kontynentu, i jak umiejętnie potrafi z nich czerpać. Jako, że jest prezbiterianinem, co wielokrotnie podkreśla z godnym Donaldowi Trumpowi powołaniem, nieobca musi mu być mistyka i wrażliwość religijna. W końcu wierzy we wszechpotężne Nomos i Logos decydujące o losach świata.

Nie należy, oczywiście, zapomnieć o postaci Wuja Sama. Społeczeństwo Stanów Zjednoczonych, państwa zbudowanego na filarach religii monoteistycznej, tak jak i inne, podobne mu społeczeństwa, wytworzyło przekonanie o byciu narodem wybranym. Tym samym niezależnie od tego, jak bardzo Żydzi będą się ubiegać o ten tytuł, jak silnie Polacy czy Portugalczycy zakorzenią to przekonanie we własnej kulturze i mentalności, oczywiste jest to, że w istocie Narodem Wybranym mogą być jedynie Amerykanie (tu wpisz jakikolwiek powód, a będzie on dobry). Idąc dalej tym tropem, według Augustyna z Hippony, jedynie państwo oparte na szlachetnych ideach religii chrześcijańskiej (tak jak USA) , pełne łaski dla innych braci i sióstr (tak jak USA), wciąż dążące do ustanowienia pokoju, uznane może być za ziemski model civitas dei [2]. Jeśli nawiążemy do myśli niektórych filozofów, Orygenesa czy Euzebiusza z Cezarei, Imperium Rzymskie miało realizować właśnie ten boski plan na ziemi, jednak jako że nic na ziemi nie może dorównać swoją doskonałością temu, co w Królestwie Niebieskim, więc zaraz po długim okresie schyłkowym po prosty upadło.

Co jeśli i Stany Zjednoczone są na początku trudnego okresu, który może grozić kryzysem ekonomicznym a w efekcie upadkiem? W celu zachowania dóbr materialnych i przywrócenia wielkości USA [3], Bóg zsyła na ziemię jego, Donalda Trumpa, Mesjasza kapitalizmu, który wie, że czasy racjonalizmu, chłodnych statystyk i kalkulacji minęły, a kryształowa kula i pusta głowa, to jedyne zbawienie…

[1]  greko-egipska mistyczna grupa pogańska, której wierzenia są zawarte w zbiorze zwanym Corpus Hermeticum – grupie osiemnastu traktatów napisanych w hellenistycznej Aleksandrii w I wieku n.e. Za inicjatora tej filozofii uznaje się na poły mitycznego Hermesa Trismegistosa, który utożsamiany jest też z egipskim Thotem. (Wikipedia)

[2] Państwo Boże

[3] Make America great again

Komentarze

Recenzja filmu: Another Earth

another earth

Źródło: filmweb.pl

Życie jest wypadkową nieskończenie wielu zdarzeń. Każdego dnia stajemy przed wyborami determinującymi kształt i wizję przyszłości, nie mając nawet najmniejszych wskazówek podpowiadających najlepsze dla nas rozwiązanie. Niejednokrotnie więc przychodzi nam zderzyć się z rzeczywistością, która zaplanowaną kolejność zdarzeń potrafi momentalnie wywrócić do góry nogami. Co wtedy? Poddać się? Dać się ponieść nurtowi negatywnych emocji i często obezwładniającej bezsilności? Czy może jednak działać na przekór losowi zacisnąć pięści, za wszelką cenę próbować odrodzić się po niepowodzeniu?

Odrodzenie chęci do życia i działania

Przed podobnymi pytaniami stanęła Rhoda Williams, bohaterka nieszablonowego filmu Another Earth (Druga Ziemia), będącego obrazem z pogranicza dramatu i sci-fi. Siedemnastoletnią dziewczynę poznajemy w momencie, kiedy otrzymuje informację o przyjęciu do prestiżowej Massechusetts Institute of Technology. Tym samym otwiera się przed nią możliwość realizacji marzeń w sferze astrofizyki. Równolegle świat obiega elektryzująca i zupełnie niespodziewana informacja o odkryciu w układzie słonecznym planety bliźniaczej do Ziemi. Ludzkość na chwilę zamiera i każdy na swój sposób przeżywa tą niesamowitą wiadomość. Co to dla nas oznacza? Czy na nowej planecie jest życie? Czy i kiedy będziemy mogli ją skolonizować?

W tej niespotykanej sytuacji próbuje odnaleźć się też Rhoda, dla której niespodziewane odkrycie jest czymś zupełnie wyjątkowym. Staje się ono jednocześnie początkiem dramatycznych wydarzeń. Pochłonięta fantazjami o nowoodkrytej planecie dziewczyna jadąc samochodem powoduje wypadek, w wyniku którego ginie rodzina kierowcy staranowanego przez nią pojazdu (żona i małe dziecko). Od tego momentu świat, zarówno Rhody jak i wspomnianego Johna Burroughsa, legnie w gruzach. Ona trafia do więzienia, a jego kariera wybitnego kompozytora zostaje brutalnie przerwana – zapada w wielomiesięczną śpiączkę.

Ich wzajemne ścieżki przecinają się ponownie po kilku latach, kiedy obydwoje próbują na nowo poskładać swój świat w całość. Brzemienne w skutkach wydarzenie w każdym z nich zostawiło głębokie rany, uniemożliwiające normalne funkcjonowanie.  Rhoda i John zdają się dryfować przez życie pozbawieni chęci do tego, aby wyrwać się z marazmu.

Interesujące jest to, że tak jak wcześniej Rhoda przyczyniła się do zniszczenia planów swoich oraz Johna, tak teraz jej działanie jest przyczynkiem do ich wspólnej walki o lepsze jutro. Nie chcę zdradzać szczegółów, gdyż akurat ta pełna emocji i wieloznaczności sekwencja scen pokazujących mozolne odradzanie dusz głównych bohaterów zasługuje na to, aby zapoznać się z Another Earth samemu.

Nietypowy przedstawiciel kina sci-fi

Mike Cahil, reżyser Another Earth zdecydował się na bardzo ciekawy zabieg. Pod płaszczykiem kina sci-fi przemycił treści trudne, ale jednocześnie tak bardzo bliskie każdemu z nas. Obecna niemalże w każdym kadrze filmu druga Ziemia skłania do refleksji i zaprasza do zastanawiania się nad tym, jakie decyzje podjęlibyśmy na miejscu głównych bohaterów. Czy w sytuacji, kiedy jedynym rozwiązaniem wydaje się zupełnie nierealna możliwość cofnięcia czasu, bylibyśmy w stanie podjąć wysiłek i trud budowania przyszłości? Czy wiedząc, że gdzieś w odległym kosmosie jest być może wierna kopia każdego z nas, chcielibyśmy poznać alternatywne rozwiązania naszych problemów?

Do takich rozważań zachęca również rewelacyjna gra aktorska. Zarówno Britt Marling (Rhoda) jak i William Mapother (John) stworzyli bardzo sugestywne kreacje. Można odnieść wrażenie, że oni nie grają, a rzeczywiście przeżywają targające głównymi bohaterami emocje. Fakt ten ułatwia widzom utożsamianie się z postaciami wykreowanymi przez scenarzystów i intensyfikuje doznania
w trakcie seansu, jak również długo po jego zakończeniu.

Another Earth (Druga Ziemia) mimo otoczki sci-fi nie jest typowym przedstawicielem tego gatunku. Trudno doszukiwać się tutaj spektakularnych efektów, które zwykle utożsamiane są z tym nurtem kina. Tytułowa planeta oraz związane z nią informacje są jedynie tłem dla fabuły oraz niemalże filozoficznych rozważań o naturze człowieka. Podsumowując, jest to film dla osób, które w tej formie sztuki cenią oryginalność oraz brak bezpośrednio podanych wniosków i rozwiązań. Szczerze polecam.

Komentarze

Niezgrabne metamorfozy. Recenzja książki: Middlesex

niezgrabne metamorfozyNasze jestestwo zaczyna się od łyżeczki. Sprawne dłonie kobiet wprawiają ją w ruch nad nabrzmiałym brzuchem matki. Po chwili oznajmiają ciekawskim rodzicom, kto zawita do ich świata. Nie mają zbyt wiele do wyboru. Albo różowa Calliope, uwielbiająca zabawę w plastikową kuchnię, albo niebieski Cal, preferujący dzikie doznania szkolnego lania po pysku. Problemy pojawiają się wraz z metamorfozą słodkiej, niewinnej dziewczynki. Jej głos za bardzo przypomina męski bas, a tęczowe naszyjniki uwidaczniają jabłko Adama. Tam, gdzie kończy się społecznie uznawana normalność, wkracza Jeffrey Eugenides. Oznajmia w „Middlesex”, że „gdyby normalność była normalna, to nikt by się nią nie przejmował.” Dlatego stwarza sagę rodzinną o braciach, siostrach, kochankach. I ich dzieciach. Dziwnych dzieciach.

Współczesne odrodzenie

Główni bohaterowie powieści Eugenidesa ciągle poszukują. Miejsca, religii, pieniędzy i  miłości. Najlepiej uczucia przepełnionego dramatycznymi rozstaniami, oczywiście z wojną w tytule. Podskórnie czują, że najważniejszym celem życia jest znalezienie drugiej połówki. Tajemne sformułowanie przylgnęło na stałe do ich otoczenia. Szukają bratniej duszy z dwóch powodów. Pierwszy, to ten nieokiełznany i wstydliwy, bezpośrednio związany z ludzkim pożądaniem. Drugi, bardziej wyrafinowany, pojawił się wraz ze społecznymi uwarunkowaniami. Desdemona, od której swą opowieść zaczyna pisarz, mówi do brata, że „musi on znaleźć dobrą żonę”. Ruda, brunetka, blondynka, cokolwiek, byle mieć ją na własność, posiadać na półce. Jeszcze wtedy nie spodziewa się, że brat myśli o niej, nie jak o krewnej, ale jak o kochance skrywanej w tajemnicy przed światem. Wybiera na żonę Desdemonę. Siostrę i  właścicielkę najlepszych jedwabników w Grecji. Od tej pary możemy śledzić pięknie zawiłą historię o odradzaniu się ludzkiej tożsamości.

Matki, żony i kochanki

„Wszystko zaczyna się od jajka” – czyta mała Calliope, poproszona o to przez nauczycielkę w amerykańskiej szkole. W oryginale zdanie brzmi „Ex Ovo Omnia”, a autorem jest rzymski poeta Owidiusz, twórca „Metamorfoz”. Nie bez powodu Eugenides sięga po fragmenty klasycznego tekstu, który miał pomóc w wytłumaczeniu chaotycznych dziejów świata. Grecki idealizm piękna przetrwał do dziś, przez wieki wyznaczając definicję nienaruszalnego ładu. Afrodyta wynurzająca się z morskich głębin wygląda o wiele lepiej niż zmęczona Desdemona, dbająca o linię po urodzeniu syna, Miltona. Eugenides przyciąga niebiańskie mity do ziemskiej, brudnej i amerykańskiej rzeczywistości. Nie zapomina jednak o kaziorodczych relacjach Hery. To one są bajkowym wytłumaczeniem powstania odklejonej Calliope.

Córeczka tatusia

Nie jest łatwo być dziewczynką. Zwłaszcza długo wyczekiwaną, kruchą i nieporadną. Calliope, wnuczka Desdemony i Lefty’ego (siostry i brata), córka Tessie i Miltona (kuzynki i kuzyna), od pierwszego dnia narodzin wychowywana była w duchu różowej przestrzeni. Pudrowe sukieneczki, koniecznie długie włosy i wszechogarniająca grzeczność. Zwłaszcza w obecności gości. Córeczka przystaje do rodzinnego wzorca, powoli odkrywając uwarunkowania własnej płci. Jednym z nich jest chłopięcy krokus, jakiego nie mają inne koleżanki. W kolejnych latach Calliope oczekuje na pierwszy okres, jak nastolatka bojąca się zajścia w bliźniaczą ciążę. Zna także coraz bardziej wyrafinowane sposoby powiększania mdłych piersi. Wypchana wata zaczyna ją jednak uwierać w zderzeniu z rudowłosą przyjaciółką, nazwaną Mrocznym Pożądaniem. Calliope znajduje w niej metaforyczną drugą połówkę. Pierwsze seksualne uniesienia boleśnie pozbywają ją złudzeń.

Syn synowi nierówny

Nie jest łatwo być chłopcem. Już nie taki mały Cal ucieka od rodziców, ścina włosy i przyodziewa swój pierwszy, za duży garnitur. Dzięki temu może przez chwilę ukryć pozostałości Calliope: dziewczęcy chód i drobne rączki, co chwilę sprawdzające czystość paznokci. Wybiera los amerykańskiego beatnika. Podróżując w nieładzie po Stanach, oddala się od sztywnych ram znanego. Aż trafia do miejsca przyziemnych rozkoszy. W przydrożnym barze „Sześć na dziewięć” Cal zaprzyjaźnia się z samym sobą. Innym, bardziej męskim i brutalnym. Codziennie zanurza się w zbiorniku wodnym, by jego zagadkowe przyrodzenie mogli podglądać zgłodniali wyobraźni mężczyźni. Łączy ich szorstką tajemnicę z łagodnością nastoletniej Calliope. Akceptuje istnienie drugiej połówki. Powraca do domu, niczym miejski Odyseusz.

Druga połówka potrzebna od zaraz

Nie jest łatwo być hermafrodytą. Grecki mit o dwupłciowym bóstwie był dawniej próbą wytłumaczenia zaburzeń o podłożu genetycznym. U Eugenidesa staje się poetyckim rozwiązaniem nieprzystawalności do otoczenia. Jedna z kobiet mówi do bohatera: „Zawsze byli hermafrodyci, Cal. Zawsze. Platon napisał, że pierwsza istota ludzka była hermafrodytą. Wiedziałeś o tym? Pierwsza osoba składała się z dwóch połówek, jednej męskiej, a drugiej żeńskiej. Następnie te dwie części rozdzieliły się. Dlatego wszyscy ciągle poszukują tej drugiej połówki. Wszyscy oprócz nas. My już posiadamy obie połówki.” I kiedy dorosły już Cal sobie to uświadamia, los (i Eugenides w jednym) podsyła mu Julię – drobną Azjatkę, która twierdzi, że „piękno jest zawsze trochę wynaturzone”. Ciągle tkwi w nas potrzeba korzystania z mitologicznej, boskiej interwencji. Hermafrodyt połączony na zawsze z nimfą Salmakis brzmi lepiej niż historia genu, mutacji na piątym chromosomie.

Komentarze

Monolog artysty w energetyczno-emocjonalnej przestrzeni

Sebastian Skowroński – The Energy Recording XXVI, 2016 r., linoryt

Drzewo życia. Może być mapą, drogowskazem dla ludzkich poczynań ale i też zapisem codziennych doświadczeń. W naturalnej, roślinnej strukturze przeczytać można nie tylko świadectwo przebytej drogi, w licznych rozgałęzieniach doszukuje się również przyszłych zdarzeń. Te które wybierzemy, pozostaną naszą przyszłością, odrzucone zapamiętają jedynie dostępną rzeczywistość jako alternatywną, nie poruszoną przez nasz umysł i wewnętrznego Ducha. Jednak nierzeczywisty upływ czasu, jaki towarzyszy człowiekowi na co dzień, otwiera także i inne możliwości, daje szeroki dostęp decyzyjny, sposobność do elastycznego przebijania się w widocznych ścieżkach. Taka możliwość istnieje dla Ducha, aby ten mógł się wyrażać w napotykanej przestrzeni i w odpowiednim czasie mógł powrócić na własną indywidualną, pierwotną drogę, niezakłócaną przez ziemską perspektywę.

Cykl: The Energy recording

Dlaczego tytuł The Energy recording? Cięcia obrazu graficznego na formie drukującej (linoleum) powstają przy ogromnym udziale intuicji, wewnętrznym otwarciu się na siebie i zaufaniu w każdym momencie tworzenia. To zespolenie umysłu i ciała, myśli oraz działania. Niczym niezakłócana relacja Ducha z Materią wyzwala myśli i Energię, która materializuje się na matrycy, a następnie poprzez proces powstawania warsztatowej odbitki, w obrazie graficznym. Wszystko, co powinienem robić, to ufać. Bogu, Matce Ziemi, Sobie, Energii czy Wszechświatowi (wybór uzależniony jest od indywidualnej oceny i światopoglądu) oraz notować. Dlatego w nazwie pracy, stanowiącej jednocześnie złożony cyklu, widnieje słowo recording.

Autor: Sebastian Skowroński
Młody łódzki artysta. Tworzy m.in. w grafice warsztatowej oraz rysunku. Pisze również krótkie teksty performatywne, a także wypowiada się na temat grafiki artystycznej. Bloguje na stronie Drzeworytnik.pl z własną twórczością.

Komentarze

Przed Państwem Krzysiek Piła

Krzysiek Piła - NH50mm

Krzysiek Piła – NH50mm, galeria (13)

Artysta: Krzysiek Piła
Mężczyzna, rocznik 90. Na co dzień – projektant graficzny. Choć na tym stara się nie poprzestać – zżył się z codziennym fotografowaniem „codzienności”. W swoich fotografiach przeciwstawia się wyreżyserowanemu pięknu. Dając tym samym dojść do słowa możliwości odtwarzania rzeczywistości niezafałszowaną ekspresją. Jakiś czas temu zdecydował się na wykorzystywanie w swojej fotografii jedynie stałoogniskowego obiektywu 50mm. Wciąż rządzi nim chęć szukania nowych możliwości. 

Projekt NH50mm

NH50mm to projekt, którego polem jest krakowska Nowa Huta. Pomysłodawcą i twórcą jest Krzysiek – dirtyviews.com.pl. Autor spogląda na to miejsce z perspektywy obiektywu 50mm.

Najważniejszym poziomem w NH50mm jest percepcja miasta pozbawionego obecności człowieka – jako samoistnego bytu. W takim ujęciu ilość odczytania kontekstów fotografii jest wręcz nieskończona.

Jest w tym paradoks – zdjęcia z jednej strony w sposób surowy i realistyczny, może wręcz dokumentalny, pokazują nowohucki świat. Z drugiej strony, spojrzenie to nie jest pozbawione pierwiastka emocjonalnego filtru fotografa. Dla niego to miejsce bardzo bliskie, najbliższe. Jakie są więc fakty? Może nie ma jednej prawdy i wszystko zależy od odbiorcy…

NH50mm to proces. Toczy się, ewoluuje i zmienia wraz z samym jego autorem.

Krzyśka można znaleźć na:
Stronie Dirty Views
Stronie NH50mm
Stronie Akuratnie

Komentarze
Komentarze do:

"25"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję