Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

22

Przestrzeń
#22

Grudzień to dla większości z nas okres oczekiwania, przygotowań, spotkań z bliskimi. W tym dwunastym miesiącu świętujemy narodziny Jezusa Chrystusa, podsumowujemy kolejny rok naszego życia i zastanawiamy się, co przyniesie przyszłość, gdy wybije północ w sylwestrową noc.

Z tego powodu w grudniowym wydaniu Magazynu Przestrzeń skupiamy się na temacie życia. Zastanawiam się nad tym, co w nim najważniejsze. Piszemy więc o potrzebie przebaczania, a także zauważenia tego, że w święta chodzi przede wszystkim o spotkanie z najbliższymi. Poruszamy temat żałoby – zagadnienie szczególnie trudne w okresie świąt, kiedy przy wigilijnym stole zabraknie jedego nakrycia. Poznajemy krótką historię o depresji ukazaną za pomocą fotografii i przedstawiającą życie osoby cierpiącej na tę chorobę. Nie mogło zabraknąć także tematu dotyczącego jedzenia, które coraz częściej jest dylematem etycznym, moralnym i zdrowotnym, niż zwykłym dostarczaniem ciału niezbędnych do życia składników. Kontynuujemy cykl  Przestrzeń dla rozwoju związku, w którym zachęcamy blogerów do dzielenia się swoimi odpowiedziami na pytania z gry Jupitajnia Couple i podpatrujemy życie par. Recenzujemy książkę Czasem czuły, czasem barbarzyńca – przewodnik po męskości dla współczesnym panów. Zastanawiamy się także nad wymiarem terapeutycznym filmów z seksem w tle. 

W felietonach przyglądamy się Petersburgowi oczami autorki tekstu i zastanawiamy, jak skrajność doświadczeń zarówno własnych, jak i cudzych wpływać może na postrzeganie otaczającego nas świata. Rozważamy także, czym jest życie i dochodzimy do wniosku, że warto nie tylko przyglądać się własnemu życiu, ale także w nim aktywnie uczestniczyć. Poznajemy historię Shahad w ramach cyklu Dziewczyny z Jerozolimy Wschodniej. Przyglądamy się egzystencji bohaterów filmowych. Podpatrujemy, jak wygląda życie i kariera francusko-polskiego zespołu BeMy. Recenzujemy książkę Rozdarta zasłona, będącą stylowym kryminałem retro z barwnymi postaciami, dużą dawką humoru i przepięknym XIX-wieczny Krakowem w tle. Poznajemy laureatki konkursu Przestrzeń dla poetów – Annę Musiał i Martynę Romanowicz. Artystką numeru jest Karolina Ferenc ze swoim projektem Lichen in Love.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Magia przebaczenia

graf. Karolina Lubaszko

graf. Karolina Lubaszko

Grudzień to magiczny miesiąc, który emanuje niezwykłą atmosferą świąt. To dzięki niej ludzie pragną choć przez chwilę zapomnieć o gonitwie codzienności i spędzić czas z bliskimi. Pomimo tęsknoty za drugim człowiekiem, trudno jest nam czasem zweryfikować własne przekonania, odpuścić, przeprosić, a w ostateczności przebaczyć.

Codzienność

Wiele jest historii o zawziętości, gniewie, żalu i złości, które opisano w książkach, przedstawiono w filmach czy opowiedziano dla przestrogi. Wszystko po to, aby zwrócić naszą uwagę na to, w jaki sposób sami sobie wyrządzamy krzywdę. Z dnia na dzień pielęgnujemy swoje przekonania dotyczące zasadności własnego gniewu. Jesteśmy obarczeni codziennością, sfrustrowani natłokiem zajęć i czasem, który kurczy się niepostrzeżenie, nie dając nam możliwości odpoczynku i  doświadczenia bliskości z drugim człowiekiem. Kiedy pozbawieni jesteśmy poczucia więzi, dużo trudniej jest nam wybaczyć. Zamknięci we własnych skorupach obijamy się o siebie zamiast wyciągnąć rękę i poświęcić chwilę na spokojną rozmowę o emocjach, a przede wszystkim zweryfikować to, „co mi się wydaje”.

Bo mi się wydaje

Będąc pod wpływem emocji łatwo jest nam zaognić konflikt. Zamykamy się wówczas na perspektywę JA. To, co JA widzę, odczuwam, słyszę jest jedyną ewentualnością, którą uznaję. Poddając się własnym przekonaniom, zaczynamy tworzyć scenariusz, który uwiarygodni nasze działania, oziębłość i zawziętość. Powstają wówczas argumenty typu: „bo on powinien wiedzieć”, „bo ona chciała mnie sprowokować”, „bo mi się wydaje, że się oddalamy”, „bo każdy by się domyślił”, „bo on powinien się zachowywać jak głowa rodziny”, „bo on nie chce mojej pomocy”, „bo ona mnie okłamała”. Wszystkie te argumenty opierają się na domysłach, które sami produkujemy żeby utwierdzić się we własnym stanowisku. Nie dajemy sobie szansy na weryfikację ich prawdziwości, empatyczną rozmowę z drugą stroną konfliktu i przebaczenie.

Co daje przebaczenie?

Słowo przebaczyć pochodzi od słowa przeoczyć, można również przypisać mu znaczenia darować czy odpuścić. Czasami warto oddać się magii chwili i przeoczyć własne urazy. Dzięki temu będziemy w stanie choć na moment odczuć ulgę. Ten ułamek sekundy może stać się dla nas tak atrakcyjny, że postanowimy w ostatecznym rozrachunku odpuścić i darować.

Przebaczenie uwalnia nas od ciążących nam emocji, które pobudzają wydzielanie różnych hormonów. Ciągły, podwyższony poziom adrenaliny we krwi może w szkodliwy sposób wpływać na układ nerwowy, serce, układ odpornościowy organizmu, problemy z trawieniem, przewlekłe bóle głowy i wiele innych. Przebaczenie umożliwia nam zadbanie o własne zdrowie, wzmocnienie się w walce z chorobą.

Dzięki darowaniu nie stajemy się wyłącznie lepsi dla siebie i własnego zdrowia. Przebaczając uruchamiamy własną empatię, jesteśmy zdolni do zrozumienia drugiego człowieka. Wychodzimy z własnej skorupy zbudowanej z gniewu, złości, zawziętości, a zaoszczędzoną dzięki temu energię jesteśmy skłonni poświęcić otoczeniu. Dopiero wtedy będziemy w stanie zacząć żyć pełnią życia, jeśli przestaniemy patrzeć tylko na siebie, a zaczniemy dostrzegać innych pogubionych, poszukujących ukojenia, pomocy i przebaczenia.

Grudniowy śnieg przypomina nam o tym, że wielkimi krokami nadchodzą dni, w które nikt nie chce być sam. Nie mają wtedy znaczenia żadne zwady, bo bliskość drugiego człowieka jest wartością nadrzędną. Przygotujmy się do tych wspólnych chwil i wykorzystajmy atmosferę na uwolnienie się od ciężaru, który skrywamy w sercu. Składając sobie wzajemne życzenia pamiętajmy o przebaczeniu, jako o najtrudniejszej, ale najpiękniejszej życiowej nauce.

 

Komentarze

Rozmowa o żałobie

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. To czas refleksji, odpoczynku, spotkań z przyjaciółmi i rodziną. Wielu z nas w tym okresie bardziej dotkliwie niż na co dzień przeżywa stratę ukochanych osób. Wracają wspomnienia, tęsknimy. Zdarza się, że odczuwamy pustkę, którą trudno czymkolwiek wypełnić. Ważne, żebyśmy czuli wtedy wsparcie bliskich. Choć towarzyszenie osobie przeżywającej żałobę nie jest łatwe, spotkanie z drugim człowiekiem w doświadczeniu straty może być bardzo wartościowe dla obu stron.

graf. Arkadiusz Jankowski

graf. Arkadiusz Jankowski

Jak towarzyszyć?

W Fundacji NAGLE SAMI od pięciu lat wspieramy osoby po stracie bliskich. Rozmawiając z nimi, często zauważamy ich ogromną samotność. Doświadczenie izolacji, poczucie bycia porzuconym w czasie żałoby bywa wyjątkowo dotkliwe.

Dlaczego zdarza się, że otoczenie unika kontaktu z osobą po stracie? Przyczyn może być wiele. Towarzysząc osobie w żałobie, konfrontujemy się z jej cierpieniem i świadomością własnej śmiertelności, co wzmaga lęk egzystencjalny. Poza tym, osoby w żałobie nie zawsze są otwarte na pomoc innych. Ich reakcje bywają trudne i niezrozumiałe. Co zrobić, kiedy bliski po stracie złości się lub kiedy zachowuje się tak, jakby nic się nie stało? Jak rozumieć jego zachowanie, kiedy raz mówi, że chce być sam, innym razem szuka kontaktu? Jak zareagować, kiedy płacze? W jaki sposób określić granicę między sytuacją, kiedy faktycznie pomagamy, a tą, kiedy narzucamy się z pomocą?

Naszym zdaniem, istotne jest przede wszystkim to, żeby nie zostawiać osoby po stracie samej sobie. Ważne, żeby miała świadomość, że bliscy są „do dyspozycji”, jeśli będzie ich potrzebowała. Warto zwrócić uwagę, że te potrzeby mogą być różne. Czasami dobrze jest po prostu posiedzieć razem, popłakać, pomilczeć, nie uciekając od tematu straty. Wysłuchać, co osoba w żałobie chce nam powiedzieć, z szacunkiem dla niej i akceptacją dla jej przeżyć, bez oceniania czy dawania „dobrych rad” w rodzaju „wszystko przed tobą” czy „inni mają gorzej”. Są też sytuacje, w których potrzebna jest konkretna pomoc w zwykłych, codziennych czynnościach, np. w zakupach, przygotowaniu posiłku czy opiece nad dziećmi.

Ważne, żeby starać się podtrzymywać kontakt, być cierpliwym i wyrozumiałym, dać bliskiej osobie czas na przeżywanie straty. Jednak, jeśli jej zachowanie zaczyna nas niepokoić – pojawiają się na przykład kłopoty ze snem, brak apetytu, zaniedbywanie dotychczasowych obowiązków, wyglądu czy higieny, wyraźnie obniżony nastrój utrzymujący się przez dłuższy czas, należy poszukać specjalistycznej pomocy, na przykład psychologa lub psychiatry. Pomocny może okazać się kontakt do naszej Fundacji, gdzie osoby w żałobie mogą m.in. skorzystać z bezpłatnych konsultacji psychologicznych, terapii indywidualnej czy dołączyć do grupy wsparcia.

Jednocześnie warte podkreślenia jest to, żeby towarzysząc bliskim w procesie przeżywania żałoby, nie zapominać o sobie i własnych potrzebach, zachować uważność na siebie i swoje uczucia.

Czego unikać?

Czasami zdarza się, że mimo dobrych chęci, nasza pomoc okazuje się w jakiś sposób trudna dla osoby po stracie. Może się tak wydarzyć na przykład kiedy „na siłę” szukamy słów pocieszenia, zapewniamy, że „wszystko będzie dobrze” i „trzeba wziąć się w garść”. Równie trudne mogą być sytuacje, w których udajemy, że nic się nie stało, unikamy rozmów o stracie, proponujemy wspólne wyjścia czy żartujemy w celu rozładowania atmosfery. Wówczas nasz bliski może mieć wrażenie, że nie akceptujemy jego emocji i w naszej relacji nie ma przestrzeni na wyrażenie tego, co przeżywa.

Mimo różnych nieporozumień czy błędów, które zdarza się popełniać, z naszej perspektywy najwięcej cierpienia przysparza osobom po stracie przekonanie, że „ludziom w żałobie należy dać święty spokój”. Uważamy więc, że mimo obaw warto próbować wspierać naszych bliskich w trudnym doświadczeniu straty, zachowując przy tym szacunek dla ich autonomii i dbając o siebie.

Jeśli są sytuacje, w których czujemy się niezręcznie, możemy powiedzieć otwarcie: „Nie jestem pewny, co powiedzieć… czy mogę coś dla ciebie zrobić?”.

Inicjatywy Fundacji NAGLE SAMI

Jednym z celów Fundacji NAGLE SAMI jest pokazanie, że o śmierci i żałobie można, a nawet trzeba rozmawiać – nie tylko z terapeutą.

Wspólnie z Fundacją Rak’n’Roll realizujemy akcję Musimy porozmawiać, której celem jest zwrócenie uwagi na potrzebę rozmowy i wsparcia osób w obliczu straty i w żałobie. W ramach akcji 3 listopada podopieczni Fundacji Nagle Sami i Fundacji Rak’n’Roll mieli okazję obejrzeć film w reż. Jędrzeja Michalaka i wziąć udział w dyskusji m.in. o tym, jak trudno szczerze rozmawiać o śmierci, jak ciężkie chwile przeżywają osoby po stracie bliskich.

Staramy się również tworzyć przestrzeń do rozmowy o żałobie w miejscu pracy, organizując interwencje oraz szkolenia z zakresu wsparcia organizacji w związku ze śmiercią pracownika/osoby bliskiej pracownika. Realizujemy je w ramach projektu szkoleniowego Fundacji – NAGLE ZMIANA.

Osoby towarzyszące bliskim po stracie zachęcamy do odwiedzenia strony Fundacji, lektury Poradnika dla osób w żałobie oraz do kontaktu z Telefonem Wsparcia pod numerem 800 108 108.

Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń:
dr Piotr Kiembłowski – psycholog, psychoterapeuta, trener biznesu, Członek Zarządu Fundacji NAGLE SAMI
Edyta Grzegory – psycholog Fundacji NAGLE SAMI

Komentarze

Przygotuj umysł na Święta

Zastanawiała się, jak będzie w tym roku – czy jak zwykle ganianie po galeriach, stresowanie się, że ze wszystkim nie zdąży, kłótnie z siostrą o to, gdzie zrobić kolację wigilijną oraz niekończące się marudzenia mamy, że tak późno przyjeżdża? Od jakiegoś czasu Boże Narodzenie kojarzyło jej się z narzekaniem, stresem i wszechobecną gorączką prezentową. Czy tak było zawsze i czy tak być powinno? A może zwolnić, tym razem spróbować inaczej?

poinsettia-1775361_1920

Boże Narodzenie w cyklu codziennych spraw

Do Bożego Narodzenia podchodzimy różnie. Mimo że tradycja nakazuje cieszyć się i oczekiwać go z niecierpliwością, to jednak wiele osób ma go zwyczajnie dość. Dlaczego? Ponieważ w tradycji chrześcijańskiej czas oczekiwania na narodzenie Jezusa Chrystusa współcześnie stał się targiem komercji i próżności, dodatkowo wywołuje on skrajne emocje ze względu na dłuższy czas jaki spędzamy z dawno niewidzianą rodziną. Wymuszone uśmiechy, ugrzecznione odpowiedzi i kilka kropel alkoholu za dużo, mogą zwiastować rodzinne kłótnie, zamiast znaku pokoju nad świątecznym opłatkiem.

Boże Narodzenie potęguje stres z kliku powodów. Po pierwsze, sami lub otoczenie stawiamy sobie wygórowane standardy – dom ma błyszczeć, dzieci być idealnie wyszykowane, dwanaście lub więcej potraw samodzielnie przygotowanych, a dodatkowo trzeba być wypoczętym, zrelaksowanym, olśniewającym z górą wspaniałych prezentów pod pachą. Wymogi jakie sobie nakładamy często są nierealne, więc pojawią się: poczucie winny, wyrzuty sumienia, przygnębienie, że tym razem nie staniemy na wysokości zadania.

Mamy też do czynienia z presją społeczną, aby Święta były spędzane radośnie, rodzinnie i z piękną choinką. Taki obrazek serwuje nam telewizja, kino, reklamy oraz przekazy znajomych czy rodziny. Nie ma tu miejsca na zmęczenie, niechęć do rodzinnego biesiadowania czy potrzeby spędzania Bożego Narodzenia samotnie. Nie ma przyzwolenia na to, aby Święta spędzać po swojemu, ma być tradycyjnie.

Świąteczne stresy i jak ich unikać?

Stresów mamy sporo zarówno, na co dzień jak i od święta. Boże Narodzenie i przygotowania do niego nie są ich pozbawione. Niestety, łatwo się poddać presji i zagonić się do gotowania, sprzątania, pieczenia i dekorowania, a wszystko to, między pracą, dziećmi, obiadem. Jednak można powiedzieć dość. Spróbować wyrwać się z kręgu stresujących rytuałów.

Po pierwsze, warto określić, czego tak właściwie się chce, bo to jest najważniejsze. Jeśli liczą się dla ciebie święta, które spędzisz w gronie najbliższych, przy tradycyjnej kolacji, a później będziesz się cieszyć prezentami – sporządź plan tego, co chcesz zrobić. Niech będzie tam czas tylko dla ciebie, czas na chwilę resetu i zatrzymania. Zacznij wcześniej kupować prezenty, gromadzić dekoracje, aby nie nabywać rezczy pod wpływem impulsu i nie dać się gorączce zakupowej.

W sytuacji, kiedy pragniemy odciąć się od tradycji lub zwyczajnie chcemy odpocząć, postawmy na wersję niezbędnego minimum. Przygotujmy tylko to, co najpotrzebniejsze, zatrzymajmy się i nacieszmy obecnością bliskich osób, rozmową z nimi, zamiast przejmować się kolejnym ciastem czy krzywo powieszoną zasłonką.

Coraz popularniejsze stają się wyjazdy na Święta w góry, nad morze czy za granicę. Wtedy zostawiasz wszystko za sobą, kolację wigilijną przygotowują inni, nie musisz się martwić o sprzątanie i wiele różnych rzeczy. To nie tradycyjnie? Cóż wybór zależy od ciebie.

Umysł na Święta

Ważną rzeczą, jaką można zrobić na Święta, to przygotować swój umysł na silne emocje, zarówno te dobre, jak i te trudne. Dzięki temu, że zadbamy o psychikę, łatwiej będzie nam znieść konflikty, zabieganie czy stres.

Relaksacja, wieczory z dobrą muzyką, praca nad myśleniem, to wszystko może pomóc przetrwać Święta. Boże Narodzenie może być pięknym czasem na refleksje, zatrzymanie się i spojrzenie na członków swojej rodziny w inny sposób, czy zastanowienie się nad mijającym rokiem. Może to być też czas podsumowań i planów na przyszłość, wszystko zależy jedynie od tego czego pragniesz.

Komentarze

Recenzja: Czasem czuły, czasem barbarzyńca

czasem-czuly-czasem-barbarzynca-tomasz-kwasniewski-1-1Przeglądając w księgarniach półki z poradnikami, można odnieść wrażenie, że rynek wydawniczy kierowany jest przede wszystkim do kobiet. Czy jest to jednoznaczne z niechęcią mężczyzn do inwestowania we własny rozwój? Jak twierdzi Jacek Masłowski – psycholog, filozof, coach i psychoterapeuta – kobiety w porównaniu do mężczyzn wiedzą, czego chcą i do tego dążą, a mężczyźni wciąż szukają swojego miejsca we współczesnym świecie. Wychodząc naprzeciw ich potrzebom, powstał przewodnik po męskim świecie Czasem czuły, czasem barbarzyńca, będący rozmową Jacka Masłowskiego i Tomasza Kwaśniewskiego – reportera i autora książek.

Dialog toczący się między panami, mimo osobistego, intymnego, a nawet kontrowersyjnego charakteru, ma także wymiar uniwersalny. Niektórzy czytelnicy utożsamią się z całością książki, inni tylko z fragmentami, a jeszcze inni spojrzą na pewne zagadnienia z zupełnie nowej perspektywy. Poruszane w niej zagadnienia są różne, można im jednak nadać etykietę trudnych i zazwyczaj przez mężczyzn pomijanych. Masłowski z Kwaśniewskim rozmawiają bowiem o ojcostwie, dojrzewaniu, seksie, rodzicielstwie, pracy, zdrowiu i przemocy. O tym, dlaczego mężczyzna nie powinien dać się kobiecie wykastrować. Jak ważny jest odpoczynek i posiadanie własnej przestrzeni. O trudności odnalezienia się w świecie, w którym mężczyzna od urodzenia wychowywany jest niemal przez same kobiety (matka, babki, ciotki, przedszkolanki, nauczycielki). I dlaczego panie tak bardzo na mężczyzn narzekają.

Czasem czuły, czasem barbarzyńca to obowiązkowa lektura nie tylko dla mężczyzn w każdym wieku, ale też kobiet. Partnerki znajdą w niej odpowiedzi na wiele pytań dotyczących męskich zachowań. Matkom zaś, pozwoli na świadome wychowywanie synów i unikanie błędów, odbijających sie na ich późniejszym życiu. Przede wszystkim jednak książka napisana jest przez pnaów dla panów, którzy mają nadzieję, że pomoże im ona budować prawdziwe i szczere relacje z innymi mężczyzami, a także otworzyć się na samego siebie i odnaleźć swoje miejsca we współczesnym świecie. Bo nawet barbarzyńca ma potrzebę czasem zapłakać. 

Czasem czuły, czasem barbarzyńca, Tomasz Kwaśniewski, Jacek Masłowski
Wydawnictwo Agora

Komentarze

Krótka historia o depresji

SONY DSC

Justyna Grochowska, „Krótka historia o depresji” (galeria zdjęć)

Mój mały projekt „Krótka historia o depresji” początkowo zakładał pokazanie dnia osoby chorej na depresję. Jednak w trakcie tworzenia postanowiłam ukazać motywy kojarzące się z chorobą oraz zrezygnowanie, które jej towarzyszy. Projekt jest dla mnie dosyć osobisty, ponieważ sama zmagam się z depresją. Powstał w celu zwrócenia uwagi na problem i zachęcenia do pomocy osobom, które się z nim spotkały. Zdjęć jest niestety, mało. Powstały, by stać się ilustracją do wpisu na moim blogu, jednak uznałam, że jeśli podzielę się nimi z kimś jeszcze, więcej osób może zwrócić uwagę na problem depresji, co było moim celem.

Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Justyna Grochowska
Jestem fotografem-samoukiem. Zaczynałam od uwieczniania prostych przedmiotów czy krajobrazów, jednak po jakimś czasie zapragnęłam, aby podczas tworzenia moich zdjęć zaistniały jakieś kontakty międzyludzkie. Częściowo była to dla mnie próba zmierzenia się ze swoim introwertycznym usposobieniem, a częściowo chęć uczestniczenia w tworzeniu sztuki, której głównym tematem jest człowiek. Fotografuję od 3 lat, zajmuję się głównie portretem. W fotografii chciałabym przekazać emocje, nie tylko te ukazane przed mimikę twarzy modelki, ale też te towarzyszące mi podczas tworzenia zdjęcia. Po maturze chciałabym studiować fotografię, aby móc w pełni rozwinąć swoją pasję oraz robić w życiu to, co uwielbiam. W sieci można znaleźć mnie na stronie  oraz na Instagramie.

Komentarze

Co mam dzisiaj zjeść?

Jeść żeby żyć, czy żyć żeby jeść? Niektórzy czują się zagubieni, gdy zadają sobie proste pytanie: co jeść? Z jednej strony smagani zdrową żywnością, produktami ekologicznymi, chorobami wywołanymi niezdrowym jedzeniem i skutkami nadwagi, z drugiej pobudzani przez programy telewizyjne, książki, artykuły i blogi kulinarne, w których jedzenie traci swoją podstawową funkcję dostarczania składników odżywczych, a staje się hedonistyczną, niczym nieograniczoną przyjemnością.

graf. Aleksandra Zieniuk

graf. Aleksandra Zieniuk

W 2009 roku wydano niezwykłą książkę Compendium Ferculorum, albo zebranie potraw. Bazą tej publikacji jest pierwsza polska książka kulinarna z 1682 roku, której autorem był Stanisław Czerniecki – kuchmistrz wojewody krakowskiego Aleksandra Lubomirskiego. Wydanie z 2009 roku obok przepisów i porad mistrza Czernieckiego, uważanych obecnie za polskie dziedzictwo kulinarne, opatrzone zostało równie ciekawym wstępem oraz obszernym esejem Jarosława Dumanowskiego – doktora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu – dotyczącym bogatej polskiej kultury kulinarnej.

Już pierwsza część Compendium Ferculorum poświęcona produktom i urządzeniom niezbędnym w kuchni, jest zaskakująca. Liczba, rozmaitość, staranność w doborze składników, pokazuje jak bardzo menu na XVII-wiecznym dworze różniło się od znanego nam współcześnie. Nie można doszukać się ziemniaków, dużo więcej jadano dziczyzny w stosunku do zwierząt hodowlanych, imponujące wrażenie robi też liczba gatunków ryb i warzyw oraz kasz, jakie były spożywane na porządku dziennym. Z pewnością inaczej wyglądała kuchnia niższych warstw społecznych, gdzie nie można było liczyć na taką różnorodność pożywienia, a spora część marzyła o tym, aby choć raz najeść się do syta. Ale uczty mistrza Czernieckiego były bogate nie tylko w ilość, przede wszystkim w smak i wygląd potraw. Nie chodziło o to by najeść się czymkolwiek, ale by uczta była wyjątkowym przeżyciem. Dzisiaj echa tych biesiad widoczne są w rodzinnych uroczystościach jak wesela, komunie i święta, gdzie odpowiednia ilość jedzenia to punkt honoru gospodarzy, a polski zwyczaj świątecznego stołu zastawionego od rana do wieczora, staje się reminiscencją dawnej, sutej i wielodniowej uczty dworskiej.

Skąd to niezdrowe jedzenie?

Choć kuchnia mistrza Czernieckiego jest bogata w mięso, masło, śmietanę i cukier, a zatem składniki, które nie sprzyjają zdrowiu, to występuje w niej równocześnie bardzo duża ilość warzyw, przypraw, orzechów i kasz. Trzeba też pamiętać, że w XVII wieku ponad 150 dni w roku były dniami postnymi, z czego część stanowiła post ścisły, ściśle przestrzegany. Posty, o których zapomnieliśmy ze względu na laicyzację życia, dzisiaj stają się coraz bardziej modne, nie w kontekście religijnym, a czysto zdrowotnym. W większości książek kulinarnych o zdrowym żywieniu pojawia się rozdział dotyczący postów i ich dobroczynnego wpływu na zdrowie. Dawniej ludzie nie mogli też liczyć na mieszkania z centralnym ogrzewaniem, gorącą bieżącą wodę czy podróż ciepłym samochodem, zatem siłą rzeczy potrzebowali innego rodzaju pożywienia.

Zaskakujący dla wielu osób może być fakt, że polskim tradycyjnym daniem nie są pierogi, które prawdopodobnie przyszły z Azji, nie jest też schabowy z ziemniakami, zaadoptowany z kuchni zachodniej, a jest nim proso, czyli kasza jaglana, najczęściej podawana z kapustą i skwarkami. Kasza jaglana uważana dziś za superfood, kiedyś jadana powszechnie, pojawia się także w spisie mistrza Czernieckiego. Jagły mają zbawienny wpływ na nasze zdrowie, a dodanie do nich warzyw i tłuszczu sprawia, że stają się w pełni zbilansowanym posiłkiem, które obecni dietetycy zalecają, jako bazę zdrowego odżywiania.

Statystyki wskazują, że żyjemy dłużej, więc może z niezdrową żywnością nie ma żadnego problemu? Skoro zdołaliśmy przedłużyć życie, może zamieszanie ze zdrowym jedzeniem jest tylko marketingowym pomysłem napędzającym sprzedaż produktów bio, eco i super? Z pewnością zdrowa żywność ma obecnie bardzo dobry marketing, ale nie wyklucza to wpływu jedzenia na zdrowie człowieka. „Pod koniec XX wieku odżywiane zaczęto (…) postrzegać na Zachodzie jako ważną metodę leczniczą. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych Lekarz Generalny uznał (w 1988 roku), że prawidłowa dieta ma wielkie znaczenie dla zdrowia, a równocześnie potępił typowe dla Amerykanów wzorce żywieniowe. (…) Na ponad dwie trzecie wszystkich przypadków śmiertelnych bezpośredni wpływ ma niewłaściwa dieta.” [1] Również w Europie i Polsce coraz więcej mówi się o wpływie tego, co jemy na nasze zdrowie. Fundacje takie jak Wiemy, co jemy publikują wyniki poważnych badań naukowych, z których jednoznacznie wynika korelacja między tym, co człowiek zjada, a na jakie zapada choroby.

Wiele czynników spowodowało zmianę sposobu odżywiania: rozwój transportu i turystyki, wspomniana wcześniej laicyzacja, zmiana sposobu życia i rodzaju wykonywanej pracy. Na czele tej listy można jednak postawić zmianę sposobu produkcji żywności, czyli wytwarzanie żywności na skalę przemysłową zarówno w obszarze upraw i hodowli, jak i produkcji wysoko przetworzonych produktów.

Produkcja przemysłowa dostarcza niespotykanej wcześniej ilości gotowych produktów, które przez sam proces produkcji pozbawione są wartości odżywczej. Przykładem jest ilość form słodyczy, napojów, gotowych dań do odgrzania. Nie oznacza to, że żywność ma być niesmaczna, żeby była zdrowa. Wręcz przeciwnie, smak i wygląd jedzenia, a co za tym idzie przyjemność spożywania posiłku jest istotnym elementem zbilansowanej diety. Chodzi o to, że pozornie uginające się od produktów półki w hipermarketach są w dużej mierze puste w to, co naprawdę nas odżywia, a produkty te dostarczają nam jedynie chwilowej i jednorazowej przyjemności, do której tak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni. A zatem jedzenie zostaje sprowadzone do funkcji szybkiego zaspokajania potrzeby przyjemności.

Przemysłowa produkcja jedzenia spowodowała także „gwałtowne postępujące ograniczenie gatunków i odmian uprawianych roślin, ras hodowanych zwierząt oraz wymieranie zwierząt dziko żyjących i zanikanie wielu spotykanych w naturze roślin. (…)” [2] Efektem przemysłowego rolnictwa jest zmiana jakości pożywienia, „w wyniku intensywnej eksploatacji gleby oraz podaży większej niż popyt, produkty (…) są również zubożałe, niepełnowartościowe i nie posiadają tylu składników odżywczych, witam i mikroelementów, co kiedyś” [3] „W ciągu ostatnich 50 lat tradycyjną pszenicę zamieniono poprzez pewne modyfikacje w produkt bardziej opłacalny, odporny i wydajny. Niestety praktycznie bez związku z pierwowzorem. O ile na początku za biologiczno – genetyczną modyfikacją pszenicy stały szlachetne intencje związane z panującym wówczas głodem, dziś za sprawą genetyki i biotechnologii pszenicę zmodyfikowano do tego stopnia, że ta nowa roślina stała się wręcz toksyczna.”[4] Faktem stają się takie choroby jak alergia na gluten, który jadany przez człowieka od wieków, dziś staje się trujący ze względu na jego ilość i jakość. Mamy także dostęp do wyników badań, które jasno pokazują, że prawidłowo zbilansowana dieta wegetariańska czy wegańska znacznie zmniejsza ryzyko zachorowania na wiele chorób. Dlaczego tak się dzieje, skoro człowiek od tysięcy lat je mięso? Współczesna jakość mięsa pełna antybiotyków, pestycydów z roślin zjadanych przez zwierzęta oraz sam sposób hodowli zwierząt pozbawionych szczęśliwego i zgodnego z naturą życia, powoduje, że podobnie jak pszenica, tak i mięso szkodzi zamiast odżywiać. „Musimy zdać sobie sprawę z faktu, że produkty spożywcze nie zawierają już wymaganej przez nasz organizm dawki wysokoenergetycznych składników mineralnych.”[6]

graf. Aleksandra Zieniuk

graf. Aleksandra Zieniuk

Odroczone skutki

„Tysiące lat temu wielcy uzdrowiciele w Chinach odkryli sposób klasyfikacji pożywienia i chorób według prostych i łatwych do zaobserwowania wzorców. (…) Na Zachodzie mówimy o białkach, węglowodanach, tłuszczach i innych składnikach pożywienia. (…) Rozmaite wschodnie tradycje skupiają się na innych cechach pożywienia: na wywołaniu efektu ogrzania lub ochłodzenia, zdolności do nawilżania, wzmacniania energii, uspokajania umysłu, usuwania wodnistych lub śluzowatych nagromadzeń.”[5] Ówcześni lekarze–kucharze rozumieli fakt, że wszystko, co wprowadzamy do naszego organizmu, ten organizm tworzy i ma na niego zasadniczy wpływ, nawet jeśli ten wpływ jest odroczony w czasie. Przykładali uwagę do kondycji i konstytucji ciała człowieka, jego ciepła lub zimna, do zmian po wpływem pór roku, wieku, wykonywanej pracy. Dzisiaj paradoksalnie Chińczycy odwracają się od swojej tradycji, spożywają cukier, białe pieczywo, a glutaminian sodu traktują jak przyprawę taką samą jak pieprz czy sól.

Podobnie w Polsce, wciąż niewystarczająco rozumiemy związek jedzenia ze zdrowiem. Są rodziny, w których dzieciom na kilka posiłków z rzędu podaje się cukier: pszenne białe tosty z miodem, słodzone syropy owocowe rozpuszczone w wodzie lub słodzone kakao do picia, słodzone produkty nabiałowe. W takich rodzinach warzywa jada się sporadycznie, a kasz nigdy, pragnienie zaspokaja się coca-colą, słodzoną herbatą i kawą. Czy wynika to z zabiegania i braku czasu, czy też braku świadomości, a może oporu przed zmianami? Nie ma co ukrywać, że zdrowe i zbilansowane posiłki wymagają dużego zaangażowania, szczególnie na początku: zdobycie wiedzy, zmiana nawyków zakupowych, nauka gotowania na nowo, dyscyplina, zaangażowanie i otwartość na nowe smaki. To bariery, które szczególnie trudno pokonać, gdy nie widać natychmiastowych efektów. Wypicie herbaty z dwiema łyżeczkami cukru nie wywołuje skutków od razu, podobnie zjedzenie kaszy jaglanej z warzywami nie odmieni życia w jednej chwili. A gdy pojawia się poważna choroba trudno nam uwierzyć, że na jej rozwój mogło mieć wpływ między innymi kilkadziesiąt lat codziennego picia słodzonej herbaty. Taki drobiazg!

Powiedz mi, czego nie jesz

Wraz z przemysłem przetworzonych produktów rozwija się drugi biegun: przemysł zdrowej żywności, często bazujący na strachu konsumentów, świadomych, że jedzenie może szkodzić. Strach przed chorobami, starością, niesprawnością czy śmiercią popycha w kierunku nowych rewolucyjnych diet. Kusi obietnica cery bez zmarszczek i sprawnego, młodego ciała aż do śmierci, dlatego łatwo uwierzyć w idealne diety, w eco, bio i superfood, które wyeliminują zagrożenia.

Na tym strachu szybko stajemy się wyznawcami nowej diety: bezmięsnej, wegańskiej, bezcukrowej, bezglutenowej, beznabiałowej, diety paleo, diety zgodnej z grupą krwi. Na większości blogów kulinarnych można wyszukać przepisy w zależności od tego, co chcemy wykluczyć z menu. Coraz trudniej zorganizować przyjęcie, czy nawet zaprosić znajomych na kolację, ponieważ część gości nie je mięsa, inni cukru, a spora część za nic w świecie nie tknie glutenu.

Na scenę wkroczyli coache i celebryci, którzy przekonują nas do swojego sposobu nie tylko odżywiania, ale życia. Budują wizerunek tych, którzy doznali objawienia i wiedzą jak żyć szczęśliwie. Przejęli rolę dawnych guru i mistrzów, którzy jednak swoją wiedzę zdobywali latami lub przejmowali od przodków. Osoby o znanych nazwiskach prowadzą blogi, wydają książki, występują w programach telewizyjnych, prezentując autorskie rozwiązania na zdrowe odżywianie, ale większość z tych osób nie ma gruntownej wiedzy ani medycznej, ani żywieniowej. Zdarza się, że powtarzają powszechnie znane stwierdzenia o konieczności zjadania pięciu posiłków dziennie, czy niezwykłych właściwościach różnych produktów, choć nie ma na ich potwierdzenie żadnego naukowego dowodu. W filmie Małgorzaty Szumowskiej 33 sceny z życia jest przejmująca scena, w której kobieta umierająca na raka, bardzo już słaba mówi: „A myślałam, że jak będę jeść brokuły, to nie zachoruję.” Z pozycji widza wiemy doskonale jak absurdalnie to brzmi. Cóż znaczy brokuł wobec nowotworu, ale sami chętnie ulegamy iluzji, że codzienne picie młodego jęczmienia lub zjadanie owoców goji, uchroni nas od wszelkiego zła. Nie zadajemy naszym celebrytom pytań, skąd oni to wiedzą i jakie mają kwalifikacje, by mówić nam jak zdrowo się odżywiać. Bardzo rzadko też zwracamy się o pomoc do dobrze wykształconych, doświadczonych dietetyków.

„W naszych czasach jedzenie stało się skomplikowane. Patrząc na produkty spożywcze widzimy nie pożywienie, ale dobroczynne lub szkodliwe składniki odżywcze, jakie zawierają, oraz rzecz jasna, kalorie. Zachowujemy się tak, jakby sekret zdrowego odżywiania leżał w dostrzeżeniu i właściwym zrozumieniu roli wszystkich tych niewidzialnych komponentów. Jednak nadal nie mamy pojęcia, co jeść. Czy bardziej się przejmować tłuszczami, czy węglowodanami? (…) Czy konsumowanie jednych płatków śniadaniowych naprawdę poprawia koncentrację naszego dziecka w szkole, a jedzenie drugich chroni nas przed zawałem?”[7] Zagubieni pomiędzy szybkim obiadem ze słoika, presją zdrowej żywności, a dostępnością egzotycznych wyrobów, tracimy doświadczenie prawdziwych, zdrowych i świeżych produktów, które dojrzewają parę kilometrów od naszych domów. Ich zapach, smak, kolor, faktura stają się jedynie odległym wspomnieniem z dzieciństwa, o ile mieliśmy szczęście tego doświadczyć. Czy dziś pozostaje nam przemysłowy pomidor z supermarketu przyrządzony według wyrafinowanego przepisu z kulinarnego show?

[1] Paul Pitchford, Odżywianie dla zdrowia, Galaktyka Sp. z o.o. Łódź 2010, s. 22
[2] Stanisław Czerniecki, Compendium Ferculorum albo zebranie potraw, pod redakcją Jarosława Dumanowskiego i Magdaleny Spychaj, Muzeum Pałac w Wilanowie & Jarosław Dumanowski, Warszawa 2009, s. 17
[3] Leczenie dietą. Wygraj z Candidą!, Wydawnictwo Pacal Sp. z o.o., Bielsko-Biała 2016, s. 117
[4] Ibidem, s. 95
[5] Paul Pitchford, Odżywianie dla zdrowia, Galaktyka Sp. z o.o. Łódź 2010, s. 23
[6] Leczenie dietą. Wygraj z Candidą!, Wydawnictwo Pacal Sp. z o.o., Bielsko-Biała 2016, s. 113
[7] Link

Komentarze

Przestrzeń dla rozwoju związku – Angelika Pińkowska z bloga A Dreamer’s Life

Przedstawiamy cykl Przestrzeń dla rozwoju związku, będący kolaboracją między Magazynem Przestrzeń i twórczynią gry Jupitajnia Couple – Agatą Pierzchałą, w którym zachęcamy blogerów do odpowiadania na trzy pytania z gry. Prowadzisz bloga i chcesz podjąć wyzwanie? Napisz do nas na kontakt@magazynprzestrzen.pl. Jupitajnia Couple to autorska gra coachingowa dla par, której głównym celem jest wzmocnienie bliskości między partnerami oraz poprawa komunikacji. Jupitajnia to zestaw kart z pytaniami poszerzającymi spojrzenie na relację, samych partnerów czy ich poglądy na ważne kwestie.

W tym miesiącu na pytania z Jupitajnia Couple odpowiada Angelika Pińkowska – twórczyni bloga A Dreamer’s Life.

Pytanie #1

18-11_01

Drobne gesty, małe, może dla kogoś nic nieznaczące słówka, czuły dotyk. Od kiedy zafascynowałam się ideą slow life, zaczęłam przywiązywać większą uwagę do codzienności. Nie czekam na wielkie okazje, stawiam na tu i teraz i rozkoszuję się każdą chwilą. Zdałam sobie też sprawę, że życia składa się z krótkich momentów, małych rzeczy, które tworzą całość. I tak właśnie zaczęłam doceniać zaserwowane śniadanie do łóżka, wspólny spacer, długie rozmowy, przytulanie przed snem czy pocałunki na dzień dobry. Te wszystkie małe rzeczy sprawiają, że oboje czujemy się dobrze w związku. Jesteśmy pewni siebie i swoich uczuć.

Pytanie #2 

18-_11_02

Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym jak moja Druga Połówka zaangażowała się w przygotowania do naszego ślubu. Ogrom pracy, który mnie wręcz przerażał, okazał się nie taki straszny, ponieważ miałam ogromne wsparcie mojego partnera. Działaliśmy wspólnie, wyznaczaliśmy sobie tygodniowe cele, często się konsultowaliśmy, a jeszcze częściej zmienialiśmy koncepcję. Przez cały ten czas czułam, że to będzie nasz wielki dzień, do którego przygotowywaliśmy się miesiącami. Moja Druga Połówka dała mi ogromne poczucie wsparcia i nie pozwoliła, aby stres przyćmił pozytywne emocje i ekscytację związaną z najważniejszym dniem naszego życia.

Pytanie #3

18-11_03

Najsilniejsze emocje w naszej relacji wzbudzają we mnie burzliwe dyskusje. Wciąż i wciąż szukamy odpowiedniego sposobu na rozwiązywanie nieporozumień, ale czasami negatywne emocje biorą górę i zamiast łagodzić nieporozumienia zaogniamy je. Nie należymy jednak do osób praktykujących ciche dni, bądź obrażanie się na siebie. Nasze nieporozumienia zazwyczaj znikają szybciej niż się pojawiają.

Jeśli chodzi o najsilniejsze pozytywne emocje, to zawsze podczas poważnych rozmów, kiedy dyskutujemy o naszej przyszłości uderza mnie to, że chcemy w życiu tego samego. Mamy podobne spojrzenie na świat, na ludzi i mamy bardzo podobne cele. Niezmiennie się wzruszam, kiedy dociera do mnie jak ogromne mamy szczęście, że w tych najważniejszych życiowych kwestiach rozumiemy się bez słów.

profilowe1Angelika Pińkowska – od niedawna piszę bloga lifestylowego A Dreamer’s Life ze sporym naciskiem na podróże. Rozkochałam się w idei slow life i slow fashion – tym samym moje ostatnie podróże również zyskały nowy wymiar, są bardziej slow, rozkoszuję się każdą chwilą w nowym miejscu, bez stresu, za to z uśmiechem i bez pośpiechu.

Komentarze

Seks na ekranie – terapia filmem

Internet obiegła właśnie odkryta (pochodząca z 2013 roku) wypowiedź reżysera „Ostatniego tanga w Paryżu”, odkrywająca szokujące kulisy kręcenia jednej z seksualnych scen. Kolejne czasopisma, krytycy i seksuologowie stawiają pytanie o granicę poświęcania aktora na rzecz realizmu przekazu. Seks i związki w kinie to jednak znacznie szersze zagadnienie. Konkretne dzieła mogą stanowić terapię dla związku, wspólne oglądanie poprawia nasze relacje, ponadto niektóre filmy wykorzystuje się także w terapii zaburzeń sfery seksualnej.

ostatnie-tango

Scena z „Ostatniego tango w Paryżu”, źródło: film.interia.pl

Ujawnienie fragmentów wywiadu z Bernardo Bertoluccim wywołało swoistą burzę w sieci. Oto reżyser, uzgadniając z Marlonem Brando scenę, której pierwotnie nie było w scenariuszu, skazał 19-letnią aktorkę na gwałt (jak zapewniają twórcy do aktu seksualnego nie doszło), chcąc uwiecznić jej prawdziwą reakcję. Reakcję kobiety-aktorki, nie samej odgrywającej swą rolę postaci. Co więcej, to właśnie ta prawdziwa kobieta, nie postać, zmagała się później z uzależnieniem od narkotyków i chorobą psychiczną. Warto śledzić toczącą się dyskusję i mieć nadzieję na kolejne głosy krytyki lekceważącego stosunku do kobiet. Stosunku, który wydaje się być niezależny od branży, zawodu i miejsca zamieszkania – może być nim nawet teoretycznie liberalny i hołdujący poprawnym politycznie wartościom świat filmowy.

Seksualna filmoterapia

„Pożegnanie  z niewinnością”, plakat. Źródło: filmweb.pl

„Pożegnanie z niewinnością”, plakat. Źródło: filmweb.pl

Seks w kinematografii ma wiele wymiarów. Reżyserzy prześcigają się w „pokazywaniu więcej”, powstają odważne filmy poruszające temat pedofilii i wykorzystywania seksualnego, studia relacji i obrazy zdrady. Oglądanie konkretnych pozycji filmowych jest także częścią terapii seksuologicznej osób z zaburzeniami preferencji seksualnych, sprawców przestępstw przeciwko wolności seksualnej czy cierpiących z powodu nadmiernego popędu seksualnego. Bardzo istotnym elementem tejże jest zmiana schematów poznawczych, a więc błędnych przekonań i poglądów, w które wierzy osoba cierpiąca na dane zaburzenie. Możliwość skonfrontowania się ze swoim problemem oglądanym z boku, przyjrzenie się reakcjom otoczenia czy – w przypadku sprawców – reakcji ofiary może mieć wpływ na wzrost skuteczności terapii. Należy tu wymienić chociażby dramat Pożegnanie z niewinnością (2010), będący ekranizacją historii, których z doniesień medialnych znamy wiele. 14-letnia Annie poznaje w Internecie dwa lata starszego Charlie’go, który, jak można się domyślić, nie jest tym, za kogo się podaje. Film ważny i potrzebny, zarówno w terapii, jak i jako pozycja edukacyjna dla nastolatków.

„Wstyd”, plakat. Źródło: filmweb.pl

„Wstyd”, plakat. Źródło: filmweb.pl

Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób ICD-10 wyróżnia nadmierny popęd seksualny, dysfunkcję, którą świetnie obrazuje film Wstyd (2011) z Michaelem Fassbenderem w roli głównej. Choć w obrazie nie brakuje seksualnych scen, jest to przede wszystkim dzieło o samotności, uzależnieniu, zaniedbywaniu relacji i nieumiejętności stworzenia tych trwałych. Główny bohater traci kontakt z rzeczywistością wokół siebie i swoimi emocjami. Nie bez przyczyny film jest wykorzystywany i polecany w wielu gabinetach seksuologicznych oraz zdobył wiele nagród na prestiżowych festiwalach filmowych.

Film dla poprawy relacji

Wspólne oglądanie filmów niejako zastępuje pierwotne wspólne siedzenie przy ogniu. Trudno porównać do czegokolwiek przyjemność dzielenia się śmiechem podczas śledzenia komedii, strachem przy horrorach, napięciem przy thrillerach, itd. To z najbliższymi chodzimy do kina, umawiamy się na wspólne oglądanie filmu, co jest także doskonałym pomysłem na spędzenie wieczoru dla pary. W tym ostatnim przypadku nie chodzi jedynie o dzielenie emocji – przyglądając się problemom i ich rozwiązaniom, relacjom i silnym emocjom, można przypomnieć sobie te własne, otrzymać wskazówki na przyszłość, poznać psychikę męską i kobiecą.

„Zeszłej nocy”, plakat. Źródło: filmweb.pl

„Zeszłej nocy”, plakat. Źródło: filmweb.pl

Mającym ochotę na zmierzenie się z dylematami pary, która największe miłosne uniesienie ma już za sobą, należy polecić Zeszłej nocy (2010). Film opowiada historię małżeństwa i pokusy zdrady, zarówno tej emocjonalnej, jak i fizycznej. Trudno opowiadać fabułę bez zdradzania szczegółów, warto jednak wspomnieć, że dzieło w bardzo interesujący sposób ukazuje naturę dylematu zależną od rodzaju zdrady. Śledzimy bohaterów krok w krok, możemy obserwować ich wahania i niezależnie od wartości moralnych – poczuć empatię. Dlaczego parom można polecić film o zdradzie? Chociażby aby dać sobie szansę przypomnieć o miłości, zanim zacznie szukać się kolejnej. Film ten stanowi też świetny przyczynek do dyskusji po seansie, a także zweryfikowania swoich poglądów i oczekiwań.

 

Komentarze

Ze skrajności w skrajność

graf. Tomasz Opaliński

graf. Tomasz Opaliński

Dwudziesty pierwszy wiek to dla młodych ludzi klasy średniej mieszkających w wolnym kraju pierwszego świata, mających dostęp do jedzenia, Internetu i lekarza, rodziców oraz z odpowiednią ilością dofinansowania, to właściwie wiek beztroski. Oczywiście nie należy ignorować problemów życia codziennego. Boże broń od trudnego kolokwium, korka na trasie Toruńskiej w Warszawie czy kilku nadprogramowych kilogramów. I niemożliwe jest nawet porównywać monstrualnego sobotniego kaca ze zbombardowanym miastem rodzinnym i tułaczką przez Morze Śródziemne, bo na świecie istnieją podwójne, potrójne i poczwórne standardy. Do pewnego momentu empatia jest chyba tylko odruchem dobrego wychowania. Savoir-vivre sugeruje, aby na kolejną smutną wiadomość zakryć usta dłonią, ale nie zabrania, aby tymi samymi ustami rozprawiać jak to nam w życiu źle. Bez wątpienia przeżywanie każdego nieszczęścia, jakie dzieje się w ciągu doby, byłoby z jednej strony niemożliwe, zegar nie jest z gumy, a z drugiej destrukcyjne. Może to lepiej, że w ostatecznie przeżywamy to, co bliskie. Nomen omen, ten instynktowny egoizm gwarantuje w ogóle przeżycie. Zdarzają się jednak takie momenty, kiedy tego pozornie zadowolonego człowieka uderza cudze nieszczęście, i uderza wielokrotnie i wciąż na nowo. I w zupełnie niezrozumiały sposób.

Zaraz po maturze wybrałyśmy się z mamą na wycieczkę do Petersburga. Biuro podróży oferowało przejazd autokarem przez Litwę, Łotwę, Estonię i krótki pobyt w każdej ze stolic. Zwieńczeniem drogi miał być oczywiście Piotrogród. Miasto ogromne, piękne, usiane neoklasycystycznymi budynkami i poprzecinane szerokimi prospektami. Usytuowane u ujścia Newy, na terenach tak bagnistych, tak zimnych i ponurych, że właściwie gdyby zależało to od ludzi, miasto w ogóle nie powinno tam istnieć. Ale zdecydowali nie ludzie, ale jak to w Rosji bywa, jeden człowiek. Piotr I uzyskał coś, czego osiemnastowiecznemu społeczeństwu (a właściwie to dynastii Romanowów) brakowało – dostęp do Morza Bałtyckiego. Obecnie wydawałoby się, że to prestiż znikomy, jednak car natchniony zagranicznymi podróżami, uważał zupełnie co innego. Jego Wielkie Poselstwo było tajną misją dyplomatyczną, podczas której Piotr z jednej strony starał się uzyskać poparcie krajów Europy Zachodniej w walce z Imperium Osmańskim oraz nawiązać stosunki z dworami królewskimi, ale z drugiej pchała go tam ludzka ciekawość. Jako pierwszy z rosyjskich władców zdobył się na wyjazd poza własne Imperium. Co więcej, aby jak najlepiej wtopić się w obcą rzeczywistość przybrał on pseudonim, Piotr Michajłow, i w towarzystwie grupy posłów i kniaziów wyruszył najpierw do Rygi, następnie Kurlandii, Królewca i w końcu do Holandii. W Amsterdamie rozpoczął pracę na stanowisku robotnika w stoczni należącej do Kompanii Wschodnioindyjskiej. Mimo to, że wraz z jego przybyciem praktycznie całe miasto huczało od plotek (trudno było przeoczyć i nie rozpoznać dwumetrowego słowiańskiego bojara), ten kazał nazywać się Peter Timmerman van Zaandam (Piotr, Cieśla Zaandamski). Zainspirowany holenderskim bogactwem kulturalnym, ale przede wszystkim flotą i przemysłem stoczniowym postanowił, że wszystko to przeniesie do Rosji [1]. I tak narodziła się idea Petersburga.

Wystarczyło jedynie uzyskać dostęp do morza i Piotr już mógł przystępować do realizacji planów. Roku pańskiego 1703, 16 maja założone zostało przez cara i wielkiego księcia Piotra Aleksiejewicza miasto Sankt-Petersburg. Głosi napis kamiennej płycie pierwszej budowli, Twierdzy Pietropawłowskiej wzniesionej na Wyspie Zajęczej. Potem wystarczyło wysuszyć podmokły teren, ściągnąć chłopów z całej Rosji oraz zaangażować szwedzkich jeńców biorących udział w wojnie północnej. Dziesiątki tysięcy robotników musiało jedynie umrzeć grzęznąć gdzieś w błocie delty Newy na chwałę cara, reszta popędzana przez niego mogła dać podwaliny pod miasto nowej silnej Rosji. Jedynie cały kraj musiał dzielić się żywnością, narzędziami, przedmiotami codziennego użytku i materiałami budowlanymi. Na prośbę Piotra Rosjanie zgodnie przestali budować murowane domy na terenie całego kraju. A Petersburg rósł i z każdym budynkiem piękniał. Długie, szerokie i równe jak spod linijki prospekty ciągnące się wzdłuż ogromnej rzeki Newy, fasady bogatych pałaców dumnie patrzących w dal, malownicze kanały, a wszystko w stylistyce baroku piotrowskiego, stylu inspirowanego tym, co Europa miała najwspanialszego. Powtarzając za Puszkinem, car Piotr I wyrąbał okno na Europę, ale takie okno, że cała Europa piała z zachwytu.

Piałyśmy i my. Kilkudniowy pobyt był zorganizowany i bardzo intensywny, przy czym nastawiony właściwie tylko na to, abyśmy czuły się nim przytłoczone, a tym samym zachwycone. Od Soboru Zmartwychwstania Pańskiego, przez Sobór Izaaka, Cerkiew Zmartwychwstania, do Miedzianego Jeźdźca. Potem tylko przebieżka po Newskim Prospekcie, fotka przy Aurorze, sprint przez Carskie Sioło i Peterhof i długi dystans po Ermitażu.  A na koniec dnia rejs po Newie. Wszystkie statki turystyczne posłusznie przed drugą w nocy dopływają do pierwszego mostu, kiedy ten otwiera się, na rzece zaczyna się wyścig… Cel jest jeden, dopłynąć jak najszybciej do drugiego, trzeciego, czwartego itd. Białe noce sprawiają tylko, że dzień wydaje się nie mieć końca…

Niesamowite było to, że jak tylko nasz autokar wyjechał poza aglomerację bogatego Petersburga i zaczął kierować do Estonii, nasze widoki ograniczyły się do obsadzonej gęstymi zaroślami drogi. Odnosiło się wrażenie, że Rosja hojnie pokazywała nam to, co pokazać chciała. I gdyby nie ludzka słabość w postaci potrzeb fizjologicznych, być może nie zobaczylibyśmy drugiej strony. Kiedy po dość długim i intensywnym błaganiu, udało się nam doprosić o postój, autokar zjechał do (chyba jedynej) stacji benzynowej w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Był to szary budynek, przypominający bardzo zaniedbany bunkier. Poza benzyną mogliśmy w nim kupić wątpliwej jakości kanapki, paczkę Seven Daysów i oczywiście całą gamę alkoholi i papierosów. Jednak to doklejony do bunkra blaszano-ceglany klocek był naszym głównym celem. Podpis “туалет” znacznie pomagał rozeznać się w przestrzeni. W środku uwagę przykuwały odrapane ściany, porośnięte wielobarwnym grzybem, przesiąknięte stęchłym zapachem ruskiej prowincji, wszystko oświetlone zdychającymi żarówkami na półoberwanych kablach. Typ toalety oczywiście wschodni, szumnie zwany toaletą turecką czy tzw. ubikacją kucaną. Wszystko niemiłosiernie zużyte, łącznie z umywalkami, kranami i lecącą z nich wodą. Tak jakby klocek miał zamknięty obieg brudu. Wyszłabym stamtąd zupełnie niewzruszona, gdyby nie to, że w tym obrzydliwym syfie na plastikowym krześle siedział człowiek i w spokoju oglądał telewizję z odbiornika wielkości kalkulatora. Był pracownikiem, a może i właścicielem tego przybytku. Jego obecność najpierw mnie zszokowała, warunki nie nadawały się do przebywania, a co dopiero rekreacji. Potem sprawiła, że zacisnęłam zęby, nie chcąc nadmiernie narzekać na otoczenie. Zrobiły to za mnie inne damy z autokaru. Najwyraźniej przyzwyczajone do petersburskich pałaców zaczęły kilkunastominutowe tyrady, machając przy tym rękami w okolicy nosa, głowy, w końcu pokazując palcami na Rosjanina, wybuchając przy tym śmiechem. A ten człowiek, choć prawdopodobnie rozumiał wiele, pozostawał niewzruszony i tylko te jego wielkie smutne oczy wpatrzone były w ekran. Może nie w ekran, a w beznadziejną pustkę. Spojrzałam raz jeszcze i dostrzegłam, że za ekranem, na obskurnym parapecie w obtłuczonych glinianych i szklanych naczynkach rosły małe roślinki. Cała masa bezbronnych i pełnych nadziei roślinek.

 

[1] Pobyt w Europie nie zakończył się w Amsterdamie. Piotr I zdążył zwiedzić także Anglię, Austrię i Polskę.

Komentarze

Życie, quo vadis?

Życie to nieustanna walka. Nieustanne poszukiwanie. Nieustanne podążanie trochę w nieznane, trochę po omacku. Nieustanne wszystko i nic. Brzmi jak prawdziwy banał, ale niech zwróci mi uwagę ktoś, kto nie zgodzi się z tym stwierdzeniem.

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Etap pierwszy

Gdy byłam w gimnazjum i pierwszy raz zaczęłam przejmować się życiem trochę poważnie, czułam, że nie jestem w stanie nic z nim zrobić. Czułam, że zawsze będę miała przy sobie te kilka dodatkowych kilogramów, a mój drugi podbródek będzie już na zawsze określał to, jak świat będzie mnie odbierał. Tak mi się wydawało. Wtedy też pierwszy raz poczułam, że koleżanki są jakby trochę ode mnie mądrzejsze, jakby im wiedza lepiej wchodzi do głowy, i – już nie jakby – więcej chłopców zwracało właśnie na nie uwagę.

Etap drugi

Gdy przeszłam do liceum, zmieniły mi się nieco priorytety. Poczułam się ze sobą lepiej, ale naprawdę – sama nie wiem, kiedy to nastąpiło. Skupiłam się na nauce, na mojej klasie o profilu filmowym, i na nowych, cudownych przyjaciołach, jakich zyskałam. Było tam trochę dramatów, trochę intryg, ale przede wszystkim – był błogi spokój. Spokój duszy. I nie – ani razu nie zapaliłam w tym czasie, ani też nie piłam alkoholu. Na trzeźwo byłam spokojna.

Matura zmieniła jednak wszystko. Wyobrażałam sobie – i jedynie tą myślą napędzałam machinę – że po maturze zrobię wszystko, będę panią swojego losu i tak dalej. Przy okazji moje młodzieńcze serce przeżyło trochę ekscytacji i trochę zawodu. Ciężko przeżyłam tamten czas, ale udało się -wywalczyłam i zdobyłam wykształcenie średnie.

Etap trzeci

Potem przyszedł ten czas, gdy przeciętny, polski dziewiętnastolatek musi podjąć decyzję o tym, kim chce zostać w przyszłości. Jak adwokatem – idzie na prawo. Jak lekarzem – wybiera medycynę. I nie, jak pisarzem, to nie musi iść na polonistykę. Ludzie mnie uprzedzali, mówili, ale ja nie słuchałam. Zrezygnowałam z Akademii Fotografii na rzecz filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim i wtedy poczułam się, jak najfajniejsza osoba na tej planecie. Czułam nosem ten prestiż, który czeka na mnie tuż po przekroczeniu ogromnej bramy przy Krakowskim Przedmieściu, a podświadomie marzyłam o szalonym życiu studentki.

Przyszły pierwsze wykłady, a wraz z nimi nowe znajomości, zupełnie już inne od tych licealnych. Koleżanki poznały mnie z moim późniejszym, pierwszym chłopakiem. Motylki unosiły się w powietrzu, krążyły wokół stert książek, które on dzielnie pomagał mi wynosić z Biblioteki Uniwersyteckiej. Pierwszy raz w życiu czułam się w ten sposób i myślałam, że tak już będzie na zawsze…

Etap czwarty

Nic jednak bardziej mylnego. U przyjaciółki ze studiów, zresztą – na domówce, poznałam mojego przyszłego chłopaka. Był starszy, jeździł seicento i mieszkał naprawdę niedaleko mnie. Byłam pod wrażeniem, zawirował mi świat i ten już miniony – musiał się niestety rozpaść.

Sielanka trwała około półtora miesiąca, bo potem wyjechał na Erasmusa do Włoch. I do tej pory jestem przeszczęśliwa, że zdecydowałam się pojechać do niego sama, autokarem, z grupką pań, które jechały, by opiekować się leciwymi Włoszkami. Wtedy poczułam się drugi raz jak zwycięzca.

Niestety, wróciłam do kraju, przyszły święta Bożego Narodzenia i to też musiało się skończyć. Karma wróciła, i tym razem ja dostałam… No. Dzisiaj wiem, że należało mi się. I tylko mi trochę smutno, jak po jakimś czasie usłyszałam od mamy, że nigdy mnie nie widziała w takim stanie.

Etap piąty

Pozbierałam się po czterech miesiącach. To był czas nieustannych ćwiczeń i diety. Nigdy wcześniej, ani później, nie wyglądałam tak dobrze, jak wtedy. Codziennie rano skreślałam kolejne daty w kalendarzu i ścieliłam łóżko z myślą, że ja go odzyskam. Totalny masochizm, ale widać był mi wtedy potrzebny. Codziennie rano powtarzałam sobie, że wcale nie jestem nudziarą, bo tak kiedyś, gdzieś usłyszałam od jego znajomych.

Byłam w rozsypce, aż pewnego dnia posłuchałam Natalii Przybysz i uwierzyłam, że nazywam się niebo. Zbiegło się to z pewnym incydentem, w który do tej pory nie wierzę, ale przyniósł on mi niesamowitego pałera i dodał pewności siebie. Oczywiście, jak każda kobieta, przeżywałam potem, że wszystko się w życiu kiedyś kończy, ale…

Etap szósty

Potem przyszedł czas zakończenia studiów. Czas pewnych podsumowań, refleksji, trochę wspomnień. Potem trochę nie wyszło i wylądowałam na tzw. gap year. Teraz jest mi już z nim dobrze, ale wcześniej był płacz, było zgrzytanie zębami. Nadal nie wiem, co chcę robić w życiu, nadal wszystko mi się zmienia, jak w kalejdoskopie. Czasem wydaje mi się, że dobrym pomysłem byłaby rozmowa z psychologiem, ale zaraz potem mówię sobie, że przecież wszystko jest
w porządku.

I tak macham tą moją szalupą życia na otwartym morzu. I co złapię wiatr, to wypuszczam stery z rąk. Wiatr się zmienia i znów trzeba ustawiać wszystko na nowo. Zupełnie nie wiem, co przyniesie etap siódmy. Urywki z mojego dwudziestodwuletniego życia zapisałam na niewiele ponad jednej stronie A4 w popularnym programie Word. Każdy dzień to nowa, niezapisana kartka, która tworzy wielką księgę – Życie. Nie wolno jej podeptać, nie wolno jej nikomu oddawać – jest nasza, choć wypożyczona, i trzeba o nią dbać, bo drugiego egzemplarza nie będzie, a wypożyczalnię nie wiadomo, kiedy zamykają…

Komentarze

Wywiad z zespołem BeMy

Urodzili i wychowywali się we Francji, mają jednak polskie korzenie. Na studia wyjechali do Anglii, gdzie kształcili się na prestiżowej uczelni Academy of Contemporary Music. W 2013 roku zajęli drugie miejsce w finalne polskiego programu Must Be the Music. Tylko muzyka. Z francusko-polskim zespołem BeMy rozmawiamy o tym, na jakim festiwalu chcieliby zagrać, o teledysku do piosenki Oxygen, literaturze francuskiej oraz co zrobią, gdy wybije pierwszy milion wyświetleń ostatniego singla.

Materiały prasowe

Materiały prasowe

Paweł Majcherczyk: Macie ogrom koncertów, wywiadów, czy trochę nie jesteście tym zmęczeni?
Mattia Rosinski: Cały czas mamy niedosyt.
Elie Rosinski: Nie, jest to ekscytujące. Może przy trzeciej płycie będziemy zmęczeni.
MR: Teraz chcemy coraz więcej, i cały czas się rozwijamy.

PM: Skąd nazwa BeMy? Czy to coś oznacza?
MR: Wszyscy szukają w tym znaczenia angielskiego: bądź moja. Chociaż to błędna interpretacja. Tak naprawdę są to inicjały składu naszego dawnego zespołu. B – Banjama, E – Elie, M – Mattia, Y – Yan.  Wtedy graliśmy brytyjski rock.

PM: Wasza muzyka – jaki to jest gatunek? Indie rock, brit pop?
ER: Mógłby to być britpop, ale Mattia już nie ma tego angielskiego akcentu (śmiech).
MR: Alternatywny rock, ten gatunek chyba najlepiej do nas pasuje.

PM: Śpiewacie po angielsku, czy jest jakaś szansa, że nagracie płytę po polsku?
ER: Nein (śmiech).
MR: Nie ma żadnych szans.
ER: Nie, mimo że szanujemy polską muzykę, to od dzieciństwa gramy po angielsku, i to jest dla nas naturalne. Mattia śpiewałby po polsku strasznie (śmiech). W przyszłości też chcielibyśmy spełnić swe marzenia i mieć zasięg poza Polską.

PM: Czyli nie chcecie skupiać się wyłącznie na Polsce. Co chcielibyście osiągnąć? Karierę w Europie, w Ameryce?
MR: Wszędzie. Całe życie podróżowaliśmy. Byliśmy w Stanach, w Indonezji, na Kubie, w Afryce…

PM: Sądzę, że może wam się udać osiągnąć wielki sukces tu, na naszym podwórku. Mamy dobrych wokalistów, takich jak: Dawid Podsiadło, Krzysiek Zalewski, Monika Brodka i innych… Brakuje jednak takiej alternatywy, którą reprezentujecie. Fajną trampoliną byłby jakiś festiwal. Byliście już na Openerze?
ER: Nie, nie byliśmy. To jest nasz wielki sen. Bardzo chcielibyśmy zagrać tam w przyszłym roku. Mamy wielką nadzieję, że nam się uda.
MR: Niestety wystąpiły pewne komplikacje. To jest nasze polskie marzenie, jeżeli chodzi o miejsce do grania. Tak naprawdę niedawno wydaliśmy płytę, za wcześnie by to było, gdybyśmy w tym roku tam zagrali.
ER: My tam pasujemy, 90% moich polskich znajomych jeździ na Openera. Dalibyśmy tam świetne show.

PM: Jakiej muzyki słuchaliście w młodości, na kim się inspirowaliście, a jakich zespołów słuchacie teraz?
MR: W młodości mieliśmy okres taki trochę hippisowski. Lubiliśmy słuchać: The Beatles, Rolling Stones.
ER: Klasyki. A dzisiaj słuchamy współczesnych zespołów, nawet trochę rapowych: Cage, Under is pack, Jagga Rat.

PM: Macie singiel Time, Oxygen, jaki będzie następny…
ER: Teraz nadchodzi jesień.
MR: Mamy zimę, dlatego odczekamy trochę z następnym singlem.

PM: Rozumiem. Podoba mi się teledysk do piosenki Oxygen, trochę w klimacie hollywoodzkim…
ER: To było naprawdę hardcorowe, ponieważ nagrywaliśmy go tylko w 3 dni.

PM: Czy możecie coś więcej o nim powiedzieć?
MR: Pierwszym był Time, był to bardziej teledysk artystyczny. Oxygen potrzebuje dużą przestrzeń. Chcieliśmy nagrywać coś, co ma sens, coś co ma historię. Bardzo długo szukaliśmy reżysera. W końcu zgodził się nam pomóc Mitja Okorn, który jest reżyserem teledysków. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Był świadomy tego, że mamy mały budżet i zrobił nam teledysk za darmo. Z wielkim sercem.

PM: Gdzie ten teledysk był nagrywany?
MR: Na Cyprze. W ogóle bardzo dużo ludzi, którzy wzięli w tym udział, zrobili to za darmo. I jesteśmy im bardzo wdzięczni. Aktorka Inja Zalta, brała udział w tym teledysku. Jest gwiazdą seriali na Słowenii. Ona grała za mnie, bo ja nie jestem aktorem, wszystko za mnie robiła.

PM: Gdzie macie więcej koncertów – we Francji czy w Polsce?
MR: Nie mamy w ogóle koncertów we Francji, chociaż bardzo byśmy chcieli.
ER: To by się nie opłacało, nie mamy żadnej formy promocji. Jedyny sposób, aby tam zagrać to jakiś festiwal.
MR: Kocham polską publiczność, ona zachowuje się bardzo spontanicznie. Gdy oglądam live jakiejś gwiazdy we Francji, taki koncert na 100 osób, ludzie są tam niesamowicie spięci, publiczność stoi z telefonem i w ogóle się nie rusza… A tu jest całkiem inaczej, publiczność jest bardzo żywa.

PM: Gdy byłem na waszym koncercie przed Jake’em Bugg’em, zauważyłem, że gracie bardzo energetycznie…  Gateway – piosenka niemalże do tańczenia.
ER: Gramy ją zawsze na początku każdego koncertu. Jest dobra, aby się rozegrać.
MR: To prawda, to typowo koncertowa piosenka.

PM: Jaki swój kawałek lubcie najbardziej grać? 
ER: Ja najbardziej lubię grać Gateway oraz Playard. 
MR:Albo Forgive me Woman, dla mnie jest po prostu sztos. To smutna ballada.

PM: Gdy słuchałem waszej płyty, to utwór Islands bardzo przypominał mi The Kooks…
ER: (śmiech) Dużo ludzi nam to mówiło.

PM: Czy inspirowaliście się tym zespołem?
MR: Inspiracji na pewno nie ma, chociaż jest możliwość, że te utwory są podobne.
ER: To jest przypadek. Ponieważ my nie znamy w ogóle twórczości The Kooks. 

PM: Jak długo nagrywaliście debiutancką płytę?
MR: Wcześniej długo pracowaliśmy nad demówką, ponieważ chcieliśmy, aby to dobrze brzmiało, a nie jak z telefonu. Aby Bogdan Kondracki zaakceptował współpracę z nami. Był mały budżet, a więc mieliśmy tylko 4 dni w studiu, żeby nagrać całą płytę bez wokalu. Przygotowaliśmy się na maxa, i w 4 dni nagraliśmy wszystko. Później wokal dogrywaliśmy miesiąc. Czyli szybko poszło. Warto powiedzieć, że utwór Time był dodany po nagraniu całej płyty. Mieliśmy cały materiał skończony. I nagle puściliśmy demo Time Bogdanowi, i powiedział: to musi być na płycie. Tak samo było z utworem Half of My Body.

PM: Jesteście Francuzami z korzeniami polskimi, możecie lepiej to wyjaśnić… gdzie się wychowaliście?
MR: Jest takie odczucie Francuz-Polak. Jestem Francuzem tak na pół.
ER: Ale wychowaliśmy się we Francji, tam przeszliśmy całą edukację.
MR: Właśnie.

PM: Dobrze, pytanie dotyczące Francji. Czy lubicie francuską literaturę?
MR: Elie dużo czyta, więc niech on coś powie (śmiech).
ER: To prawda, lubię. Tak naprawdę od półtora roku zacząłem czytać dużo książek. Poznałem nieco takich pisarzy jak: Appolinaire, Maupassant, Prevert.

PM: Lubiłem kiedyś bardzo czytać: Baudelaire’a, Verlaine’a, Rimbauda…
ER: A no tak, znamy – oczywiście, świetna jest w tej poezji gra słowem.
MR: Mam wielki kompleks na punkcie literatury, gdyż mało jest mi znana.
ER: We Francji mnóstwo piosenkarzy było od razu poetami.

PM: Czy podtrzymujecie swoje słowo, że jeśli Oxygen będzie miał pierwszy milion wyświetleń, to zagracie utwór w nietypowy sposób?
ER: O, nie (śmiech). Nie oszukujemy. Jak coś już się powiedziało, trzeba dotrzymać słowa. Najgorzej będzie w zimie, i na dworze.
MR: Nie wiem gdzie, ale zrobimy to (śmiech).

Komentarze

Żyć własnym życiem

O tym, że C’est la vie śpiewał Andrzej Zaucha, wtórowały mu słowa Życie, życie jest nowelą Ryszarda Rynkowskiego, a wcześniej przewidywał to Jean Ferrat w Ma môme. Mruczeć te słowa pod nosem może też Michelle – bohaterka najnowszego filmu Paula Verhoevena. W końcu, jak głosi stare przysłowie, we Francji wszystko jest dozwolone, nawet to, co zakazane. Dlatego Elle staje się tragedią, w której rezygnuje się z fatum. Na rzecz życia, oczywiście.

Kadr z filmu "Elle", źródło: imdb.com

Kadr z filmu „Elle”, źródło: imdb.com

Portret owalny

O własnym losie decydowała także jedna z najsmutniejszych bohaterek francuskiej kinematografii, Nana. W filmie Jeana-Luca Godarda wnioskowała o to, by Żyć własnym życiem, niezależnie od sposobu. Dlatego rzuciła pracę, chłopaka, dziecko i została prostytutką. Michelle przypomina podejmowanymi przez siebie decyzjami Nanę. Brak jej jednak tej dziecinnej dawki naiwności i liryzmu, które ozdobiły bohaterkę Godarda. Paul Verhoeven do roli dominującej, pewnej siebie i dojrzałej kobiety nie mógł wymarzyć sobie lepszej aktorki. Isabelle Huppert od lat przeistacza się w specjalistę do spraw zagmatwanych ról. Jako Michelle maluje własny portret, w którym nie ma miejsca na rysę niepewności. Mimo że zostaje ofiarą gwałtu, przykleja uśmiech, idzie do pracy i chłodno kalkuluje rozkręcającą się grę video. Wieczorem skrada się do własnego mieszkania, zasypia z młotkiem, a budzi się z przerażeniem. Jednak w zakamarkach jej uśmiechu kryje się chęć poznania oprawcy. Rozpoczyna się gra, w której kobieta działa zupełnie przeciwnie do stereotypowych ról matek, przyjaciółek i kochanek. Im dłużej udaje przed resztą świata, tym bardziej nabiera blasku. W końcowych scenach Żyć własnym życiem kochanek Nany czyta fragment Portretu owalnego Edgara Poe. W opowiadaniu malarz wpatruje się w obraz ukochanej, a gdy zauważa, że „Zaiste, to życie samo!”, panna młoda już nie żyje. W Elle życie zaczyna się dopiero po duchowej śmierci uwikłanej w relacjach Michelle.

Niebezpieczne związki

Po czterdziestce nie ma co marzyć o lekkim życiu. Były mąż wybiera młodą instruktorkę jogi, matka przystojnego Ralpha, a syn chciwą i wredną dziewczynę. Michelle nie kryje niechęci do każdego z nowych przybyszów, ale toleruje ich z ogromną dozą elegancji. W końcu jak pisał Leszek Kołakowski: „We Francji, domami tolerancji’ nazywało się kiedyś burdele, a nazwa podsumowała sugestię, że jest to urządzenie niedobre, ale które jednak lepiej jest, z rozmaitych powodów, tolerować”. Dlatego bohaterka organizuje przedświąteczną kolację. Przypatruje się nieszkodliwym wrogom, ubliża matce, a w wolnej chwili muska pod stołem nogę sąsiada. Tak, by jego religijna żona, siedząca tuż obok, niczego się nie domyśliła. W Michelle kryje się jednak dawka ponurego fatalizmu. Wszystkie jej decyzje stają się dziwaczne, wyrastają poza przyjęte granice moralności. Zostawiła męża, bo ją uderzył, a cierpliwie czeka na kolejny cios od oprawcy. Mimo to ciekawi, co zrobi ze swą niespożytą dawką energii. Sprawca naruszający intymność kobiety powraca. Najpierw w myślach, potem w mieszkaniu z niezliczoną ilością okien.

Ziemia, planeta ludzi

Elle staje się diagnozą współczesnego człowieka, w którym zło nabiera przyjemnego blasku. Michelle skrywa bowiem tajemnicę, która boleśnie wywarła wpływ na całe życie. Zadrą staje się ojciec, schorowany już, ale psychopata, kilkanaście lat wcześniej mordujący bezbronne rodziny. Kobieta rozkoszuje się dawnymi wspomnieniami, próbując w tym samym czasie pogodzić się z sytuacją. W pamięci pozostało własne zdjęcie wykonane przez dziennikarzy. Małej, bezbronnej, umorusanej dziewczynki, córki zbrodniarza. Dlatego tak bardzo nie chce udać się na policję po ataku. Dlatego tak bardzo zastanawia się, czy sama nie ma zdolności masowego ranienia ludzi.

Na powiernika wybiera sobie sąsiada – młodego, wysportowanego mężczyznę, który coraz mniej zainteresowany jest żoną dewotką. Michelle doskonale wie, w jaki sposób uwodzić i rozkołysać zmysły. Dzwoni do niego w potrzebie, daje obandażować nogę i przymila się podczas kolacji. Mężczyzna chce jednak więcej i więcej. Michelle daje mu to, początkowo pozostając bierną. Jej serca nie wzrusza zbytnio śmierć matki, kłótnia syna z dziewczyną, a zwłoki ojca wywołują obrzydzenie. Jednak to pod wpływem tych wydarzeń Michelle akceptuje swój mroczny pierwiastek, próbując szybko i boleśnie naprawić inne kategorie życia. Staje się podobna do pilota z Ziemi, planety ludzi, którego fascynuje świat widziany z perspektywy ptaka – odrealniony, absurdalny i niesatysfakcjonujący. Michelle iluzję wspólnoty z innymi zamienia na ćwiczenia próbne własnej moralności. Przemoc, która wdarła się do jej życia, traktuje jako potrzebną część egzystencji.

W końcu życie to nie zabawa, a thriller domaga się ogromnej ilości wydarzeń, wysypujących się reżyserowi z kieszeni. Nie zmienia to faktu, że Isabelle Huppert w roli Michelle warto zobaczyć. Niektórzy będą mieli także okazję na żywo, bo aktorka za rolę w Elle nominowana jest do Europejskich Nagród Filmowych. Ceremonia odbędzie się, po raz drugi, w Polsce. Natomiast Verhoeven udowadnia, że pasjonujemy się strachem, jeśli nie przynależy do naszego własnego, skrycie chronionego, życia.

Komentarze

Dziewczyny z Jerozolimy Wschodniej – Shahad

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

Imię: Shahad
Wiek: 26 lat
Stan cywilny: Rozwiedziona

Miód z Iraku

Shahad (co tłumaczy się jako „miód”) urodziła się w Iraku na początku lat dziewięćdziesiątych. W pierwszych latach życia przybyła jednak z mamą do rodziny, do Jerozolimy. Miały razem dużo szczęścia – znalazły się w bunkrze, który nie został wysadzony w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Niestety ojciec i brat już takiego powodzenia nie mieli.  Dziewczyna wychowywała się więc wśród swoich krewnych, którzy zaopiekowali się nią także po śmierci matki. I zdarzyło się, że właśnie tam, gdzie dorastała – zakochała się. Zauroczyła się w starszym o 8 lat kuzynie.

 

Ślub

Los sprawił, że i on zakochał się w niej. Razem się wychowywali. Mieszkali w jednym budynku. I pewnie stwierdzić by można, że znali się przez całe życie. Młoda Shahad myślała, że będzie pięknie i romantycznie, kiedy wreszcie się pobiorą. Miała piętnaście lat. Rodzina przyszłego męża odradzała jej to zamążpójście, ale ona była pewna swojej decyzji. Urządzili z ukochanym przyjęcie dla okolicznych znajomych i poinformowali, że wkrótce wezmą ślub. Zostali wtedy już oficjalnie parą. Po dziewięciu miesiącach pobrali się.

Rozstania i powroty

Niestety, szybko okazało się, że małżonek jest agresywny. I mimo próśb, prób i obiecywania poprawy – z biegiem lat nic się nie zmieniało. Shahad odeszła od niego – jak mówi, w islamie dopuszczalna jest sytuacja przerwy, separacji – czasu na to aby pomyśleć, a potem ewentualnie wrócić do siebie. Postanowiła dać mu jeszcze jedną szansę, ale nie udało mu się jej wykorzystać. Ostatecznie byli razem 9 lat. Mieszkali z jego rodziną. Po tym czasie dziewczyna wyprowadziła się na dobre.

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

Codzienne życie

Obecnie Shahad pracuje jako opiekunka, studiuje w collage’u historię Bliskiego Wschodu. Mieszka z ciotką, chociaż jak twierdzi – utrzymuje serdeczne stosunki z całą rodziną męża, nawet z jego matką: „To przecież też moja rodzina” – tłumaczy.  Póki co, z nikim się nie spotyka – ze względu na to, że „nadających się mężczyzn już nie ma”.

Religia

Shahad jest religijna. Wierzy, że wszystko co ma, pochodzi od Boga. Może też przed nim otwierać swoją duszę, płakać i prosić. Nie obwinia opatrzności za to, jak potoczyło się jej życie: „To my wybieramy drogę” – mówi.

Dziewczyna cieszy się, że Bóg nie dał jej dzieci. Oczywiście, chciałaby je mieć, bo „każdy by chciał”. Wychowałaby je w islamie i jego wartościach, zadbałaby o ich dobrą edukację i uczyłaby, jak pomagać ludziom. Ważne dla niej byłoby również, aby opowiadały się za pokojem.

Shahad nie myśli zbyt dużo o przyszłości. Co będzie to będzie. Ma nadzieję, że to, co przyjdzie- będzie dobre. Czuje się zmęczona. Na swoje miodowe lata wciąż czeka.

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

Ja życzę jej wszystkiego dobrego.

Komentarze

Recenzja: Rozdarta zasłona

46ff62f9f04404c445c5463f31327a66_7Na początek coś zdradzę. Maryla Szymiczkowa nie istnieje! Autorka „Rozdartej zasłony” została stworzona przez dwóch panów – Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, aby pisać stylowe kryminały. I wychodzi jej to naprawdę dobrze.

Rozdarta zasłona to druga, po Tajemnicy Domu Helclów, zagadka, którą rozwiązuje profesorowa Zofia Szczupaczyńska, główna bohaterka książek Szymiczkowej. Rzecz dzieje się ponownie w XIX-wiecznym Krakowie, a morderstwo pewnej dziewczyny okazuje się wierzchołkiem góry lodowej, którą jest afera związana z prostytucją i handlem kobietami, kwitnącym w najlepsze w dziewiętnastowiecznej Polsce i Europie.

Główna bohaterka kryminałów pani Maryli, jest żoną profesora, kobietą inteligentną, sprytną i bardzo, bardzo wścibską. Dzięki temu wie kto, co, kiedy, z kim i dlaczego, co okazuje się bardzo przydatne podczas prowadzenia (nieoficjalnych rzecz jasna) działań detektywistycznych. Bohaterka przywodzi mi na myśl innych słynnych książkowych detektywów: Herkulesa Poirot, pannę Marple czy inspektora Teodora Szackiego. Fakt, że są niedoskonali, często nawet irytujący, a czasem dokonują sprzecznych moralnie wyborów sprawia, że wzbudzają sympatię, bo są po prostu ludźmi. Czytelnicy stają po ich stronie i kibicują w nie zawsze prawych i prawnych działaniach.

Rozdarta zasłona to cudowne opisy Krakowa tamtych czasów, charakterystyczne i charakterne postacie oraz swoisty dla epoki język. Do tego lekkie pióro i duże poczucie humoru autorki (-ów), które sprawiają, że lektura mija błyskawicznie. Oto przepis na dobry kryminał retro! Jestem pewna, że profesorowa zdobędzie kolejnych fanów. Ja już do nich należę, wszystkim gorąco polecam i czekam z niecierpliwością na kolejną część jej detektywistycznych poczynań.

Rozdarta zasłona, Maryla Szymiczkowa
Wydawnictwo Znak Literanova

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Anna Musiał

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

 

Poetka: Anna Musiałanna-musial
Ur. w Poznaniu. Autorka tomu poezji Pandemonium (Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, 2015). Jej wiersze publikowały m.in. kwartalniki Wyspa, sZAFa i Metafora oraz Magazyn Literacki Minotauryda, Pocztówki Literackie ODRY, Salon Literacki, PKPzin i 2Miesięcznik. Pismo ludzi przełomowych. Zwyciężczyni w plebiscycie na Wiersz Roku 2014 portalu Herbatka u Heleny. Pasjonatka kolarstwa, fotografii i kina koreańskiego.

 

checkpoint

drugiego października poszliśmy nad wodę.
nad wodą ptaki i ludzie targani wiatrem, jak liście
lekko opadający śrubami, beczkami, stylem dowolnym.

stopniowo oswajani z genetyczną pamięcią,
według której każdy oddech jest wyrzutem sumienia.
każda dłoń czyjaś, kiedyś dotykana. całowane usta.

było nam smutno, smutniej niż zwykle. skończyły się
papierosy, w telefonie bateria. skończyła się muzyka.
dokoła wątłe ameby, pierwotniaki, strzępki

wchodziły w nas i zostawały. zanurzaliśmy się w piasku
miejskiej plaży, symetryczne tunele wypełniała gęsta maź.
mówiłeś, że tak samo wypełnia się ciało martwego człowieka,

kiedy pod wpływem ciśnienia pękają trumienne ściany,
kruszy przesuszona skóra. otrzepywałam cię z tych myśli –
zbieraliśmy je potem w punkcie kontrolnym.

zapisane na kartce puszczaliśmy jak kaczki.
i płynęły. płynęły do morza.

 

pod spodem                                     

pojawiasz się wieczorem. przynosisz opowieści
o widokach z okien opuszczonych domów. o magii,
której w nich doświadczasz. blisko. tutaj mówi się

tylko o tym, jak łatwo przejść z siewu do zbioru;
o kobietach, które spoczęły głęboko w ziemi śniąc
cudze dzieci. o kłosach zbóż wplecionych w ich włosy

przez obce ręce. pod spodem warstwa jasna. ściśle
przylegające komórki jak my przylegający do siebie.
znów noszę w sobie wstyd i ciszę pustych mieszkań,

ciszę dłoni, która mnie nie pomieści. myślę wtedy, 
że jestem dzieckiem. chowam się w opuszczonym
domu, wołam twoje imię i my – jak gdyby nigdy nic,

chodzimy nad piekłem.

 

miasto stoi

miasto stoi. stan koordynuje tylko układ limbiczny.
przytłacza mnie ogrom ciał, które jak psy wieszane na człowieku,
stają się moim pancerzem. otwieram oczy, potem wydaje się wszystko –
oczyszczanie ulic, nocne pociągi zmuszone do postoju. rozszerzone tory
i rozszerzone źrenice. palce, które bębnią po zrogowaceniach.

nie potrzeba już żadnych miejsc. miasto stoi. ładuje nas w przedziały,
rozmienia na drobne: na lewo, prawo – przez noc płyniemy ociężale.
przez noc, w której tylko strach przekracza punkt zwyrodnienia.

kulminacja. od teraz wszystkim jest ciszej. o pożegnaniu przypominają
tylko opadające powieki, niepewne palce. niebieskie linie
drgają w rytm uderzeń –

tu ja,
tam ja,
tam prawie my,

gotowi do ucieczki.

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Martyna Romanowicz

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

 

romanowicz

Poetka: Martyna Romanowicz
Ur. w 1987 roku w Łęczycy, ukończyła psychologię. Publikowała w Odrze i Arteriach. Tworzy i wykonuje muzykę pod pseudonimem Roma Nowicz.

 

 

Liście

uderzane deszczem
drżą jak szczenięta
myte językiem matki

kładą uszy przy muśnięciu
choć wiedzą że jest to siła bez krzywdy

przyjechałam milczeć
zastałam burzę

 

O***

kupił mi lalkę bez włosów
jej głowa pachniała kąpielą

*

podarłam białe rajstopy
choć trzymał mnie za rękę

krew zabarwiła chmury w wodzie
zawisłam na jego ściśniętych palcach

był przerażony
co miał zrobił z tym małym zapłakanym pięknem?

zostawił mnie w ławce

dziś kiedy stoję w drzwiach
przeprasza że wtedy krzyczał

 

Obecność

odchodzi dłużej niż jej osoba

gdybym kochała wszystkich
byłaby ze mną zawsze
bo nie wszyscy odchodzą

Komentarze

Przed Państwem…

lichen-in-love_tube

Karolina Ferenc, ‚Lichen in Love’ (galeria zdjęć)

Artystka: Karolina Ferenc

Ur. 1988, ukończyła Architekturę Wnętrz na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu oraz Design Academy Eindhoven na kierunku Social Design. Doświadczenie jako projektant zdobywała w pracowniach takich projektantów jak Tom Price i Shin Azumi. W ramach swojej praktyki artystycznej wykorzystuje umiejętności projektowe jako narzędzie do stawiania pytań i spekulowania. Jej głównym zainteresowaniem są wszelkie aspekty współczesnej relacji pomiędzy człowiekiem a innymi istotami ożywionymi i nieożywionymi w Antropocenie, określanym jako Era Człowieka. Jej projekty kwestionują naszą wyjątkowość jako gatunek i stawiają istotne pytania z punktu widzenia antropologii, filozofii czy socjologii. W swych projektach używa obiektów, animacji, wizualizacji, rysunku oraz tekstów. Obecnie pracuje nad otwartą formułą projektowania, dającą odbiorcy możliwość interakcji z nie-ludźmi, tym samym współtworząc projekt.

Projekt: Lichen in Love

Projekt magisterski na kierunku Social Design, Design Academy Eindhoven, Holandia, 2016.
Projekt nominowany do nagrody im. Gijs Bakkera za wybitne działania badawcze.

‘Lichen in Love’ Karoliny Ferenc to spekulatywny scenariusz o nie-utylitarnym i nie-antropocentrycznym podejściu do innych istot. Projekt kwestionuje naszą wyższość względem innych ożywionych i nieożywionych bytów oraz proponuje możliwą alternatywę opartą na integracji i otwartości. Obiektem jej zainteresowania w projekcie są porosty – symbiotyczne organizmy zamieszkujące zarówno naturalne jak i stworzone przez człowieka powierzchnie takie jak beton, cegła czy nawet plastik. Porosty, tak jak inni nie-ludzie, często są postrzegane jako problematyczne bądź zupełnie nieistotne z perspektywy człowieka. U niektórych budzą wstręt, dla innych są obiektem podziwu z racji swych niezwykłych cech. ‘Lichen in love’ proponuje relację pomiędzy człowiekiem a porostem bazującą na przyjaźni i równości, w przeciwieństwie do uprzedmiotowienia i eksploatacji. Zaprojektowane przez autorkę obiekty ilustrują zbliżenie i zacierającą się granice pomiędzy tym, co ludzkie a nie-ludzkie, naturalne a kulturalne. Począwszy od balonu umożliwiającego porostom ucieczkę od Antropocenu, poprzez tubę pozwalającą człowiekowi na dzielenie się z porostem swoim oddechem, po lustro odbijające światło potrzebne tym symbiotycznym organizmom do fotosyntezy. Część projektu stanowią listy miłosne zaadresowane do porostów.

Karolinę można znaleźć na:
Stronie 
Instagramie
Twitterze

Komentarze
Komentarze do:

"22"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję