Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

20

Przestrzeń
#20

Jesień przyniosła deszczowe dni, chłód i obniżony nastrój. Najlepszym lekarstwem wydaje się zaszycie pod ciepłym kocem lub kołdrą i zapadnięcie w przedwczesny, zimowy sen. Tak samo jak chowamy się przed jesienią, głęboko spychamy i zakrywamy temat związany z naszą seksualnością. Boimy się otwarcie rozmawiać o seksie – przecież już sama myśl o nim wywołuje u wielu osób rumieńce na twarzy. Zupełnie niepotrzebnie - seksualność jest przecież naturalną potrzebą człowieka.

W październikowym wydaniu Magazynu Przestrzeń piszemy właśnie o seksualności. Bez zbędnego koloryzowania, opowiadamy jak zmienia się ciało w czasie ciąży i po porodzie. Zastanawiamy się także czy ciało i umysł stanowią jedność, czy też składamy się z dwóch osobnych bytów: materialnego ciała i niematerialnej duszy. Przyglądamy się wpływowi stresu na funkcjonowanie naszego organizmu. Pytamy Aleksandrę Józefowską - koordynatorkę Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton - o stan wiedzy polskich nastolatków na temat seksu. Dowiadujemy się czym jest pozytywna seksualność i jak możemy stać się bardziej otwarci w dziedzinie seksu. Recenzujemy książkę Seks na wysokich obcasach 2, będącą zbiorem wywiadów o seksualności, relacjach i sztuce kochania, prowadzonych przez Paulinę Reiter - redaktor naczelną Wysokich Obcasów – z edukatorką seksualną dr Alicją Długołęcką. My także rozmawiamy z Alicją Długołęcką - o jej najnowszej publikacji, kobietach i ich prawach oraz wychowaniu seksualnym. Odwiedzamy także stowarzyszenie Lambda Warszawa, oferujące szeroką gamę działań pomocowych na rzecz osób ze środowiska LGBT.

W felietonach sprzeciwiamy się ujmowaniu zjawiska polityki jako tabu, przywołując postaci o rożnych poglądach, z odmiennych środowisk, a nawet epok. Poruszamy też zagadnienie związane z cielesnością. Rozpoczynamy cykl o dziewczynach z Jerozolimy Wschodniej, przełamujący wiele stereotypów. W tym numerze poznajemy historię Rudainy i jej aranżowanego małżeństwa. Sięgamy do sztuki filmowej, aby zobaczyć, jak kobiece ciało traci na seksualności w momencie zestawiania go z procesem aborcji. Zastanawiamy się nad intymnym obszarem spotkania piękna ludzkiej fizyczności z artyzmem zmienności światła w pracach malarza Jacka Sikorskiego. Rozmawiamy z Marcinem Orlińskim – poetą, prozaikiem i krytykiem literackim o jego domowej bibliotece, ulubionych pisarzach i współczesnej poezji. Kontynuujemy cykl Sebastiana Skowrońskiego – The Energy recording. Poznajemy dwóch laureatów Przestrzeni dla poetów – Jarka Westermarka i Sandrę Magdalenę Bożek. Artystą numeru jest Magdalena Zielińska i jej projekt Ślady / Marks.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Ciało obce

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Stało się! Po dziewięciu pełnych atrakcji miesiącach po raz drugi zostałam mamą. Tym razem w pakiecie ciążowym dostałam: nudności, wymioty, zawroty głowy, zgagę, nadwrażliwość na zapachy, migreny, ociężałość i bezsenność. Chciałabym napisać, że po porodzie odzyskałam swoje ciało i głowę, ale że kłamać jest brzydko, napiszę jak jest.

Piłka do koszykówki

Macierzyństwo nieustająco wystawia kobiety na próbę. Zarówno ich dusze, jak i ciała. Taki na przykład brzuch. Około 18. tygodnia ciąży macica kobiety spodziewającej się dziecka jest wielkości piłki do koszykówki. Do momentu rozwiązania jeszcze trochę urośnie, finalnie wydając na świat około 3,5 kilogramowego noworodka. Trudno więc oczekiwać, że nie zmieni się wygląd skóry na brzuchu przyszłej mamy. Dodatkowe kilogramy, rozstępy czy bardziej widoczny cellulit to wspólne znaki szczególne wielu zarówno “ciężarówek”, jak i młodych matek. Jasne, możemy stosować zdrową dietę i prowadzić aktywny tryb życia. To zawsze jest korzystne i dla ciała, i dla ducha, jednak nie zawsze da oczekiwanie rezultaty, ponieważ często winne tym niedoskonałościom są nasze geny i hormony. Ponadto młoda matka rzadko ma na to czas. Rzadko bowiem dostaje od losu prezent w postaci dziecka z reklamy pampersów – czyli takiego, które tylko śpi, je i, za przeproszeniem, wydala. Dobre rady typu: “to kwestia dobrej organizacji” czy “dla chcącego nic trudnego” można sobie włożyć… między bajki. Zapewniam, że początkujący rodzic marzy przede wszystkim o tym, żeby złapać piętnaście minut snu czy w tak zwanej wolnej (bardzo zabawne) chwili, zrobić szesnaste tego dnia pranie. Nie wspominam tutaj o high need babies, których matki głęboko podziwiam i zastanawiam się skąd czerpią siły na przetrwanie kolejnego dnia.

Atrybuty kobiecości

Piersi są niekwestionowanym atrybutem kobiecości, przez większość życia stanowią wyznacznik naszej atrakcyjności. Obok upływającego czasu, który nie oszczędza nikogo, na wygląd kobiecych piersi wpływa ciąża, a później karmienie piersią. Hormony powodują, że piersi rosną w ciąży nawet o dwa rozmiary, a co za tym idzie, stają się cięższe i łatwiej ulegają sile grawitacji. To z kolei często powoduje pojawienie się rozstępów. Poza zmianą wyglądu, zmienia się (również w kobiecej głowie) postrzeganie piersi jako wyłącznie ozdoby ciała. Teraz ich najważniejszym zadaniem jest odżywianie dziecka. Karmienie piersią to temat rzeka. Temat medyczny, psychologiczny, a ostatnio nawet społeczny (mówię o ogólnonarodowej dyskusji dotyczącej karmienia piersią w miejscach publicznych). Wydawać by się mogło (ponieważ jesteśmy ssakami), że jest to banalnie proste. Po porodzie mama przystawia noworodka do piersi, a ten radośnie zajada, po czym oczywiście zasypia (bo przecież małe dzieci tylko śpią i jedzą). Rzeczywistość nie jest taka kolorowa. Mamy  karmiące napotykają na swojej mlecznej drodze wiele problemów: nawał pokarmu, zastój, zapalenie piersi, małe przyrosty wagi dziecka i przede wszystkim fizyczny ból. Dziecko dopiero uczy się ssać, a matka przystawiać je do piersi. Trudności podczas karmienia mogą powodować utratę wiary w siebie, poczucie winy, nierzadko potęgowane przez otoczenie (np. mamy czy teściowe), które oczekuje od nas określonego zachowania: utrzymywania absurdalnej restrykcyjnej diety czy “dopajania” dziecka. Pomoc i wsparcie w zakresie karmienia piersią znaleźć można na forach internetowych, specjalistycznych blogach oraz (najbardziej bezpośrednio) w poradni laktacyjnej.

Hormony mają także swój udział w gubieniu włosów w koszmarnych wręcz ilościach. Podczas gdy w ciąży włosy przyszłej mamy są często gęste, błyszczące i mocne, kilka miesięcy po porodzie, w wyniku spadku poziomu estrogenów, zaczynamy znajdować je wszędzie! Wspomaganie się różnego rodzaju suplementami czy specjalistycznymi szamponami może odrobinę pomóc, ale nie ma co oczekiwać spektakularnych efektów. Proces ten po pewnym czasie ulega zahamowaniu i wszystko wraca do normy. Całe szczęście, bo przecież dla niejednej z nas piękne włosy są synonimem kobiecości.

Głowa…

Poza zmianami w ciele, mnogość przemian dotyka w ciąży i po porodzie psychikę kobiety. A jest to prawdziwa jazda bez trzymanki. I jakkolwiek baby blues czyli spadek nastroju kilka dni po porodzie jest czymś częstym i dotykającym wiele kobiet, to zdarza się, że smutek ten przeradza się w coś poważniejszego. Depresja poporodowa to choroba, o której nadal mówi się za rzadko. Chroniczne zmęczenie organizmu czy wyczerpanie psychiczne spowodowane ciągłą opieką nad niemowlęciem oraz poczucie obciążenia nową rolą, mogą spowodować wystąpienie jej objawów. Depresja poporodowa stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia zarówno matki, jak i dziecka, ponieważ wśród jej symptomów znajdują się brak więzi z dzieckiem czy też natrętne myśli dotyczące skrzywdzenia niemowlęcia. Osoby będące blisko matki, które zauważą niepokojące oznaki zachowania, powinny podjąć działania zmierzające do udzielenia jej pomocy.

To, jak zmienia się ciało i psychika kobiety w ciąży i po porodzie, ma ogromny wpływ na jej poczucie kobiecości, atrakcyjności i pozytywne postrzeganie siebie. Przekłada się to na jakość relacji matki z otoczeniem: nowo narodzonym dzieckiem, partnerem czy innymi bliskimi osobami. Warto więc wspierać mamy, utwierdzać je w poczuciu, że macierzyństwo czyni je bardziej kobiecymi, podkreślać wartość macierzyństwa, zachęcać do zrobienia czegoś tylko dla siebie (i fizycznie w tym wspomóc, np. proponując opiekę nad dzieckiem). Instynkt macierzyński sprawia, że piramida naszych dotychczasowych priorytetów znacząco się przetasowuje i często stawiamy siebie na ostatnim miejscu. Dzięki temu jednak mamy możliwość zobaczenia, co w życiu jest dla nas naprawdę ważne.

Mnie samą, pomiędzy przewijaniem jednego, a kąpaniem drugiego dziecka też czasem olśni jakaś prosta prawda, którą słyszałam milion razy, ale dopiero teraz zaczynam rozumieć i czuć jej znaczenie. Więcej potomstwa dla mojego ciała oznaczało więcej ciążowych kilogramów, więcej rozstępów, więcej zmarszczek od martwienia się o przyszłość moich dzieci. Spoglądam więc czasem na siebie w lustrze z lekko skrzywioną miną. Po chwili jednak patrzę na śpiącą w kołysce córkę, a obok budującego z zapałem wieżę z klocków syna i stwierdzam, jak kompletnie nie ma to już znaczenia.

Komentarze

Kocham cię ciało!

Nasze ciało jest ważne tak samo jak dusza. Wbrew opiniom, że wartościowe jest tylko to, co wewnętrzne i duchowe, a to, co na zewnątrz – płytkie i bez znaczenia. W Centrum Nauki Kopernik zakończył się niedawno Festiwal Przemiany poruszający temat Pokusy Nieśmiertelności. Na niewielkiej wystawie towarzyszącej festiwalowi można było zobaczyć pracę Agi Haines, artystki której tematem zainteresowań jest właśnie ciało. Jej praca zaskakiwała. Patrząc z daleka, widoczna była tylko zewnętrzna obudowa gabloty, dopiero podchodząc bliżej, nagle i niespodziewanie ukazywały się wewnętrzne organy przedstawione w sposób niezwykle realistyczny. Jak gdyby przed chwilą wyjęte z żyjącego organizmu. Praca stanowiła „spekulację na temat możliwości bioinżynierii, która w przyszłości pozwoli nam być może na łączenie komórek różnych organizmów w taki sposób, aby stanowiły one żywe systemy.”[1] Artystka zaprezentowała trzy organy będące mutacjami komórek zwierzęcych, które wszczepione do ludzkiego organizmu, mogłyby na przykład ostrzegać przed zbliżających się zawałem. Zarówno ta praca, jak i cała twórczość Agi Haines zmusza do refleksji, czym właściwie jesteśmy i czy rozwijając w nieskończoność naukę, która pozwala w sposób sztuczny zmieniać nasze ciała oraz ich funkcje, nadal pozostaniemy sobą, nadal ludźmi?

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

W naszej kulturze dominuje pogląd o odrębności ciała i umysłu, w którym umiejscawiamy duszę. Uważamy, że ciało umiera, a dusza wciąż pozostaje żywa. Ale czy może istnieć jakieś ciało bez umysłu lub umysł bez ciała? Często określamy naszą wartość umysłem, pozbawiając ciało znaczenia. To doprowadza do katowania ciała dietami, obciążania nadmiernym, ekstremalnym wysiłkiem i deformowania operacjami plastycznymi. Z drugiej strony równie mocno odmawiamy jakiegokolwiek dbania o nie – obciążając nieumiarkowanym jedzeniem, które nas nie karmi, ale napycha, brakiem ruchu, niedoborem snu oraz brakiem troski.

Idąc za słowami Wojciecha Eichelbergera, że „[ciało] jest bliżej wzniosłości i świętości niż przesiąknięty fałszywymi poglądami umysł”[2], można tej duchowości doświadczyć w sposób niezwykle prosty. Wystarczy przytulenie drugiego człowieka. Jeśli jest nam bliski jak matka lub ojciec, przyjaciel, małżonek, brat lub siostra, przytulmy się w najprostszy z możliwych sposobów. Bez zagadywania, a więc w milczeniu, bez wykonywania ruchów, a więc trwając tylko w dotyku. Swobodne i proste przytulenie. Pozwólmy sobie poczuć ciało drugiego człowieka, jego ciepło, energię, która płynie w naszym kierunku oraz poczuć to, co wypływa z nas. Odważnie, z dobrymi intencjami, ale ze spokojem i otwartością na wszystko, co się wydarzy.

To z pozoru łatwe „ćwiczenie” dla wielu osób, które mają silne blokady, może stać się niewykonalne nawet w najbliższej relacji. Owszem, przytulamy się na powitanie i pożegnanie, ale towarzyszy temu sporo różnych ruchów i słów, które wychodzą na pierwszy plan, a sam dotyk staje się niezauważanym gestem. Niektórzy nie doświadczają czułości na co dzień i w takim przytuleniu mogą odczuwać wzruszenie, ale też strach, odepchnięcie czy chłód. To pokazuje, że „duchowość jest tak naprawdę życiem naszych ciał.”

Duchowość ciała nie jest odkryciem współczesnej psychologii, ale już w starożytności, w takich systemach filozoficznych jak joga, widziano związki między ciałem i umysłem. Joga będąc medytacją w ruchu, pozwala na docieranie do umysłu poprzez ciało i do ciała poprzez umysł. Choć jest to złożony i bogaty system, jego podstawą staje się odpowiednia praktyka asan. Osoby regularnie praktykujące znają uczucie otwierania się ciała na emocje. Gdy nie uświadamiamy sobie własnych uczuć i spychamy je do podziemi udając, że ich nie ma, tworzą się w naszym ciele blokady. W naszych mięśniach niczym zastygnięte w bursztynie owady, zamrożone zostają wszystkie trudne emocje jak złość, gniew, strach, smutek, ale też niewypowiedziana wdzięczność czy miłość. Regularna i uważna praktyka jogi pozwala te blokady uwolnić i wypuścić niczym motyle wszystko, co zastygło. Dlatego zdarza się, że podczas praktyki osoby płaczą, wzruszają się, odczuwają złość czy strach.

Duchowością ciała zajmował się i szeroko o tym pisał Alexander Lowen (1910 – 2008), amerykański psychiatra i psychoterapeuta. W książce Depresja i ciało pokazuje, jakich uczuć doświadczamy, gdy energia swobodnie płynie przez nas, gdy nie blokujemy się i nie wypieramy emocji. Gdy jednak nasze ciała usztywnione i twarde nie mają energii, stają się martwe. „Tłumienie (…) uczuć poprzez chroniczne napięcia mięśni buduje lodowy mur, który więzi serce i uczucie miłości. Swoim więźniem czyni również ducha” [3]. I dalej „pojęcie «złamanego ducha» nie jest metaforą czy terminem ukutym przez psychologów. Oddaje ono raczej fizyczną rzeczywistość w ciele jednostki. Jestem przekonany, że każda osoba, której duch został złamany, nosi w sobie stłumioną wściekłość zamkniętą w napięciu mięśni górnej części pleców i barków. Napięcie to możemy dostrzec jako załamanie naturalnej linii pleców, jako przesadną wypukłość poniżej barków albo też w dolnej części pleców, jako lordozę.”[4] Przytoczone fragmenty wskazują na to jak silny jest związek tego, co duchowe z tym, co materialne i manifestujące się poprzez ciało.

Ciało zawsze mówi do nas o nas. A jednak tak trudno nam dopuścić je go głosu. Lowen twierdził, że „[pacjenci] czują, że ciało ich zdradzi. Nie ufają mu i nie pokładają w nim żadnej wiary. Boją się, że jeśli ciało dojdzie do głosu, to obnaży ich słabość, zdyskredytuje ich pretensje, ujawni ich smutek i da upust złości. Owszem, tak się stanie. Ciało zburzy fasadę, którą człowiek wznosi, by ukryć swoje prawdziwe ja – przed samym sobą i przed światem. Ale jednocześnie otworzy przed nim nową głębię egzystencji i uczyni jego życie tak bogatym, że w porównaniu z tym wszystkie skarby świata wydadzą się niczym”[5].

Innym terapeutą, który poświęca uwagę ciału jest dr Arnold Mindell. „Wprowadził on do swojej praktyki pojęcie «śniącego ciała» i rozszerzył w ten sposób jungowską pracę ze snami na pracę z ciałem. W kolejnych latach rozwinął własną metodę pracy, która obejmowała nie tylko sny i ciało, ale także pracę z ruchem, z relacjami i ze światem (…) Intencją Arnolda Mindella było stworzenie takiego sposobu pracy, który nie wykluczałby żadnego ludzkiego doświadczenia, a poprzez rozwiązywanie wewnętrznych konfliktów, prowadził do życia zgodnego z naturą danej osoby i pełnego korzystania przez nią z tego kim jest.”[6]

Ciało źle traktowane zarówno narcystycznie jak przedmiot, ale też całkowicie zaniedbywane, odpłaca nam się tym samym. To jak traktujemy swoje ciała jest wyrazem tego, jak traktujemy siebie samych. Zaniedbane ciała mówią do nas przez choroby, tak jakby nasze głębokie ja krzyczało do nas i domagało się uwagi, a za narzędzie komunikacji służyło mu właśnie ciało.

Za bohaterów uważamy ludzi, którzy ignorują sygnały płynące z ciała. Sportowcy, którzy walczą o medale mimo poważnych kontuzji, stają się dla nas wzorami do naśladowania, chociaż ich ciała mówią: „Dosyć! Nie chcę!”. Nasza kultura nie docenia tych, którzy troskliwie zajmują się sobą, czasem uważamy ich za miękkich i tych, co się poddają. Ale bezkarnie nie można niszczyć ciała, ponieważ to, co robimy sobie sami i tak do nas wraca.

Ważne dla jakości życia staje się to, byśmy usłyszeli swój głos płynący z ciała i odpowiedzieli na niego prostymi metodami jak ruch fizyczny, wartościowe jedzenie, sen, higiena, dotyk drugiej osoby. Nie pomoże zażycie pigułki na wszelkie dolegliwości, o czym uparcie przekonują nas reklamy leków. Tu potrzebna jest autentyczność z samym sobą.

[1] Opis pracy prezentowanej podczas wystawy W Centrum Nauki Kopernik, wrzesień 2016 r.
[2] Strona magazynu Zwierciadło
[3] Alexander Lowen Duchowość ciała, Jacek Santorski & CO Wydawnictwo 1994, s. 79
[4] Ibidem, s. 80
[5] Aleksander Lowen, Depresja i ciało, Wydawnictwo Czarna Owca 2012, s. 282
[6] Strona ośrodka terapii małżeńskiej Nowe Wzorce

Komentarze

Przestrzeń ciała – lustro rzeczywistości

Ciało to lustro rzeczywistości, w której żyjemy, odbicie naszych myśli i uczuć. Dla psychologów stanowi mapę informacji, swojego rodzaju bazę, dzięki której możliwe jest podjęcie próby analizy problemów, z którymi boryka się klient. To jak stoimy, gestykulujemy, jak się poruszamy, jak śpimy czy się kochamy mówi to, co niewypowiedziane słowami i czasem mocno ukryte. Samoświadomość, którą często pogłębia się podczas psychoterapii, umożliwia klientowi odczytywanie sygnałów płynących z ciała. Pomaga w autoanalizie, popycha do refleksji i jest impulsem do wprowadzania modyfikacji w funkcjonowaniu. Na podstawie symptomów płynących z ciała jesteśmy w stanie lepiej się poznać, zrozumieć własne zachowania, odnieść się do problemów, z którymi przychodzi nam się mierzyć.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Chłoniemy wszystko, co nas otacza, ale to wszystko ma też na nas wpływ. Jeśli ktoś się do nas uśmiechnie na ulicy czy poda upuszczone klucze, nasz nastrój zwykle się poprawia, do ciała docierają budujące impulsy. Podobny wpływ mają na nas zdarzenia o wydźwięku negatywnym, choć te zwykle odciskają na nas większe piętno, pozostawiając nieprzyjemne wrażenie na poziomie psychicznym i cielesnym nieproporcjonalnie dłużej, niż sytuacje pozytywne.

To, jak bardzo funkcjonowanie naszego ciała zależne jest od naszych emocji znane jest od dawna i zwykle nie podlega dyskusji. Jednak bardzo często zapomina się o tym wpływie, sięgając po łatwo dostępne środki farmakologiczne. Rzeczywiście niekiedy potrafią szybko pomóc, ale czy likwidują przyczynę pojawienia się problemu? Czasem, żeby odkryć to, co nam dolega konieczne jest zatrzymanie się, skupienie i analiza. W czasach, kiedy tak bardzo liczy się czas i szybkie rozwiązania, nie jest to zachęcające. Jednak osobom, które całymi latami borykają się z różnymi problemami ciała, nie mogąc zaleczyć choroby lub niedyspozycji, coraz częściej zaleca się podjęcie terapii.

Biologia stresu

Jednym z podstawowych czynników, który wpływa niekorzystnie na stan naszego organizmu jest przewlekły lub zbyt ostry stres. Z biologicznego punktu widzenia, stres jako bodziec, odczytywany jest we wzgórzu, które odbiera sygnały sensoryczne z otoczenia. Ze wzgórza drogą górną, sygnał trafia do kory sensorycznej, gdzie następuje ocena poznawcza, a następnie dostaje się do hipokampa, odpowiedzialnego za ewaluację i ślady pamięciowe. Drogą dolną natomiast, bodziec przechodzi do ciała migdałowatego, które pośredniczy w reakcjach emocjonalnych i adaptacji. Sygnały z obydwu dróg, aktywizują podwzgórze, z którego przez przysadkę sygnał oddziałuje na korę nadnerczy, produkując kortyzol, czyli hormon stresu (tak zwany system HPA hypothalamic-pituitary-adrenal). W tym samym czasie przysadka stymuluje sympatyczną część autonomicznego układu nerwowego i rdzeń nadnerczy, w efekcie wydzielając adrenalinę (SAM sympathetic-adrenal-medullary). Dzięki tym reakcjom organizm jest naszykowany do wyjątkowego wysiłku, czyli walki lub ucieczki. Uruchamiane są reakcje sercowo-naczyniowe, zwiększa się ciśnienie krwi, dopływ tlenu i związków energetycznych. Reakcje mogą przebiegać gwałtownie i krótko lub też przybierać formę przewlekłą, utrzymując zmiany poziomu biochemicznego na wyższym poziomie niż ten optymalny dla organizmu. W takim ustawicznym napięciu, w organizmie mogą następować nieodwracalne zmiany, ponieważ osłabia się układ odpornościowy, pokarmowy, krążeniowo-oddechowy i hormonalny (Heszen, 2014). Zakłócony w ten sposób zostaje rytm funkcjonowania organizmu. Obciążony psychicznie i fizycznie zostaje wystawiony na działanie drobnoustrojów i tak dochodzi do utraty zasobów wewnętrznych w postaci pogarszającego się zdrowia.

Stres w ciele

Wpływ emocji na nasze ciało jest więc wyjątkowo duży. Jeśli często doświadczamy długotrwałego stresu, możemy mieć odczucia na poziomie fizycznym. Wiele osób skarży się na przewlekłe migreny. Mówi się często o tzw. migrenach weekendowych, które zaczynają doskwierać po zakończonym tygodniu pracy, w sytuacji kiedy w organizmie spada napięcie. Innym problemem mogą być przewlekłe bóle kręgosłupa, karku, reakcje ze strony przewodu pokarmowego, zmiany skórne, brak snu lub niedyspozycje seksualne. To oczywiście tylko niektóre i najczęstsze dolegliwości, ale odpowiedź organizmu na zbyt wysoki poziom stresu lub jego przewlekły charakter może przejawiać się na wielu płaszczyznach.

Pomost do zdrowia

Obecnie bardzo ciężko jest uniknąć stresu. Praca, pośpiech w jakim żyjemy, ilość bodźców i presja uniemożliwiają nam zachowanie spokoju i dystansu. Jesteśmy wciąż narażeni na konieczność życia w napięciu.

Wobec takiej świadomości dobrze jest dbać o chwile wyciszenia i relaksu. Wakacje, podróże, pasje i hobby, a także sport mogą skutecznie pomóc nam oderwać się od spraw bieżących. Zdarza się jednak, że to nie wystarcza. Czasem potrzebujemy pewne sprawy przepracować, zanalizować, zrozumieć. Żeby uporać się z przewlekłymi dolegliwościami musimy wprowadzić zmiany w naszym funkcjonowaniu. W takiej sytuacji psychoterapia staje się pomostem do zdrowia. Wzmocnienie psychoterapii zabiegami relaksującymi ciało, pozwala bardziej holistycznie podejść do tematu i likwidować napięcia wielopoziomowo. W uregulowaniu poziomu stresu przydatna jest ponadto odpowiednia dieta. Takie połączenie różnych metod terapeutycznych owocuje poprawą funkcjonowania i polepsza komfort życia w obliczu wszechogarniającego stresu.

 

Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Paula Błaszczyk
Właścicielka gabinetu RESET Mind and Body Relax. Jej wykształcenie jest mocno rozbudowane. Swoją drogę rozpoczęła od archeologii na UW i wieloletniej pracy w roli historyka w Muzeum Warszawy. Zajmowała się tam przede wszystkim historią farmacji i medycyny (oddział muzeum farmacji). Publikowała w czasopiśmie Manager Apteki, jako Paula Alaborska. W międzyczasie ukończyła studia podyplomowe z zarządzania na UW i obroniła pracę z tematyki wpływu stresu na funkcjonowanie. W RESECIE pracuje z ciałem, wykonując relaksacyjne zabiegi kosmetyczne oparte na podejściu holistycznym. Obecnie kończy studia na Uniwersytecie SWPS z zakresu psychologii klinicznej, która jest jej wielką pasją. Interesuje się wpływem stresu na zdrowie (prowadzi w tym zakresie badania do pracy magisterskiej), a także psychosomatyką i wpływem psychiki na funkcjonowanie organizmu.

Zapraszam na terapię w samym sercu zabieganej Warszawy, ul. Jasna 19, gdzie poza psychoterapią i poradnictwem, oferujemy spotkania z dietetykami, coaching, a także sesje skierowane na relaksację ciała za pomocą masażu i kosmetyki. Przykładamy wszelkich starań, aby zapewnić odpowiednie wyciszenie i skupienie, a przez to umożliwić poznanie wewnętrznych mechanizmów funkcjonowania.

95074e_a43a54b2dcf548399fc648b6d16fa834-mv2_d_1301_2000_s_2

RESET Mind and Body Relax
Gabinet Redukcji Napięcia i Stresu
ul. Jasna 19
tel. 609 127 267

StronaFacebookInstagram

Komentarze

Polskie nastolatki a seks

Edukacja seksualna w Polsce to dla wielu osób temat kontrowersyjny i zakazany. Grupa Edukatorów Seksualnych Ponton wychodzi naprzeciw potrzebom młodych ludzi i próbuje przełamywać społeczne tabu dotyczące seksu. Na łamach Przestrzeni rozmawiamy z koordynatorką Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton – Aleksandrą Józefowską. Pytamy o stan wiedzy polskich nastolatków na temat seksu, działania Pontonu i problemy trapiące młodych ludzi.

5366d53e91e46b3097d84d6055dbacc875050000

Zespół Edukatorów Seksualnych Ponton

Paulina Gaworska: Co to takiego Ponton?
Aleksandra Józefowska: Ponton to grupa wolontariuszy, a raczej wolontariuszek, ponieważ od kiedy pamiętam, w grupie Ponton są prawie same dziewczyny. Na około 30 osób przypada 1-2 chłopców. Ci młodzi ludzie postanowili przeznaczać część swojego czasu na edukację seksualną swoich rówieśników. Dzielą się wiedzą, która obecnie w Polsce jest dość deficytowa. W wielu domach nie rozmawia się na tematy związane z seksem, jest to temat tabu. Brak jest też systemowych, dobrych rozwiązań, jeśli chodzi o edukację seksualną nastolatków. Ponton powstał po to, żeby wyjść naprzeciw potrzebom młodzieży.

PG: Czym się zajmuje  Grupa Edukatorów Seksualnych Ponton, do kogo są skierowane jego działania?
AJ: Prowadzimy forum, na którym młodzież może zdawać pytania. Istnieje Młodzieżowy Telefon Zaufania, wcześniej prowadziliśmy Wakacyjny Telefon Zaufania, jednak w te wakacje zawiesiliśmy jego funkcjonowanie. Nasze idee propagujemy również na akcjach ulicznych np. stała akcja na Walentynki – ,,Zarażaj miłością, nie zarażaj HIV”. Jednym z naszych głównych działań są zajęcia dla młodzieży w szkołach. Przede wszystkim jesteśmy dla młodzieży. Druga grupa działań, jakimi się zajmujemy, to również praca w interesie młodzieży jak i dorosłych. Skupia się ona przede wszystkim na wywieraniu nacisku na przedstawicieli państwa, aby wzięli pod uwagę kwestię edukacji seksualnej – piszemy raporty, prowadzimy ankiety na temat wiedzy nastolatków, itp. Staramy się również być obecni w mediach, zwoływać konferencje prasowe i cały czas przypominać o tym, jak ważna jest edukacja seksualna.

PG:Co było inspiracją, aby założyć Grupę Edukatorów Seksualnych Ponton?
AJ: To było dość dawno, kiedy pojawiła się grupa aktywistek, która skupiła się wokół Federacji na Rzecz Praw Kobiet i Planowania Rodziny. Pierwotny pomysł zakładał wsparcie kobiet, przede wszystkim młodych dziewczyn. Aktywistki dostrzegły trudną sytuację kobiet, które w młodym wieku zachodzą w nieplanowaną ciążę, albo doznają przemocy na tle seksualnym. Kiedy zobaczyliśmy jak duże jest zapotrzebowanie na pomoc w sferze seksualnej, objęliśmy swoim oddziaływaniem też młodych chłopców, którzy często są pozostawieni sami sobie. Obecnie prowadzimy zajęcia z edukacji seksualnej bez podziału na płeć i oferujemy pomoc, zarówno dziewczynom jak i chłopcom.

PG: Powiedziałaś, że prowadzicie zajęcia w szkołach. Możesz opowiedzieć w kilku słowach, jak one wyglądają?
AJ: Zajęcia trwają dwie godziny lekcyjne. Prowadzimy je na zaproszenie szkół. Jeśli szkoła chce, abyśmy zrealizowali zajęcia z edukacji seksualnej, musi do nas napisać. Prowadzimy zajęcia warsztatowe w szkołach warszawskich, gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych. Zajęcia są nieodpłatne, jednak odbywają się tylko w placówkach państwowych. Nasze warsztaty prowadzą zazwyczaj dwie osoby będące przed 25 rokiem życia. Tematy, jakie poruszamy, są podane w pigułce ze względu na ograniczenia czasowe. Mówimy o bezpiecznej – zarówno pod kątem emocjonalnym i pod kątem zdrowia seksualnego – inicjacji seksualnej, o asertywności, antykoncepcji i prewencji chorób przenoszonych drogą płciową.

PG: Jak nastolatki reagują na rozmowy o seksie?
AJ:  Bardzo dobrze. Dostajemy sygnały od pedagogów, że młodzież oczekuje naszej wizyty z niecierpliwością. Zazwyczaj mamy dobre wejście, a młodzi ludzie rzeczywiście cieszą się na spotkanie z nami. Czasami zdarza się śmiech na rozładowanie emocji, nie ma skrępowania, ani wyśmiewania tematu. Jest za to duże zaangażowanie w dyskusje. Do szkół przychodzą zazwyczaj edukatorki przed 25 rokiem życia, które utożsamiają się z problemami nastolatków, a tym samym prowadzą edukację rówieśniczą.

PG: A jak reagują nauczyciele na zajęcia Pontonu?
AJ: W przypadku zaproszenia przez szkołę, mamy pełne poparciem i akceptację wśród nauczycieli. Jednak w ciągu lat prowadzenia naszych zajęć zdarzały się sytuacje, w których nauczyciele negocjowali, kto odda swoje godziny na prelekcje. Dzieje się tak, ponieważ niektórzy z nich uważają, że zajęcia z edukacji seksualnej nie są tego warte. Na szczęście są to pojedyncze przypadki.

PG: Jak wygląda stan wiedzy polskich nastolatków na temat seksu, bezpiecznego seksu?
AJ: Widać bardzo duży rozdźwięk. Nastolatki mają duży i łatwy dostęp do wiedzy w Internecie – od forum dyskusyjnych, portali z rzetelną lub mniej rzetelną wiedzą, aż po pornografię. Problem polega na tym, że nastolatki nie są uczona jak korzystać z wiedzy, jaką znajdują w Internecie, jak mają się nią posługiwać. Dochodzi do sytuacji, w której młoda osoba wydająca się w pierwszym kontakcie niesamowicie wyedukowana – zna angielskie nazwy czynności sekularnych – wytrysk, seks oralny, ma wiedzę na temat różnych technik seksualny, jednocześnie może nie wiedzieć jak dochodzi do zapłodnienia, na czym polega owulacja, miesiączka lub, czy komar przenosi wirus HIV. Tu uwidaczniają się braki w wiedzy z biologii i brak rzetelnej edukacji seksualnej. Prowokuje to nastolatki  do zdobywania wiedzy na własną rękę oraz przyczynia się do tworzenia mitów i stereotypów o seksie.

PG: Z jakimi problemami dzwonią młodzi do Młodzieżowego Telefonu Zaufania?
AJ: Powtarzają się pytania – „czy przy pierwszym razie można zajść w ciążę?”, „czy stosunek przerywany to dobry sposób na antykoncepcję?”, „czy jeśli użyję dwóch prezerwatyw, to będzie lepsze zabezpieczenie niż z jedną?”. Pokazuje to braki i dość trudną sytuację młodzieży, która często szuka rzetelnej wiedzy czy pomocy, kiedy jest już za późno – pojawia się ciąża, choroby przenoszone drogą płciową. Dzwonią chłopcy, którzy boją się, że nie sprostają wymaganiom swoich dziewczyn, porównują swoje umiejętności, jak i wygląd do aktorów z filmów porno, boją się, że nie będą aż tak dobrzy. Dzwonią również dziewczyny, które nie zastanawiają się nad konsekwencjami pierwszego razu, emocjami, związanymi z tematem inicjacji seksualnej. Skupiają się bardziej na tym, jaką bieliznę założyć, jak dobrze wyglądać w czasie rozpoczęcia współżycia. Nie ma zastanowienia nad uczuciami, a jest stawianie siebie w roli seksualnego przedmiotu. To niepokoi.

PG: W jakim obszarze nastolatki mają najmniejszą wiedzę?
AJ: Najgorzej jest z rzetelnymi informacjami na temat chorób przenoszonych drogą płciową. Jest gorzej, niż było w ubiegłych latach. Zdarza się więcej zakażeń wirusem HIV, wraca problem kiły. Młodzi ludzie nie mają świadomości tych zagrożeń.

PG: Czy szkoła i społeczeństwo pomaga nastolatkom uzyskać wiedzę na temat seksu?
AJ: Polski nastolatek żyje w schizofrenicznej rzeczywistości, jeśli chodzi o seksualność. Z jednaj strony dostaje przekaz – szczególnie dotyczy on młodych dziewczyn i wypływa z nauki kościoła katolickiego: szanuj się, seks jest dla osób po ślubie, seks powinien służyć prokreacji. Na zajęciach z WDŻ (wychowanie do życia w rodzinie – przyp. red.) zdarzają się komentarze, „że jeśli dziewczyna współżyła przed ślubem jest jak nadgryzione jabłko, którego już nikt nie będzie chciał”.  A z drugiej strony przekaz – warto być sexy, warto być gotową na wszystko, że jedynie osoby śmiałe, otwarte i uprawiające seks mogą zdobyć świat. To recepta na sukces, szczególnie towarzyski w grupie rówieśniczej, co dla nastolatków jest bardzo ważne. Młode dziewczyny się w tym gubią. Chłopcy dostają nakaz bycia zawsze gotowymi na seks, mają być macho. Zdarzają się telefony od zdesperowanych chłopaków z pytaniem, czy ,,jeśli dziewczyna zachęca do współżycia, a on nie ma na to ochoty, to czy jest normalny?”. Plus pornografia, która utrwala w młodych ludziach nierealne przekonania na temat seksu, wpływa na obniżenie własnej wartości, ciągłe porównywanie się. Seks staje się przymusem i egzaminem.

PG: Czy dużo jest problemów psychologicznych?
AJ: Tak, nawarstwiają się lęki przed seksem, przed tym, czy chłopcy sprostają, a dziewczyny będą wystarczająco atrakcyjne. Nastolatki chcą przynależeć do grupy, chcą uprawiać fajny seks z fajnym chłopakiem/dziewczyną, nawet jeśli nie mają na to ochoty, bo tak silna jest presja rówieśnicza. Pocieszające jest to, że coraz częstsze są sytuacje, kiedy młodzi ludzie zaczynają pytać o asertywność, o to jak odmawiać seksu, kiedy tego nie chcą. Szukając pomocy w postaci rzetelnej wiedzy, zaczynają dostawać przekaz – bądź w zgodzie ze sobą, zastanów się, czy rozpoczęcie współżycia z tą osobą, to na pewno dobra decyzja. Powoli w mediach skierowanych do młodych zaczyna się pojawiać rozmowa o świadomym życiu seksualnym, na przekór popkulturze, która gloryfikuje seks w bardzo młodym wieku, propaguje bardzo wyzywający wygląd i nagość w reklamach, telewizji i teledyskach.

PG: Z tego, co mówisz młodzi ludzie mają bardzo dużo pytań i wątpliwości. Jak to wpływa na waszą pracę, co jest dla was najbardziej satysfakcjonujące w pracy edukatorów?
AJ: Najlepsze jest to, kiedy odpowiadamy na pytania telefonicznie, mailowe czy na spotkaniach i wraca do nas informacja zwrotna, że komuś pomogliśmy, skłoniliśmy do refleksji. Gdy ktoś nam pisze, że to, co robimy ma sens. Na przykład sytuacja, kiedy kontaktuje się z nami młoda dziewczyna, która dowiaduje się o ciąży i trzyma ją w tajemnicy przed bliskimi. Jest z tym całkiem sama, a po rozmowie z nami zwraca się do dorosłych, którym może zaufać. Największą satysfakcję mamy wtedy, kiedy dociera do nas, że jesteśmy potrzebni.

PG: Jak można zostać członkiem zespołu Edukatorów Pontonu?
AJ: Można się do nas zgłosić, zadzwonić lub napisać na maila. Jesteśmy najbardziej otwarci na osoby do 25 roku życia. Czasami trzeba troszkę poczekać na dołączenie do grupy wolontariuszy, ale warto pisać i się przypominać. Wtedy na pewno zostanie się edukatorem. Zależy nam na tym, aby rozszerzać nasze działania.

Więcej informacji można znaleźć na stronie: Ponton Grupa Edukatorów Seksualnych. Polecamy także raport dotyczący dostępności i jakości zajęć z wychowania do życia w rodzinie w polskich szkołach.

Aleksandra Józefowska – koordynatorka ,,Ponton”, Grupy Edukatorów Seksualnych od 12 lat. Skończyła pedagogikę na UW, Gender Studies, Szkoły Treningu i Warsztatu Psychologicznego  Intra oraz Podyplomowe Studia z Seksuologii Klinicznej na WSFiZ.

Komentarze

Bądź pozytywny – bądź sex positive!

Myśląc o seksie, pierwszym punktem odniesienia, według którego dokonujemy oceny zachowań seksualnych innych ludzi są: nasza własna aktywność, orientacja, wartości i przekonania. Dlatego współżycie osób homoseksualnych może wydawać się nam odpychające, wiązanie dziwnym pomysłem, a seks z użyciem gadżetów czy odgrywanie scenek zabawą dla „dzieci”. Wyobraźmy sobie jednak, że wszystkie rodzaje aktywności seksualnej są sobie równe. W zasadzie nie musimy sobie tego wyobrażać, bo rzeczywiście tak jest – pod warunkiem, że jesteśmy sex positive.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Bądź szczęśliwy!

Pozytywna seksualność jest podejściem, mówiącym o otwartości na eksperymentowanie i nieocenianiu innych z powodu ich łóżkowych upodobań. Założeniem nurtu jest bowiem równość wszystkich aktywności seksualnych. Muszą one jednak spełniać pewne zasady – być podejmowane w sposób odpowiedzialny i świadomy, a także za przyzwoleniem obu stron. Istotą bycia sex positive jest odnalezienie szczęścia w łóżku, niezależnie od podejmowanych zachowań. To także gotowość na doświadczanie lub rozważanie nowych aktywności w opozycji do sztywnego trzymania się znanych schematów i narzucania innym własnej perspektywy seksualnej, wartości i przekonań. Wszystko wydaje się oczywiste, jednak w praktyce już takie nie jest.

Ćwiczenie: Zastanówmy się punkt po punkcie, jaki jest nasz stosunek do następujących kwestii: 1) współżycie dwóch kochających się mężczyzn; 2) penetracja mężczyzny przez kobietę przy użyciu sztucznego penisa; 3) stosunek analny w związku heteroseksualnym; 4) seks oralny; 5) seks z wykorzystaniem pejczy, lin, zacisków, kajdanek. Jakie emocje i oceny wywołują u nas wymienione zachowania?

Jeśli powyższe ćwiczenie sprowokowało pojawienie się negatywnych przekonań, a nawet odrzucenia, warto zastanowić się, dlaczego tak się stało. Prawdopodobnie nasza postawa względem „obcych” form seksualności jest negatywna. Możemy spróbować poszerzyć nasze horyzonty poprzez sięgnięcie do książek, artykułów czy filmów poruszających dany temat. Postarajmy się też postawić na miejscu osób podejmujących odmienne aktywności, np. poprzez wyobrażenie sobie, że to nasza orientacja jest tą stygmatyzowaną. Jak byśmy się czuli będąc na każdym kroku poniżani, nie mogąc w swobodny sposób wyrazić swojej seksualności czy pocałować partnera w miejscu publicznym?

Eksperymentuj, jeśli masz na to zgodę

Zdarza się, że ukrywamy przed partnerem seksualnym nasze pragnienia i fantazje, co wynika z obawy przed negatywną oceną. Szczera rozmowa na temat naszych potrzeb i chęci eksperymentowania może wprowadzić do naszego związku nowe wartości. Oczywiście pod warunkiem, że partner/ka wyrazi na nie zgodę. Ważną kwestią jest więc ustalenie wzajemnych granic, zarówno pod względem komfortu psychicznego, fizycznego, jak i zdrowia. Dotyczą one także aspektu językowego. Pamiętajmy bowiem, że nie każdy ma ochotę rozmawiać o pewnych zagadnieniach związanych z seksem, a nawet o nich słuchać. Nie prowadźmy więc głośny rozmów w miejscach publicznych na temat najnowszych modeli korków analnych czy technik fellatio. Nigdy też nie róbmy niczego wbrew sobie. Pozytywna seksualność to umiejętność odmawiania, kiedy nie mamy na coś ochoty. Podejście nie jest więc równoważne z przymusem spróbowania wszystkiego, co tylko podsuwa nam bujna wyobraźnia. Odrzucając propozycję partnera/ki róbmy to jednak w sposób pełen szacunku dla potrzeb osoby będącej z nami w relacji seksualnej.

Ćwiczenie: Pomyślmy o tym, czego zawsze chcieliśmy spróbować w łóżku. Co nas powstrzymuje przed spełnieniem swojej fantazji czy potrzeby? Co się stanie, gdy powiemy o tym naszemu partnerowi seksualnemu? Jakiej reakcji z jego strony się boimy?

Bądź bardziej sex positive

Zanim dowiemy się, jak stać się osobą pozytywną seksualnie, poznajmy historie kilku osób. Julia lubi kiedy jej partner ją wiąże, bije i poniża. Bycie w roli poddanej sprawia jej przyjemność. Partner Julii także czerpie wiele satysfakcji z takiej formy współżycia. Agata jest osobą homoseksualną. Ma stałą partnerkę, którą bardzo kocha. Ich ulubioną formą ars amandi jest seks oralny. Czasami sięgają po gadżety, bo lubią eksperymentować. Mikołaj jest osobą wierzącą. Ze swoją partnerką rozpoczął współżycie po ślubie. Jako formę antykoncepcji stosują kalendarzyk małżeński. Marcin jest singlem. Ponieważ jego libido jest wysokie, kilka razy w tygodniu masturbuje się, aby dać upust swojej energii seksualnej.  

Co łączy te osoby? Wszystkie uprawiają seks, ale robią to w odmienny sposób. Żaden z nich nie jest jednak ani lepszy, ani gorszy. Pod warunkiem, że nasze podejście do seksualności jest pełne szacunku. Jak można zatem stać się osobą bardziej otwartą w dziedzinie seksu? Po pierwsze, zaakceptować własną seksualność (a w tym orientację, tożsamość) i uświadomić sobie, że wszystko jest z nią w porządku. Po drugie, znać swoje potrzeby i samorealizować się. Po trzecie, nie oceniać zachowań innych (np. w kwestii antykoncepcji). Po czwarte, szanować granice zarówno swoje, partnera, jak i innych osób. Należy pamiętać, że różnimy się i każdy z nas ma odmienne potrzeby i pragnienia. Miejmy tu także na uwadze osoby niepełnosprawne fizycznie i intelektualnie, a także osoby chore. Wszyscy mają prawo realizować swoją potrzebę seksualną – ponieważ leży ona w ludzkiej naturze, tak samo jak jedzenie czy oddychania. Jest elementem naszego funkcjonowania, który nie powinien wywoływać wstydu czy poczucia winy. Zapamiętajmy, że najważniejsze jest zdrowe podejście do seksualności. Współżycie ma nieść radość i spełnienie. Ma być świadomą, bezpieczną i odpowiedzialną decyzją pełną szacunku dla drugiej osoby, ale i dla nas samych.

Komentarze

Recenzja: Seks na wysokich obcasach 2

model_seks_2Otwarte rozmowy o seksualności, odważne tezy dotyczące cielesności i potrzeba naprawy relacji międzyludzkich mają swoje odzwierciedlenie na rynku czytelniczym. W księgarniach znaleźć możemy zarówno seks-poradniki, książki stanowiące studium obojga płci, jak i podręczniki kamasutry. Na potrzeby czytelników od 10 lat odpowiadają także „Wysokie Obcasy”, na łamach których Paulina Reiter – redaktor naczelna z dr Alicją Długołęcką – edukatorką seksualną rozmawiają o seksualności, relacjach i sztuce kochania. Właśnie po raz drugi, pod egidą wydawnictwa Agora, ukazał się zbiór tych rozmów pt. Seks na wysokich obcasach 2.

To zestawienie, bogatego rynku – nomen omen – seks pozycji ze wskazanymi wywiadami ma swoją przyczynę. Autorzy niejednokrotnie czują się upoważnieni do pisania o seksualności, bo w końcu seks jest istotnym elementem życia każdego z nas (a kiedy nie jest, też ma to swoje konsekwencje). Bardzo często powtarzają niebezpieczne slogany, próbują uwalniać nas od brzemienia kultury w zamian wpychając w inne schematy; dzielą kobiety i mężczyzn, przypisując im odmienne planety. „Seks na wysokich obcasach 2” zasługuję na uwagę ze względu na dużą przestrzeń, którą pozostawia czytelnikowi, na bezpretensjonalny język i prostotę przekazu, dotykającą nie zawsze prostych tematów.

Wywiad stanowi z jednej strony luźną rozmowę, z drugiej strony rozmówczynie konsekwentnie studiują temat danego rozdziału, dotykając coraz głębszych jego aspektów. Dr Alicja Długołęcka pozostawia także wiele przestrzeni swojej rozmówczyni – autorki książki rozmawiają, spierają się, zamieniają się rolami i czasami to dziennikarce pozostaje odpowiadanie na pytania, a wszystko to zdaje się wynikać z edukatorskiego powołania seksuolog. Stara się ona być dobrze zrozumianą, nie pozwala na sugestie, które pojawiają się w pytaniach, ale wnikliwie i z uwagą na nie odpowiada. Szacunek do czytelnika i chęć wytłumaczenia mu kwestii, o które pyta naczelna „WO” to zdecydowanie mocne atuty tej pozycji.

Książka składa się z pojedynczych rozmów wcześniej publikowanych na łamach magazynu, treść jest jednak bardzo spójna. Znajdujemy tu temat samotności, rozłożony na klika rozdziałów – rozmowę o samotności jako takiej, jak i potrzebie kwarantanny po rozstaniu. Dr Alicja Długołęcka poświęca też dużo czasu różnego typu relacjom – mówi o poliamorii, o związkach z dużą różnicą wieku czy związkach na odległość. Uczy, jak rozmawiać na tematy intymne, jak i po co poznawać swoją seksualność, i jak poruszać trudne tematy w związku. Razem z autorkami podążamy za kolejnymi fazami rozwoju seksualności, możemy także dowiedzieć się, jaką przewagę w zakresie wiedzy na tematy intymne mają osoby starsze. Pozycja ta odkrywa także część tajemnic kobiecego orgazmu, poszerza wiedzę na temat pozycji seksualnych i seksie analnym. Całość wieńczy rozdział dotyczący zdrowia seksualnego. Książka pozostawia jednak pewien niedosyt. Łatwość, z jaką dr Alicja Długołęcka odpowiada na, niejednokrotnie trudne, pytania pozwala odnieść wrażenie, że mogłaby mówić dużo dłużej, a każdy z rozdziałów można by skwitować: no tak, temat rzeka. Drogie panie, chcemy więcej – każdy z poruszanych tematów mógłby stanowić odrębną książkę.

Seks na wysokich obcasach 2 jest pozycją ciekawą – nie dlatego, że wpisuje się w trendy czytelnicze, ale dlatego, że trafnie odpowiada na potrzeby, które te trendy wytworzyły. Rozmówczyni Pauliny Reiter nie stereotypizuje, podważa – co sama zaznacza – rady przedstawiane w kolorowej prasie, porządkuje niektóre wyobrażenia, które mogliśmy mieć dzięki wypadkowej kultury i utartych schematów. Poza wartością edukacyjną, książka niesie też przekaz terapeutyczny – akceptuj siebie, niezależnie od wieku; szanuj siebie i nie pozwalaj na zaniedbywanie swoich potrzeb; miej odwagę oczekiwać i rozmawiać na tematy trudne i odnajdź siebie – nawet w samotności.

Seks na wysokich obcasach 2, Alicja Długołęcka, Paulina Reiter
Wydawnictwo Agora

Komentarze

Absolutnie wierzę w siostrzeństwo – rozmowa z dr Alicją Długołęcką

Kwestia naruszania praw ludzkich połowy społeczeństwa jest kwestią nadrzędną. Za dużo świadomych córek wychowałyśmy, a same za bardzo skosztowałyśmy tej wolności, żeby ją oddać – o najnowszej publikacji, kobietach i ich prawach oraz wychowaniu seksualnym rozmawiamy z dr Alicją Długołęcką.

ilustracja

graf. Karolina Lubaszko

Malwina Zielińska:  Właśnie ukazał się zbiór Pani rozmów z Pauliną Reiter (naczelną „Wysokich Obcasów”) pt. Seks na wysokich obcasach 2.  Odnoszę wrażenie, że książka jest nie tyle o seksie, o ile o kobietach i relacjach. Czy kobiety, które do pani przychodzą, zgłaszają problemy raczej w sferze relacji czy seksu? Jak to się łączy?
Alicja Długołęcka: Powiedziałabym brutalnie – ma Pani podobne odczucie jak klientki, które przychodzą czy kobiety, z którymi pracuję na zajęciach warsztatowych. Uczestniczki zazwyczaj mają nadzieję, że będą to zajęcia o relacjach – ale ja nie prowadzę zajęć o relacjach, jeszcze nie doszłam do tego z grupami kobiecymi. Podstawą jest to, że praca zawsze zaczyna się od siebie. To prawda, że motywacją jest relacja, ale zawsze bardzo szybko przechodzimy do seksualności w jej indywidualnym wymiarze. Nie należy tego mylić albo kojarzyć jedynie z masturbacją, chociaż i ona jest elementem samomiłości, chociaż jak to brzmi w naszej kulturze…

MZ: Smycz kulturowa, o której Pani mówi.
AD: Tak, stawianie znaku równości pomiędzy samomiłością a masturbacją. Podkreślam, że masturbacja będzie tutaj pojęciem węższym.

MZ: Może opowie Pani więcej o poliamorii, która jest jakimś rozszerzeniem miłości, a jednocześnie pojęciem zupełnie innym.
AD: Zacznijmy od tego, że nie rozmawiałam z panią Pauliną w taki sposób, żeby się komuś przypodobać. Starałam się robić to w takiej formie, w jakiej pracuję z klientami, łatwej do przyswojenia oraz mówić o rzeczach, które nie są wcale takie oczywiste. Rozmowa o poliamorii została oceniona przez niektórych czytelników jako ta najmniej dojrzała, uznali, że jest widoczne, że nie siedzę w temacie w sensie osobistym czy zawodowym. Jest to prawda – nie mam klientów i nie pracuję z grupami osób decydujących się na tego typu relacje. Podeszłam do tematu bardziej teoretycznie i postawiłam taką tezę, że poliamoria jest wynalazkiem kobiet, i mówiąc feministycznie, jest interpretacją zjawiska, które jest znane od setek lat – tylko w drugą stronę. Mężczyźni od wieków mieli wiele kobiet i mogli kochać je jednocześnie.  

MZ: Z jakim problemem najczęściej zgłaszają się do Pani kobiety?
AD: Najczęściej kończy się na pracy z ciałem i emocjami, do tego zazwyczaj dochodzimy. Kobiety bardzo chcą na pewnym etapie życia podejmować taką pracę. Częściej są to kobiety po trzydziestce, ale przed pięćdziesiątką. Właściwie przedział wiekowy dwadzieścia – czterdzieści parę, chociaż bardzo lubię też pracę ze starszymi kobietami.

MZ: W książce daje Pani temu wyraz. Ceni pani starsze kobiety.
AD: Tak, uważam, że sama się bardzo dużo nauczyłam od nich – o tym też mówię – nauczyłam się w sensie życiowym. Być może jest to również związane z wątkiem osobistym. Ostatnio dziękowałam swojej przyjaciółce za to, że jak miałam dwadzieścia osiem lat, a nawet mniej, to chciała się ze mną zaprzyjaźnić kobieta starsza o lat szesnaście. Potem stała się ona dla mnie dużym autorytetem. Przyjaźń przetrwała. Dzięki niej poznałam też inne starsze od siebie kobiety, które również są dla mnie pewnymi przewodniczkami w tej drodze. Stanowią pozytywny przykład kobiecości. To bardzo pomaga w pracy w klientkami. Uważam, że dla każdej młodej kobiety, byłoby wartościowe, gdyby była w bliskiej relacji, nie tylko z mamą, co oczywiście także jest bardzo ważne, ale również z kobietami z różnych faz życia. To daje bardzo dużo siły i działa we wszystkie strony. Duża grupa kobiet, która do mnie przychodzi to kobiety, które dojrzały do tego, żeby przerwać związek i chcą przejrzenia się w sobie samej, chcą odnaleźć potencjały w sobie, które pozwolą tę decyzję podjąć świadomie – nie powiem, że bezboleśnie, ale chcą się do tego w jakiś sposób przygotować. Kobiety najbardziej boją się tego, co będzie potem, więc robią to z myślą, żeby przetrwać. Chcą także nauczyć się kontrolować swoją seksualność przez pewien czas, biorąc pod uwagę fazę tej kwarantanny, o której mówię w książce. Można ten okres traktować bardziej lub mniej dosłownie, ale chodzi o to, żeby nie wpaść w ten mechanizm gorączkowego szukania następnego partnera. Partnera, do którego się będzie można przykleić i powielać te same schematy albo się będzie działało w opozycji do tego schematu, czyli też się będzie działało schematycznie. Dość dużo kobiet oczekuje takiego wsparcia w szukaniu siebie.

MZ: Tego wsparcia w kwarantannie szukają starsze kobiety?
AD: Nie, właśnie nie. Kobiety w średnim wieku są bardziej otwarte na pracę ze swoją seksualnością, a kobiety młodsze bardziej się boją i trudno im się skoncentrować na sobie tak bardzo są nastawione na „oddawanie siebie” w relacji. Mówię teraz sama bardzo schematycznie, ale mówię o tendencjach statystycznych – młode kobiety, bardziej niż starsze, wbrew pozorom, boją się samotności tej dosłownej. Samotności takiej, kiedy myślimy „nie mam do kogo zadzwonić, z kim się pokazać”, mają przed sobą zakładanie rodziny, wchodzenie w związek małżeński. Kobiety po czterdziestce mają do tego dystans, wiedzą, na ile to jest ważne w ich życiu, gdzie to się mieści w priorytetach, czy jest to bardziej lub mniej ważne, ile są w stanie poświęcić, kim są. One bardziej świadomie odróżniają, czy chcą oddać komuś kontrolę nad ich życiem, co robią z własnej woli, a co robią nieświadomie czy wbrew sobie – z reguły, ucząc się na gorzkich doświadczeniach. Taki rodzaj wewnątrzsterowności jest wpisany w wiek, nawet taki bunt jest przejawem tej wewnątrzsterowności. Kobiety starsze chcą po prostu bardziej się cieszyć z seksu, bardziej cieszyć ze swojego ciała, są bardziej hedonistyczne, bardziej to doceniają. Chcą cieszyć się z dobrego jedzenia, dobrego towarzystwa, wolnego czasu. To jest wpisane w wiek, radość z drobnych rzeczy.

MZ: O tym też mówi pani w książce, kobiety przekonują się, że to ciało nie jest dane raz na zawsze.
AD: Tak, to jest takie klasyczne, ile kobiet mówi, że oglądając swoje zdjęcia, na których miały po dwadzieścia parę lat, myśli: ojej, jaka ja byłam głupia, że się tym przejmowałam, przecież ja byłam zarąbista; a samopoczucie w głowie ma się lepsze właśnie będąc starszym i w innym momencie życia.

MZ: Jak oceniłaby Pani wiedzę Polek na temat seksualności?
AD: Wbrew wszystkim oceniłabym dobrze. O wiele gorzej oceniłabym wiedzę mężczyzn, chociaż obracam się w środowisku, gdzie mężczyźni są fajni pod tym względem – raczej czytają, raczej słuchają kobiet, chcą być partnerami. Wiedzę kobiet oceniam generalnie dobrze, kobiety chcą się uczyć, chcą doświadczać. Widzę duży rozdźwięk pomiędzy kobietami i mężczyznami. Za to jak wychowani są mężczyźni, którzy obecnie są dwudziestolatkami obwiniam kobiety ze swojego pokolenia. I ojców również, ale bardziej za nieobecność w tym wychowaniu. Jak to pięknie określił Wojciech Eichelberger to pokolenie „zdradzonych przez ojców” i silnych matek. Wychowałyśmy, moje pokolenie wychowało wasze pokolenie, pokolenie fajnych młodych kobiet, które za bardzo nie mają z kim wchodzić w relacje partnerskie, w tym też seksualne. Mężczyźni nie są gotowi i to nie dlatego, że są gorsi, ale dlatego, że tak zostali wychowani głównie też przez kobiety z mojego pokolenia.

MZ: Syndrom Piotrusia Pana?
AD: Tak, od córek wymagałyśmy o wiele więcej, dawałyśmy im większą wolność i stawiałyśmy też pewne standardy jako oczywiste, a jakoś zabrakło tego w przypadku chłopców i widzę ten rozdźwięk.

MZ: W książce mówi Pani zarówno o kobietach młodych, jak i starszych. Gdybyśmy miały prześledzić seksualność kobiety – kiedy się ona zaczyna?
AD: Powiem przekornie – seksualność kobiety zaczyna się jeszcze w głowach potencjalnych matek jeszcze zanim komórka jajowa zostanie zapłodniona, właściwie zanim staniemy się potencjalnymi matkami córek. To się zaczyna o wiele wcześniej, w schematach, o których myślimy: jakby to było, jakbym miała córkę. To też jest związane z edukacją seksualną prowadzoną przez rodziców. Prowadząc czasami szkolenia dla rodziców, słyszę: w ogóle nie zdawałam/em sobie sprawy, z tego, że płeć ma takie znaczenie, już przy samym projektowaniu, myśleniu o rodzicielstwie. Część z nas już marzy o dzieciach konkretnej płci, a jak już mamy dzieci to kolejne też powinny mieć jakąś płeć, one wcale się nie rodzą zgodnie z „planem”. W dodatku – dlaczego nam zależy, żeby to dziecko miało określoną płeć, co to dla nas znaczy, co jest zawartością tego pojęcia, że dziecko ma jakąś płeć, dlaczego chcę córkę albo syna? Co to dla mnie znaczy, co ja chcę sama załatwić przez to w swoim życiu? Czy chcę mieć małego królewicza albo córkę, która zrealizuje moje nieudane marzenia, których nie zrealizowałam jako kobieta albo jako człowiek? Już po USG stwierdzającym płeć dziecka wieszamy nad łóżeczkiem określone zabawki kojarzone z konkretną płcią. To mieści się w czymś o wiele głębszym z tzw. wychowaniem genderowym, czyli takim w którym jesteśmy świadomi w jaki sposób wpływamy na role płciowe do których wychowujemy dziecko i na jego poczucie z samym sobą. Mam tutaj na myśli nasze przekonania na temat tego, co to znaczy kobiecość i męskość. I sprawa podstawowa: Czy ja jako kobieta jako matka lubię swoją kobiecość? To jest jasne, że to będzie na dziecko przenoszone. W tym sensie ono jest wychowywane seksualnie, jest poddawane oddziaływaniom. Są badania, które wykazują, że inaczej dotykamy dzieci płci męskiej, a inaczej kobiecej, chodzi mi o noworodki i niemowlęta – to wychowanie dzieje się od samego początku. Jest to dynamiczne – wpływa na związek – oprócz tego, że sam fakt pojawienia się dziecka w rodzinie wpływa na związek, to wpływa na niego także jego płeć.

MZ: Kiedy już to dziecko dorośnie – jak powinna wyglądać edukacja seksualna? Czy mogłaby Pani obalić mity, które urosły wokół tego pojęcia?
AD: Nie mam takiej mocy, żeby obalić mit. Najbardziej racjonalny argument jest taki, że od płci nie uciekniemy. Dopóki jest to kategoria kulturowa, genderowa, to czy chcemy, czy nie chcemy – wychowujemy seksualnie. Brak edukacji jest antyedukacją, czyli też jest wpływem. Unikanie tematu w sensie edukacyjnym czy jeżeli chodzi o samo wychowanie seksualne, to choćbyśmy nie wiem co zrobili, to zawsze będziemy w jakiś sposób wychowywać i w jakiś sposób będziemy na dziecko oddziaływać. Myślę, że wskazane by było żeby robić to z głową, ze rozumieniem, zgodnie z naszymi wartościami, emocjami, uczuciami, jakie dziecku chcemy przekazać, a nie w jakimś rozdarciu i z niekonsekwencją. Stosowanie kategorii wiekowych jest czystym absurdem. Nie będę używała argumentów, na które nie starczyłoby miejsca w tej rozmowie. Wystarczy przeczytać tak obśmiane standardy WHO stworzone przez specjalistów z całego świata. To jest sprawa na głębszą dyskusję, ale ja jestem otwarta i to robię. Staram się usiąść z rodzicem i punkt po punkcie w danej kategorii wiekowej porozmawiać, dlaczego warto wtedy i na podstawie jakich obserwacji faz rozwojowych dziecka wprowadza się konkretne zagadnienia. One i tak wprowadzają się same, standardy były wprowadzone w toku śledzenia rozwoju dziecka, a nie w oderwaniu o nich. To nie jest tak, że grupa naukowców wymyśliła, jak demoralizować dzieci.

MZ: Jaka jest świadomość rodziców o potrzebie takiej edukacji?
AD: Wszystko jest pomieszane, niektórzy rodzice są przestraszeni, raczej są przeciwni. Z drugiej strony niewiele trzeba, żeby pokazać rodzicowi, że to od niego zależy i, że stanowi on przykład dla dziecka. Jeżeli rodzic akceptuje i kocha swoje dziecko to bardzo szybko staje się zwolennikiem edukacji seksualnej, zwłaszcza tej domowej. Dziecko, które jest wychowywane seksualnie w domu nie będzie potrzebowało edukacji w szkole, będzie pewnego typu liderem na lekcjach. Paradoks polega na tym, że zajęcia powinny stanowić jedynie uzupełnienie tego, co się dzieje w domu. Zajęcia są potrzebne dzieciom i młodzieży, która nie ma rodziców na tyle świadomych.

MZ: Zaznacza pani w książce, że w naszej kulturze jest głęboko zakorzeniony lekceważący stosunek do kobiecej seksualności. Czy może mieć to związek z pomysłami na zaostrzenie ustawy aborcyjnej?
AD:  Pomysły na zaostrzenie są tego rezultatem. One wynikają, są konsekwencją tego, jak się myśli o kobiecej seksualności. To jest oczywisty absurd – my jako kobiety za daleko poszłyśmy w realizacji swoich praw, na tyle, że na to nie pozwolimy. Mówię o zdecydowanej większości kobiet, które są wolne, korzystają z tej wolności, ze swoich ludzkich praw. Są dwie koncepcje: to może być polityczna przykrywka, służąca temu, żeby ugrywać jakieś inne sprawy i w tej sytuacji to również stanowi przykład lekceważącego stosunku do kobiet i traktowania ich jak osób niemyślących samodzielnie i  pozbawionych zdrowego rozsądku. Chciałabym podkreślić, że nawet, jeżeli naszym kosztem są załatwiane inne sprawy natury ekonomicznej to kwestia naruszania praw ludzkich połowy społeczeństwa jest kwestią nadrzędną, a niektórzy o tym zapominają. Druga koncepcja to z kolei przyzwyczajenie pewnych grup społecznych do schematów, w których jest wygodniej żyć. Grupy te próbują i sprawdzają, jakie pole zaanektowane jeszcze jest, co się da z nim zrobić, a jakie jeszcze nie. Myślę, że się srogo zawiodą, bo ono już nie jest tak zaanektowane jak się wydaje. Za dużo świadomych córek wychowałyśmy, a same za bardzo skosztowałyśmy tej wolności, żeby ją oddać.

MZ: Pozostając w temacie macierzyństwa – ewolucjoniści wskazują, że kobieta, wybierając partnera seksualnego patrzy na niego jako na potencjalnego ojca jej dzieci. Czym według Pani kieruje się kobieta wybierając partnera?
AD: Takiego na całe życie? Tego nie można przewidzieć. Ewolucjoniści to jedni z wielu. Powtarzam do znudzenia, że pokutuje u nas symbol madonny i ladacznicy, że jak nie wybieramy partnera na całe życie to jesteśmy puszczalskie. Racjonalnie i romantycznie zarazem – wybieramy czasem partnera „na życie” ze świadomością, że to ma być człowiek, z którym chcemy dzielić życie, ale nie wiemy czy całe. Tego się nie da zaplanować. Ten człowiek nie jest naszą własnością i może zmienić zdanie. Także my możemy zmienić zdanie, jeśli on zacznie działać w sposób, który, najogólniej mówiąc, nie będzie nam odpowiadał. Może być też tak, że przestanie nam być po drodze, kiedy każde z nas zacznie się rozwijać w innym kierunku. Ewolucjoniści powiedzieliby także, że pójdziemy za tymi, którzy najlepiej pachną i będą najlepszymi ojcami w sensie genetycznym a już np. nie najlepszymi mężami.

MZ: Pokutuje jednak takie przekonanie, że kobieta, jak już wybiera partnera seksualnego, to często takiego, który będzie ojcem jej dzieci. Mamy wiele przekonań, co zaznacza Pani w książce, prosto z kolorowych pism.
AD: Być może kobiety często mają takie przekonanie i potem są tym bardziej zdziwione w gabinecie, że to wszystko jakoś nie działa, że wszystko jest jakoś inaczej, że wyobrażenia rozmijają się z rzeczywistością. Mężczyzna może okazać się zupełnie inny, niż kobieta czytała i oczekiwała. A czytała np., że konkretne zachowania świadczą o tym, jaki on jest – a niekoniecznie. Nie mówiąc już o niespodziankach, które gotuje nam seksualność. Mężczyzna, z którym się najbardziej przyjaźnimy, który jest nam najbliższy, może nie być najbardziej pociągający seksualnie. Może być też tak, że on pociągający jest, ale tylko czasami i to jest kwestia tych faz, o których mówię.  Ilu ludzi – tyle historii, to właśnie schematy zdarzają się rzadko.  Życie jest o wiele bardziej zróżnicowane, zwłaszcza w naszym kobiecym wydaniu. A potem mężczyźni mówią, że nas kompletnie nie rozumieją, że się nie da tego objąć rozumem i logiką (śmiech).

MZ: Zaznacza Pani, że starsze kobiety posiadają większą wiedzę na temat seksualności niż kobiety młode. W jaki sposób możemy uczyć się swojej seksualności?
AD: Trzeba być autentycznym w życiu i uczyć tego swoje córki, zresztą synów też. Być po prostu otwartym międzypokoleniowo, autentycznym i życzliwym. Mówię straszne banały, ale to jest naprawdę proste. Autentyczność wiąże się też z akceptowaniem siebie. Jeżeli się ma taką babcię, jeżeli się ma starszą siostrę, koleżanki, jeżeli się w średnim wieku ma młodsze koleżanki, jeśli się jest w bliskich, życzliwych relacjach to to się po prostu dzieje. Absolutnie wierzę w siostrzeństwo. Nawet ewolucjoniści by to potwierdzili! Samice w stadach się wspierają (śmiech).

Dr Alicja Długołęcka – edukatorka seksualna, wykładowca akademicki, autorka licznych publikacji, m.in. „Edukacji seksualnej”, „Zwykłej książki o tym, skąd się biorą dzieci” oraz dwóch zbiorów rozmów publikowanych na łamach „Wysokich Obcasów” – „Seks na wysokich obcasach (2)”.

Komentarze

Każdy ma prawo do bycia sobą – Lambda Warszawa

graf. Tomasz Opaliński

graf. Tomasz Opaliński

Stowarzyszenie Lambda Warszawa powstałe w 1997 roku, oferuje szeroką gamę działań pomocowych na rzecz osób LGBT (z ang. lesbian, gay, bisexual, transgender), które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej ze względu na swoją orientację seksualną i tożsamość płciową. Obejmują one zarówno bezpłatne porady prawne, opiekę psychologa, grupy wsparcia, jak i profilaktykę HIV/AIDS. Misją stowarzyszenia jest budowanie pozytywnej tożsamości społeczności LGBT oraz niesienie profesjonalnej pomocy. O Lambdzie i jej działaniach rozmawiamy z Agnieszką Wiciak – członkinią zarządu stowarzyszenia.

Joanna Niedziela: Czym jest Lambda?
Agnieszka Wiciak: Lambda  skupia się głównie na działaniach pomocowych kierowanych do społeczności LGBT i jest najstarszą organizacją tego typu Polsce. Pragniemy nieść osobom reprezentującym tę społeczność profesjonalną i ekspercką pomoc w trudnych sytuacjach. Osoby homoseksualne, biseksualne i transpłciowe są szczególnie narażone na dyskryminację. Naszą wizją jest tworzenie świata, w którym każdy człowiek jest równy i ma prawo do bycia sobą. Najstarszą formą pomocy dostępną w Lambdzie jest telefon zaufania, czynny od godziny 18:00 do 21:00 przez pięć dni w tygodniu (poniedziałek-piątek). Za jego pośrednictwem udzielamy anonimowych porad m.in. w zakresie trudności związanych z orientacją i tożsamością psychoseksualną, problemów z samoakceptacją, dyskryminacją, samotnością czy w zakresie niesienia informacji dotyczących bezpiecznego seksu. Wskazujemy placówki na terenie Warszawy, do których można zgłosić się po pomoc, a także umawiamy na wizyty w Lambdzie, przedstawiając naszą ofertę porad psychologicznych, seksuologicznych i prawnych. Mimo że ten sposób komunikacji może wydawać się przestrzały w dobie Internetu – nadal sprawnie funkcjonuje. Obok telefonu, wiele osób korzysta z naszego poradnictwa poprzez gadu-gadu (nr 1286102, czynne we wtorki i czwartki w godzinach 20:00-22:00). Mamy cały zespół ludzi udzielających w ten sposób wsparcia. Szkolimy te osoby, sami także nieustannie się szkolimy – z pomocy doraźnej, ale też z wiedzy o osobach homoseksualnych, biseksualnych, transpłciowych. Mieliśmy ponadto do przepracowania temat związany z naszym hostelem interwencyjnym LGBT – a więc miejscem dla osób zagrożonych lub doświadczających przemocy ze względu na swoją orientację lub tożsamość i zmuszonych przez to do opuszczenia swojego miejsca zamieszkania.

JN: Jak to się stało, że hostel został zamknięty?
AW: Problemem okazały się środki finansowe. To jest hostel, który ma bardzo wysokie standardy. Oferujemy nie tylko nocleg w przyzwoitych warunkach, wyżywienie, ale też pomoc psychologiczną i pomoc socjalną w zakresie znajdowania pracy, wypełniania dokumentów, a w razie potrzeby, zdobycia renty. Hostel pomaga przygotować osoby ze środowiska LGBT do samodzielnego funkcjonowania. Jego oferta jest bardzo kompleksowa, a to generuje koszty. Są one na tyle duże, że hostel musiał zostać zamknięty. Nie znaczy to jednak, że te osoby przestaną się do nas odzywać i korzystać z pomocy. Planujemy w najbliższym czasie przeszkolić inne ośrodki państwowe, które mogłyby przyjąć osoby ze środowiska LGBT.

JN: Dużo osób skorzystało z pomocy hostelu?
AW: Przez półtora roku było to 67 osób. Mamy więc nadzieję, że nadal będziemy mogli im pomagać, a także kierować do zaufanych miejsc, w których kadra i psycholodzy będą poinformowani, jak się takimi osobami zaopiekować. Szczególnie mając na uwadze potrzeby tych osób, które ze względu na swoją orientację seksualną bądź tożsamość płciową są narażone na ponowną retraumatyzację.

JN: Jaką jeszcze pomoc można uzyskać w Lambdzie?
AW: Mamy całą grupę osób, które zajmują się prowadzeniem warsztatów tolerancyjnych.

JN: Do kogo są one kierowane?
AW: Do wszystkich. Organizujemy na przykład warsztaty kierowane do policjantów. Uczymy, na czym polega dyskryminacja, dlaczego nie można wyśmiać osoby transpłciowej czy powiedzieć do homoseksualisty: „ty geju”. To są bardzo ważne warsztaty, które rzeczywiście się sprawdzają. Mamy poczucie, że policja jest coraz bardziej świadoma, dlaczego coś nie powinno się wydarzyć – szczególnie w aspekcie językowym. Jednak pracy przed nami jest jeszcze mnóstwo. Oprócz tego rozwijamy idee żywej biblioteki.

JN: Na czym polega żywa biblioteka?
AW: Wyobraźmy sobie, że w jednym miejscu możemy spotkać osobę, która jest gejem, lesbijką, księdzem, więźniem, alkoholikiem, mormonem, bezdomnym. Czyli taką osobą, której moglibyśmy normalnie nie spotkać – a w żywej bibliotece mamy możliwość z nią porozmawiać. Książki to ludzie, a ich treść to opowiadane przez nich historie. Księgozbiorem są więc tutaj osoby ze środowisk, które narażone są na dyskryminację i obarczone stereotypami.  Bierzemy też udział w wielu projektach, np. szkoła bez homofobii, w ramach której stworzyliśmy podręcznik trenerski, będący bazą wskazówek dla nauczycieli, jak przeciwdziałać i reagować na przejawy homofobii. Bardzo ważnym działem Lambdy jest także profilaktyka i edukacja w zakresie HIV/AIDS, którą prowadzimy od 11 lat w oparciu o filozofię ograniczania szkód. Oznacza to podejmowanie czynności mających na celu redukcję zagrożeń i szkód związanych z ryzykownymi zachowaniami zarówno seksualnymi, jak i zażywaniem substancji psychoaktywnych (alkohol, narkotyki). Jednym z naszych działań jest partywork, polegający na prowadzeniu akcji edukacyjno-profilaktycznych w miejscach spotkań osób LGBT, np. w klubach dla osób homoseksualnych. Uczymy, w jaki sposób zabezpieczyć się, aby się nie zarazić. W działaniach tych uczestniczy wielu wolontariuszy. Polegają one na około 11 wyjściach w miesiącu (głównie do klubów gejowskich), które trwają po 2-3 godziny. Chodzimy po lokalach, rozmawiamy z osobami homoseksualnymi, rozdajemy prezerwatywy, lubrykanty i materiały edukacyjne w postaci książeczki.

JN: Czy zdarzają się osoby, które nie chcą otrzymać takiej pomocy?
AW: Niestety tak. Większość ludzi mimo wszystko się wstydzi. Robiliśmy ponadto szkolenia dla barmanów z tych klubów. W tej chwili chcemy także wejść do klubów dziewczęcych – z tematem bezpiecznego seksu, zdrowego trybu życia. Projekt jest obecnie na etapie planowania.

JN: Czy jeszcze jakieś działania są prowadzone w Lambdzie?
AW: Oczywiście. Mamy bogatą ofertę grup spotkaniowych (ukierunkowanych na rozwój osobisty) i grup wsparcia. Można tu wymienić m.in. grupę seniorską. Jest to grupa, do której bardzo trudno dotrzeć. Odpada tu raczej droga Internetowa – zostaje przede wszystkim osiedlowa, darmowa prasa. Kiedy te osoby już do nas docierają, są zazwyczaj w depresji (co jest częste u seniorów). Przynależność do Lambdy pełni dla nich funkcję terapeutyczną. Wystarczy już sama obecność tutaj. Poprzez uczestnictwo w grupie mają szansę na stworzenie więzi wewnątrz- i międzypokoleniowych, a także uzyskanie niezbędnego wsparcia. Mogą przyjść, wziąć udział w wielu aktywnościach, rozmawiać z innymi osobami – mają po co wyjść z domu. Jeden z seniorów będzie już drugi sezon prowadził grupę rysunkową. Jest profesorem rysunku i bardzo mu brakowało takiej pracy, więc ma przestrzeń, aby robić to tutaj. Działa u nas także grupa historyczna. Poprzez pracę nad historią ruchu LGBT pracuje się także nad własną tożsamością, szczególnie u osób, które mają jeszcze jakąś blokadę i nie do końca akceptują swoją orientację czy tożsamość. W tej chwili zbieramy historię osób LGBT – mamy na celu stworzenie źródła o społeczności LGBT na przełomie XX i XXI wieku dla przyszłych pokoleń. Dla kogoś, kto zajrzy do tego za sto lat. Uważamy, że jest to ważne i potrzebne. W Lambadzie funkcjonują ponadto: grupa dla lesbijek, dla gejów, grupa studencka, angielska, akceptacji. Więcej informacji na ich temat można znaleźć na naszej stronie. O tej ostatniej jednak warto opowiedzieć. Raz w miesiącu spotyka się u nas grupa rodziców dzieci i bliskich osób LGBT, którzy mają problem z akceptacją ich orientacji czy tożsamości. Moglibyśmy mieć takich grup więcej, gdybyśmy mieli więcej miejsca. Obecnie ogranicza nas bardziej brak przestrzeni niż brak pomysłów czy możliwości. Jednak aby je wszystkie zrealizować, musielibyśmy zająć cały blok (śmiech). Mamy też w planach grupę queerową (dla osób nieheteronormatywnych, nieidentyfikujących się z pozostałymi grupami – przyp. red.). Skupia się ona bardziej na różnych tożsamościach, czyli „kto kim jest”, nie ogranicza się tylko do LGBT. Najkrócej mówiąc – są to osoby, które się nie określają, ale nie są też heteroseksualne.

JN: Porozmawiajmy jeszcze na temat działań pomocowych oferowanych przez Lambdę.
AW: Lambda zajmuje się pomocą od początku swojej działalności. Mamy czternastu pracowników – psychologów, terapeutów i interwentów, którzy przyjmują od poniedziałku do piątku. To jest działalność bardzo istotna, ale niespecjalnie widoczna – bo odbywa się za zamkniętymi drzwiami. W 99% są to osoby LGBT, ale nie tylko. Zdarzają się osoby heteroseksualne, które trafiły tu, bo porada jest darmowa. Warto podkreślić, że wszystkie działania pomocowe oferowane przez Lambdę są darmowe. Za jakiś czas planujemy uruchomić także poradnictwo płatne. Mamy bowiem świadomość, że to, co oferujemy za darmo, nie do końca spełnia wszystkie oczekiwania. Możemy obecnie prowadzić tylko terapię krótkoterminową – do 12, maksymalnie 16 spotkań. Są jednak klienci, którzy potrzebują terapii długoterminowej. Nie możemy im na chwilę obecną jej zagwarantować, co wynika z ograniczeń projektowych. Chcielibyśmy także wdrożyć terapię par LGBT. Nie wiemy oczywiście, na ile osoby takie szukają pomocy w poradniach komercyjnych. Lambda jest jednak miejscem, do którego przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Nie dlatego, że w ich miejscowości nie ma osób mogących im pomóc. Chodzi o to, że Lambda stanowi dla nich bezpieczną przestrzeń. Chcemy być więc miejscem, które oferuje kompleksową pomoc psychologiczno-terapeutyczną dla osób, które jej potrzebują.  

JN: Dużo osób zgłasza się po pomoc do Lambdy?
AW: Dużo. Mamy więcej chętnych niż pracowników.

JN: Z jakim problemem najczęściej zgłaszają się osoby?
AW: Z bardzo różnymi. Zdarza się tak, że bazowymi trudnościami bywają kłopoty rodzinne, a nie sam problem z akceptacją swojej orientacji czy tożsamości. Te osoby przychodzą jednak do Lambdy, bo jak już wspominałam, jest dla nich bezpiecznym miejscem, w którym nie muszą się tłumaczyć, kim są. Oczywiście przyjmujemy też wiele osób zgłaszających problem ze swoją orientacją seksualną bądź tożsamością płciową. Po pomoc przychodzi także sporo osób młodych, które przed ukończeniem 18 r.ż., mogą zostać przyjęte jedynie za zgodą opiekuna.

JN: Ale o tę zgodę czasem ciężko poprosić, bo nie chcą się przyznać…
AW: Rzeczywiście bywa to problematyczne. Wtedy takim miejscem, w którym mogą uzyskać pomoc, jest telefon zaufania lub gadu-gadu.

JN: Czy pracownicy Lambdy to wyłącznie osoby ze środowiska LGBT?
AW: Naszymi pracownikami są osoby zarówno ze środowiska LGBT, jak i heteroseksualne, co nie stanowi przeszkody, aby świadczyły profesjonalną pomoc. Warunek jest jeden – muszą się mocno utożsamiać z osobami LGBT i nie bać się na ten temat rozmawiać. Często dopiero w praktyce wychodzi, że samo bycie tolerancyjnym, akceptującym i wrażliwym nie wystarcza do pracy z klientem LGBT. Zdarza się bowiem, że osoby heteronormatywne, niemające przepracowanego tego tematu, boją się go podejmować.

Więcej informacji o Lambdzie możesz znaleźć na stronie stowarzyszenia.

Telefon zaufania

Godziny pracy: poniedziałek – piątek w godz. 18:00-21:00
Kontakt: tel. 22 628 52 22,  skype, e-mail: awiciak@lambdawarszawa.org

Komentarze

Apolityczność a aseksualność

graf. Arkadiusz Jankowski

graf. Arkadiusz Jankowski

Nowa tendencja wśród zdystansowanego do rzeczywistości społeczeństwa to, za przeproszeniem, podcierać nijakość swoich poglądów, tudzież zwykły strach przed ostracyzmem, hasłem “polityka”. Mechanizm jest prosty. Jeśli wydarzy się coś kontrowersyjnego, i do tego skomentuje to przedstawiciel środowiska politycznego sprawa staje się… polityczna. A skoro taka się staje, należy jak najszybciej umyć ręce i odejść.

Faktem jest, że na złą renomę polityki pracuje się już od dawna, pewnie od lat, dziesięcioleci, a może pokoleń, wieków… Krzyki na mównicy, opluwanie oponentów przed, w trakcie i po dyskusji, zniesławienia, wyzwiska czy nawet pięści zdarzały się nawet w greckich poleis, w średniowiecznych grodach, w Wersalu czy na sejmikach ziemskich. Być może gdyby czarodziejską różdżką wymazać z życia społecznego tę wynaturzoną narośl, politykę, to nagle okazałoby się, że rządzący, królowie, książęta od słowa do słowa osiągaliby zamierzony konsensus, a na koniec gratulowali sobie nawzajem, ku niebu wznosząc bezalkoholowe szampany i lekkie przekąski. Otóż nie.

W ludzkiej naturze leży egoizm, chęć dominacji albo najzwyczajniejsze w świecie umiłowanie awanturnictwa. Jeśli przyjmiemy, że “polityka to działalność jakiejś grupy społecznej lub partii mająca na celu zdobycie i utrzymanie władzy  państwowej”, to pewne będzie, że między każdą grupą lub partią będzie dochodzić do spięć, a te generować mogą sprzeciw lub oburzenie, a nawet agresję. The condition of man… is a condition of war of everyone against everyone* napisał Thomas Hobbes (Leviathan, 1651), aby w kolejnych wersach stwierdzić, że jedynym lekarstwem na taki stan rzeczy jest życie w systemie społecznym, tym samym zorganizowanym systemie społecznym, którego dalszym efektem będzie polityka rozumiana, jako “działalność władz państwowych”.  Ich kształt przez wieki ulegał nieustannym zmianom, ale ostateczne decyzje praktycznie zawsze należały do wąskiego grona osób.

Oczywiście, mówi się, że władza demokratyczna, bo do takiej teraz przejdę, wynika z przekroju społeczeństwa jakim rządzi; skąd też mogą wynikać niezadowolenie głównych bohaterów mojego felietonu, szczególnie jeśli od polityki się separują. Rezygnacja z udziału w wyborach czy uczestnictwa w publicznej debacie znaczy tyle, co oddanie pola do popisu innym. Czy w takim razie za jakość sceny politycznej można z pełną satysfakcją obarczyć złą część społeczeństwa?

Były minister sportu i rekreacji, Mirosław Drzewiecki, kilka lat temu podsumował kondycję polskiej polityki, mówiąc “Polska to jest dziki kraj”. Taki stan rzeczy możemy złożyć na karb burzliwej historii kraju, młodej demokracji, transformacji po 1989, a w końcu na samych Polaków, ukształtowanych przez wspomniane wcześniej czynniki. Ale taka Wielka Brytania, dostojne królestwo, z prawdziwą Królową i rzeszą arystokratów w parlamencie oraz dumną historią zwycięstw to przecież coś zupełnie innego…Czyżby? Ilość kompilacji na Youtube prezentujących Funny Moments in House of Commons** mówi jednak sama za siebie.  Jedno z takich nagrań przedstawia debatę, w której funkcja przewodniczącego ogranicza się do coraz głośniejszej mantry ze słowem ORDER !!!***, przeplatanej pouczeniami, nierzadko tworząc muzykalny kanon z rozkrzyczaną salą. W międzyczasie David Cameron na jednym wydechu opisuje współpracę Wielkiej Brytanii i Europy, równocześnie wyzywając opozycję od mamrotających idiotów. Salwa śmiechu przerywa wypowiedź i wracamy do punktu wyjścia. ORDEEEER !!!  

Liberté, Liberté chérie!**** W końcu ten duch anglosaskiej wolności, miał w końcu swój początek w wychwalanym przez Voltaire’a i Rousseau osiemnastowiecznym ustroju monarchii parlamentarnej. Jedni z niewielu francuskich anglofilów sprzeciwiali się tendencjom absolutystycznym we własnym, pogrążonym w długach i wewnętrznych konfliktach, kraju. Żądali jednego – zaangażowania ludu w działalność władzy państwowej.

Szkoda zatem byłoby zbywać znamienitych filozofów epoki oświecenia prostym argumentem, że polityka nas nie interesuje, czy nie dotyczy. Szkoda byłoby milczeć o tym, co kontrowersyjne, skoro może mieć duży wpływ na życie zwykłego obywatela. I choć temat numeru to seksualność, a nie polityka, to oba tematy łączy jedno – przy świątecznym stole w Wigilię podgrzewają atmosferę lepiej niż nie jeden barszcz. Przemilczane, mogę mścić się przez wiele lat, dziesięcioleci, pokoleń….

* „człowiek znajdują się w stanie, który się zwie wojną; i to w stanie takiej wojny, jak gdyby każdy był w wojnie z każdym innym”
** ang. śmieszne momenty z Izby Gmin
*** w wolnym tłumaczeniu SPOKÓJ
**** fragment pochodzi z Marsylianki 

Komentarze

Tabu na żądanie

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Mamy problem z cudzą seksualnością. Ba, mamy problem z własną cielesnością. Z faktem, że pomimo czegoś mocno pragniemy, nie jesteśmy w stanie sobie tego dać. Jest nas coraz trudniej zadowolić, coraz trudniej spełnić nasze wymagania, wpasować się w kryteria.

Ciało traktujemy jak maszynę do wytwarzania przyjemności. Nie myślimy często o konsekwencjach, o przyczynach i skutkach. Liczy się efekt natychmiastowy. Musi być intensywnie. Trzeba coś wreszcie poczuć, trzeba się czymś zająć i jakoś zapomnieć. Zapomnieć o tym, że to wszystko wokoło jest jedną wielką fikcją, emocje przychodzą z trudem, a jak już się pojawią – zioną przerysowaniem i kłamstwem.

Seksualność wykorzystywana jest po prostu wszędzie. Na ‚dzień dobry’ przy reklamie pysznego serka na śniadanie. Na ‚dobry wieczór’ w programach rozrywkowych. I wreszcie na ‚dobranoc’ – w erotycznej bieliźnie i przy kojącym, lekko musującym winie.

Seksualność nie ma jednego imienia, choć coraz częściej narzucany jest przydomek tabu. W debacie publicznej nie można przecież otwarcie dyskutować na temat preferencji seksualnych, własnych pragnień czy marzeń. Istnieje za to przyzwolenie, by po cichu o tym świntuszyć na ławce w parku, na mieście, i w końcu – w Internecie. Otwarta rozmowa zastępowana jest skrytą szeptaniną, która wynika z… nieśmiałości? Zacofania? Braku świadomości? Narzuconych norm społecznych?

Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Być może jednej, konkretnej odpowiedzi tutaj nie ma. Być może sami narzucamy sobie ograniczenia, sami zakładamy sobie kajdany skrępowania naszą seksualnością. Traktujemy ten temat, jako coś wstydliwego, trochę jeszcze przerażającego, być może w ogóle nieodpowiedniego do rozmowy.

I tym samym rośnie tzw. podziemie. To tam ludzie rozmawiają o swoich skrytych fascynacjach seksualnych – o tych bezpiecznych i tych perwersyjnych, nieraz budzących ogólny sprzeciw społeczeństwa, w którym żyjemy. Kobiety boją się iść ścieżką w parku po zmroku, bo nie wiadomo, kto czai się w wysokich i ostrych krzakach. Mężczyźni obawiają się, że ich fantazje łóżkowe zostaną na wstępie wyśmiane przez ich partnerkę.

Brak umiejętności dyskusji na temat własnej cielesności i seksualności to największa zmora ludzi dorosłych. Wszyscy nieustannie powtarzamy, że mamy przecież XXI wiek – kobiety powinny mieć prawo wyboru, ludzie powinni decydować sami o sobie, rząd powinien zająć się poprawą życia w kraju, a nie sumieniami jego obywateli. I to jest święta prawda. Jednak XXI wiek to – moim zdaniem – także umiejętność prowadzenia merytorycznego dialogu o rzeczach, które dotyczą nas wszystkich, naprawdę.

Dotyczą przyszłości naszych dzieci, ich szczęścia i wiedzy, realnej wiedzy na temat życia i tego, co ich w nim czeka. Dotyczą ich pojmowania własnego ciała, braku nieuzasadnionych kompleksów, umiejętności życia w społeczeństwie. Dzieci powinny wiedzieć o edukacji seksualnej, powinny czerpać z niej garściami, bo ta właśnie wiedza przyda im się zapewne o stokroć bardziej, niż umiejętność całkowania. Dzięki tej wiedzy nie nadzieją się na nieproszoną wpadkę, nie „zepsują sobie życia już na starcie”, będą wiedziały jak być odpowiedzialnym rodzicem w przyszłości.

Naprawdę, młodzi w tym kraju są warci tej edukacji, i nie rozumiem, czemu „mądrzy tego narodu” próbują im ją odebrać. Na koniec stwierdzę dobitnie: ratujmy młodzież, skoro na starych jest już (jak widać) za późno.

Komentarze

Dziewczyny z Jerozolimy Wschodniej – Rudaina

fot. Klaudia Sara Kalwasińska

fot. Klaudia Sara Kalwasińska

Rudaina, 26 lat
Mężatka

Nastoletnie życie

Rudaina urodziła się w tradycyjnej rodzinie arabskiej wyznania mahometańskiego. Jej korzenie pochodzą z miasta patriarchów- Hebronu. Wyrastała w domu pod opieką ojca o silnym i surowym charakterze, w towarzystwie ośmiu sióstr i trójki braci. Była bardzo pilną i wzorową uczennicą- do tej pory lubi i ceni sobie zgłębianie wiedzy. Nastoletnie życie Rudainy toczyło się głównie w dwóch miejscach: domu rodzinnym i szkole. W wieku szesnastu lat marzyła o tym by „zobaczyć co to znaczy żyć”- jak to jest wychodzić na zewnątrz, poznawać ludzi, studiować, pracować. Czuła też, że powoli staje się młodą kobietą i dlatego zaczęła modlić się o męża. Wyśniła sobie romantyczne zakochanie, opiekuńczego ukochanego – troszczącego się o nią oraz dbającego o potrzeby jej i ich wspólnych dzieci. Nie lubiła siedzieć w domu. Wspominała historię ciotki, która wyszła za mąż i wyglądała na „taką bardzo szczęśliwą”.

Zaręczyny

Zjawił się niespodziewanie, jak to książę, wybawiciel we wszystkich romantycznych bajkach dla dziewcząt. Mimo że byli pierwszymi kuzynami – Rudaina nie miała z nim zbyt wiele kontaktu. Jak przystało na dziewczynę „z dobrego domu” – jedynymi mężczyznami, z którymi przebywała, byli do tej pory ojciec i bracia. Usłyszała od rodziców – „zrób co chcesz”. Na pierwszej „randce” (w jej domu, w obecności innych osób) mogła nareszcie sama przyjrzeć się kandydatowi i w ciągu kilku minut poczuć „czy to ten”. Zapytała go wtedy o dwie ważne dla niej rzeczy. Jako religijna i wierząca osoba wysoko ceniłaby sobie skłonność przyszłego męża do modlitwy. Chciała też upewnić się, czy on sam ją sobie wybrał, czy nikt go nie przymusił do tego ożenku. Po odpowiedziach była najwyraźniej usatysfakcjonowana – zgodziła się. A może przekonała ją pewna doza nieśmiałości w zachowaniu młodego, bo osiemnastoletniego narzeczonego? Po tym jak powiedziała „tak” odbyły się oficjalne zaręczyny, czyli przyjęcie dla okolicznych znajomych, gdzie zostało ogłoszone, że ten i ten mężczyzna taką i taką kobietę sobie bierze. Narzeczeni mieli wtedy czas na lepsze poznawanie siebie – oczywiście w obecności innych. Po dziewięciu miesiącach para wzięła ślub.

fot. Klaudia Sara Kalwasińska

fot. Klaudia Sara Kalwasińska

Życie po ślubie

Rudaina zamieszkała z rodziną męża. Uwolniła się tym samym „spod opieki” srogiego ojca. Kontynuowała naukę w szkole średniej – nadal miała tylko szesnaście lat. Starała się nie zrażać do młodego męża, chociaż większość czasu spędzał on z kolegami poza domem. Czuła też na sobie presję związaną z przyszłym macierzyństwem. Nieustannie i wielokrotnie powtarzane przez rodzinę pytania: „jak się czujesz?”, „czy już jesteś w ciąży?” były dla niej męczące i dlatego poczuła ulgę kiedy trzy miesiące po ślubie dowiedziała się, że oczekuje dziecka. Problem zaczął się jednak wtedy, kiedy mąż postanowił nadać imię córce ku wspomnieniu swojej pierwszej miłości – koleżanki Rudainy z równoległej klasy. „Ona bardzo mu się podobała” – tłumaczyła dziewczyna – „i okazało się, że wcześniej prosił o jej rękę. Rodzina jednak stwierdziła, że to zbyt młody kandydat, ale jako punkt honoru poleciła mu nazwać dziecko ku czci niedoszłej towarzyszki życia – jako dowód swojego uczucia do niej”. To było dla naszej bohaterki bardzo bolesne przeżycie. Płakała i prosiła, ale mąż był nieugięty, a ona sama nie mogła już nic więcej zrobić. „Nie umiałam się bardziej postawić, nie umiałam zagrozić, że wrócę do domu ojca”. Po tym wydarzeniu bardzo trudno było jej patrzeć na męża tak przychylnie, jak wcześniej. Nieoczekiwanie po dziewięciu miesiącach mała dziewczynka zmarła – „Bóg dał, Bóg zabrał” – mówi Rudaina.

Dzieci

Mimo że Rudainie nie przychodziło łatwo uczyć się w szkole średniej i nosić pod sercem dziecko – zdecydowała się na kolejną ciążę. Wyprowadzili się też z mężem z dawnego domu, zamieszkali sami. Na świat przyszła Radość (bo tak rodzice nazwali córkę), a potem jej siostra. W kulturze arabskiej mężczyźni bardziej pragną chłopców, choć Rudaina mówi, że mąż cieszy się też ze zdrowych córek. Ona sama chciała uszczęśliwić go jeszcze bardziej i dlatego zdecydowali się na zapłodnienie metodą in vitro. Wcześniej bowiem nie mogła zajść w kolejną ciążę. W religii islamu nie jest to zabroniona metoda, jeśli nasienie będzie pochodzić od męża kobiety. Rudaina jest tego pewna, bo studiuje obecnie islam.

Niuanse rodzinne

Religia rodzinna głosi, że dopuszczalne jest, by mężczyzna był mężem czterech żon. Jeśli małżonek Rudainy chciałby związać się z kimś jeszcze – owszem złamałoby jej to serce – ale musiałaby się na to zgodzić, jako wierząca muzułmanka. Tego zdania jednak nie podzieliła jej ciotka i teściowa zarazem, nie godząc się na ponowny ożenek swojego męża z matką Rudainy (po śmierci jej ojca). Historia dosyć skomplikowana – choć jej realizacja na Bliskim Wschodzie możliwa – wywołała prawdziwą wojnę w rodzinie naszej bohaterki. Odbijało się to na jej codziennym życiu, jako że była córką nowej wybranki swojego teścia. W tym jakże niełatwym okresie Rudaina znalazła pokrewną duszę, która była w stanie wysłuchać jej cierpień i wesprzeć ją swoim ramieniem. Był to mężczyzna poznany w Internecie, z którym spotkała się kilkakrotnie na rozmowę. Zakochali się w sobie. Zdecydowała się opowiedzieć o tym swojemu mężowi. Była gotowa się rozwieść, co (jak twierdzi) jest dopuszczalne w religii islamu, kiedy mąż nie zaspokaja potrzeb swojej żony.

fot. Klaudia Sara Kalwasińska

fot. Klaudia Sara Kalwasińska

Odmiana losu

Mimo sporej sumy pieniędzy oferowanej przez zakochanego w Rudainie mężczyźnie, mąż nie zgodził się na rozwód. Ona sama stanęła przed bardzo trudnym wyborem pomiędzy swoim szczęściem a szczęściem dzieci. Islam z góry zakłada, że wszyscy potomkowie należą do mężczyzny – wobec tego nie mogłaby wychowywać swoich małych córek. Co więcej, nie miałaby wpływu na to, kto i jak będzie się nimi opiekował, bo czy obca kobieta będzie umiała pokochać je jak własne? Rudaina podjęła decyzję. Została z mężem. Postanowiła poświęcić swoje życie dla dzieci. Co ciekawe, dostała teraz od małżonka pozwolenie na studiowanie i pracę. Zgłębia wiedzę w zakresie swojej religii, za dwa lata będzie mogła wykładać. Pracowała też przez jakiś czas na pół etatu. Obowiązki sprawiają, że ma poczucie bycia zajętą. Jest z tego naprawdę zadowolona. Nie ma czasu, by się niepotrzebnie zastanawiać. „Ale wiesz, mój mąż też ukarał mnie za to, co zrobiłam. Widziałam, że czatuje z innymi kobietami”.  Rudaina jednak nie zaprząta sobie tym szczególnie myśli.

Plany na przyszłość

Nasza bohaterka pragnie teraz najbardziej prowadzić ciepły i bezpieczny dom rodzinny dla swoich córek. Chce, by wychowywały się bez poczucia strachu i zagrożenia, dlatego zależy jej na dobrych kontaktach z mężem. „Chciałabym, żeby miały takie piękne życie! Może chciałabym, żeby jedna została lekarzem, a druga może nauczycielką. I żeby same wybrały sobie tego, z którym chcą spędzić resztę życia!”. Rudaina niekoniecznie pragnie tradycyjnej drogi małżeństwa dla swoich córek. Bardzo nie chciałaby, aby popełniły ten sam błąd, co ona – wyszły za mąż w tak młodym wieku bez ukończonej edukacji.

„Mam takiego męża. Takie dzieci. To jest moje życie. I muszę je zaakceptować” – podsumowuje Rudaina.  Odnoszę wrażenie, że rozmawiałam z kobietą świadomą swoich wyborów i pogodzoną ze swoim życiem.

Komentarze

Gdyby ciało mogło mówić

Źródło: imdb.com

Kadr z filmu „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni”; Źródło: imdb.com

Nowy Orlean, rok 1937, USA. Ona nosi spodnie opinające biodra, on za to łapczywie spogląda na każdy jej ruch. Na wspólne nieszczęście on jest niepraktykującym lekarzem, a ona praktykującą kobietą. Na dodatek w ciąży. Historia Charlotte i Henry’ego stała się zapiskiem transformacji kobiecego ciała według Williama Faulknera. W Dzikich Palmach śledzimy proces zmiany od dystyngowanej lalki po rozpadający się kawałek kobiecego materiału. Nielegalna aborcja, dokonana przez ukochanego Charlotte, staje się jego własnym testamentem.

Kruchy wątek abortowania wkracza do opowieści po cichu, na palcach, z dala od tłumu gapiów. Zwłaszcza w filmach powraca co kilka lat ze zdwojoną siłą. Reżyserzy, na dodatek panowie, z dystansem podchodzą do ukazywania kobiecego ciała. Bohaterki poddające się temu zabiegowi gubią po drodze własną seksualność. Ta nieodłącznie związana jest z wartościami wybranej epoki i miejsca. Emocje kobiety nie mogą mieć ujścia. Bo społeczeństwo, bo rodzina, bo państwo, bo pieniądze. Mimo to bohaterki podążają za swymi wyborami. Niezależnie od konsekwencji.

*

Connecticut, lata 50., Stany Zjednoczone. Ona błyszczy seksapilem w każdej, dopasowanej do ciała sukience, a on wyróżnia się bezczelną pewnością siebie na tle jednolitych, męskich garniturów pędzących do pracy. Niedoszła aktorka i pisarz kochają swoje wspomnienia, a nie cierpią teraźniejszości. Wymarzony domek na przedmieściu, dwójka dzieci i przyzwoite sumy w banku nie pozwalają na spełnienie uczuciowe. Droga do szczęścia April i Franka ciągnie się niemiłosiernie, a na samym jej końcu widać jedynie ślepy zaułek. Sam Mendes dawkuje obraz kobiecego ciała. Dzieli życie April na dwa etapy: kury domowej, ubranej w długie spódnice i gwiazdy w klubach z muzyką jazzową. Kobieta, by naprawić małżeństwo, decyduje się z Frankiem na wyjazd do Paryża. Od tego momentu rozkwitają w podobnym tempie. Zalotne uśmiechy, nagły seks, czułość spojrzenia. I bum. Czar ponownej wolności pryska wraz z rozwijającym się płodem w brzuchu April. Oboje już nie chcą, oboje się boją, oboje nie mają siły. Dają sobie czas na podjęcie decyzji.

Intymna relacja April i Franka staje się seksualnością skrępowaną. Nie mogą odnaleźć się w otaczającej przestrzeni. Sąsiedzi mają im za złe brak dopasowania, a jedynie szaleniec John rozumie duszącą ich rutynę. Sam Mendes wykorzystuje sposób obrazowania jak w latach 50. Wyzbycie bezpośredniości w ukazywaniu ciała, seks tylko w ubraniu i chwilowa namiętność. Ciało April ani razu nie zostało ukazane nagie. Zawsze ubrana, przeważnie elegancka, chwilowo rozpadająca się na kawałki.

Po kolejnej wyczerpującej kłótni z Frankiem April ubiera się, zdecydowanie chwyta za telefon, dzwoni do dzieci, ustawia kosmetyki w idealnym porządku. Wykłada ręczniki na podłodze w łazience, subtelnie schodzi po schodach i staje przy oknie. Spogląda z perspektywy jej wymarzonego domu, w którym na sukience pojawia się ślad krwi. Plama powiększa się, by po chwili zmusić April do wypowiedzenia słów „potrzebuję pomocy”. Sam Mendes ani na chwilę nie pokazuje aborcji jako aktu pozbawionego refleksji. Paradoksalnie jest to raczej jedyna możliwość na uwolnienie się od kataklizmu uczuciowego.

**

Bukareszt, lata 80., Rumunia. Ona niezgrabnie pakuje swoje rzeczy, a druga ona pewnie podejmuje za nią decyzje. Zamiast przygotowywać się w akademiku do kolejnych egzaminów, szukają papierosów z zachodu, ulubionego żelu pod prysznic i pieniędzy. Gabita chce usunąć niechcianą ciążę, a jej przeciwieństwo, zaradna Otilia dokonuje za nią formalności. Obie muszą uważać na czające się za rogiem, surowe prawo, niepozwalające na aborcję. Cristian Mungiu w filmie 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni przykrywa kobiece ciała pod hotelową kołdrą. Wszechogarniający strach, niemożność zaufania innym i niepewność dają o sobie coraz mocnej znać. Nawet, jeśli nie dopada ich kara wymierzona przez państwo, to jeszcze większy ból sprawia mężczyzna, wybawiciel i oprawca w jednym. By pomóc w nielegalnej aborcji, oczekuje ich ciał na własność, choćby na chwilę. 

Mungiu ukazuje ich nagość tylko do połowy. Kobiety pospiesznie, wstydliwie i niepewnie rozbierają się, patrzą w lustro i palą papierosy. Pomiędzy nimi, dobrymi przecież przyjaciółkami, nie ma widocznego poczucia bliskości. Drażni ich dotyk tak samo, jak wyczerpujący proces ratowania godności w restrykcyjnym państwie. Otilia pozostawia Gabitę po zabiegu, by udać się na urodziny matki swego chłopaka. Gdy ten chce ją dotknąć, jeży się i odskakuje. Wraz  z większą determinacją ma poczucie, że musi z tym wszystkim poradzić sobie sama. Stając się paradoksalnie aniołem stróżem Gabity i jej abortowanego płodu.

Proces aborcji sprowadza tym razem kobiece ciało do manekina. Gabita kładzie się wzdłuż łóżka, potulnie wykonując polecenia mężczyzny. Nie ma tam natłoku krwi i bólu, a jedynie niepewny spokój, poczucie, że nie zna swego ciągu dalszego. Po zabiegu pierwszą czynnością jest zakrycie ciała i zapalenie papierosa. Nad Gabitą wisi obraz przedstawiający martwą naturę. Otilia reaguje mówiąc, że „jest dziwna”. Tak samo dziwna jak płód, który pojawi się kilka godzin później. W obecnej sytuacji mogą pozwolić sobie tylko na pospieszne wyrzucenie „tego” do zsypu. Bez świadków, pochówku, terapii. Za to ze sporą dawką strachu.

***

Okolice Krakowa, lata 90., Polska. Ona w pośpiechu biegnie do pracy, a ono powoli zaczyna żyć własnym życiem. Pewnie nie bez powodu na imię jej Ewa, na dodatek samotna. Dziewiętnastoletnia bohaterka zmaga się z chorobą ulubieńca-ojca i zaborczością choleryczki-matki. Małgorzata Szumowska wybrała w Ono drogę nastolatki ku samoświadomości. Ewa dowiaduje się, że „człowiek zaczyna się od momentu, w którym słyszy”. Chce przedstawić zmysłowy świat nienarodzonemu jeszcze dziecku. Początkowo zakrywa rosnący brzuch, stający się synonimem wstydu, by po kilkunastu tygodniach z dumą dotykać go, namawiając do tego innych.

W Ono kobiece ciało odkrywane jest wraz ze świadomością. Pory roku definiują stan emocjonalny Ewy. W zimie decyduje się na zabieg aborcji, umawiając się z lekarzem nerwowo i dyskretnie. Gdy ma już zrezygnować z macierzyństwa okazuje się, że nie ma wystarczającej ilości pieniędzy. Została okradziona. Na dodatek przez ćpuna, który później nieźle zawróci jej w głowie. Małgośka Szumowska wybiera niepełnoprawną decyzję dziewczyny, a bliżej nieokreślony los i przypadek, niszczący Ewę od środka.

Seksualność pojawia się w filmowych kadrach dopiero, gdy młoda kobieta decyduje się urodzić dziecko. Zdejmuje ubranie, głaszcze brzuch, kąpie się w jeziorze nago. Każdy element jej ciała nabiera mistycznego, wręcz baśniowego charakteru. Tylko ono ciągle nie ma imienia. Nie zostaje nazwane. Przybliżone. Pewne. Być może misterne ukazanie mu zmysłowego świata do niczego się nie przyda. Końcowe sceny nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Ewa przeżyła, dziecko umarło? Ewa umarła, dziecko przeżyło? Wiadome jest tylko to, że dziewczyna doświadczyła świadomości swego ciała.

Zamiast bezpośredniej nagości twórcy wybierają stopniowe obnażanie emocji. Dlatego April chowa się za kuchennym fartuchem, Gabita przykrywa się kołdrą, a Ewa rozbiera dopiero, gdy widać brzuch matki. Ich losy łączą się w momencie, w którym wybrać muszą ciąg dalszy. Bez dziecka, z dzieckiem, czy może bez nich samych? Decydują za siebie i próbują, a to wyraz ich odwagi, gubiącej się w konsekwencjach nielegalnej aborcji. Na końcu Dzikich palm Henry mówi, że „jeśli ma wybierać między smutkiem a nicością, wybiera smutek”. Jego kochanka, jak i kobiece bohaterki, decydują się na nicość, zgodnie z zasadą „wszystko albo nic”. Żadna z nich nie może wytrzymać ze smutkiem. Musi działać. I mieć wybór.

Komentarze

Akty natury

Jacek Sikora, Waterfall, 80x100 cm

Jacek Sikora, Waterfall, 80 x 100 cm

„W moich obrazach przedmiot i model są umowne, są zaledwie inspiracją dla ukazania czegoś nierzeczywistego. Niemal wszystkie moje obrazy traktuję jak abstrakcje, gdzie forma jest jedynie pretekstem, a prawdziwym tematem staje się światło i wibrująca bezforemna materia. Najsilniejszym tego przykładem są akty, które skąpane w błękicie często bardziej przypominają górski potok niż ciało kobiety[1]”, mówi o swoich subtelnych, delikatnych przedstawieniach kobiecych ciał malarz, aktor i podróżnik, Jacek Sikora. Jego dzieła stanowią zatem intymny obszar spotkania piękna ludzkiej fizyczności z artyzmem zmienności światła. Wydaje się, że na obrazach artysty jeden spośród dwóch głównych wątków nie ma prawa istnieć bez drugiego. Migoczące refleksy eksponują bowiem fizyczną doskonałość, natomiast ciało staje się idealnym polem do prezentacji niesamowitej gry blasków i cieni. Wszystko to zanurzone jest w kolorze niebieskim, który w pracach Sikory swoją szeroką paletą odcieni obejmują zarówno ciemne, bliskie czerni granaty, jak i blade, niemal szare błękity.

Dlaczego ciało?

Jacek Sikora jest artystą, który pragnie żyć i tworzyć w idealnej harmonii z naturą. Mówiąc o naturze mam na myśli także jego własny, wewnętrzny świat. Dlatego też, malarza bardzo mocno angażuje proces samopoznania pod kątem własnych możliwości, ograniczeń i potrzeb. Obecnie ma za sobą takie doświadczenia jak 8-miesięczna medytacja w charakterze buddyjskiego mnicha, czy też długi pobyt w ośrodku zen w Stanach Zjednoczonych. Właśnie z tej silnej potrzeby obcowania z naturą swój początek biorą delikatne, wyciszone przedstawienia kobiecych aktów. Subtelnie uchwycone fragmenty ciał stanowią swoiste świadectwo uwielbienia wobec otaczającego artystę świata. Są one nie tyle pochwałą samej fizyczności, ale pełną fascynacji zadumą nad światem przyrody. Za dowód na to może uchodzić fakt posługiwania się cielesnością w celu eksponowania zjawisk natury, na przykład, jak wspomniał sam autor, rwącego, górskiego potoku. Z tego też powodu, akty Sikory pozbawione są erotyzmu. Nie mają też na celu wywoływać skrajnych uczuć. Podobnie, jak natura, istnieją one w oderwaniu od emocji.

Ponadto, dla aktora studiującego niegdyś pantomimę, ciało posiada szczególne znaczenie. W tej dziedzinie sztuki właśnie układ sylwetki, gest i ruch stanowią o całości dostarczanej treści i są jedynymi jej nośnikami. Autor zaznacza przy tym, że „Studia pantomimy to także jeden z tych etapów, kiedy zacząłem redukować formy wyrazu. W moich aktach często nie ma twarzy, nie ma rąk, choć przecież nie maluję ciał okaleczonych czy ułomnych[2]”. Akty Jacka Sikory to statyczne przedstawienia fragmentów kobiecych sylwetek, milczące i senne, czasem uchwycone w surrealną formę.

Jacek Sikora, Don't go away, 50 x 50 cm

Jacek Sikora, Don’t go away, 50 x 50 cm

Dlaczego światło?

Fascynacja światłem, tak wyraźnie dostrzegalna w pracach artysty, ma swoje źródło w przeżyciach malarza, których doświadczył podczas tygodni pobytu w zasypanej śniegiem syberyjskiej tajdze. Roziskrzone błyski tego wyjątkowego zimowego pejzażu znalazły odzwierciedlenie w wielu spośród dzieł Sikory. Artysta za szczególnie ważny obszar wyeksponowania niezwykłości gry światła uznał ludzkie ciało. Zważywszy na jego głęboką fascynację naturą, manifestującą się w obrazach ludzkiej fizyczności oraz silnym oddziaływaniu na pracę twórczą świetlistości syberyjskiego krajobrazu, zestawienie ze sobą tych elementów na jednym płótnie nie dziwi. Chociaż tym, co na pierwszy rzut oka dostrzega widz przy zetknięciu z dziełami malarza, jest statyczny kobiecy akt, autor wyraźnie podkreśla, że „tematem jest światło i rozedrganie materii w zderzeniu z tym światłem[3]”.

Dlaczego kolor niebieski?

Pobyt Sikory wśród zimnego krajobrazu syberyjskiej tajgi wywarł wpływ nie tylko na sposób eksponowania gry blasków i cieni na obrazie, ale i na samą kolorystykę jego prac. Autor niezmiennie bowiem podkreśla, że wciąż pozostaje pod przemożnym wpływem obfitości bieli i błękitów śnieżnego pejzażu. Na płótnach malarza spotykają się ciemne tonacje granatu, niemal bliskie czerni z bladymi, szarawymi błękitami. Pomiędzy tymi skrajnymi tonacjami znajduje się jeszcze nieskończoność innych, rozmaitych w swojej intensywności, barw. Kolor niebieski, oprócz tego, że stanowi wielką inspirację Sikory pochodzącą wprost z natury, pozwala artyście na drobiazgowe uchwycenie wszelkich świetlnych niuansów. Ponurość granatowych tonacji pomaga utrwalić cień na płótnie, natomiast lśnienie błękitów jest wyrazem niezwykłej gry refleksów.

Jacek Sikora, Too much of you, 80 x 100 cm

Jacek Sikora, Too much of you, 80 x 100 cm

W zespoleniu z naturą

Subtelne, milczące akty Jacka Sikory w swoim uwielbieniu wobec natury okazują się niezwykle spójne. Wszystkie spośród trzech najważniejszych elementów kompozycyjnych, a więc treść, kolorystyka i sposób potraktowania światła, posiadają swoje wyraźne odzwierciedlenie w świecie przyrody, tym istotniejsze, iż warunkowane osobistymi doświadczeniami artysty. Serie niebieskich, rozedrganych przedstawień ludzkiej fizyczności stanowią wobec tego wyraźne świadectwo roli natury w życiu artysty. Niepozbawione kontemplacyjnego, milczącego charakteru realizacje dokładnie wskazują na cechy, które wprost ze świata przyrody malarz próbuje przechwycić na swoje płótna. Są to z pewnością: harmonia, równowaga, wyciszenie, ale też bezkompromisowość i swoistą majestatyczność. Trzeba przyznać, że mu się to udaje. Widz konfrontowany bowiem z jego przedstawieniami cielesności nie odnajdzie w nich erotyzmu i właściwych mu szaleńczych emocji, ale wewnętrzny spokój, pewien rodzaj nienarzucającej się refleksyjności oraz poczucie obcowania z czymś doniosłym, pełnym powagi i znaczenia. Z samą naturą.

[1] Pomiędzy figuratywnością i abstrakcją – wywiad z Jackiem Sikorą, Rynek i sztuka, dostępne w Internecie: pod tym linkiem, (dostęp: 06-10-2016)
[2] Pomiędzy figuratywnością i abstrakcją – wywiad z Jackiem Sikorą, Rynek i sztuka, dostępne w Internecie: pod tym linkiem, (dostęp: 06-10-2016)
[3] Pomiędzy figuratywnością i abstrakcją – wywiad z Jackiem Sikorą, Rynek i sztuka, dostępne w Internecie: pod tym linkiem, (dostęp: 06-10-2016)

marta-haigerGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Marta Haiger
Historyk i krytyk sztuki. Interesuje się aktualnymi zjawiskami w polskiej sztuce najnowszej, w tym szczególnie kondycją i recepcją tradycyjnych mediów w działalności artystów współczesnych. Swoje teksty publikowała na O.pl, Rynku i Sztuce oraz w Formacie.

Komentarze

Monolog artysty w energetyczno-emocjonalnej przestrzeni

Sebastian Skowroński - The Energy recording XV, 2016 r., linoryt, 10 x 10 cm

Sebastian Skowroński – The Energy recording XV, 2016 r., linoryt, 10 x 10 cm

Człowiek nie jest odrębną istotą w otaczającym go świecie. Stanowi istotny element rzeczywistości, w jakim skupiają się myśli i emocje, na które każda jednostka reaguje własnymi uczuciami czy mentalnymi odczuciami. Jest silnie uzależniony od Materii, co wynika z działania Ducha, który niezwykle intensywnie wyraża się w obszarze duchowo-fizycznym, a czyni to za pomocą ciała, które stanowi fizyczną manifestację żeńskiego aspektu Boga. Działanie w boskiej przestrzeni zatem, oznacza relację męskiej i żeńskiej części Świadomości oraz wzajemny taniec Boga i Bogini w ziemskiej realności.

Cykl: The Energy recording

Dlaczego tytuł The Energy recording? Cięcia obrazu graficznego na formie drukującej (linoleum) powstają przy ogromnym udziale intuicji, wewnętrznym otwarciu się na siebie i zaufaniu w każdym momencie tworzenia. To zespolenie umysłu i ciała, myśli oraz działania. Niczym niezakłócana relacja Ducha z Materią wyzwala myśli i Energię, która materializuje się na matrycy, a następnie poprzez proces powstawania warsztatowej odbitki, w obrazie graficznym. Wszystko, co powinienem robić, to ufać. Bogu, Matce Ziemi, Sobie, Energii czy Wszechświatowi (wybór uzależniony jest od indywidualnej oceny i światopoglądu) oraz notować. Dlatego w nazwie pracy, stanowiącej jednocześnie złożony cyklu, widnieje słowo recording.

Autor: Sebastian Skowroński
Młody łódzki artysta. Tworzy m.in. w grafice warsztatowej oraz rysunku. Pisze również krótkie teksty performatywne, a także wypowiada się na temat grafiki artystycznej. Bloguje na stronie Drzeworytnik.pl z własną twórczością.

Komentarze

Lubię pisać pod wpływem impulsu – wywiad z Marcinem Orlińskim

14466190_10209716324018217_1246728005_o

fot. Inka Radomska

Paweł Majcherczyk: Ostatnio robił Pan z żoną porządki w swojej bibliotece. Jak to wyglądało?
Marcin Orliński: Porządki to mało powiedziane, zrobiliśmy prawdziwą rewolucję. Od dziesięciu lat mieszkamy w kawalerce i dotąd mieliśmy tylko dwa regały na książki. A książek przybywało. Z jednej strony dużo kupowaliśmy, z drugiej – dostawałem z wydawnictw egzemplarze recenzenckie. Ustawialiśmy je więc najpierw na jednym biurku, potem na drugim, następnie na stole obok biurka, pod stołem, a wreszcie także pod ścianami. Mieszkanie zarosło książkami. Podejrzewam, że jeszcze kilka lat i musielibyśmy kopać między nimi korytarze, żeby się dostać do kuchni albo łazienki. Zmiany były więc konieczne. Kupiliśmy cztery nowe regały, a stare przestawiliśmy w inne miejsce.

PM: Czy podczas porządków udało się znaleźć jakąś książkę, która wywołała wspomnienia? Albo która była pewną inspiracją?
MO: Podczas sprzątania odkryliśmy książki, o których istnieniu zapomnieliśmy. Kurzył się jakiś Redliński oparty o Głowackiego, a pod Nowakiem skrywał się Baczyński. Czy jakaś książka wywołała szczególne wspomnienia? Chyba nie. Znalazłem natomiast kilka książek o wartości historycznej, np. tom 3 dzieł zebranych Konopnickiej z 1887 roku. Dostałem tę książki od cioci kilka lat temu. Trafiłem też na dzieła wybrane Nietzschego z 1930 roku, wydrukowane piękną gotycką czcionką.

PM: Ile książek liczy pańska biblioteka?
MO: Najwięcej mamy książek poetyckich – tomów wierszy, wyborów, wierszy zebranych i antologii. Okazało się, że jest ich ponad 500. Drugie miejsce zajmuje proza: powieści i opowiadania. Doliczyłem się ich ok. 300. Do tego dochodzi ok. 200 książek z zakresu filozofii, historii filozofii i szeroko rozumianego eseju, ok. 200 książek dla dzieci i podręczników do etyki, z których Magda korzysta jako nauczycielka, ok. 100 – z zakresu krytyki literackiej i historii literatury, kilkanaście pozycji z zakresu reportażu i kilkanaście słowników. Wychodzi ponad 1300 książek i sto kilkadziesiąt czasopism literackich. Znam ludzi, którzy mają kilka razy więcej, ale jak na małe mieszkanie jest to jednak sporo.

PM: Ostatnio podczas spotkania autorskiego w Muzeum Literatury opowiedział Pan o swojej rozmowie z pewnym młodym poetą. Wnioski po tej rozmowie były takie: żeby zrozumieć współczesną poezję, należy znać historię literatury. Czyli nie tylko znać współczesnych poetów, ale należy znać także m.in. Skamandrytów czy przedstawicieli Nowej Fali.
MO: Wielu młodych autorów nie zna klasyki albo uważa klasykę za mało interesującą. Myślę, że jest to błąd. Bez kontekstu, jaki stanowi historia literatury, nie powstałyby dzieła współczesne. Literatura to jeden wielki dialog i żeby go zrozumieć, trzeba czytać nie tylko Sosnowskiego i Honeta, ale również Morsztyna, Norwida, Peipera, Leśmiana, Nowaka i Ważyka. Ze zdziwieniem zauważyłem, że młody autor, z którym rozmawiałem podczas finału konkursu poetyckiego, nie czytał nigdy Miłosza. Znał natomiast doskonale wiersze swoich rówieśników. Oczywiście zdarzają się samorodni geniusze, tacy Nikiforowie poezji, którzy nie znają tradycji literackiej, a do pisania wystarcza im talent czy słuch językowy. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że pewne lektury trzeba mieć za sobą, jeśli się chce naprawdę dobrze pisać.

PM: Czy znajomość klasyki jest również potrzebna krytykowi?
MO: Myślę, że na krytyku – jeszcze bardziej niż na pisarzu – ciąży obowiązek znajomości zarówno klasyki, jak i literatury współczesnej. Wiadomo, że nie da się przeczytać wszystkiego, ale warto czytać jak najwięcej. Tylko wtedy można sobie wyrobić gust i „na ostrość wzrok nastroić”, jeśli wolno mi w tym kontekście sparafrazować Brodskiego.

PM: Wcześniej pisał Pan wiersze surrealistyczne, teraz dominuje „pozorna” banalność. Mówię „pozorna”, gdyż te wiersze są napisane dosyć prostym językiem, ale jest w nich ogromna siła emocjonalna. Dlaczego wybiera Pan dzisiaj tę formę?
MO: „Banalność” to niefortunne określenie. Domyślam się, że nawiązuje Pan do pojęcia „banalizmu”, którym posługiwali się krytycy w odniesieniu do poezji pokolenia „brulionu”. W latach 90. Paweł Dunin-Wąsowicz zauważył, że niektórzy młodzi autorzy piszą w nudny sposób o nudzie życia. Ta strategia liryczna jest mi obca. Uważam, że dobry pisarz powinien wiedzieć, co należy wyłowić z rwącego nurtu rzeczywistości, a co pominąć. Nie wszystko nadaje się na literaturę. Z „brulionem” łączy mnie natomiast fascynacja językiem potocznym i doświadczeniami codzienności. Bo przecież nie trzeba za wszelką cenę komplikować języka, mnożyć znaczeniowych labiryntów czy tworzyć estetycznych konstrukcji. Utwór poetycki może przybrać formę notatki z dziennika czy krótkiego felietonu. To poetyka, która ma już pewną tradycję. Wcześniej w podobny sposób pisali m.in. poeci Nowej Fali czy niektórzy Skamandryci. Ta forma jest mi ostatnio najbliższa.

PM: W wierszu Edukacja odczytujemy pewną niechęć do szkoły, hipokryzję nauczania, moralności. Stanisław Ignacy Witkiewicz odbierał nauczanie indywidualne, gdyż jego ojciec uważał, że szkoła zabija indywidualność. Jaką formę edukacji Pan by zaproponował?
MO: Tradycyjna szkoła, a kończyłem państwową podstawówkę i państwowe liceum, rzeczywiście zabija indywidualność. To trochę jak w tym komiksie, który krążył kiedyś po sieci. Ptak, małpa, pingwin, słoń, ryba, foka i wilk stoją w szeregu. Siedzący przed nimi egzaminator mówi: „Żeby było sprawiedliwie, każdy z was otrzymuje to samo zadanie – wspiąć się na drzewo”. Tak to właśnie wygląda w przypadku tradycyjnego systemu nauczania: ocenia się wszystkich według jednej miary. Do tego dochodzi absurdalny program nauczania. Kiedy kończyłem liceum, wiedziałem, jak rozmnaża się pantofelek, a nie miałem pojęcia, czym są podatki albo jak działa prawo pracy. Nauczanie powinno być więc bardziej zindywidualizowane, nastawione na rozwijanie talentów i zainteresowań, a także bardziej dostosowane do wymagań współczesnego świata.

PM: W Zabiegach pisze Pan: „Teraz myślę, że nuda to nie brak zajęcia. To rodzaj melancholii” – zdanie filozoficzne. W innym miejscu czytamy:  „Co mnie nie zabije, to mnie wpędzi w depresję” – zdanie psychologiczne. Czy pisanie jest dla Pana pewną formą autoterapii?
MO: Tak, pisanie może być formą autoterapii. Jako pisarz korzystam z różnych dziedzin: filozofii, psychologii, antropologii, socjologii, a nawet fizyki i astronomii. Interdyscyplinarność jest w pewnym stopniu w ten zawód wpisana. Dodam, że wątek melancholii, by użyć literackiego określenia, czy też depresji, by skorzystać z terminu klinicznego, powróci w mojej nowej książce poetyckiej, która ukaże się w 2017 roku. Jest to również główny temat powieści, nad którą właśnie pracuję.

PM: Pana ulubieni polscy pisarze to…
MO: Jeśli chodzi o współczesną poezję, to ostatnio lubię czytać Martę Podgórnik, Bohdana Zadurę i Marcina Świetlickiego. Jeśli chodzi o klasykę, bardzo lubię wspomnianych poetów Nowej Fali, zwłaszcza Stanisława Barańczaka, Ryszarda Krynickiego i Juliana Kornhausera. Tak, chyba można ich już nazwać klasykami. Ważnym punktem odniesienia jest dla mnie Tadeusz Różewicz. Kto wie, czy to nie największy poeta powojenny. Proza? Janusz Rudnicki, Andrzej Stasiuk, Dorota Masłowska, Wit Szostak, Ziemowit Szczerek… Czytuję też reportaże. Zaczęło się dawno temu od Kapuścińskiego. Ze współczesnych autorów bardzo cenię Mariusza Szczygła, nie mogę się też doczekać nowej książki Małgorzaty Rejmer. No i ostatnia dziedzina, czyli filozofia, choć może od niej – choćby ze względu na wykształcenie – powinienem zacząć. Bliska jest mi twórczość Friedricha Nietzschego, Martina Heideggera, Richarda Rorty’ego. Przez pewien czas fascynował mnie poststrukturalizm, a zwłaszcza modny Jacques Derrida. Ale wracam też czasem do klasyków, np. do Marka Aureliusza.

PM: I ostatnie pytanie, nieco humorystyczne, jakie ma pan „tętno”, pisząc wiersze? Czy lepiej one wychodzą po silnych przeżyciach czy w pełnym spokoju?
MO: Lubię pisać pod wpływem emocjonalnego lub intelektualnego impulsu. Bliskie jest mi jednak podejście Ernesta Hemingwaya, który podobno radził: „pisz pijany, redaguj na trzeźwo”. Tę maksymę należy oczywiście potraktować z przymrużeniem oka i symbolicznie. Ja ją rozumiem w następujący sposób: pisz pod wpływem emocji, zapisuj wszystkie, nawet najdziwniejsze myśli, które akurat przychodzą ci do głowy, zajrzyj w otchłań, poddaj się szałowi pisania. Kiedy jednak będziesz poprawiał tekst, bądź wobec niego krytyczny. Spójrz chłodnym okiem na to, co napisałeś. Wyrzuć wszystko, co płytkie, trywialne, artystycznie nieciekawe. Być może z dziesięciu zdań zostanie jedno, ale to właśnie będzie literatura.

Marcin Orliński (ur. 1980) – poeta, prozaik, krytyk literacki. Laureat Nagrody im. Adama Włodka za rok 2015. Wydał tomy wierszy Mumu humu (Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010), Drzazgi i śmiech (Poznań 2010), Tętno (Łódź 2014), zbiór krótkich utworów prozatorskich Zabiegi (Poznań 2014) oraz książkę krytycznoliteracką Płynne przejścia (Mikołów 2011). Oficjalna strona poety: www.marcinorlinski.pl

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Jarek Westermark

photo-1428592953211-077101b2021b

Poeta: Jarek Westermark
Urodzony w 1985 roku. Z wykształcenia prawnik, z zawodu tłumacz. Zadebiutował zbiorem „Opowiadania, które napisałem” (wydawnictwo Nisza, 2016). Swoje działania artystyczne opisuje hasłowo: slamy, poezja, wokal i harmonijka ustna w zespole królduch.

 

Gdy nadejdą deszcze

spóźniony kochanku
przysięgam na słońce pustyni
wszechwładne ruchy wydm
że byłam wczoraj cieniem
w błękitnej sukni miałam
zieleń rzęs; kusiłam
podróżników i ich wielbłądy
wierz mi, nieszczęsny
obietnica spełnienia nie była wtedy
jak dziś przesypanym przez palce żarem.

przeklinasz imię, które sam mi nadałeś
a ja cię ucałuję aż do białych kości
okrążę na skrzydłach sępa
otulę piaskiem
twoją frustrację

przysięgam na słońce pustyni
wszechwładne ruchy wydm
że gdy nadejdą deszcze
znów przywdzieję nadzieję
błękitną suknię i będę kusić
na zawsze twoja fatamorgana

 

koło

prosto
z pastwiska będziesz
wyrabiać sery z mleka pachnące
pożartą trawą przedzierżgniętą
w białe wino bez ryb
będziesz toczyć ten ser w wielkie
koła żywot toczyć będziesz
miała pęki ziół
suszone grzyby zastygłe w drewnie
spoglądać będziesz
pewnie

 

rozkwit

Tutaj będą nowe kreacje!
napis na kontenerze na placu budowy
centrum rozdęte jak czyrak
gotowy do wyciśnięcia
krwawicy, złotej ropy
Zmieniamy się dla ciebie!

Kierunek – moda!
pączkuje galeria niesamowitości
z nowym członkiem na temblaku rusztowań
tuczy się gruzem obtacza mazią tynku
prawie jak nowa istota rzeczy
wszelkich na promocji

tam gdzie kontener był dotychczas parking
a obok gniazdo miejskich myszy
obskurny kiosk z gazetami
przystanek znajomo zaszczany
tutaj gdzie przystawałaś
będą nowe kreacje

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Sandra Magdalena Bożek

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Poetka: Sandra Magdalena Bożek
Studentka II roku Historii na Uniwersytecie Rzeszowskim. Urodzona humanistka z zamiłowaniem zarówno do sztuk wizualnych, jak i psychologii oraz muzyki.             

 

Narysuj

Narysuj emocję czerwonym ołówkiem
nakreśl naleciałości ówczesnego
c h a o s u
poprowadź przez strumyk
bezkrwawej nadziei
będąc ostoją
i wytchnieniem moim
w okresie bezpruderyjnym
kiedy ludzie nie oddychają czystym
O2

wytwórz u mnie chemię
pomimo
że przeciwieństwa
(nie)
przyciągają się

wszelkie wszem i wobec

po prostu bądź
pozostań
póki jesteś
póki c h a o s

 

***

Nigdy nie miałam styczności
z ciałem obcym,
w życiu zdarzały mi się różne epizody
od wyrywania włosów z głowy rywalki
po spalenie wody w czajniku
albo na pełnym gazie
200 km/h biec, bez braku tchu
czy też
zgubić liczbę PI w równaniu kwadratowym

Ciało obce domaga się swego / złego,
jest głodne jak wilk w nocy w pustym lesie
nie wymiera tak prędko
przypomina o ofierze w godzinie swego głodu
(nie nikotynowego)

Znajome były mi ciała swojskie
oswojone
teraz jestem skazana na wymarcie
gdy ciało obce wkrada się
w półśnie
półjawie
w życiu

Ciała obce zabija się
klapkami na muchy
albo szczerym pocałunkiem

 

Proces wyjadania rozumu.

czy rozumie pan ciała stałe i niestałe
prędkość jednostajnie przyśpieszoną fali niebieskiej
cząsteczki byt w okamgnieniu kota
awangardę antyku
wieżę Babel i języków biadolenie
pisk opon traktora
wyłączenie przycisku reaktora
brak miłości pomiędzy kobietą a mężczyzną
brak tlenu w ustach
brak radości w klaunie
zgromadzenie ludowe na peryferiach
jak i również
wiersz pisany niebytem?

rozumiem
rozumjem
rozum jem
ro zum jem

Komentarze

Przed Państwem…

 

4

Magdalena Zielińska, projekt Ślady/Marks, galeria zdjęć (12)

 

Artystka: Magdalena Zielińska
Fotografią interesuje się od 5 lat, ale dopiero po 3 latach jej pierwszych fotograficznych zmagań ukierunkowała się w stronę fotografii artystycznej i aktu. Poprzez swoje zdjęcia pragnie pokazać naturalne, intymne piękno człowieka. Stara się przedstawić to, co inne i kruche. 

Projekt: Ślady/Marks
Uciskające rajstopy, bielizna, ramiączka od staników – nie zdajemy sobie sprawy w jak brutalny sposób traktujemy nasze ciała. Projekt „ślady/marks” ukazuje kobiece ciało i jego delikatną strukturę jako coś na kształt formy rzeźbiarskiej, ciało jako nośnik tożsamości i wyraz stylu bycia.  Każde ciało jest piękne i dobre, i każde ma swoją historię. Nagość ukazuje wszystkie jego niedoskonałości, które składają się w tę idealną formę. Kiedy człowiek jest nagi – jest bezbronny, ale też wolny.  Nikt nie jest idealny, a nagość obnaża prawdę, którą człowiek nosi na swoim ciele. 

Magdę można znaleźć na:
Stronie
Instagramie

Komentarze
Komentarze do:

"20"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję