Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

2

Przestrzeń
#2

Śnieg dawno stopniał, nadeszła wiosna, wszystko budzi się do życia. My także przełamaliśmy metaforyczne pierwsze lody i dalej się rozwijamy. Przed Tobą, drogi czytelniku, drugi już numer Magazynu Przestrzeń.

Piszemy w nim o przeróżnych relacjach. O najtrudniejszej z nich – relacji z samym sobą - rozmawiamy z Dagmarą Wawrzyniak, założycielką strony My daily routine. Zatrzymujemy się nad istotą więzi dziecka z matką. Przyglądamy się naszej perspektywie wobec czasu. Piszemy o pewnej niezwykłej relacji – człowieka i psa. Pochylamy się także nad problemem miłości „good enough”. Sporo miejsca poświęcamy zagadnieniu emocji w naszym życiu.

Ponadto, w nowym wydaniu zaglądamy do kuchni w poszukiwaniu potraw, które podnoszą na duchu. Polecamy książki, podpatrujemy scenę muzyczną i rozważamy znaczenie Dogmy 95 dla sztuki filmowej. W bieżącym numerze nie zabrakło także miejsca dla zdolnego artysty – zapraszamy na wirtualną przechadzkę po wystawie Żanety Strawiak. Numer kończy intrygujący tekst, będący przepisem na sukces i sławę w branży artystycznej.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela 

W gąszczu relacji

relacje

fot. Magazyn Przestrzeń

 

Komentarze

O matko! Czyli o najważniejszej (i najtrudniejszej) z relacji

martazdjecie

fot. Marta Łusakowska

„Matka jest ciepłem, jest pokarmem, matka jest pełnym błogości stanem zadowolenia i bezpieczeństwa (…) Nic nie musisz zrobić, aby być kochanym – miłość matki nie jest obwarowana żadnym warunkiem”
Erich Fromm

Kiedy byłam dzieckiem, dużą trudność sprawiało mi poranne wstawanie do szkoły. Głównie dlatego, że kładłam się spać za późno. Któregoś dnia moja mama powiedziała, że jeśli dzisiaj nie pójdę do łóżka przed 22, to mogę zapomnieć o sobotnich urodzinach koleżanki z klasy. Poszłam jak zwykle, a mama dotrzymała słowa. Pamiętam, jaka byłam wtedy na nią wściekła. A dziś jestem wdzięczna. Nie tylko za konsekwencję w wychowaniu.

Relacja matki z dzieckiem jest jedną z najważniejszych w życiu. Buduje się już od pierwszych dni, kiedy na teście ciążowym pojawiają się dwie kreski. Na początku dzieje się gdzieś pomiędzy wierszami, ponieważ dziecka fizycznie na świecie jeszcze nie ma, jednak z dniem jego narodzin staje się już całkiem namacalna. Według twórcy teorii przywiązania – Johna Bowlby’ego – więź kształtuje się w czterech etapach, a kluczowy dla jej powstania i jakości jest okres do końca drugiego roku życia dziecka. To w dużej mierze od matki zależy, jaki rodzaj przywiązania ukształtuje w tym czasie jej córka czy syn. Czy będzie to przywiązanie oparte na poczuciu bezpieczeństwa, a może przeciwnie – zbudowane z lęku czy też unikania. Jak pokazują badania, jeśli tylko nie doświadczymy w międzyczasie traumatycznego wydarzenia (np. rozwodu rodziców), znaczna większość z nas przeniesie styl przywiązania z wczesnego dzieciństwa na swoje dorosłe życie, a na jego podstawie będzie budować relacje z innymi ludźmi i tworzyć własne rodziny.

Każdy człowiek od momentu narodzin do śmierci doświadcza tzw. kryzysów rozwojowych. Są to punkty zwrotne, w czasie których nabywa on nowych umiejętności, kształtuje osobowość, wykonuje krok milowy w swoim dojrzewaniu. Etapy relacji matki z dzieckiem są ściśle powiązane z kryzysami rozwojowymi. Dobra, zdrowa więź pomiędzy matką a potomkiem ułatwia ich pomyślne przejście i przyczynia do optymalnego rozwoju psychospołecznego. Każdy z nas te etapy przechodził. Wspomnę kilka przykładowych: okres niemowlęctwa, gdy mama była dla nas jedynym stałym punktem odniesienia, dalej tzw. bunt dwulatka, kiedy wszystko było na ‘nie’ i poszukiwaliśmy autonomii, dużo później – okres lat nastu, w czasie którego autorytet rodziców ulegał zachwianiu, a centrum świata byli rówieśnicy, w końcu symboliczne oddzielenie od domu rodzinnego poprzez przeprowadzkę czy wyjazd na studia i pozostawienie po sobie „pustego gniazda”. To tylko niektóre z przełomowych momentów naszego życia, a w każdym z nich matka odgrywa ważną rolę.

Wśród psychologów krąży taki dowcip, że niezależnie od tego, z jakim problemem trafi do ciebie pacjent, zawsze można zrzucić winę na jego rodzicielkę. Coś w tym jest, bo relacja z matką ma bardzo duży wpływ na życie człowieka. Często bywa naszpikowana trudnymi momentami i niełatwymi emocjami. Jednocześnie to relacja kształtująca, budująca nas, będąca pewnego rodzaju polisą na życie. Może więc warto, Drodzy Czytelnicy, zastanowić się jak wygląda ta relacja u Was dzisiaj? Co jest w niej budującego, satysfakcjonującego, będącego kapitałem, a co wręcz przeciwnie – niszczy i frustruje? Co można zrobić, żeby ją odbudować lub poprawić? Może to dobry moment, żeby wykonać ku temu pierwszy krok?

Ja mam taki sposób, żeby zapamiętywać i gromadzić te dobre, pozytywne, wzmacniające chwile z naszego wspólnego – mojego i mojej mamy – życia. Ponieważ, jak u każdego z nas, bywają trudniejsze momenty: spory, wzajemne niezrozumienie, ostre słowa, przypominam sobie wtedy: niegaszenie światła w pokoju na noc, kiedy bałam się ciemności, codzienne drugie śniadania do szkoły, szycie pięknych kostiumów na bale karnawałowe, możliwość rozmowy o każdej porze dnia i nocy, wiele godzin przegadanych przez telefon, kiedy mieszkałam już daleko od rodzinnego domu, słowa wsparcia i otuchy w trudnych chwilach po urodzeniu dziecka. Te momenty są jak koraliki, które nawlekam na nitkę. Kiedyś utworzą naszyjnik wspomnień i drogowskazów, który będę starała się przekazywać swoim dzieciom. Serdecznie życzę i Wam obfitej kolekcji samych dobrych chwil!

Trochę na opak, bo na samym końcu, ale… witam serdecznie Czytelników Przestrzeni. Tym artykułem rozpoczynam swoją przygodę z magazynem, z nadzieją, że będzie ona dla nas wszystkich ciekawą podróżą.

Komentarze

Ja i mój pies. O relacji niezwykłej

Ten artykuł to swego rodzaju „opowieść” o relacji nie takiej zwykłej i nie międzyludzkiej. Ten artykuł to szkic pięknej więzi, która rodzi się między człowiekiem i zwierzęciem… i trwa niczym niewzruszona. Ciężko ją ująć w słowa, wspaniale jej doświadczyć.

pies

fot. Magazyn Przestrzeń

„To tylko pies, tak mówisz, tylko pies… a ja Ci powiem, że pies to często jest więcej niż człowiek. On nie ma duszy, mówisz… popatrz jeszcze raz, psia dusza większa jest od psa i kiedy się uśmiechasz do niej, ona się huśta na ogonie…” B. Borzymowska

Odkąd pamiętam w moim domu zawsze były psy. Każdy z nich był inny i każdego właściwie uczyłam się na pamięć. Każdy jeden stawał się przyjacielem, członkiem rodziny, całym światem. Żadnego nie zapomnę. Dziś noszę w sercu wiele imion i wspomnień, niezliczoną ilość odcisków psich łap. Dziś spełniam się także w jeszcze jednej przyjaźni z czworonogiem – niewielkim, adoptowanym kundelkiem, który wciąż od nowa uczy mnie pokory, bezinteresownej miłości, prawdziwego oddania i najprostszych radości. A obecnie swoim mokrym nosem mocno inspiruje!

Pies dobry na wszystko
Wspólna historia człowieka i psa zaczęła się tworzyć około 16 tysięcy lat temu. Już w czasach starożytnych mówiono o bardzo pozytywnym wpływie obecności psa na ludzki organizm. Od tamtej pory pojawiło się wiele naukowych badań, które potwierdziły tę zależność. Kontakt z psem wpływa zbawiennie na układ sercowo-naczyniowy, immunologiczny oraz hormonalny człowieka, zwiększa aktywność fizyczną, poprawia stan psychiczny, redukuje stres. Co więcej, wspomaga rozwój dzieci oraz podnosi jakość funkcjonowania osób starszych. Jak widać, pies dobry jest na wszystko! Spełnia w życiu człowieka wiele ról… . Sprawdza się jako:

  • Przyjaciel. Towarzysz nieodłączny, zawsze wierny i wpatrzony we właściciela. Nie rozpamiętuje jego błędów, porażek i win, nie wyśmiewa, nie zawodzi, kocha bez zastrzeżeń. Codziennie motywuje, zwalcza samotność, daje poczucie pewności i bezpieczeństwa.
  • Opiekun. Przewodnik, który służy pomocą, często umożliwiając człowiekowi właściwe funkcjonowanie. Wspiera w codziennym życiu osoby sparaliżowane, niewidome bądź niesłyszące. Odpowiednio przeszkolony nierzadko zastępuje ich kończyny, staje się oczami i uszami właściciela. Wspiera, dodaje sił, motywuje do podejmowania codziennych aktywności.
  • Nauczyciel. Wyrozumiały, niezłomny i cierpliwy mentor. Uczy odpowiedzialności, odwagi, troski, empatii i zrozumienia. Otwiera człowieka na świat i innych ludzi. Pokazuje mu małe-wielkie radości, pomaga dostrzegać i doceniać drobiazgi, akceptować życie takim, jakie jest i odpowiednio je celebrować.
  • Lekarz i psycholog. Z powołania i zamiłowania. Uspokaja, odpręża, redukuje stres. Stabilizuje emocje. Potrafi czytać w ludzkich myślach i odgadywać intencje. Wspomaga proces zdrowienia, oddziałując zarówno na stan zdrowia fizycznego, jak i psychicznego (w procesie dogoterapii lub ogólnie zooterapii/animaloterapii).

Osobiście – jako właścicielka czworonożnego stworzenia – podpisuję się pod każdym z wyżej wymienionych punktów. I nie potrzebuję absolutnie żadnych badań naukowych, aby z całkowitą pewnością przyznać, że kontakt z psem (ale i innymi zwierzętami) niezwykle korzystnie wpływa na wszelkie obszary ludzkiego rozwoju oraz funkcjonowania.

Poszukiwany odpowiedzialny właściciel
Pomimo tak częstego podkreślania roli, jaką pełnią psy oraz inne zwierzęta w życiu człowieka, zdarza się, że potrafi on z zimną krwią zadać ból żywej – czującej, kochającej i tęskniącej istocie. Krzywdzi ją w sposób fizyczny i psychiczny, wyrzuca na bruk, oddaje, zapomina. Zwierzę potrafi w pełni ofiarować się człowiekowi, ale i człowiek winien mu podarować swoje zainteresowanie, opiekę oraz szacunek. Dając dom psu, kotu, chomikowi, a nawet rybce, musimy mieć na uwadze, że zwierzę nie jest zabawką, którą można odłożyć na półkę bądź wyrzucić do kosza, kiedy się znudzi albo zwyczajnie popsuje. Decyzja o przygarnięciu pupila musi zostać dobrze przemyślana i świadomie podjęta! Zwierzę wniesie do domu wiele dobra, jeśli tylko będziemy potrafili je mądrze pokochać i troskliwie się nim zaopiekować.

Każda pomoc na wagę złota
Dzięki licznym inicjatywom ludzi o wielkich sercach bezdomne, często chore i cierpiące zwierzęta nie pozostają jednak bez pomocy. W obrębie poszczególnych miast istnieje i nadal powstaje wiele fundacji angażujących się w ochronę takich stworzeń. Zanim więc zaplanujemy zakup psa czy kota, warto najpierw odwiedzić schronisko albo skontaktować się z fundacją. W takich miejscach na „swojego” człowieka czeka mnóstwo wyjątkowych istot, spragnionych ciepła i gotowych docenić najmniejszy ludzki gest. Jeśli jednak nie jesteś w stanie przyjąć pod swój dach psa, kota czy innego zwierzaka, warto zastanowić się nad udzieleniem wsparcia organizacjom charytatywnym lub schroniskom. Możesz dokonać wirtualnej adopcji, spełniać się jako wolontariusz, a nawet e-wolontariusz, walcząc z bezdomnością i przemocą wobec zwierząt. Czasem wystarczy jedna złotówka, jedno opakowanie karmy, jedna zabawka, jeden koc, kojec, mała czułość albo po prostu choć jeden spacer, aby pies czy kot prawdziwie się uśmiechnął i nabrał wiary w człowieka. Bo przecież można i warto nam zaufać… .

Pies to istota, która w każdym calu urzeka i intryguje. To przede wszystkim stworzenie, które czuje i myśli. Potrafi kochać bez powodu i ufać bez granic. I nie musi nic mówić, sama jego obecność uwalnia od samotności, daje szansę, by zwolnić, złapać oddech i na moment wyrwać się z ramion rozpędzonego świata. Czego czworonóg oczekuje w zamian? Niczego. Zupełnie niczego. Warto jednak zrozumieć jego świat i z czułością wprowadzać go w swój własny. Słuchać i mówić, być blisko. Dzięki temu relacja człowiek-pies ma szansę stać się niesamowitą przygodą, jednym z najlepszych życiowych doświadczeń.

Bibliografia: 

  • Nawrocka-Rohnka, J. (2011). Wpływ kontaktu z psem na organizm człowieka – przegląd literatury. Nowiny Lekarskie, 80, 2, 147-152
  • Portal psy.pl
  • Portal poradnikzdrowie.pl
Komentarze

Tu i teraz

tuiteraz

fot. Magazyn Przestrzeń

Czas. Na ten temat chyba wiemy już wszystko. Czym on jest, jak możemy go mierzyć i czemu służy. Czy aby na pewno? Nawet jeśli tak, to czy ta teoretyczna wiedza jest dobrze przez nas wykorzystywana w praktyce? Pytając inaczej: czy wiemy jak dobrze wykorzystywać nasz czas?

Przeszłość i przyszłość
Czas często tracimy. W bardzo różny sposób. Czy to znaczy, że brak jakiejkolwiek aktywności, czyli po prostu nic nie robienie, jest złe? Nie. Uważam, że są momenty, gdy jest nam to potrzebne, by odreagować, odpocząć, zebrać siły, zrelaksować się. Oczywiście, problem zaczyna się, jeśli zbyt dużo czasu tracimy w ten sposób. Bardziej chciałem się jednak pochylić nad innym aspektem utraty czasu. Z przykładu własnego życia wiem, jak często rozmyślam o rzeczach minionych, które nie zawsze wiadomo czemu, tkwią w człowieku i dają o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie. Zdarza się też tak, że myślimy o przyszłości, która najprawdopodobniej nigdy się nie wydarzy. Jasne, każdy lubi czasem bujać w obłokach, fantazjować i zastanawiać się, ‘co by było gdyby’. Dobrze jest też wyciągać wnioski z własnych przeżyć, przemyśleć je tak, by minione wydarzenia – dobre czy złe – przyniosły nam korzyść i dodatkową wiedzę na przyszłość.

Czekając na nic
Niestety, zdarza się, że padamy ofiarami takiego myślenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy wspominając przeszłość, zaczynamy myśleć, że wszystko, co dobre już minęło. Wspominamy, jak kiedyś było nam w życiu cudownie, miło i fajnie. A dzień dzisiejszy i nasze obecne życie nic nam już dobrego nie przyniesie. Często dzieje się tak, gdyż przemawia przez nas tylko to, co złe. Widzimy tylko nasze obecne problemy, których kiedyś nie było, ale wydaje nam się, że już zawsze z nami będą. Przygniatają nas. Brakuje nam nadziei. Dla nas wtedy szklanka jest do połowy pusta. Jest i druga strona. Patrzymy w przyszłość. Ciągle na coś czekamy. Nie jesteśmy gotowi, by iść do przodu. Jesteśmy świadomi naszych braków i przekonani, że z nimi nic nie osiągniemy. Ale nadejdzie ten dzień, kiedy będziemy gotowi. Kiedyś. Tak sobie mówimy. A do tego ‘kiedyś’ żyjemy byle jak. Często nieszczęśliwi. Bo szczęśliwy będę kiedyś, jak będę miał dobre wykształcenie, dobrą pracę, wspaniałego partnera, będą wakacje i piękna pogoda…

Nie czekaj!
Obie te sytuacje prowadzą do tego samego. Jesteśmy nieszczęśliwi. Żeby tego było mało, to jeszcze tracimy czas, bo nawet jeśli mamy receptę i sposób na poprawę naszej sytuacji, to odkładamy wszystko na jutro. Poczucie zmarnowanego czasu zniechęca nas jeszcze bardziej. Dodatkowo hamuje wszelkie chęci poprawy. Boimy się, że już za późno, że wielu rzeczy już w życiu nie nadrobimy, nie nauczymy się, nie zrealizujemy swoich marzeń. Ale to tylko strach, który powoduje, że stoimy w miejscu. Zawsze trzeba od czegoś zacząć. Zacznij dziś. Niech to będzie ta chwila – tu i teraz! Nasze szczęście zależy od nas samych! Nie możemy wiecznie czekać, aż wszystko w życiu samo przyjdzie. Nie przyjdzie! Weźmy swoje życie we własne ręce i bądźmy szczęśliwi! Żyjąc tu i teraz… Nie uciekajmy w przeszłość, która często się za nami ciągnie. Nie patrzmy w przyszłość z przekonaniem, że wszystko samo się kiedyś zrobi. Żyjmy w teraźniejszości i starajmy się, by była ona jak najlepsza. Zaakceptujmy stan obecny, to jakimi jesteśmy – z naszymi brakami i problemami i dążmy by poprawić to, czego tej poprawy wymaga. Małymi krokami – ale do przodu. Po pewnym czasie będziemy mogli wspominać ten czas tylko pozytywnie i czuć satysfakcję, że dzięki własnej pracy osiągnęliśmy sukces – szczęście. Na pewno warto spróbować. Podejmiesz to wyzwanie?

Komentarze

Moje comfort food

Comfort food – ostatnio dla mnie słowo klucz, szczególnie gdy patrzę za okno. Wiosna jest piękna, ale tego roku wyjątkowo nie potrafi się zdecydować, czy chce być ciepła, słoneczna, czy lepiej jej za chmurami, z odrobiną deszczu… Jest to również taki moment „w kuchni”, kiedy kończą się „stare warzywa”, a prawdziwe, piękne nowalijki ciężko dostać bądź są po prostu drogie. Tęsknię do pachnących pomidorów, chrupiących rzodkiewek, kruchej sałaty, świeżej woni koperku… jeszcze chwila…

Doskonale pamiętam moment mojego przyjazdu do Warszawy – 5 lat temu. Będąc tu zupełnie sama, tęskniłam do smaków znanych mi z domu (Mama niechętnie pozwalała mi buszować w kuchni, doskonalić się, poznawać nowe kulinarne tajniki, ale nie dawałam za wygraną i zawsze bacznie przyglądałam się temu, co akurat gotowała). Smak, bo tylko to pamiętałam (nie znałam dokładnego przepisu, który akurat wtedy chciałam zawzięcie przywołać), był pełen aromatów, kolorów. Jednogarnkowy, pocieszający. Leczo – moje domowe comfort food. To idealne danie, gdy nie masz czasu, gdy chcesz mieć obiad na więcej niż jeden dzień bądź po prostu kiedy chcesz się najeść. To danie, które dopasujesz do siebie. Zmienne – jak pogoda na wiosnę.

Leczo zawsze kojarzyło mi się z potrawą ciężką (oryginalnie pojawia się w nim smalec, boczek). Chciałabym dać Ci wybór – przepis-bazę, który z chęcią wykonasz wiosną, jesienią albo wtedy, gdy za oknem pojawi się śnieg. Przepis uniwersalny, odpowiedni dla wegetarian, wegan oraz dla osób lubiących mięso. Podasz je z chlebem, z ryżem lub ziemniakami, jeśli tak właśnie lubisz. Ja je pokochałam.

leczo

fot. Weronika Kaczorowska

 LECZO
Składniki na 4 duże lub 5-6 mniejszych porcji:

  • 1 biała cebula /średnia/
  • 2 czerwone papryki /średnie/
  • 1 żółta papryka /średnia/
  • 1 cukinia /duża/ bądź 1 i 1/2 średniej
  • 1 puszka dobrych pomidorów
  • 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • 300 g dobrej jakości kiełbasy /podwędzanej, nie surowej/ bądź 300 g piersi kurczaka (jeśli nie jesz mięsa, po prostu je pomiń)
  • 1 łyżeczka papryki słodkiej /w proszku/
  • 1 łyżeczka papryki ostrej /w proszku/ bądź 1/2 łyżeczki, jeśli nie lubisz ostrych potraw
  • 1/2 gałki muszkatołowej (pod koniec gotowania!)
  • 1 łyżka oleju kokosowego/ oliwy z oliwek/ oleju roślinnego
  • 1/2 łyżeczki tymianku (pod koniec gotowania!) (tymianek to moje małe uzależnienie, mogłabym go dodawać wszędzie, więc obowiązkowo pojawia się i tutaj)
  • 1/3 szklanki wody
  • sól
  • pieprz świeżo mielony

W rozgrzewającej wersji pokuś się o czosnek i plaster /1,5 cm/ dobrej jakości prawdziwego, wędzonego boczku.

Cebulę, papryki, cukinię, kiełbasę lub kurczaka pokrój w kostkę. W garnku rozgrzej olej kokosowy. Dodaj cebulę i smaż na średnim ogniu aż przybierze rumiany kolor. Dodaj kiełbasę – smaż ok 2-3 minut. Po tym czasie dodaj paprykę (oraz drobno starty czosnek, jeśli używasz). Dodaj wodę i poczekaj ok. 10 minut aż papryka lekko zmięknie. Teraz dodaj pomidory z puszki oraz koncentrat pomidorowy. Następnie cukinię, paprykę słodką i ostrą. Wszystko gotuj na wolnym ogniu ok. 10-15 minut – aż smaki się wymieszają. Posól i dodaj świeżo mielony pieprz. Zamieszaj i duś jeszcze przez chwilę, po czym dodaj gałkę muszkatołową (i tymianek, jeśli chcesz).

Jeśli używasz boczku, podsmaż go przed cebulą, zmniejszając ilość tłuszczu. Jeśli natomiast używasz kurczaka, dodaj go dopiero po wmieszaniu papryki i pomidorów w puszcze. Takim sposobem będzie się on gotował wraz z całym daniem, dzięki czemu doda przyjemnych smaków i aromatów. Podsmażając kurczaka wcześniej, „zamknęlibyśmy” mięso.

Tak przygotowane leczo podawaj według uznania – z ryżem (np. Basmati, naturalnym), samo lub z chlebem (najlepiej ciemnym).

Tak, chleb sprawdzi się tutaj idealnie! Ten najprostszy. Ciemny. Ja robię swój raz w tygodniu. Jeśli nie masz zakwasu – jak ja (swój zepsułam), upiecz go z dodatkiem drożdży. Przepis, którym się dzielę, jest moim ulubionym /za mojewypieki.com „Chleb razowy z ziarnami”/

CHLEB RAZOWY
Składniki na 1 bochenek:

  • 300 g mąki pszennej razowej chlebowej
  • 100 g mąki żytniej jasnej
  • 100 g mąki pszennej chlebowej
  • 10 g soli
  • 10 g drożdży suchych lub 20 g drożdży świeżych
  • 2 łyżki miodu
  • 340 ml wody
  • 80 g słonecznika
  • 80 g pestek dyni
  • 20 g maku
  • 40 g sezamu
  • 60 g lnu

Do posypania:

  • 40 g sezamu

 

chleb

fot. Weronika Kaczorowska

Mąki, sól i suche drożdże wymieszaj (w przypadku świeżych zrób wcześniej rozczyn). Następnie dodawaj stopniowo wodę, miód i nasiona, łącząc wszystkie składniki. Wyrabiaj całość ok. 10-15 minut – aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Odłóż je teraz przykryte lnianym ręcznikiem lub ściereczką w ciepłe miejsce, aby podwoiło swoją objętość (około 2 godzin). Po tym czasie krótko wyrób ciasto, przełóż do formy o wymiarach 23 x 10 cm, wysmarowanej masłem i posypanej otrębami. Natnij chleb wzdłuż ostrym nożem – do połowy głębokości. Posmaruj z wierzchu letnią wodą, posyp sezamem. Przykryj lnianym ręczniczkiem i pozostaw do wyrośnięcia (aż ciasto podwoi objętość). Piecz w temperaturze 230ºC przez około 30 minut – aż bochenek postukany od spodu będzie wydawał głuchy odgłos. Wystudź na kratce.

Swój chleb piekę z dodatkiem 120 g siemienia lnianego, 25-30 g maku. Resztę ziaren pomijam, jeśli akurat ich nie mam. Warto jednak pamiętać, że jeśli dodajemy mniej ziaren, powinniśmy dosypać nieco więcej mąki. Chleb długo zachowuje świeżość.

Mam nadzieję, że i dla ciebie talerz aromatycznego leczo w ulubionej wersji (być może z kromką chrupiącego pieczywa) stanie się pocieszeniem w oczekiwaniu na ciepłe, pełne słońca dni. Smacznego! I do następnego.

Komentarze

Twarde dowody o miękkich emocjach, czyli gdzie „Kartezjusz popełnił błąd”

gdzie kartezjusz popelnil blad

graf. Urszula Zabłocka

Antonio Damasio jest portugalskim profesorem neurologii. Damasio jest niezwykle interesującą postacią, ponieważ w sposób ciekawy, a przede wszystkim zrozumiały i na podstawie badań neurologicznych – potwierdza intuicje wielu filozofów i psychoterapeutów. W swojej książce „Błąd Kartezjusza” konsekwentnie i stanowczo pokazuje, że nasze emocje to nie jakiś efemeryczny, oderwany od rzeczywistości (wewnętrznej i zewnętrznej) konstrukt. Udowadnia również to, o czym psychoterapeuci humanistyczni (egzystencjalni, gestalt, skoncentrowani na osobę i doświadczeniu) postulują od dawna, a mianowicie, że jesteśmy jedną, nierozerwalną całością, że nie dzielimy się na ciało, umysł, emocje, ale bardziej jesteśmy, jak określają to terapeuci gestalt – „Ja-cielesnym”. Damasio w swojej książce nie pozostawia wątpliwości, że to, co najbardziej podstawowe i ludzkie, to emocje, które nadają znaczenie rzeczywistości.

Czym są emocje i jakie mają znaczenie w naszym funkcjonowaniu?
Wielu ludzi zakłada maski, chcąc ukryć przed światem to, czego się wstydzą i boją lub chronić obszary podatności na zranienie, które w sobie noszą, a które nabyli w przeszłości głównie za sprawą kontaktów z innymi ludźmi (przede wszystkim z ważnymi osobami). To, co ludzi motywuje do podobnego działania, to właśnie przeżywane emocje. Tutaj jednak Damasio udowadnia, że maski są iluzją – nie możemy ukryć się przed światem, ponieważ cała nasza egzystencja, to kim jesteśmy, manifestuje się przez ciało. W tym miejscu Damasio potwierdza to, co psychoterapia Gestalt postuluje od bardzo dawna, że jesteśmy jednością i nie istnieje rozdzielność między ‘psyche’ a ‘somą’. Gestaltyści wprowadzają nawet takie pojęcia, jak „Ja-cielesne”. Damasio jednak potwierdza to, powołując się na badania dotyczące neurobiologii emocji i mózgu. To, co według Gestaltystów i Damasio jest centralnym i organizującym procesem, dla „Ja” przybiera postać emocji. Znaczy to dokładnie tyle, że emocje sprawiają, iż czujemy się tym, kim jesteśmy i z nich płyną informacje potrzebne do podjęcia adaptacyjnych zachowań. Jednak czym są emocje?

Damasio pokazuje, że emocje są mechanizmami regulacji biologicznej, co oznacza, że pomagają nam zachować równowagę wewnętrzną, ale również przetrwać w otaczającym świecie. Emocje są podstawą wielu czynności związanych z myśleniem, jak na przykład podejmowanie decyzji. Emocje są niczym kompas, mówią nam o tym, co dla nas ważne, czym się kierować, jakich wyborów moralnych dokonywać. Jaką rolę w tym wszystkim spełnia nasze ciało? Oczywiście wspomniane procesy nie dzieją się w próżni, emocje mają swój początek i koniec w ciele. Nie możemy „czuć emocji w głowie”- wszystkie sygnały z naszego ciała płyną do określonych struktur mózgowych i tam są przetwarzane. W tym sensie w proces czucia emocji zaangażowana jest głowa, jednak pierwszeństwo mają tu odczucia płynące z wnętrza naszego ciała, skurcze, uściski, coś w rodzaju „chłodu wewnątrz”. Jak więc można pojmować, że to, co dzieje się w naszym ciele przekłada się na tak złożone procesy, jak nasze funkcjonowanie w świecie i relacje z innymi? Odpowiedzi udziela nam Damasio, mówiąc, że nasz organizm jest jednością („Ja-cielesne”, jak mówią Gestaltyści) i jako taki wchodzi w interakcję ze środowiskiem, więc zjawiska w nas zachodzące można zrozumieć jedynie dzięki uwzględnieniu relacji naszego organizmu z otoczeniem.

Na najbardziej podstawowym poziome funkcjonowania emocje są adaptacyjną formą przetwarzania informacji oraz przygotowywania nas do działania. Pozwalają one zorientować się w otoczeniu oraz mają na celu zapewnić dobrostan poprzez skłonienie do określonego postępowania zgodnie z przeżywaną aktualnie emocją. Można by w uproszczeniu powiedzieć, że podejmujemy różne zachowania w relacjach z innymi właśnie po to, aby nasz organizm czuł się dobrze. Wobec tego można sobie uświadomić, jaką katastrofą jest sytuacja, w której tracimy kontakt z przeżywanymi emocjami. Działamy jak we mgle. Emocje są istotne, ponieważ informują człowieka, czy jakaś ważna potrzeba, wartość lub cel w danej sytuacji mogą zostać zrealizowane lub zaspokojone czy nie. Emocja jest podstawą tworzenia się relacji (organizm-środowisko) mającej korzenie w biologii i stanowiącej tendencję do działania, która zaś jest efektem oceny sytuacji. Tendencja do działania jest gotowością do podjęcia określonego działania w celu ustanowienia, utrzymania lub zmiany relacji organizmu z jego otoczeniem. Skąd jednak biorą się tendencje? Wpływ na to mają różne emocje. Na przykład strach daje nam impuls do ucieczki, gniew motywuje nas do zmiany sytuacji, którą postrzegamy jako niesprzyjającą lub też do ataku, poczucie winy skłania nas z kolei do działań reparatywnych wobec otoczenia. Z powyższych danych można wysnuć wniosek, iż emocje mają kluczowy charakter w kształtowaniu naszych relacji z otoczeniem i innymi ludźmi. Jednak nie możemy pominąć tak ważnego aspektu, jak nasza decyzyjność i procesy poznawcze. Tutaj Damasio również pokazuje nam osiągnięcia badań z zakresu neurobiologii, które dowodzą, że emocje stanowią niezbędną podstawę wielu procesów poznawczych – w tym podejmowania decyzji. Wobec tego widzimy, że afekt i poznanie są ze sobą nierozerwalnie związane, co postuluje Damasio.

Najważniejszym stwierdzeniem Damasio jest to, że emocje są w takim stopniu istotne dla naszego funkcjonowania, że przypisuje się im powstanie świadomości. Jego zdaniem emocje przede wszystkim zapewniają informację na temat statusu „cielesnego-Ja” w otoczeniu, a historia tego stanu tworzy wiedzę. Przeżywanie emocji to zdawanie sobie sprawy z emocjonalnego wpływu środowiska fizycznego na ciało i właśnie ten wpływ jest źródłem świadomości. Zatem to, co mówi nam nasze ciało, jest inteligentną mową mózgu, a my jako ludzie powinniśmy zwracać uwagę na wiedzę płynącą z uczuć, aby nadać jej sens za pomocą umiejętności językowych. Dzięki temu skorzystamy z jej ewolucyjnych i adaptacyjnych zalet. 

Jakimi emocjami dysponujemy?
Damasio, aby jeszcze lepiej zrozumieć naturę emocji, wprowadza rozróżnienie na emocje „wczesne”, pierwotne oraz „dorosłe”, wtórne. Damasio, myśląc o emocjach pierwotnych, przekonuje nas, że już od dnia narodzin jesteśmy zobligowani do reagowania emocjami na otaczający nas świat oraz różne jego właściwości. Jednoznacznie wskazuje to na adaptacyjny charakter emocji pierwotnych, ponieważ dzięki nim orientujemy się w otoczeniu. Są to emocje, które pojawiają się w odpowiedzi na określone cechy bodźców płynących z zewnątrz. Ten rodzaj emocji jest wspólny dla wszystkich zwierząt, ponieważ (jak pisałem wcześniej) uruchamia określoną tendencję do działania w odpowiedzi na określony bodziec. W celu zilustrowania tego zjawiska odwołam się do przykładu, którego używa Damasio. Twierdzi on, że reprezentacji świata zwierzęcego nie musimy świadomie identyfikować (np. zbliżający się do nas niedźwiedź), ponieważ wywoła on w naszym ciele określone reakcje. A to dlatego, że przedświadomie zareagujemy na takie cechy obiektu, jak rozmiar, wydawane dźwięki czy sposób poruszania się. Dopiero później „przyjdzie” do nas świadoma refleksja, że zbliża się niedźwiedź, ale nasze ciało już będzie przygotowane do reagowania na zagrożenie. Taką drogę przetwarzania bodźca określa się jako „dół-góra”. Czyli informacja najpierw płynie z niższych (starszych ewolucyjnie) części mózgu, od układu limbicznego, ciała migdałowatego oraz przedniej części obręczy, a następnie wędruje do górnych partii mózgu (młodszych ewolucyjnie): do kory nowej, gdzie dokonywania jest świadoma jego obróbka oraz zostaje nadane znaczenie. Taki sposób przetwarzania jest bardzo pożyteczny, ponieważ skraca czas reakcji na bodziec i pozwala ciału wcześniej przygotować się do adekwatnego reagowania. Dalej Damasio rozważa zasadność angażowania procesów świadomych skoro droga automatyczna jest ukształtowana ewolucyjnie i ma charakter adaptacyjny.

Damasio pokazuje, że świadomość również odgrywa znaczącą rolę, ponieważ zwiększa nasz repertuar zachowań, do którego motywuje nas przeżywana emocja. Wobec tego możemy wybrać najlepsze z dostępnych nam reakcji na dany bodziec. Poza tym, że możemy decydować o naszym zachowaniu w konkretnej sytuacji, również świadoma refleksja nad doświadczanymi emocjami stanowi podstawę uczenia się i generalizowania zdobytej wiedzy. Pozwoli to w przyszłości udoskonalić zachowanie w sytuacji podobnej lub w ogóle jej uniknąć – ten mechanizm można by nazwać uczeniem się doświadczeniowym. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję w kierunku naszego systemu kształcenia, ponieważ, jeśli wiadomo, że uczenie się doświadczeniowe (angażujące emocje) jest dla nas bardziej naturalne, daje lepsze i bardziej trwałe efekty, to możemy dojść do konkluzji, że sposób nauczania w szkołach jest dla nas nienaturalny, przez co nieefektywny. Taki wniosek powinien skłaniać nas  do poszukiwania takich metod kształcenia, które będą angażowały całego człowieka, jakby powiedział Damasio, które będą angażowały całe jego ciało.

Damasio w swoich rozważaniach na temat emocji idzie dalej i przekonuje, że koncepcja emocji pierwotnych nie wyczerpuje całej złożoności naszych doświadczeń emocjonalnych. W związku z tym wprowadza pojęcie emocji wtórnych. Określa je mianem „emocji człowieka dorosłego” i dla zilustrowania ich natury podaje przykład człowieka, który spotyka dawno niewidzianego przyjaciela lub dowiaduje się o śmierci bliskiego współpracownika. Obie te sytuacje mają charakter społeczny i relacyjny, łatwo zauważyć, że różnią się też od zdarzenia związanego ze spotkaniem niedźwiedzia. Damasio pokazuje dalej, jak obie te sytuacje znajdują odzwierciedlenie w reakcji naszego ciała w związku z przeżywanymi emocjami. Chociaż reakcje płynące z ciała zasadniczo nie różnią się do tych doświadczanych przy emocjach pierwotnych, to zdecydowanie różni się droga, jaką przebywa bodziec aż do powstania tych reakcji. Taki sposób przetwarzania nazywamy „góra-dół”. Czyli informacje płyną od górnych części mózgu (kory nowej), które są odpowiedzialne za świadome refleksje. W przypadku spotkania starego znajomego lub śmierci kogoś bliskiego najpierw zaczynamy rozważać, jakie to ma dla nas znaczenie, jak dane zdarzenie wpisuje się w nasz system wartości, jakie będą dla mnie i dla innych konsekwencje tego, co się dzieje. Uruchamiają się nasze wspomnienia związane z podobnym zdarzeniem lub z samą osobą, której sytuacja dotyczy. W związku z pojawiającymi się kolejnymi skojarzeniami i wnioskami na poziomie kory nowej, nasze głębsze obszary odpowiedzialne za przetwarzanie emocjonalne zaczynają reagować i wytwarzać emocje. Tutaj pojawia się całe bogactwo możliwych reakcji, ponieważ podobny sposób doświadczania związany jest z naszą wyjątkowością. Wszystko dlatego, że każdy dysponuje innym systemem wartości, innym systemem nadawania znaczeń, które wytworzyły się na podstawie naszej niepowtarzalnej drogi życiowej. Tutaj znajdujemy rozwiązanie paradoksu, że wszyscy jesteśmy podobni, a jednocześnie wyjątkowi, ponieważ mechanizmy emocjonalne mamy podobne, ale nasza historia czyni nas wyjątkowymi, a nasz sposób doświadczania niepowtarzalnymi. Z powyższego wynika, że emocje są połączeniem prostszego lub bardziej złożonego sposobu przetwarzania w naszym organizmie.

Jednak Damasio, jako sumienny badacz idzie dalej w swoich rozważaniach i kieruje swoją uwagę w kierunku procesu postrzegania wszystkich zmian, które wiążą się z przeżywaniem tych prostych i złożonych stanów emocjonalnych. Dla podobnego rodzaju doświadczania Damasio używa określenia „uczucia”. Tak naprawdę wiele osób zajmujących się tematem naszych wewnętrznych doświadczeń używa pojęcia „emocje” i „uczucia” zamiennie, nie różnicując tych stanów. Jednak Damasio uważa, że emocje wiążą się z uczuciami, ale nie wszystkie uczucia mają swój związek z emocjami. Według niego emocje są doświadczeniem wybitnie fizycznym i wiążą się z tym, czego doznajemy wewnętrznie na poziomie ciała. Uczucia zaś są połączeniem tego, co fizyczne oraz tego, co zwizualizowane lub wyobrażone. Może to być na przykład wspomnienie czyjejś twarzy, jakiejś sytuacji lub nawet smaku. Damasio uważa, że najpierw obraz pojawia się w naszej świadomości, a dopiero później dochodzi do przeżyć na poziomie ciała i aktywowania emocji. Taki sposób myślenia pomaga nam zrozumieć, czemu możemy przeżywać smutek, myśląc o kimś bliskim lub o jakiejś sytuacji, chociaż zewnętrzna sytuacja wcale do smutku nie skłania. W podobnych sytuacjach reagujemy uczuciami na coś, co jest wewnętrzne. Tutaj właśnie pojawia się niepowtarzalność naszego stylu przeżywania, który ukształtował się na drodze naszego rozwoju osobowego. Jakaś zewnętrzna, „realna” sytuacja może być radosna, ale nasze wewnętrzne reprezentacje mogą spowodować, że będziemy odczuwać smutek, ponieważ na podstawie doświadczeń taka sytuacja bardziej kojarzy się nam właśnie ze smutkiem. Żeby zobrazować tę sytuację można wyobrazić sobie osobę pochodzącą z rodziny, w której zaistniał problem alkoholowy, ale te doświadczenia są już za nią. Taka osoba siedzi z bliskimi sobie osobami na imprezie, wszyscy się cieszą, jest przyjemnie, ale ona, chociaż ma wszelkie powody, aby przeżywać radość i cieszyć się z obecności bliskich, będzie przeżywać smutek lub lęk, gdyż na imprezie jest alkohol przywołujący określone obrazy kojarzone właśnie z lękiem lub smutkiem. Taka osoba nie będzie w kontakcie „tu i teraz” ze swoimi znajomymi oraz emocjami aktualnie doświadczanymi. Będzie ona bardziej w kontakcie ze wspomnieniami i uczuciami, jakie aktywuje w niej opisana sytuacja. Taki proces może być nieświadomy, a my sami możemy nie uzmysławiać sobie, z jakiego powodu właśnie przeżywamy smutek lub lęk, chociaż zewnętrzna sytuacja nie wskazywałaby na to.

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Podobnie jak w przypadku emocji, również uczucia Damasio podzielił na rodzaje, żeby pomóc nam zrozumieć złożoność naszych wewnętrznych doświadczeń. Wymienia  on uczucia podstawowych emocji uniwersalnych, subtelnych emocji uniwersalnych oraz tła. Pierwszy rodzaj uczuć opiera się na emocjach, które są uniwersalne, podstawowe dla nas wszystkich. Są to szczęście, smutek, złość, strach oraz odraza. Uczucia te pokrywają się z doznaniami z ciała, więc jeśli dane uczucie zgodne jest z doznaniami w ciele wiążącymi się z konkretną emocją podstawową, wówczas w pełni doświadczamy tego stanu fizycznie i psychicznie. Kolejnym rodzajem uczuć są uczucia oparte na subtelnych odmianach emocji podstawowych. Są to na przykład euforia i ekstaza – subtelne odmiany szczęścia, melancholia i zaduma – odmiany smutku, panika i nieśmiałość wiążące się z lękiem. Ostatnim rodzajem uczuć, które wyróżnia Damasio, są uczucia tła. Na podstawie opisu tych emocji nasuwa się nam skojarzenie, że mają one charakter egzystencjalny, ponieważ, jak przekonuje nas Damasio, stracilibyśmy bez nich zdolność odczuwania własnego „ja”, własnej tożsamości. Są to uczucia bardzo subtelne. Mamy ich świadomość tylko w nieznacznym stopniu, ale jeśli skupimy się na swoim doświadczaniu w momencie, kiedy nie przeżywamy innych uczuć lub emocji, wówczas możemy wejść w kontakt z uczuciami tła. Mogą być one odbierane przez nas jako przyjemne lub nie. Zasadniczo różnią się od innych uczuć tym, że mogą trwać bardzo długo, a ich oddziaływanie na jest bardzo subtelne, ale jednocześnie znaczące. Stan medytacji można określić jako ten, który pozwala najlepiej skontaktować się z uczuciami tła, ponieważ wtedy utrzymujemy stałą uważność na to, co nas otacza, ale również na to, co dzieje się w nas samych. Nie targają nami wtedy silne emocje, możemy skupić się na mądrości, która płynie z ciała.

W humanistycznych nurtach psychoterapii powstało podejście zwane psychoterapią skoncentrowaną na focusingu. Jego twórcą jest Eugene Gendlin – uczeń, a później również bliski współpracownik Carla Rogersa. Procedura ‚skupiania’ się na najgłębszym poziomie wewnętrznego doświadczenia pozwala na dotarcie do głębokiego poziomu odczuwania oraz do nowych, wcześniej niedostępnych znaczeń. Gendlin zajmował się bardzo specyficznym zakresem naszego wewnętrznego doświadczenia, które znajduje się na granicy tego, co znane i tego, co nieznane. To, co przeżywamy i określamy jako nasze uczucia, myśli, wspomnienia, doznania z ciała – należy do obszaru znanego. Takie elementy również znajdują się w koncepcji Damasio. Natomiast to, co dla Gendlina było „nieznane” to trudno przetłumaczalne określenie „felt sense”, które jest nieuchwytnym, niejasnym odczuciem, czyli głębszym doznaniem dopiero wyłaniającym się w świadomości. Dzięki takiej metodzie ludzie uczą się, jak wchodzić w kontakt ze swoimi najgłębszymi pokładami mądrości. Najbardziej charakterystyczne cechy „felt sense” to:

  • tworzy się na granicy świadomego i nieświadomego,
  • początkowo ma charakter czegoś niejasnego i niesprecyzowanego,
  • jest doświadczeniem cielesny, niementalnym,
  • jest doświadczeniem całościowym,
  • odkrywa się stopniowo.

Patrząc na opis cech „felt sense”, można dojść do wniosku, że pokrywa się on z tym, co Damasio nazwał uczuciami tła.

Praca Damasio jest pod tym względem przełomowa, ponieważ na gruncie neurobiologii mózgu i emocji wykazał on to, co różne nurty filozoficzne i psychoterapeutyczne postulowały od bardzo dawna, ale mogły jedynie polegać na intuicjach i wierze we własne przekonania.  Dzięki Damasio mają one teraz solidne, naukowe dowody. Z powyższych rozważań jasno wynika, że emocje, a dokładniej ich prawidłowe i pełne przetwarzanie – mają zasadnicze znaczenie dla sposobu, w jaki kształtujemy nasze relacje z innymi ludźmi oraz jakie im nadajemy znaczenie. Idąc dalej, dobre i satysfakcjonujące relacje z ludźmi są podstawą naszego zdrowia psychicznego.

Bibliografia:
Antonio R. Damasio „Błąd Kartezjusza” dom wydawniczy REBIS, Poznań 1999
James I. Kepner „Ciało w procesie psychoterapii Gestalt” Wydawnictwo Pusty Obłok, Warszawa 1991
Leslie S. Greenberg, Jeanne C. Watson „Terapia Depresji Skoncentrowana na Emocjach”, Harmonia Universalis, Gdańsk 2014
Strona: www.focusing.org

Komentarze

Moja codzienna rutyna

Dagmara Wawrzyniak

fot. Daniel Chojnacki

Istnieje jedna z najtrudniejszych relacji. Relacja z samym sobą. Jest ona podstawową potrzebą każdego człowieka, jednak niewielu z nas ma odwagę spojrzeć w swoje wnętrze i powiedzieć „akceptuję siebie”. Robimy wiele rzeczy, aby tę akceptację w sobie wzbudzić, a wręcz na nią zasłużyć. Są jednak osoby, które potrafią wyjść naprzeciw swoim słabościom i walczyć o to, czego pragną. Dzięki nim możemy uwierzyć, że nie istnieją żadne ograniczenia. Pokazują nam, że relacja z samym sobą jest jedną z najcenniejszych. O wyzwaniach pracy nad sobą, zarówno w aspekcie fizycznym, jak i psychicznym, rozmawiamy z Dagmarą Wawrzyniak, założycielką strony My daily routine. Dagmara opowiada o swoich codziennych zmaganiach, szukaniu samodyscypliny, słabościach, ale i o sukcesach, marzeniach. Pokazuje, że zdrowy tryb życia to coś więcej niż piękne ciało.

Joanna Niedziela: Czy możesz nam opowiedzieć, co Cię zainspirowało do założenia strony na Facebooku oraz bloga My daily routine?
Dagmara Wawrzyniak: Może zabrzmi to banalnie, ale taka jest prawda – dążenie do osiągnięcia „idealnej” według mnie sylwetki. W wieku 16-17 lat zaczęła się moja mała przygoda z modelingiem i od tego czasu sporą uwagę przywiązuję do wyglądu. Początkowo w ogóle nie ćwiczyłam, po prostu się odchudzałam i żyłam na ciągłej diecie, co stało się moim utrapieniem, a że od małego lubiłam aktywność fizyczną, stwierdziłam, że głodzeniem się nic nie zdziałam. Zaczęłam więc chodzić na zajęcia fitness, biegać, później trenować crossfit i w końcu pomyślałam, że założenie strony pozwoli mi przede wszystkim na motywowanie samej siebie. Zawsze łatwiej jest wziąć się w garść, mając świadomość, że gdzieś tam jest grupka ludzi, która Ci kibicuje i której Ty też pomagasz w jakimś stopniu. Działa to na zasadzie wzajemnego wspierania się w gorszych i lepszych chwilach.

JN: Skąd wziął się pomysł na nazwę?
DW: Uważam, że jest za dużo nazw ze słowem „fit”, a od dłuższego czasu sport i zdrowy styl życia towarzyszą mi nieustannie. Dlatego można powiedzieć, że to taka moja mała rutyna, która lubię i sprawia mi ona przyjemność.

JN: Jak wygląda twój „rutynowy” dzień?
DW: Od niespełna roku pracuję w klubie piłkarskim, więc w ciągu tygodnia mniej więcej od 9 do 17 siedzę w pracy, którą szczerze lubię, bo na co dzień sporo się dzieje. Przed albo po pracy robię trening lub biegam, wieczorami gotuję. Oprócz tego czasami dorabiam sobie jeszcze jako modelka, ale dość sporadycznie. W weekendy mam więcej czasu na relaks i spotkania ze znajomymi. Często akurat w weekend wypada mecz, więc oglądam go ze stadionu.

JN: Pamiętasz swoje początki? Często miałaś chwile zwątpienia? Myśli, że nie wytrwasz?
DW: Pytasz o prowadzenie strony? Szczerze mówiąc nie. Wstawiam to, co mi się podoba, nie mam problemu z wyrażaniem swojego zdania. Jeśli komuś to nie pasuje, nie musi wchodzić na moją stronę. Jest milion podobnych. Wiadomo, że uszczypliwe komentarze irytują, ale nie przywiązuję do tego aż takiej uwagi. Liczę się z tym, że nie każdemu da się dogodzić. Jeśli chodzi o treningi – cały czas mam chwile zwątpienia. Lepsze i gorsze okresy. Tak, jak większość osób. Nie jestem zawodowcem – zawodnikiem, który przygotowuje się do zawodów bikini fitness itp. Mam dłuższe czy krótsze okresy luzu, kiedy muszę odreagować, ale na dłuższą metę nie zamieniłabym zdrowego jedzenia na pizzę i czekoladę, bo wiem, jak to działa na mój organizm i jakie niesie za sobą skutki. Nie mówię tylko o wyglądzie, ale także o zdrowiu.

JN: Codzienne ćwiczenia i zdrowy tryb życia wymagają dużej samodyscypliny. Skąd czerpiesz siły i motywację?
DW: Szczerze mówiąc, czasami mi jej brakuje – w tym właśnie pomaga mi My daily routine. Pomagają mi czytelnicy, którym zazwyczaj przyznaję się do moich upadków. Niejedna wiadomość czy krótki komentarz potrafią dodać skrzydeł! Oprócz tego oczywiście – wiele osób może pomyśleć, że jestem próżna, ale po prostu nieustannie staram się dążyć do jakiegoś swojego „ideału”, jeśli chodzi o sylwetkę. Za sprawą tego, że przez pewien okres w życiu miałam styczność ze światem modelingu, wciąż pozostaje we mnie drobna blizna i chyba już zawsze będę przywiązywać troszeczkę większą uwagę do swojego (podkreślam!) wyglądu niż większość ludzi. Motywują mnie różne profile dziewczyn na Instagramie. Szczerze przyznam, że mają więcej samodyscypliny i samozaparcia niż ja i trochę im tego zazdroszczę.

JN: Zdarza Ci się przesadzić z ćwiczeniami?
DW: Kontuzji (odpukać) nie miałam jeszcze żadnej. Jeśli jest mi słabo czy niedobrze, to przerywam trening lub zmniejszam intensywność albo w ogóle odpuszczam i robię sobie wolne. Często jednak lubię zrobić taki trening, po skończeniu którego muszę rzucić się na podłogę z butelką wody i poleżeć kilka minut. Daje mi to satysfakcję.

JN: Myślisz, że można się uzależnić od ćwiczeń i zdrowego odżywiania?
DW: Myślę, że można. Jak od wszystkiego. Szczególnie, jeśli widzi się efekty, które nas satysfakcjonują. Ja staram się zachowywać we wszystkim umiar. Choć przyznam, że może trochę chciałabym się tak uzależnić. Miałam pewien okres, kiedy chodziłam na crossfit sześć dni w tygodniu i idealnie trzymałam się diety. Wszystko miałam zaplanowane. Jednak na dłuższą metę przy takim trybie życia i pracy jest to po prostu męczące. Tak, jak mówię – nie przygotowuję się do żadnych zawodów i uważam, że lepiej jest podchodzić do wszystkiego ze spokojem.

JN: Lubisz swój wygląd, akceptujesz siebie?
DW: Hmm… trudne pytanie. I tak i nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wyglądam źle, jednak jestem bardzo krytyczna wobec siebie i zawsze uważam, że mogłabym wyglądać lepiej. Teraz na przykład uważam, że nie jestem w formie, nie przykładam się w 100% do regularnych treningów i ćwiczeń. Nieraz wyglądałam lepiej niż w tej chwili.

DagmaraWawzryniak

fot. Dagmara Wawrzyniak

JN: Dbając o swoje ciało jesteś dla siebie samej bardziej jak „przyjaciółka” czy „surowy kat”?
DW: Nie wydaje mi się, żebym krzywdziła swoje ciało, bo daję mu to, czego potrzebuje, ale jeśli chodzi o treningi, to bywają momenty, że czasami się katuję. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zwykle mam określony plan treningu, który staram się zrobić na pełnej mocy. Uważam jednak, że należy do wszystkiego podchodzić racjonalnie. Jeśli postawiłam sobie za cel przebiec dziewięć kilometrów, ale już na szóstym czuję się nie najlepiej, to po prostu odpuszczam. W ćwiczeniach tak, jak we wszystkim, należy znaleźć złoty środek. Czasem nie ma sensu się katować, takie doświadczenia mam już za sobą. Wszystko powinno być umiarkowane, bo zbyt intensywne treningi nie mają sensu w dłuższej perspektywie, mogą skutkować wypaleniem i zmęczeniem. W sporcie chodzi przede wszystkim o to, żeby towarzyszył nam przez całe życie, a nie w pewnym jego okresie. Powinien być przyjemnością dla organizmu, ale także psychiki i ciała. Sport jest narzędziem, które może pomóc poradzić sobie z problemami, może być odskocznią od codzienności. Podkreślam jednak, że lepiej podchodzić do niego z umiarem. Nie jestem osobą, która trenuje wyczynowo, a takie osoby muszą podporządkować sportowi całe życie. Ideą strony jest promowanie zdrowego trybu życia, który powinien towarzyszyć każdemu z nas, aby pomóc nam zadbać o siebie, o swoje ciało, ale być też przyjemnością.

JN: Gdzie jest granica, do której dążysz? Kiedy będziesz mogła sobie powiedzieć, że Twój cel został osiągnięty?
DW: Ciężko powiedzieć, bo wydaje mi się, że dążenie do ideału to nieustanna walka i dotarcie do niego jest niemożliwe. Jeśli jednak będę wyglądać w sposób, który będzie mnie w miarę satysfakcjonował – na pewno udokumentuję to na fanpage’u.

JN: Ostatnio na swoim fanpage’u napisałaś, że chcesz zawiesić czasowo prowadzenie strony. Czy to jest moment zwątpienia?
DW: Dokładnie tak, ale dzięki czytelnikom nabrałam trochę siły, choć nie jest łatwo.

JN: Trenujesz crossfit, który jest programem siłowym i kondycyjnym. Ćwiczenia wykonywane podczas niego są niebywale intensywne. Dlaczego akurat crossfit?
DW: Ponieważ UWIELBIAM się porządnie zmęczyć! Poza tym, każdy trening jest inny, każdy trening jest dla mnie sprawdzianem, a z tygodnia na tydzień widzę, że moja siła i kondycja rosną. Ten sport bardzo motywuje, bo żeby wykonać poprawnie i dokładnie trening, trzeba najpierw nauczyć się pewnych elementów i zwracać uwagę na ich precyzyjne wykonywanie. Każdy trening to coś nowego, a do tego dość szybko zauważyłam zmiany w mojej sylwetce. Poza tym, dzięki treningom crossfit zrozumiałam też, że moje ciało potrzebuje jedzenia. Pomimo tego, że jem więcej węglowodanów niż poprzednio to i tak nie przeszkadza mi to w utracie zbędnej tkanki tłuszczowej, bo dieta jest dobrze zbilansowana, a metabolizm poprzez regularne posiłki i wysiłek fizyczny, dobrze podkręcony.

JN: Czujesz się silna fizycznie?
DW: Zdecydowanie, głównie przez crossfit. Pamiętam, że początkowo jak zaczynałam trenować, nie byłam w stanie zrobić treningu ze sztangą i musiałam trzymać w ręce plastikowy kijek. Dopiero później zaczęłam dokładać już coraz więcej kilogramów na sztangę.

JN: Psychicznie też?
DW: Ciężko powiedzieć, ale myślę, że tak. W jakimś stopniu na pewno, chociaż z drugiej strony – gdybym była silna, to nie miałabym problemów z utrzymywaniem restrykcyjnej diety, a z tym bywa różnie. Chociaż muszę przyznać, że moje życie wymaga trochę zorganizowania i samodyscypliny, więc można powiedzieć, że jakoś daję sobie radę.

JN: Czy ćwiczenia dają Ci większą świadomość samej siebie?
DW: Zdecydowanie. Dzięki ćwiczeniom walczę ze swoimi słabościami i wiem, że to, co robię przyniesie skutki w przyszłości i nie pójdzie na marne. Mam świadomość, co jest moją zaletą, a w czym jestem słaba i na czym powinnam się bardziej skupić.

JN: Jak ćwiczenia wpływają na Twoje poczucie psychiczne?
DW: Wiadomo – endorfiny! Po porządnym treningu uśmiech sam pojawia się na twarzy. Jak mam zły dzień, to trening jest zawsze taką odskocznią, która pomaga w walce z codziennymi problemami.

JN: Zdrowy tryb życia to chwilowe wyzwanie czy praca na całe życie?
DW: Praca na całe życie. Tutaj głównie chodzi o zdrowie, a nie tylko o wygląd, okazało się to w międzyczasie. Mamy jedno ciało i organizm na całe życie, więc trzeba o nie dbać!

JN: Znajdujesz czas na zabawę, odpoczynek, relacje?
DW: Tak, jak tego potrzebuję, to odpuszczam trening – po prostu. Choć miałam takie okresy, kiedy trening był priorytetem. Aczkolwiek nie lubię alkoholu i hucznych imprez. Raz na jakiś czas – jasne. Ale na pewno nie co weekend.

omlet

for. Dagmara Wawrzyniak

JN: Jaki jest Twój ulubiony zdrowy posiłek?
DW: UWIELBIAM śniadania i chyba zawsze omlet białkowy będzie moim numerem jeden. Lubię też mięso na milion sposobów, ale śniadanie to ten moment w ciągu dnia, który lubię celebrować z kubkiem kawy.

JN: Na Twoim fanpage’u można przeczytać, że zdarzają Ci się dni słabości. Co wtedy najchętniej jesz?
DW: WSZYSTKO. Jestem prawdziwym miłośnikiem słodyczy. Uwielbiam czekoladę, ciastka i ogólnie chyba wszystko, co słodkie. Mam nadzieję, że kiedyś z tego wyrosnę. Moim numerem jeden jest jednak duża Milka OREO i tort truflowy od Sowy. Chociaż czekolada Tiramisu Wedla też jest genialna (śmiech).

JN: Czujesz się spełniona?
DW: Szczerze mówiąc, nie bardzo. Droga, którą podążam wydaje mi się właściwą, ale byłabym bardziej spełniona, gdybym osiągnęła coś, co mnie usatysfakcjonuje. Bardzo chciałabym zrobić kurs, aby zostać trenerem, nie pozwala mi jednak na to czas i pieniądze. Nie podjęłabym się pomagania ludziom bez wcześniejszego przygotowania, bez rzetelnych podstaw. Ostatnio mam też poczucie, że stoję w miejscu, a chciałabym osiągnąć więcej. Z drugiej strony wiem, że jestem w pewnym stopniu perfekcjonistką, więc moje dążenia mogą się nigdy nie skończyć i jestem skazana na pewnego rodzaju niespełnienie. Zrobienie kursu trenera personalnego na pewno byłoby dużym krokiem. Jednak póki co, muszę trochę poczekać i uzbierać pieniądze. Bardzo chciałabym rozwijać swoją stronę i wciąż motywować innych.

JN: A czujesz się szczęśliwa?
DW: W jakimś stopniu tak, ale nie w 100%. Jestem jednak świadoma, że wielu ludzi jest w gorszej sytuacji, ale też każdy ma swoje standardy. Ja mam wobec siebie wysokie wymagania, z tego powodu nie czuję się w pełni szczęśliwa. Realizacja wszystkich celów, jakie sobie stawiam, nie jest łatwa. To znów w pewnym stopniu łączy się z perfekcjonizmem.

JN: Jakie rady dałabyś osobie, która dopiero zaczyna swoją wędrówkę po wymarzoną figurę?
DW: Przede wszystkim najcięższą pracą jest odżywianie. Nie oszukujmy się – treningi nie będą efektywne, jeśli zaraz po nich zjemy pizzę albo w naszej diecie będą pojawiać się codziennie słodycze. Zdrowa, dobrze zbilansowana dieta to klucz do sukcesu.

JN: Dziękuję za rozmowę. PRZESTRZEŃ życzy Ci dużo motywacji, siły, ale też odpoczynku i dbania o siebie. Trzymamy kciuki i podziwiamy.
DW: Dziękuję!

Dagmarę można znaleźć na:
Facebooku
Stronie

Komentarze

Miłość „good enough”?

milosc2

graf. Urszula Zabłocka

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje (…)” – słowa św. Pawła z Tarsu z I Listu do Koryntian bardzo często możemy usłyszeć przy okazji zawierania chrześcijańskiego sakramentu małżeństwa. Zawsze zastanawiało mnie, jak pogodzić to wezwanie do idealnej miłości, z trudami i przeciwnościami codziennego życia. Jak grzeszny z natury człowiek, może odrzucić całkowicie swój egoizm i czy to właśnie wiara w ten transcendentny wymiar miłości (bez znaczenia, jakiego jesteśmy wyznania, jakie są nasze poglądy) stanowi jedyną gwarancję przetrwania związku dwojga ludzi.

Badania psychologów nie są optymistyczne. Wyróżnili oni 5 naturalnych faz trwania związku: zakochanie, romantyczne początki, związek kompletny, związek przyjacielski oraz związek pusty. Poszczególne jego etapy różnicuje obecność oraz natężenie 3 podstawowych składników miłości: namiętności, intymności oraz zobowiązania.1 W zakochaniu dominującym elementem jest namiętność utożsamiana z mieszaniną bardzo silnych emocji (tęsknotą, pożądaniem, zazdrością), objawiających się fizjologicznym pobudzeniem organizmu. Namiętność wielokrotnie bywa porównywana z uzależnieniem. Jej dynamikę charakteryzuje: bardzo szybki wzrost natężenia (występuje tu mechanizm dodatniego sprzężenia zwrotnego), gwałtowny spadek z krótką stabilizacją na niższym poziomie, aż do ostatecznego zaniku. Zanim to jednak nastąpi związek przejdzie jeszcze dwie kolejne fazy: romantycznych początków, gdzie do namiętności dołączy intymność oraz związku kompletnego, składającego się ze wszystkich elementów miłości: namiętności, intymności oraz zobowiązania. Intymność w związku odpowiedzialna jest za poczucie bliskości, szczęścia, wzajemnego zrozumienia, wsparcia oraz poszanowania. Zanik intymności stanowi początek ostatniej fazy, czyli związku pustego. Obecny w niej składnik miłości, jakim jest zobowiązanie, podlegający świadomej decyzji, w każdej chwili, może zostać wycofany, co jest równoznaczne z całkowitym rozpadem relacji. Możemy wnioskować zatem, że miłość dwojga ludzi, pozostawiona „sama sobie”, ostatecznie musi się skończyć. Nadzieją pozostaje trwanie w związku przyjacielskim, który jest najdłuższym, wciąż dającym satysfakcję etapem.  Jego podtrzymanie wymaga od partnerów wiele pracy i wysiłku, bowiem nie może on już liczyć na energię pochodzącą z namiętności, która do tej pory stanowiła istotny procent jego siły napędowej.  Główną misją staje się pielęgnowanie intymności, na którą „polują”: egoizm, brak tolerancji i wsparcia, nuda, problemy materialne, agresja (nie tylko fizyczna!) oraz zdrada. Musimy zachować ostrożność. Pomimo przekonania, że nasze postępowanie wynika z troski o dobrą relację, nie zawsze jego efekt przynosi pożądany rezultat. Istnieje bowiem szereg „pułapek intymności”, które sabotują nasze działania:

Systematyczne nagradzanie
Dla osób pozostających w związkach, istotne jest poznanie sposobów sprawiania przyjemności drugiej osobie. Bez względu na to, czy zdecydujemy się na mówienie komplementów, dawanie upominków czy wyręczanie w nielubianych obowiązkach, warto zastanowić się jak silnie obciążające będą dla nas te zachowania. Wysoka wartość nagradzająca takich działań dla partnera z czasem może ulec znacznemu spadkowi. Zgodnie z mechanizmem habituacji (przyzwyczajenia), partner nie tylko przestanie doceniać nasz trud i wysiłek, co może spotęgować naszą frustrację, ale również dużo silniej odczuwać jakiekolwiek zaniedbanie z naszej strony. Nie bez powodu mówimy, że nikt nie jest w stanie zranić nas tak bardzo, jak najbliższa osoba. Jak zatem postępować, by nie popaść z jednej skrajności w drugą? Zachowania wymagające od nas wysokich nakładów (emocjonalnych, materialnych itp.) warto praktykować w sposób nieregularny, niespodziewany. Zwiększamy wówczas szansę, że nasz wysiłek zostanie odpowiednio doceniony przez partnera, co z kolei wzmocni naszą chęć do podejmowania takich działań w przyszłości.

Poczucie obowiązku
Traktowanie związku oraz miłości jako obowiązku wynikającego z nakazu kulturowego czy moralnego przyczynia się do osłabienia motywacji wewnętrznej. Ludzie wykazują tendencję do poszukiwania sensu swojego zachowania najpierw w czynnikach narzuconych z zewnątrz, dopiero później tych pochodzących z wnętrza (np. przyjemność z samego faktu wykonywania jakiejś czynności) i na ogół poprzestają na tych pierwszych. Miłość i jej okazywanie z natury są uczuciem silnie nagradzającym. Kiedy jednak skoncentrujemy się na motywacji zewnętrznej – poczuciu obowiązku (np. wynikającego z posiadania dzieci), możemy stwierdzić, że jest to czynnik w zupełności wystarczający. Co prawda, pozostaniemy w związku, ale to, co kiedyś było dla nas wartością samą w sobie, stanie się kolejnym zadaniem do wypełnienia.

Święty spokój to podstawa
Unikanie konfliktów możemy przyrównać do zjadania kawałka czekolady w chwilach emocjonalnego napięcia. Przynosi ono natychmiastową gratyfikację, jednakże nie usuwa źródła problemu. Z czasem ludzie stają się sobie coraz bardziej obojętni, nie znają siebie, nie mają wypracowanych wspólnych strategii radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych.

Sprawiedliwość musi być
Związek dwojga ludzi możemy przyrównać do transakcji handlowej. Jesteśmy w nim szczęśliwi, dopóki nasze subiektywne poczucie, że to, co dajemy, jest odwzajemniane przez drugą osobę (nie musimy się martwić o bilans zysków i strat). W przypadku załamania tej równowagi, istnieje tylko jedno rozwiązanie umożliwiające utrzymanie relacji: odpowiedzieć pozytywną reakcją na negatywne zachowanie partnera. W innym wypadku, możemy doprowadzić do serii zachowań odwetowych typu „oko za oko, ząb za ząb”. Oczywiście, istnieje ryzyko, że nasza dobra wola oraz rezygnacja z rewanżu, pogłębi tylko egoistyczną postawę drugiej osoby. Wówczas sami musimy zdecydować, gdzie będzie przebiegać granica naszej pokory.

Na intymność, stanowiącą najważniejszy składnik związku przyjacielskiego czeka wiele zagrożeń.  Jej podtrzymanie wymaga od partnerów wiele wysiłku, pokory, wyrzeczenia się egoizmu. Ale czy dla ludzi XXI wieku, wychowanych w kulcie miłości romantycznej (spontanicznej, nie wymagającej myślenia ani świadomego oddziaływania, pełnej pasji i erotyzmu) taka miłość „good enough” wystarczy?

Bibliografia:
Wojciszke, B.(2013). Psychologia miłości. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.

Komentarze

Biblioteka rozwoju

Sens sensu?
Bywają tematy książek z góry skazane na niepowodzenie. Co jednak, jeśli ich fabułę pisze samo życie, a autor zamiast pogrążyć się w smutku, postanawia sięgnąć głębiej, aż pod powierzchnię beznadziejnej rzeczywistości? Może się wtedy okazać, że odnajdzie coś bezcennego, czym warto się podzielić, ponieważ są osoby, dla których iskra nadziei jest bardziej wartościowa niż bogactwo. Trudnego wyzwania opisania własnych zmagań z chorobą, ale przede wszystkim podróży do wnętrza siebie, podejmuje się Marek Adamik w książce Sensu sens, która jest debiutem literackim tego znanego i utalentowanego grafika.

Sensu sens nie jest zwyczajnym opisem choroby. To wielowymiarowa powieść o bezsilności, lęku, powolnym rozpadaniu się tożsamości, ale i całego człowieka z jego duchowością, fizycznością i psychiką. Jest to zarazem próba akceptacji zastanej rzeczywistości, walki z samym sobą, swoimi słabościami i deficytami, próba refleksji nad tym, co naprawdę ważne. Książka przedstawia osobistą historię autora i załamanie się jego sensu życia – bo jak inaczej nazwać sytuację, w której pasja będąca zarazem sposobem na życie, nagle ustępuje miejsca niemocy? Jest to przede wszystkim podróż w głąb codzienności w poszukiwaniu czegoś więcej niż samo życie – jego prawdziwego sensu.

Książka Marka Adamika nie jest pozycją łatwą. Słowo pisane przeplata się grafikami autora, tworząc spójną całość. Nic nie jest powiedziane tutaj wprost, a przez całą książkę nie dowiadujemy się nawet nazwy choroby, na którą cierpi autor. Nie o to tu jednak chodzi. Marek Adamik stworzył dzieło uniwersalne, które każdy odczyta w indywidualny sposób. Jest tu więc miejsce na drugiego człowieka, na własną interpretację, ale i pewne niedopowiedzenie, które tym bardziej trzyma czytelnika w napięciu. Czy autorowi udaje się odnaleźć sens życia? Przekonajcie się sami.

Sensu Sens Marek Adamik
Wydawnictwo HELION

sensusens

 

Nauczyć się szczęścia
Prawie każdy z nas goni za szczęściem, które często mylimy z chwilowymi przyjemnościami. Stawiamy sobie też warunki, że będziemy szczęśliwi, gdy uda nam się to czy tamto. Szczęście jednak wciąż nie przychodzi, a my pogrążamy się w smutku. Czym ono tak naprawdę jest? Odpowiedzi na to pytanie możemy się doszukiwać w książce Lekcje szczęścia i długowieczności. Mistrzowie mądrości o źródłach dobrego życia pod redakcją Ashoka Chopra, który zebrał i opracował teksty wielkich mędrców, takich jak: Jego Świętobliwość XIV Dalajlama, Deepak Chopra, Jego Świętobliwość XVII Karmapa, XII Dziamgon Kenting Tai Situpa, Khushwant Singh, Robert Holden, Rohini Singh, Shobhaa De, Śri Śri Ravi Shankar i Wayne W. Dyer.

Lekcje szczęścia i długowieczności to zbiór esejów myślicieli Wschodu i Zachodu. Każdy z nich jest wyjątkowy i odkrywa przed nami wskazówki autorów, jak prowadzić szczęśliwe życia, odnaleźć sens egzystencji i spełnienie. Dzięki analizie kolejnych rozdziałów dowiadujemy się, że bycia szczęśliwym możemy się nauczyć, a wszystko zależy tak naprawdę od nas samych. Radości powinniśmy szukać nie w ulotnym zewnętrznym świecie, ale w naszym wnętrzu. Dzięki temu będziemy szczęśliwi niezależnie od wszystkiego.

Książka jest zbiorem wartościowych tekstów, które skłaniają do refleksji nad otaczającym nas światem, ale przede wszystkim nad nami samymi. Uczą, że szczęście jest naszym osobistym doświadczeniem, niezależnym od czynników zewnętrznych, a w tym innych ludzi. Możemy je osiągnąć poprzez bycie uważnymi obserwatorami teraźniejszości i prowadzenie prostego życia.

Lekcje szczęścia i długowieczności. Mistrzowie mądrości o źródłach dobrego życia Ashok Chopra
Wydawnictwo HELION

lekcjeszczecia

 

Ho’oponopono!
Czy możliwe jest osiągnięcie wewnętrznej harmonii we współczesnym świecie pełnym pośpiechu i nastawionym na szybkie rezultaty? Każdego dnia na naszej drodze pojawia się wiele przeszkód, które wywołują w nas narastającą frustrację. Skupiamy się na rzeczach nieistotnych, rozpamiętujemy przeszłość i przyszłość. Nie potrafimy stworzyć prawdziwych relacji. Nie jesteśmy obecni ani dla siebie, ani dla świata. Czy istnieje jakaś technika, dzięki której możemy to zmienić? Tak. Zwie się Ho’oponopono i piszę o niej Paweł Krawat.

Ho’oponopono. Wprowadzenie wewnętrznej harmonii to książka o hawajskim rytuale, który pozwoli nam na bardziej świadome życie. Jego istotą jest akceptacja siebie i innych ludzi. Dopiero, kiedy zaczniemy przyjmować świat takim, jaki on jest, będziemy mogli odczuć harmonię. Ho’oponopono to sztuka dokonywania wglądu w swoje wnętrze: myśli, przekonania, uczucia, działania, ciało, energię, którego rezultatem jest osiągnięcie świadomości i uważności. Paweł Krawat pokazuje nam, jak pracować z samym sobą i rozwiązywać wewnętrzne konflikty. Dzięki książce dowiadujemy się także, jak istotna jest miłość do samego siebie i uczymy się o relacjach partnerskich. Autor przedstawia nam studium konfliktu i rozpoznawania problemów, aby ostatecznie przejść do zagadnienia akceptacji i bycia w chwili obecnej.

Książka Ho’oponopono. Wprowadzenie wewnętrznej harmonii to ciekawa lektura. Jej wartością jest próba ukazania człowiekowi, że aby osiągnąć harmonię ze światem, niezbędne jest dotarcie do swoich myśli, emocji czy uczuć, ponieważ odcięci od własnego wewnętrznego źródła nigdy nie będziemy szczęśliwi. Może więc warto wprowadzić do swojego życia samouzdrawiające ho’oponopono?

Książka Ho’oponopono. Wprowadzenie wewnętrznej harmonii Paweł Krawat
Wydawnictwo HELION

hooponopono

Komentarze

Przed Państwem…

 

Żaneta Strawiak – Galeria zdjęć

Żaneta Strawiak – Galeria zdjęć (12)

 

Artysta: Żaneta Strawiak
Ilustratorka i projektantka graficzna. Rocznik ’89. Pochodzi z niewielkiego miasteczka na Śląsku. Dyplomantka na ASP w Katowicach. Stypendystka Aalto University of Art and Design w Helsinkach. Obecnie pracuje w jednym z warszawskich studiów projektowych. Gość Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Gdańsku (2013).  Jej prace prezentowane były między innymi w Design Forum Showroom w Helsinkach (Finlandia), na COW International Design Festival w Dnepropetrovsku (Ukraina), Międzynarodowym Biennale Plakatu w Lublinie, Biennale Studenckim AGRAFA (Katowice). Nagrodzona w konkursie projekt Roku organizowanym przez STGU w kategorii Debiut (2013).  Marzy, że któregoś dnia uda jej się wyreżyserować autorski spektakl w teatrze lalkowym.

Jej prace można znaleźć na:
Behance
Tumblr

Komentarze

Kill Yr Idols

Od poprzedniego wydania Przestrzeni wyszło trochę dobrych rodzimych rzeczy z gitarowej półki, z których należałoby wyróżnić w pierwszej kolejności „Girl Nothing” Złotej Jesieni, „s/t” Dog Whistle i „Hell for beginners” Test Prints. Wszystkie te składy po długim budowaniu swojej pozycji świetnymi koncertami sprawdziły się również w studio. W przypadku Złotej Jesieni dało to nieoczekiwanie przystępny, melodyjny i ułożony efekt. Fajnie, że obyło się bez utraty noisowej mocy ich muzyki. Dog Whistle, jak można było oczekiwać, wypuściły bardzo chwytliwą, kameralną epkę, tak mogłaby brzmieć sypialniana wersja The Breeders. O pozytywnym braku niespodzianek można mówić również w przypadku Test Prints. Trio nagrało rzecz wypełnioną trzy-akordowymi piosenkami o braku nadziei, dojazdach do pracy i życiu pozbawionym sensu. Dobra wiadomość jest taka, że przyznają się do inspiracji The Thermals, którzy nie są nawet w połowie tak dobijający, jak specjalizujący się w dekadencji pogrobowcy The Cure i Joy Division.

Ze względnie nowych rzeczy zza granicy warto rzucić uchem na Spectres i ich album „Dying”, czyli w dużym uproszczeniu coś dla fanów A Place to Bury Strangers, którzy już zajechali ich ostatnią płytę. Dużo ‘sprzęganiny’ rodem z bardziej noisującej odmiany shoegaze’u przywodzącej na myśl The Gosling, może z trochę bardziej gęstą, grooviastą sekcją. Miłośnikom nostalgicznych podróży i zespołów w trampkach i kraciastych koszulach powinien przypaść do gustu ostatni album Pile o pokrzepiającym tytule „You’re better than this”. Jest to chaotyczna, ale bardzo klawa mieszanka oldschoolowego niezalu spod znaku Built to Spill z wtrętami w duchu wczesnego, nieokrzesanego Mudhoney. Wychodząc poza gitary warto się pochylić nad kolaboracją Ghostface Killah (z legendarnego Wu-Tang Clan) i młodziaków z BBNG (jazzowego tria, które do tej pory wydało trzy samodzielne albumy i znane jest między innymi z kolaboracji z Tylerem, The Creatorem z Odd Future) pod postacią albumu „Sour Soul”. W tym rzucie skupię się przede wszystkim na dwóch wyjątkowo obiecujących rapowych płytach z polskiego podwórka i przypomnę niedawne koncerty Just Another Snake Cult i Queer Resource Center.

Płyty

Taco Hemingway – Trójkąt warszawski
W momencie, kiedy piszę o tej płycie, prawdopodobnie wszystkie osoby jakkolwiek zainteresowane polskim rapem zdążyły sobie wyrobić zdanie na temat trójkąta warszawskiego. Jeśli ktoś jakimś cudem płytę przegapił, to w dużym skrócie: to druga rzecz zaserwowana przez Taco (poprzedniego „Young hems” dalej można posłuchać na jego bandcampie), ale pierwsza w języku polskim. Jeśli pamiętamy imprezowo-wódczaną mapę stolicy sprzed paru lat, to tego typu zabieg pozwala nam chociaż na chwilę wrócić do obleganych wówczas Kamieniołomów, Przekąsek Zakąsek, czy mojego ulubionego Bistro. Stojący za projektem Filip Szcześniak mówi, że „Trójkąt” opowiada o zakochanych ludziach w mieście: Piotrku, nieszczęśliwym narratorze i eks-nieszczęśliwego narratora. Na pewno płyta może się spodobać tym, którzy jeszcze parę lat temu kupowali na potęgę „Kilka numerów o czymś” Małpy. Nad nawijką unosi się podobny klimat – rozczarowanego, nadwrażliwego inteligenta, chociaż zacięcie do opowiadania historii konkretnych osób każe nam węszyć raczej w okolicach pierwszych dwóch płyt Łony czy Tego Typa Mesa. Bardzo dopracowana, spójna historia. Warto nabyć płytę zanim zacznie chodzić na allegro po horrendalnych cenach, co jest standardem przy tego typu wydawnictwach.

Otsochodzi – 7
Polski raper nie powinien odkrywać trzech rzeczy: dubstepu sto lat po hajpie, stabilizacji życiowej i nacjonalizmu. Pierwsze odkrycie skutkuje zazwyczaj jakąś bolesną pomyłką artystyczną, drugie i trzecie skutkują, cytując Pezeta, „tanim moralizatorstwem i numerami w stylu przeczytałem wyborczą” (choć dziś to byłyby raczej numery w stylu „przeczytałem Do Rzeczy”). Słuchanie ich wtedy jest równie ciekawie, co czytanie tekstów z więzienia, które pisze Chada dla cgm’u. Otsochodzi zamiast jarać się przeterminowanymi trendami sięga z jednej strony do bezdyskusyjnych klasyków, jak MF Doom i J Dilla, z drugiej do wydających obecnie świetne płyty małolatów Joeya Badassa i Bishop Nehru. Do tego dodałbym Oddisee i czerpiących pełnymi garściami z wczesnego Nasa: Your Old Droog i Fashawna i jesteśmy w domu. Mamy siedem numerów, których brakowało mi od bardzo dawna w rodzimym rapie, bezpretensjonalnych, zwykłych, serwujących w luźny sposób na świetnych, leniwych beatach historie o wysyłaniu CV, kacach, stagnacji i obrzydliwym żarciu w pobliskim kebabie (i bez debilnych rasistowskich wrzutów w stylu PiH’a).

Koncerty

29.03 – Just Another Snake Cult i Queer Resource Center w Chmurach
Dowód na to, że czasami warto wyjść z domu również w niedzielę. Szkoda, że tak niewiele osób miało tego dnia podobny pomysł. Dosyć mała sala w Chmurach świeciła pustkami. Z typową dla koncertów w stolicy półgodzinną obsuwą zaczęli grać Queer Resource Center. Najprościej można by opisać ich muzykę jako skrzyżowanie Modest Mouse i Q and not U, czyli bandu ze stajni Dischordu, który z dzisiejszej perspektywy moglibyśmy opisać jako mieszankę dance punku i waszyngtońskiego hardcore’u. Co ważne przy tego typu muzyce, świetnie pracuje sekcja rytmiczna (chłopaki z Eric Shows Them In His Pocket). Jeśli dodamy do tego jeszcze wyjątkową nośność ich muzyki, o materiał na LP można być spokojnym. Kompletnie inny, bardzo wyciszony, eteryczny set zagrał islandzki duet Just Another Snake Cult. Ich twórczość dla miłośników psychodeli z przełomu lat 60 i 70 jest jazdą obowiązkową. Piosenki z ich ostatniego albumu „Cupid Makes A Fool of Me” bezbłędnie sprawdzają się na żywo. Mają w sobie tyle samo odrealnionej mocy, co koncerty Conana Mockasina.

Komentarze

Dogma 95 czyli filmowe Śluby Czystości

Thomas Vinterberg

Thomas Vinterberg, jeden z twórców manifestu i autor pierwszego filmu z certyfikatem Dogma 95. Źródło: filmweb.pl

Jest 20. marca 1995 roku. W jednym z kopenhaskich pubów Thomas Vinterberg, Lars von Trier (w ostatnim czasie zawdzięczający swój komercyjny sukces kontrowersyjnej „Nimfomance”), Kristian Levring i Soren Kragh-Jacobsen, a więc grupa skandynawskich reżyserów sprzeciwia się hollywoodzkim tendencjom dominującym w kinematografii i tworzy Manifest. Manifest wyznaczający zasady, na których będą opierać się tworząc kolejne dzieła.

„Dogma 95 jest akcją ratunkową!”
Jak podkreślają sami reżyserowie, dokument został stworzony w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut. Należy więc traktować go jako artystyczny zryw, spontaniczne olśnienie, mające przynieść nową jakość. Za cel uznano sprzeciwienie się „pewnym tendencjom”, które wkradły się do kinematografii po 1960 roku. Oto, jak przedstawia się sama treść Manifestu:

Manifest Grupy Dogma 95

Założony w Kopenhadze wiosną 1995 roku DOGMA 95 jest kolektywem zrzeszającym reżyserów filmowych. 

Naczelnym celem DOGMY 95 jest przeciwstawianie się „określonym tendencjom” we współczesnej kinematografii.

DOGMA 95 jest akcją ratunkową! 

W roku 1960 powiedziano „dość!” Kino umarło i należało je wskrzesić. Cel był słuszny, ale środki błędne! Nowa fala okazała się niewielką zmarszczką na powierzchni wody, która dopłynąwszy do brzegu zamieniła się w błoto. Dzięki sloganom o indywidualizmie i wolności przez pewien czas powstawały filmy, ale tak naprawdę nie zaszły żadne zmiany. Nowa fala nastawiona była wyłącznie na zdobywanie; nigdy nie była silniejsza od stojących za nią ludzi. Film antyburżuazyjny sam stał się burżuazyjny, ponieważ fundament, na jakim powstał, oparty był na burżuazyjnej percepcji sztuki. Pojęcie filmu autorskiego – od początku oparte na burżuazyjnym romantyzmie – było błędne. 
Dla DOGMY 95 kino nie jest indywidualne! 

Dzisiaj szaleje burza technologiczna, w konsekwencji której kino ulegnie ostatecznej demokratyzacji. Po raz pierwszy w historii każdy może robić filmy, lecz im łatwiejszy jest dostęp do technologii, tym ważniejsza staje się awangarda. Nieprzypadkowo słowo „awangarda” ma militarne konotacje. Kluczem jest dyscyplina – musimy nasze filmy zuniformizować, ponieważ film indywidualny z samej definicji jest dekadencki! 

DOGMA 95 przeciwstawia się filmowi indywidualnemu, prezentując niekwestionowane reguły, znane jako ŚLUBY CZYSTOŚCI. 

W roku 1960 powiedziano „dość!” Rezultatem jest jałowość, iluzja patosu i iluzja miłości.

Warto zauważyć nieco ironiczny, typowo artystyczny czy „bohemiczny” charakter tekstu. Czytając go, nietrudno wyobrazić sobie reżyserów siedzących w kłębach dymu papierosowego, pełnych poczucia misji i chęci zmiany zastanej kondycji kina. Liczne wykrzyknienia sugerują, że sytuacja jest dramatyczna i wymaga szybkiej zmiany, wytworzenia nowej jakości. Kino ma być czyste, niezafałszowujące rzeczywistości, w czego tworzeniu mają pomóc zasady znane jako Śluby Czystości:

  1. Filmy należy kręcić poza studiem, w naturalnych plenerach. Należy także zrezygnować z rekwizytów − jeżeli jakaś rzecz jest potrzebna w danej scenie, to należy znaleźć do jej nakręcenia takie miejsce, gdzie rzecz ta występuje naturalnie.
  2. Nie należy dodawać żadnego dźwięku, który nie wynika wprost z obrazu. Muzyka może występować tylko wtedy, jeśli występuje w miejscu kręcenia sceny (słyszą ją bohaterowie).
  3. Należy zrezygnować ze statywów− wszystkie ujęcia powinny być kręcone „z ręki”. To kamera ma się ruszać zgodnie z akcją, a nie akcja dostosowywać się do kamery.
  4. Film musi być kolorowy. Zabronione jest używanie oświetlenia, poza lampą przymocowaną do kamery.
  5. Nie wolno stosować filtrów i innych przyrządów optycznych.
  6. Film nie powinien zawierać elementów sztucznie wzbogacających akcję, nie może zawierać powierzchownej akcji (morderstwa, broń itp.).
  7. Akcja powinna dziać się tu i teraz − osadzanie jej w innych realiach historycznych lub geograficznych jest zabronione. Zabronione są przesunięcia w czasie.
  8. Kręcenie filmów określonego gatunku jest niedopuszczalne.
  9. Gotowy film należy przenieść na taśmę 35 mm, w formacie 4:3.
  10. Nazwisko reżysera nie powinno znajdować się w napisach końcowych.
dogmowskie ujęcie

Typowo „dogmowskie” ujęcie. „Idioci” (1998) von Triera. Źródło: filmweb.pl

Na podstawie postulatów, wyłania nam się obraz filmu „domowego”, nieco amatorskiego, pozbawionego typowych przymiotów czy wręcz osiągnięć współczesnego kina. Odrzucono takie osiągnięcia technologiczne jak filtry i oświetlenie, nałożenie dźwięku czy też muzyki przeznaczonej tylko dla widza. Odrzucono możliwości, jakie daje studio, scenografia czy statyw. Wreszcie – odrzucono także gatunek i nazwisko reżysera. Co zyskuje widz? Naturalność, paradokumentalizm, ale i trudne w pierwszym kontakcie dzieło filmowe. Filmy spod znaku „Dogma 95” są ciężkie w odbiorze nie tylko ze względu na nasze przyzwyczajenia związane z odbiorem standardowego obrazu, ale i swój pochłaniający charakter i możliwość niemalże uczestniczenia w wydarzeniach prezentowanych na ekranie. Dodatkowo zważając na fakt, że filmy z powyższej serii, co stanowi chyba kolejną niepisaną zasadę, dotykają kontrowersyjnych tematów, można zadać sobie pytanie, czy w każdym przypadku chcemy być takim uczestnikiem. Do jednej z koronnych kontrowersji Dogmy 95 należy umieszczenie w „Idiotach” (1998) von Triera prawdziwych scen seksu.

Dogma 95 #1 o relacjach międzyludzkich
Filmy spełniające standardy skandynawskich reżyserów otrzymują specjalny certyfikat „Dogme ’95”. Pierwszym z wyróżnionych w ten sposób filmów jest tzw. Dogma #1, Festen (1998) o angielskim tytule „The Celebrations”, w reżyserii niewymienionego w napisach końcowych Thomasa Vinterberga.

Certyfikat dla pierwszego filmu z serii Dogma 95 – Festen (ang. The Celebrations) Thomasa Vinterberga. Źródło: dogme952012.blogspot.com

Certyfikat dla pierwszego filmu z serii Dogma 95 – Festen (ang. The Celebrations) Thomasa Vinterberga. Źródło: dogme952012.blogspot.com

Jak można się domyślić, film stworzony jest według koncepcji (co ciekawe, koncepcja stworzona była w 1995, a film zrealizowano w 1998 roku) ustalonej przez reżysera osobiście. Thomas Vinterberg, obok Larsa Von Triera, jest bowiem uważany za jednego z głównych twórców Manifestu (dwaj pozostali reżyserowie mieli dołączyć do nich nieco później, choć inne źródła wskazują na obecność czterech z nich). Mamy więc „kamerę z ręki”, słabe oświetlenie, realizm czy wręcz naturalizm i… kontrowersyjny temat. Jako, że Festen jest jednym z moich ulubionych filmów, nie mam serca zdradzać fabuły tym, którzy go jeszcze nie widzieli. Słowem wstępu – oś filmu wyznaczają 60-te urodziny głowy rodziny, dystyngowanego i świetnie odnajdującego się w patriarchacie Helge Klingelfelda. Na podstawie manifestu można domyślić się, że Vinterberg rozprawia się, bądź podejmuje próbę rozprawienia z „burżuazyjną percepcją sztuki” od strony formalnej, ale i burżuazyjną hipokryzją od strony fabularnej. Przyjęcie zostaje zaburzone przez wyznanie syna głowy rodziny – Christiana. Podczas wznoszenia toastu stawia on ojcu zarzut molestowania (zarówno jego jak i jego siostry). Reakcje współbiesiadników nie są jednak do końca standardowe…

Festen jest prawdziwą kopalnią wiedzy o relacjach, zarówno tych rodzinnych – ojca, syna, siostry, matki i każdego z nich wobec siebie w niesamowitej przeplatance, jak i tych formalnych, które trwają tylko chwilę – dystyngowany gość a dystyngowany pan domu. Czy zasady Dogmy wpływają na jakość filmu? Na odbiór – na pewno, na moją ocenę – trudno powiedzieć. Atutem filmu jest więc pewna równowaga, między zamysłem a wartością fabularną. Szczerze polecam.

Co dalej z Dogmą?
Jest rok 2005. Sygnatariusze wycofują się z Manifestu. Być może przez złośliwych, którzy doszukiwali się w filmach złamania przykazań (żaden z filmów nie spełniał ich wszystkich), być może przez fakt, iż certyfikaty były czasami przyznawane filmom bardzo słabym, a spełniającym wymogi formalne. A może jednak dlatego, że wyzwolenie się z „pewnych tendencji” skończyło się zniewoleniem w kolejnej ramie? Melancholia (2011) von Triera zdaje się łamać wszystkie zasady po kolei, można więc sądzić, że artysta nie pozwoli sobie na związane ręce, nawet jeśli związał je… sam. Pozwalając sobie na żart, który być może spodobałby się kontrowersyjnym reżyserom podsumuję: Śluby Czystości zawsze budzą frustrację.

Komentarze

Bon appetit

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Jesteś niezadowolony ze swojego życia? Uważasz, że żona Cię nie rozumie, koledzy nie szanują, a rodzone dzieci lekceważą? Nienawidzisz swojej pracy, a szefa uważasz za gbura w skórze opalonej cebuli? Chciałbyś szybko zyskać sławę i pieniądze? Może myślałeś o tym, żeby zostać znanym artystą, ale Twoje zdolności manualne pozwalają Ci co najwyżej na zmianę koła w samochodzie? Nie jesteś na straconej pozycji! Przedstawiamy sprawdzone przepisy na to, jak w mgnieniu oka pojawić się na okładkach gazet, stronach głównych portali społecznościowych, a jeżeli dobrze pójdzie nawet w śniadaniowych telewizjach! Każdy sposób został wcześniej przetestowany. Zadziwi Cię ich efektywność.

*Możliwe działania niepożądane (pojawiają się częściej niż w 1 na 2 przypadki): medialny lincz, społeczne wykluczenie, agresja słowna. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne skutki uboczne.)

Potrawka z Papieża
Nic nie zwróci na Ciebie uwagi tak skutecznie, jak instalacja z wykorzystaniem osoby Papieża, siostry Faustyny czy (jeżeli zależy Ci na efekcie podwójnego uderzenia) Matki Boskiej. Możesz byś spokojny – będą o Tobie mówić przynajmniej środowiska ultrakatolickie (a to przecież całkiem spora grupa). Jeżeli jednak pozostajesz sceptyczny i nie do końca wierzysz w siłę performance z wykorzystaniem symboli religijnych, przekonać może Cię historia czterdziestoletniej gdańszczanki – Doroty Nieznalskiej.

2001 rok stał się bezprecedensowy dla polskiej sztuki. Zaprezentowana w gdańskiej Galerii Wyspa instalacja Nieznalskiej w zasadzie natychmiast straciła walor artystycznego artefaktu, stając się symbolem sztywnych, ultrakatolickich ideologii i ciasnych światopoglądów. Grecki krzyż i fotografia organów płciowych okazały się mieszanką, której Polacy nie byli w stanie strawić. Nieznalską uznano za arogantkę obrażającą uczucia religijne i wysłano na roboty publiczne. Nawet, jeżeli dwa lata później jej działanie uznane zostało za nienoszące znamion przestępstwa, łatka tej, która zadziera z Kościołem (jako instytucją trzęsącą polskim światem sztuki), skutecznie odstraszała galerie przed wystawianiem jej prac. A przecież przed kosztami ciągnącego się przez dziewięć lat procesu uchronić mogła lektura krótkiego opisu kuratorskiego. Rację miała Izabela Kowalczyk mówiąc, że liczy się głos tego, który głośniej krzyczy – i łatwiej, i szybciej było obrzucać Nieznalską polskim błotem niż posłuchać, co ma do powiedzenia. Nie ma sensu rozprawianie o wolności artystycznej, kiedy ma się do czynienia z terrorem rodem z czasów inkwizycji (to duże szczęście, że Nieznalskiej nie spalono pod Pałacem Kultury na stosie europalet). Kowalskiemu nie podobało się, że jego dzieci – tuż po pierwszej komunii świętej – oglądać będą penisy przyczepione w miejscu zarezerwowanym dla Jezusa? Wystarczyło trasę do/z podstawówki obmyślić tak, żeby szerokim łukiem omijała galerię. Wszyscy byliby zadowoleni. Psikus polegał na tym, że Kowalskiemu w szkole, domu i na lekcjach katechezy powtarzano do znudzenia, że jako mężczyzna ma być silny, męski, zaradczy i odważny, bo jeżeli taki nie będzie, to nie zasłuży na szacunek i wszyscy będą go wytykać palcami. Kiedy Nieznalska chciała pokazać mu, jakie ograniczenia narzuca sobie tkwiąc w utartych społecznych schematach, żądał zamknięcia jej w więzieniu i ocenzurowania jej prac. Próbując przypiąć do czoła Nieznalskiej karteczkę z napisem „jestem złym człowiekiem”, kamieniujący wystawili laurkę samym sobie. Mieli wyjść na dzielnych obrońców nienaruszalnych świętości, a wyszli na maluczkich majstrów o kruchym ego.

Tęczowe muffinki
Odwoływanie się do wartości religijnych w istocie bywa ryzykowne. Dla tych, którzy preferują rozwiązania nieco mniej brawurowe, przygotowaliśmy pomysł prostszy w realizacji. Potrzebne będą: zbiór produktów w tęczowych kolorach (pamiętaj o wszystkich barwach!) oraz niewielki skrawek popularnej przestrzeni miejskiej (polecamy wszelkiego rodzaju ruchliwe ronda, przejścia podziemne w centrum, aktywnie eksploatowane parki). Kluczowym składnikiem jest jednak homofobia (w im czystszej postaci, tym lepiej) – to ona decyduje o powodzeniu całej operacji.

Kiedy na posępnym Placu Zbawiciela pojawiła się radosna i bijąca energią tęcza, mijający ją przechodnie zwykle żywili ku niej pozytywne emocje. Czy była ładna czy brzydka, zależało od poczucia estetyki, zgodnie jednak przyznawano, że nikomu nie wadzi i może stać tam, gdzie stoi. Jednak pewnego dnia uważny obserwator zwrócił uwagę wszystkich, że przecież tęcza to nie tylko symbol dziecięcej niewinności, pomyślności i szczęścia, ale także – o zgrozo – homoseksualizmu. I wtedy zaczęły się schody. Kto wydał zgodę na to, żeby w centrum stolicy, miasta reprezentującego cały kraj, stanęła widoczna w promieniu kilometra rzeźba niebotycznych rozmiarów, składająca hołd wulgarnym praktykom seksualnym? Ponieważ akcje na facebooku, petycje i pikiety nie przynosiły pożądanych skutków i tęcza nadal stała tam, gdzie ją ustawiono, sięgnięto po środki bardziej radykalne. Nie pomogły groźby prośby, zatem tęcza została spalona. Podjudzeni całą sprawą obrońcy moralności zapewne nie zdawali sobie sprawy, że podkładając ogień, strzelili sobie w kolano. Za ich sprawą instalacja Wójcik przestała być tylko kolorową rzeźbą, której urzędowanie na Placu Zbawiciela zakończyłoby się po trzech miesiącach. Dzięki demonstracjom przeciwko niej/w jej obronie, na stałe wpisała się w warszawski krajobraz, nabierając nowych konotacji, silnego metaforycznego znaczenia i zyskując miano naczelnego symbolu walki z nietolerancją. Im częściej była odbudowywana, tym liczniej gromadziły się pod nią ekskluzywne grupy wandali wykrzykujących neonazistowskie hasła. Okazało się, że pogarda dla mniejszości seksualnych jest tak silna, że tłumi resztki przyzwoitości i wyzwala zachowania agresywne. Tworząc tęczę Wójcik wprowadziła do obiegu nie tylko rzeźbę-symbol, ale przede wszystkim dzieło-ekran, na którym projektowane są zaściankowość i prowincjonalizm sporej części społeczeństwa. Za to bezpardonowe objawienie, Wójcik należy się co najmniej mały wieniec laurowy i tablica pamiątkowa.

Ryba po żydowsku
Nadal bezsprzecznie najbardziej widowiskowe okazują się te działania, które w jakikolwiek sposób łącza się z zagadnieniem polskiej martyrologii. Możesz być prawie pewien, że niezależenie od środka przekazu, na jaki postawisz, sukces Twojego przedsięwzięcia masz w kieszeni (szczególnie, jeżeli w swojej pracy zdecydujesz się na odniesienia do czasów II wojny światowej).

Jeżeli masz dzieci w wieku szkolnym, które nadal nie mogą rozstać się z walającymi się po całym mieszkaniu klockami lego, możesz pożyczyć jeden z zestawów i inspirując się Zbigniewem Liberą, zbudować z nich na przykład kształtny obóz koncentracyjny. Pomysł Libery był na tyle obiecujący i reprezentatywny, że zadecydowano o jego wystawieniu w polskim pawilonie na Biennale w Wenecji. Ale że kuratorzy byli ludźmi o wyjątkowej wrażliwości i niskiej odporności na krytykę, po fali protestów szybko ocenzurowali budowlę Libery i delikatnie zasugerowali, że powinien zbierać swoje zabawki i zawijać się szybciutko do Polski.

Przypadek Libery to wisienka na torcie. Wyrwana z kontekstu i analizowana w tendencyjny sposób praca zmieniła swoje znaczenie. Zamiast zwracać uwagę na narzucany za pośrednictwem zabawek model wychowania (z klocków, w myśl hasła przewodniego firmy, można co prawda zbudować każdą rzecz, ale tylko taką, która nie będzie niosła za sobą negatywnych skojarzeń), stała się mechanizmem zapalnym dla stereotypowych opinii. Polscy odbiorcy znów dali popis swoim ciasnym światopoglądom i słabo rozwiniętym zdolnościom krytycznego myślenia. Jeżeli kilka kilogramów klocków jest w stanie wpływać na zachowanie dorosłych ludzi, tym silniej modelowało będzie charakter dziecka. Rosnące zyski duńskiego potentata są w tym kontekście co najmniej niepokojące.

Jeżeli już wybierzesz, która drażliwa społecznie kwestia stanie się tematem Twojego dzieła, możesz zakasać rękawy i zabrać się do pracy. Musisz jednak wiedzieć, że z robieniem sztuki jest jak z parzeniem kawy – każdy umie zalać inkę, ale tylko ci, którzy radzą sobie z obsługą ekspresu ciśnieniowego, zarobią na swoim macchiato. Jakkolwiek banalne wydaje się jej uprawianie (wrzucę trochę Papieża, paru homoseksualistów i przyprawię kilkoma nazistami), istnieje spore ryzyko, że zamiast pobudzającego cappuccino wyjdzie z tego mdła lura. Cappuccino kupią wszyscy – nawet ci, którzy go nie lubią. Lurę będziesz musiał wypić sam.

Komentarze
Komentarze do:

"2"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję