Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

18

Przestrzeń
#18

Letni krajobraz zaczyna być powoli wypierany przez pierwsze oznaki jesieni, która zbliża się nieubłaganie. Nikt nie lubi przecież rozstań z wakacyjną beztroską, ciepłymi wieczorami, zapachem kwiatów, wyczekiwanymi podróżami. Każde rozstanie jest trudne, bo zostawia niedosyt, zaskoczenie, żal, ból. Zmusza nas do przearanżowania codzienności, skierowania jej na zupełnie nowe tory.

Wraz z kończącymi się wakacjami, w sierpniowym wydaniu Magazynu Przestrzeń podejmuje temat rozstań.  Zastanawiamy się nad etapami, przez jakie przechodzimy po rozłące z bliską osobą. Analizujemy rolę emocji w naszym życiu i problem współczesnego zatracenia kontaktu z nimi na rzecz rozumu. Cofamy się w czasie, aby podejrzeć rozstania powstańców. Przekonujemy do pożegnania się z nawykiem szybkiego życia i skupieniu na chwili obecnej. W felietonach pochylamy się nad przemijaniem w architekturze powojennej Warszawy lat 50. i 60. w ujęciu fotografii Zbyszka Siemaszki skontrastowanej ze zbiorową pamięcią mieszkańców stolicy, w tym Leopolda Tyrmanda. Podajemy także prosty przepis na codzienność.

Przełamujemy kolejne łóżkowe tabu – tym razem jest nim dyspareunia, czyli bolesne współżycie. Zastanawiamy się też nad kobiecym orgazmem i zachęcamy do wyruszenia w podróż po własnej seksualności w oparciu o recenzję pewnej zaskakującej książki.

Ponadto, rozważamy istotę zwycięstw w naszej historii. Wyruszamy w podróż do Hebronu, aby przyjrzeć się kulturze tego miejsca. Uczestniczymy w spotkaniu śpiewaczym Adama Struga i przysłuchujemy się śpiewom plemiennym. Nasz gość przeprowadza wywiad z meksykańskim malarzem - José Anaya. Poznajemy także twórczość Marcina Stelmacha, laureata sierpniowego konkursu Przestrzeń dla poetów, a naszym artystą numeru jest Sebastian Skowroński.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Jak przetrwać rozstanie? Kilka wskazówek na dobry początek

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Rozstanie nigdy nie jest łatwe, zarówno dla jednej jak i drugiej strony. Łączy się ono z wieloma emocjami i uczuciami: żalem, tęsknotą, gniewem, bezsilnością, poczuciem winy, świadomością utopionych kosztów (czasu, zaangażowania, wysiłku) i wielu innych. Czy możliwe jest przetrwanie tego trzęsienia ziemi i ułożenie sobie życia na nowo? Oczywiście, że tak! Wystarczy sobie na to pozwolić i zastosować kilka przydatnych wskazówek.  

5 etapów żałoby

Odejście bliskiej osoby, z którą spędziło się kawałek własnego życia z pewnością można uznać za kryzys z jakim trzeba sobie poradzić. Okres ten bez wątpienia można porównać z żałobą. Elisabeth Kubler-Ross psychiatra i terapeutka na podstawie swojej wieloletniej praktyki stworzyła i opracowała 5 etapów żałoby.

Zaprzeczenie

Pierwszym etapem jest ZAPRZECZENIE. W okresie tym próbujemy wmawiać sobie, że to pomyłka. Wypieramy z naszej świadomości wszystkie symptomy i racjonalne wytłumaczenia rozstania. Często posuwamy się nawet do ubarwiania rzeczywistości, usprawiedliwiania czynów, czy słów drugiej osoby i jej idealizowania.

Jak to przetrwać? Przede wszystkim zacznij myśleć zadaniowo. Nic ci nie da ciągłe rozpamiętywanie, zamartwianie się, czy wyliczanie, co można było zrobić żeby do tego nie dopuścić. Jeśli przynajmniej jedna ze stron tak postanowiła to najwidoczniej były ku temu powody. Postaraj się zapisać wszystkie motywy, które za tym rozstaniem przemawiały. Pamiętaj, że możesz mieć skłonności do idealizacji byłego związku i tuszowania faktów. Z tego powodu przygotowana przez ciebie lista pomoże w racjonalnym spojrzeniu na sytuację i oswojeniu się z samym faktem rozstania.

Gniew

Kolejnym etapem jest GNIEW, który osoby po rozstaniu kierują na siebie nawzajem, lub wobec siebie samych. Objawia się on poprzez złorzeczenie, obgadywanie, publiczne ośmieszanie, szkalowanie, wyciąganie najgorszych informacji o byłym/byłej. Dzieje się tak, ponieważ człowiek potrzebuje racjonalnie umotywować swoją decyzję, bądź zmniejszyć poczucie straty. Nie jest to przyjemny okres, jednak w jakimś stopniu pomaga oczyścić się z żółci powstałej z mieszanki negatywnych emocji. Gniew ten może się również przerodzić w użalanie się nad sobą i obarczanie wszystkich dookoła swoim tragicznym położeniem. Wpływa to przede wszystkim na zaburzenie poczucia własnej wartości i pogłębianie kompleksów, a dodatkowo na gorsze relacje ze znajomymi.

Co robić z gniewem? Wyrzuć go z siebie! Wykrzycz, wybiegaj, wytańcz, wyćwicz… Zrób wszystko to, co przyjdzie ci do głowy pamiętając o tym, żeby było to zgodne z naszym prawem i w konstruktywny sposób pozwoliło ci pozbyć się napięcia. Zajmij się aktywnościami, na które nigdy nie miałaś/miałeś czasu, zrób coś niezwykłego, spontanicznego. Odetchnij i zacznij żyć. Przecież właśnie masz ku temu najlepszą możliwość.

Targowanie

Trzecim etapem jest TARGOWANIE się, czyli nasze wyimaginowane postulaty mające zmienić obrót spraw. W tym momencie pojawić się może gdybanie i roztrząsanie całej sytuacji po raz kolejny, szukanie wyjaśnień, czy nowych dróg wyjścia, np.: „jeśli będę chodził na siłownię, zmienię fryzurę, wrzucę na portal społecznościowy zdjęcie z inną kobietą/mężczyzną to wzbudzę zazdrość, żal czy tęsknotę w byłym/byłej i wróci do mnie.”

W okresie tym najlepiej zadbać o wyeliminowanie z otoczenia, w którym się przebywa, elementów mogących wzmacniać tęsknotę, wywoływać wspomnienia. Być może dobry wpływ będzie miało również zmienienie środowiska społecznego. Wspólni znajomi bardzo często stawiani są w trudnej sytuacji, w której muszą opowiedzieć się po jednej ze stron, bądź traktowani są jak pośrednicy. Trudno w takich sytuacjach pozostać bezstronnym. Z tego względu stworzenie sobie sieci nowych znajomych bardzo często staje się korzystnym elementem i motywatorem do zmiany własnego życia, nowych hobby i spokojniejszego przechodzenia przez okres żałoby.

Depresja

Przedostatnim etapem przeżywania żałoby jest depresja. Stan, w którym osoba wycofuje się z kontaktów społecznych. Uważa, że już nic nie ma sensu, czuje się bezradna, bezsilna. Targają nią różne emocje, z dużym zaakcentowaniem żalu.

Moment ten jest niezwykle trudnym etapem żałoby. Pozwala on jednak na wyciszenie się i stopniowe dochodzenie do równowagi. Pod warunkiem, że osoba pozostająca w okresie depresji nie zamknie się całkowicie na otoczenie. Wtedy najlepiej pomóc mogą specjaliści psychologowie, psychiatrzy, bądź przyjaciele, którzy wesprą i nie pozwolą na dalszą izolację. Rolą tych osób jest po prostu zrozumienie i wysłuchanie. Zadaniem osoby potrzebującej wsparcia jest przede wszystkim nazwanie swoich uczuć i zrozumienie ich pochodzenia w celu eliminacji nieprzyjemnych doznań.

Akceptacja

Ostatnim, ale kluczowym etapem jest akceptacja. Stan ten pozwala odpuścić nierównej walce z emocjami i pogodzić się z losem. Dopiero w tym momencie człowiek może poczuć się psychicznie wolny. Być może wiele przyjemnych wspomnień sprzed rozstania, będzie wracać w różnych chwilach, jednak nie będą one już tak angażujące. Wszelkie wątpliwości powoli przycichną, a człowiek odzyska wolność i sposobność ku temu, aby zacząć życie na nowo, wierząc, że wszystko jeszcze przed nim.

Warto pamiętać o tym, że każde rozstanie jest inne, jednak niesie ze sobą ciężki bagaż emocji i przykrych doświadczeń. Dodatkowo każdy po zakończeniu związku, w mniejszym lub większym stopniu przechodzi przez wyżej wymienione etapy żałoby. Z tego względu wskazówki dotyczące radzenia sobie z kryzysem rozstania mogą być uniwersalne. Pamiętajmy jednak, że najważniejsza jest nasza chęć, aby wyjść z położenia, w jakim się znajdujemy.

Komentarze

Emocje – przyjaciel czy wróg?

W miarę jak rozwijała się cywilizacja, w dużym stopniu zatraciliśmy umiejętność kontaktowania się z naszymi emocjami. Zdominowało myślenie racjonalne, logiczne, zapomnieliśmy o pierwotnej funkcji emocji. Często określenie, że ktoś jest uczuciowy ma znaczenie pejoratywne. Z pochwałą natomiast spotykają się ci, którzy myślą racjonalnie. Nie pamiętamy jednak, że nasze myśli mogą podlegać wpływowi wewnętrznych sił, a wybory mogą być podyktowane wcześniejszymi doświadczeniami wypartymi do nieświadomości. Całkiem naturalne stało się pytanie „co ktoś myśli”, natomiast rzadko pada pytanie „co czujesz?”.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Rozwój intelektualny zdecydowanie wyprzedził obszar emocjonalny. Zapomnieliśmy jak z niego korzystać i do czego służy. Zaczęliśmy nawet dzielić emocje na te dobre i te złe, krótko mówiąc oceniać je. W efekcie nauczyliśmy się ukrywać uczucia określane przez społeczeństwo jako złe. Często udajemy, że nie istnieją. Małe dzieci spontanicznie wyrażają emocje – kładą się na podłodze płacząc, tupią, obrażają się. Jeśli są jednak za to karane, przestają okazywać uczucia w obawie przed skarceniem. Stopniowo mogą nawet stracić z nimi kontakt. Oczywiście nie chodzi o to, by zgadzać się na przejawy terroru emocjonalnego ze strony dziecka, jednakże jest to osobny problem, wykraczający poza ramy artykułu.

Kontakt z emocjami możemy utracić również wówczas, gdy urazy bądź braki są bardzo nasilone, zagrażające. Nasze odczucia wtedy też są bardzo silne, dlatego odcinamy się od nich, by przestać je przeżywać. Jeśli przytrafia się to często w dzieciństwie, w dorosłym życiu można nie wiedzieć, co właściwie się czuje. Co więcej, nie mając kontaktu z własnymi emocjami trudne staje się także rozpoznawanie emocji innych ludzi, czyli tzw. empatyzowanie.

Zdolność kontaktowania się z własnymi emocjami, rozpoznawania ich i łączenia z logicznym myśleniem jest ważna również do asertywnego i adekwatnego reagowania na sytuację. Asertywność jest umiejętnością klarownego wyrażania własnych myśli i potrzeb. Osoba taka broni swoich praw nie czując przy tym dyskomfortu, jednocześnie akceptuje prawa i potrzeby innych ludzi.

Z byciem asertywnym wiąże się też poczucie własnej wartości. Wyobrażenia na swój temat kształtują się od dzieciństwa. Jeżeli doświadczaliśmy wtedy akceptacji tego, jacy jesteśmy i co czujemy, poczucia bezpieczeństwa i więzi sami też będziemy respektować siebie. Pocieszający jest fakt, że jeśli nawet nie doświadczyliśmy zaspokojenia powyższych potrzeb psychicznych w stopniu wystarczającym – jako dorośli możemy odbudowywać zdanie na temat swój i świata, odkrywając puzzle potrzeb na nowo.

Jak więc rozumieć emocje? O czym nas informują?

Wśród emocji można wyróżnić podstawowe i pochodne. Badacze różnie definiują emocje podstawowe i tak np. wg Paula Ekmana do podstawowych należą: strach, złość, smutek oraz radość. Można je uzupełnić o zaskoczenie, zdziwienie, wstręt. Ich ośrodek znajduje się w części mózgu bardziej pierwotnej niż kora mózgowa, stąd można uznać, że emocje mają ewolucyjnie spełniać jakąś funkcję. Tak też jest. Posiadają ogromny potencjał do wykorzystania, jednakże istnieje jeden warunek – nie można ich oceniać jako dobre/złe. Odczytywanie własnych emocji pozwala na nauczenie się rozpoznawania, co oznaczają i o czym nas informują.

Złość czy gniew są emocjami uważanymi za złe, niewłaściwe. Gdy nie są społecznie akceptowane, uczymy się je wypierać i odrzucać. Już w dzieciństwie zdarza się słyszeć: „przestań się złościć”, „złość piękności szkodzi”, „grzeczne dziewczynki się nie złoszczą”, itd. W efekcie można unikać okazywania złości, obawiać się jej, wstydzić a w końcu zaprzeczać, że w ogóle istnieje.

Jak wcześniej wspomniałam, złość jest emocją podstawową. Informuje nas o czymś dla nas ważnym, ale o czym? Pamiętasz, kiedy ostatni raz się zezłościłeś na coś? Np. uciekł ci autobus, na który się tak spieszyłeś; znajomi plotkują na twój temat; nie dostałeś podwyżki, którą ci obiecywano? Złość zatem pojawia się, gdy oczekiwania nie zostaną spełnione lub kiedy zostają naruszone granice. Informując o tym, co się zadziało. Odczuwanie złości mobilizuje organizm do działania, dodaje energii i siły. Gdy nie pozwalamy sobie tej złości poczuć i staramy się ją w sobie uciszyć, trudniej jest rozeznać, co się wydarzyło i czego potrzebujemy w danej sytuacji. Brak przyzwolenia na złość sprawia, ze boimy się własnej i cudzej, myląc ją często niesłusznie z agresją.

Podobnie jak złość, strach również pełni ważną rolę. Ostrzega przed niebezpieczeństwem. Był chyba najważniejszą emocją, która pozwoliła na przetrwanie gatunku. Często postrzegany jest jako coś wstydliwego, bo zdecydowanie ceniona jest odwaga. Pierwotnie strach pozwalał na automatyczną reakcję w momencie zagrożenia: walki bądź ucieczki. Wycofywanie się nierzadko chroniło. Warto zaprzyjaźnić się ze strachem, zaakceptować go, bo to, co nazwane i wyrażone przestaje być straszne.

Na przeciwnym biegunie strachu może być złość a nawet agresja. Podobnie jak zwierzęta reagujące agresywnie na tle lękowym, tak różni agresorzy po prostu się boją, np., że ktoś pomyśli, że są słabi, boją się oceny czy utraty wizerunku.

Nie mamy możliwości asertywnego reagowania, jeżeli nie mamy kontaktu z własną złością. Nie „oswoiwszy” złości, nawet nieświadomie, będziemy zachowywać się agresywnie – zaspokajając swoje potrzeby kosztem innych. Warto jest dać sobie prawo do złości i zaakceptować ją. Zauważenie i nazwanie jej sprawia, że przestaje wtedy być tak straszna i zagrażająca. Jeśli potraktujemy pojawiającą się złość jako naturalną emocję – nie dobrą i nie złą, a po prostu ważną – która jest nośnikiem informacji, łatwiej też będzie ją wyrazić.

Co, jeśli nie pozwolimy sobie na asertywność?

Brak przyzwolenia sobie na „bycie człowiekiem”, które równoważne jest czuciu całej palety emocji, zarówno złości i smutku, rozczarowania i satysfakcji, nie pozwala na bycie sobą. Niesłuchanie swoich potrzeb, a tym samym brak asertywności może prowadzić do kumulowania różnych trudnych emocji – rozczarowania, nagromadzonej złości, poczucia krzywdy czy wykorzystania. Kiedy dojdzie do ich skumulowania, żyją własnym życiem i skutkują zachowaniami agresywnymi lub autoagresywnymi – w końcu i tak znajdą ujście. Dlatego warto jest słuchać ich na bieżąco.

13396870_1182084058508302_1256666813_oGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Karolina Jankowska
Psycholog ze specjalnością kliniczną, aktualnie w trakcie szkolenia w Szkole Psychoterapii Psychodynamicznej Krakowskiego Centrum Psychodynamicznego (rekomendowanego przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne). Pracuje w Centrum Psychoterapii Vide.

Komentarze

Rozstania z Powstania

Czy wyobrażałeś sobie kiedyś, jak wygląda miłość pośród huku bomb? Albo jak smakuje pocałunek skradziony przed wyjściem na barykady? Dla ludzi biorących udział w Powstaniu Warszawskim w 1944 roku, była to codzienność, a raczej ucieczka od codzienności, od przyjaciółki śmierci, która nie chciała opuścić ich na krok.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Powstańcze miłości

Był taki czas, kiedy wiek nie miał znaczenia, chcieli iść i walczyć, oddać serce i ciało za kraj, który próbował się wydrzeć z kajdan. Był taki czas, kiedy chcieli kochać, zobaczyć uśmiech na wymarzonej twarzy dziewczyny z sąsiedztwa, czy błysk w oku wypatrzonego na szkolnym korytarzu chłopaka. I był taki czas, kiedy jeden i drugi się spotkał. Powstanie Warszawskie. To nie był dobry czas na miłość.

A miłość żyła w dorosłych i dzieciach. Ludzie uciekali od mroków wojny, bestialskich mordów, braku nadziei na jutro, do małej chwili bliskości z drugim człowiekiem. W miłości znów mogli współczuć, doceniać, myśleć o czymś więcej, niż tylko o ataku niemieckich okupantów, czy strachu przed nalotem bombowym. Miłość była świętem, ale i największą trwogą. Bo o nikogo tak się nie bano, jak o ukochaną osobę, że ją aresztują, będą torturować, zabiją i zaginie o niej słuch.

W tym czasie, kiedy szpiedzy i sprzedawczycy czaili się na każdym kroku, a niemieckie patrole wyłapywały podejrzanych, był też czas na spacer, czas na zaręczyny, czy śluby. Małe święta, pośród mroku, gdzie liczył się każdy dzień, każdy moment, aby dopiec okupantowi i odzyskać Warszawę, odzyskać Polskę.

Rozstania – ostatni pocałunek

Rozstania kochanków, codzienność powstańców. Rozstania na zawsze. Ostatnie pocałunki, spojrzenia i uściski dłoni, tkliwe wyznania, szeptane przez wysuszone usta. Wiedzieli, że nigdy się nie zobaczą, nie staną na ślubnym kobiercu, wesoła gromada dzieci nie otoczy ich w wigilijny wieczór. Zostanie im tylko wspomnienie ulotnej chwili wytchnienia od wojny, od strachu, od zbrodni, w ramionach ukochanej osoby, której nigdy nie chcieli stracić.

Kiedy wybiła godzina W, nic nie było takie same jak wcześniej, walka o broń, o kolejne ulice, sromotne porażki i budujące zwycięstwa to była codzienność walczącej Warszawy. Wśród barykad, ukradkiem i całkowicie przypadkiem, przy dudnieniu karabinów, wśród oddechu od walki i krzyku, rodziły się nieśmiałe miłości, które rozdzielała bliska przyjaciółka wojny – śmierć. Rozstania bez powrotu, bez nadziei na jutro. Kiedy wychodzili na akcje, wiedzieli, że nie wrócą, że nie spotkają się znowu. Wiedzieli też po co idą, o co walczą, jaka jest cena ich zawiedzionej miłości. A była nią Polska. Dla niej składali w ofierze rozstania z ukochanymi i własne życie.

Bibliografia:

Materiały archiwalne: Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie

Komentarze

Recenzja książki: Idealna

Stachula_Idealna_3D_500pcxTo jest idealna książka na wakacje. Leżenie na plaży, opalanie, spacery, zimne drinki z parasolką. Wszystko fajnie, ale ile można. Ta książka wprowadza niezłą dawkę adrenaliny do wakacyjnej nudy. A pochłania się ją w jeden wieczór.

Idealna Magdy Stachuli jest pozycją z modnego i popularnego ostatnio gatunku domestic noir. To historie będące thrillerami psychologicznymi skupiającymi się na lękach i niepokojach przeżywanych przez kobiety, ukazującymi ciemną stronę kobiecej natury. Ich bohaterki to, na ogół, na pierwszy rzut oka kobiety spełnione, będące w szczęśliwych związkach, skrywające jednak pod warstwą lukru wiele tajemnic, gniew, żal czy chęć zemsty. Czytelnik nie dostanie gwarancji happy endu.

Autorka zastosowała bardzo chwytliwy zabieg opowiadania historii naprzemiennie przez cztery postacie: dwie kobiety, dwóch mężczyzn. Rozdziały są króciutkie, zwykle kończą się w momencie trzymającym w napięciu, tzw. cliffhangerze, pozostawiając czytelnika w niepewności do kolejnej części. Także dzięki temu książkę czyta się błyskawicznie.

Fabuła koncentruje się wokół małżeństwa Anity i Adama, którzy od wielu miesięcy bezskutecznie starają się o dziecko. Ich perfekcyjny z początku związek ewoluuje w niebezpiecznym kierunku, pojawia się wzajemne odtrącenie, izolacja, niezrozumienie. A także ktoś trzeci. I czwarty. Jednocześnie dowiadujemy się, że ulubionym wypełniaczem czasu Anity jest podglądanie mieszkańców europejskich miast przez kamery miejskiego monitoringu. Co zobaczy, dokąd ją to zaprowadzi? I kogo przyprowadzi do niej? Rozwiązanie zagadki poznajemy już w połowie książki. Później napięcie już tylko rośnie.

Idealna nie jest lekturą idealną, jednak, mimo kilku niedociągnięć, to udany debiut. Autorka sprawnie buduje napięcie, maluje portrety psychologiczne bohaterów, interesująco przedstawia Kraków i Pragę. Ciekawa jestem co powstanie po Idealnej, bo Magda Stachula dość wysoko zawiesiła sobie poprzeczkę.

Zachęcam do lektury tej książki, a jednocześnie zapraszam do obserwowania naszego profilu na Facebooku ­ wkrótce pojawi się na nim konkurs, w którym będzie można wygrać Idealną, a także inne książki!

Idealna, Magda Stachula
Wydawnictwo Znak Literanova

Komentarze

Slow life – ciesz się życiem

Można by pomyśleć, że mój tryb życia i filozofia „slow life” nie idą razem w parze. Jestem w ciągłych rozjazdach, muszę działać szybko, często brakuje mi czasu i rzadko bywam w domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat – zaczęłam o tym sporo czytać i doszłam do wniosku, że ta filozofia staje mi się coraz bliższa.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Odkąd pamiętam, zależało mi, aby robić w życiu takie rzeczy, które dadzą mi nie tylko pieniądze, ale również satysfakcję. Było dla mnie bardzo ważne, by moja praca dawała mi możliwość wyboru tego co, kiedy, z kim i jak długo będę robić. Dzisiaj z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tak właśnie wygląda moje życie. Od lat realizuję się w pracy z ludźmi, która sprawia mi ogromną radość! I choć udało mi się to, co sobie zaplanowałam, to nie obyło się bez potknięć. Jednym z nich był błąd, który kiedyś popełniłam.

Sukces ponad wszystko

Moje cele zawsze stawiałam wysoko i dawałam z siebie wszystko, aby je zrealizować. Zdobywałam kolejne tytuły w planie marketingowym i odniosłam wiele sukcesów, jednak nie zawsze było kolorowo. Doświadczyłam wiele porażek, dzięki którym przez ostatnie lata nauczyłam się wiele o sobie, otaczających mnie ludziach, o życiu… Każdy dzień przynosił nowe lekcje. Niestety nie zawsze potrafiłam je dobrze wykorzystać i tak jak wielu z nas, popełniałam te same błędy.

Obecnie żyjemy bardzo intensywnie, jesteśmy w ciągłym ruchu i nieustannie działamy na najwyższych obrotach. Wszystko po to, żeby ze wszystkim zdążyć – przecież jest tyle spraw do załatwienia. Żyjemy w stresie i ciągłym pośpiechu, odbierając sobie radość płynącą z życia. Kładziemy się spać i budzimy się z głową pełną myśli na temat zadań i obowiązków, które na nas czekają.

Okazuje się jednak, że można to wszystko odmienić – jeśli tylko się odpowiednio zaplanuje, ustali priorytety i da sobie chwilę wytchnienia. Zwolnienie obrotów wcale nie oznacza dłuższej pracy – wręcz przeciwnie. Pozwoli to na bardziej efektywne działania. Ciesząc się z każdej chwili, potrafimy na plus zmienić nasz stosunek do ludzi i otaczającej nas rzeczywistości. Sama doświadczyłam tego, że prawo przyciągania działa – i to od nas zależy, jak je wykorzystamy. Przyciągamy do siebie zarówno ludzi, jak i zdarzenia, o których myślimy. Tylko od nas zależy, czy swoimi myślami przyciągniemy pozytywne, czy negatywne sytuacje.

Przyznam jednak szczerze, że sama miałam w swoim życiu czas, kiedy do utraty tchu zależało mi na tym, by zrealizować swoje cele. Poświęcałam tym samym swoje życie prywatne. Nieustannie miałam coś do załatwienia, a w mojej głowie pojawiały się kolejne pomysły i projekty do wdrożenia. Nie potrafiłam jednak spokojnie celebrować sukcesów. Po osiągnięciu jednego celu, natychmiast wyznaczałam kolejny. I chociaż wiem, że nie byłabym tu, gdzie jestem teraz, gdyby nie moja systematyczna i konsekwentna praca to chciałabym zwrócić uwagę na błąd, który popełniłam – nie umiałam cieszyć się chwilą.

W mojej gonitwie na wyznaczony przez siebie szczyt zapomniałam, by celebrować każdy sukces. Nie potrafiłam tego robić, ponieważ ciągle się śpieszyłam. Zapomniałam, że trzeba po prostu żyć.

Tu i teraz

Przez lata bycia w ciągłym biegu zrozumiałam, że jednak nie tędy droga. Zaczęłam podchodzić do swojej pracy zupełnie inaczej. Oczywiście dalej realizuje swoje cele i mam głowę pełną pomysłów, które systematycznie wdrażam w życie, jednak zaczęłam wyznawać zasadę: mniej stresu, więcej radości.

Taką zmianę zapoczątkowały moje podróże kulinarne, podczas których odkryłam nowy trend na świecie – restauracje typu „slow”, do których zaglądam, aby się zrelaksować. Dziś zwalniam tempo nie tylko dzięki wakacjom, które staram się organizować sobie kilka razy w roku. Dzięki moim przeżyciom zaczęłam patrzeć na świat w nieco inny sposób…

Oczywiście nadal uważam, że dążenie do osiągnięcia sukcesu jest czymś niesamowitym i zachęcam do tego każdego. Widzę teraz bardzo wyraźnie, jak ważne jest czerpanie energii z tego, co spotykamy na swojej drodze do celu, ponieważ zbyt wielu ludzi staje się niewolnikami czasu. Od samego rana gdzieś się śpieszymy, nie mając nawet chwili na to, by spokojnie zjeść śniadanie. Chcemy wykorzystać każdą sekundę, dlatego wszystko robimy błyskawicznie – łącznie z jedzeniem, do którego nie przywiązujemy zbytniej wagi.

Problem w tym, że jeśli w końcu znajdziemy dla siebie chwilę, to nie potrafimy się nią cieszyć.

Czy przypadkiem nie brzmi dla ciebie znajomo to, że będąc w restauracji płacisz od razu po zamówieniu, a podczas posiłku rozmawiasz przez telefon, sprawdzasz maila i swoje profile w social media? Czy ty również wychodzisz wcześniej z kina, aby zdążyć przed tłumem lub z koncertu, by zdążyć przed korkami? Czy ty również jeździsz na wakacje z laptopem i telefonem służbowym?

Zatrzymaj się na chwilę! Znajdź czas dla siebie i celebruj ten moment. Znajdź czas dla swoich bliskich i przyjaciół – bez towarzystwa telefonów, poczty czy portali społecznościowych. Jedz posiłki w spokoju, a czas przeznaczony na sen przeznaczaj na sen – nie na nadrabianie zaległości.

Zapoznaj się z filozofią slow life i zwolnij tempo:

  • Znajdź chwilę dla siebie i dla swoich najbliższych
  • Przytul partnera przed wyjściem z łóżka i pomyśl, co dobrego dziś na Ciebie czeka
  • Zawsze jedz śniadanie. Myśl o posiłkach, jedz zdrowo, regularnie i o stałych godzinach. Jedzenie niech będzie dla Ciebie czasem relaksu w ciągu dnia – nie myśl wtedy o niczym, rozkoszuj się smakiem. Kiedy jesz z rodziną, to przy ładnie nakrytym stole.
  • Pozwól sobie na nudę – znajdź chwilę w ciągu dnia, żeby nie robić NIC. Popatrz się w okno, zanurz w marzeniach, pomyśl o czymś przyjemnym.
  • Rób zakupy w osiedlowym sklepie, w którym będziesz mieć czas, by porozmawiać ze znajomą sklepikarką. Nie gnaj do bezosobowych supermarketów.
  • Kiedy robisz coś – skup się w 100% na tej czynności, bez patrzenia na zegarek.

Po prostu – ciesz się życiem!

 

Magda Szewczuk_CzerwonaSzpilkaGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Magdalena Szewczuk
CEO kobiecej organizacji Czerwona Szpilka, businesswoman, liderka, trenerka biznesu, psycholog społeczny, dietetyk.

Posiada kilkunastoletnie doświadczenie w sprzedaży, marketingu i budowaniu zespołów. Swoje doświadczenie buduje już od 2003 roku, kiedy to swoje życie zawodowe związała z obszarem sprzedaży bezpośredniej i marketingu sieciowego. Od 2007 roku z dużym sukcesem współpracuje z firmą Betterware a teraz skutecznie rozwija markę Blue Nature – linię produktów wellness, należącą do firmy. W Betterware osiągnęła najwyższy tytuł, stając się Diamentowym Dyrektorem Generalnym. Prowadzi biznes w Polsce, Czechach i na Słowacji. Bazując na swoim bogatym doświadczeniu, na co dzień pomaga innym spełniać swoje marzenia i konsekwentnie dążyć do celu, ponieważ praca, którą się zajmuje jest jej pasją i stylem życia. Właśnie dlatego stworzyła niezależny projekt – Czerwona Szpilka, która jest organizacją wspierającą przedsiębiorcze kobiety oraz lokalnych przedsiębiorców. Magdę można również zobaczyć w projektach filmowych: „MLM od kuchni” oraz „Przepis na sukces”.

Jest kobietą pełną zaangażowania i energii, dlatego podczas licznych szkoleń i seminariów sama również chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, którą zdobywała przez lata efektywnej pracy.

Więcej na jej temat dowiesz się ze strony Magdaleny oraz ze strony Czerwona Szpilka.

Komentarze

Recenzja książki: Uwaga dochodzę!

Uwaga dochodze_W 80 orgazmów dookoła świata grzbiet 25.inddOrgazm to kulminacyjna faza podniecenia seksualnego, której towarzyszą nieopisane wręcz doznania rozkoszy. Nic więc dziwnego, że pożądany jest niemal przez wszystkich, którzy podejmują się kontaktów cielesnych z drugim człowiekiem, ale też intymnych spotkań z samym sobą. Męski orgazm jest zjawiskiem naturalnym, podanym panom niemal na tacy, a za jego wyzwolenie odpowiedzialna jest przede wszystkim stymulacja penisa. Tyle i aż tyle. Sprawa niestety wygląda zupełnie odwrotnie w przypadku kobiet, które jego odczuwania i przeżywania muszą się nauczyć.

Z tym problematycznym tematem postanowiła zmierzyć się Henriette Hell, niemiecka dziennikarka i reporterka, a także autorka sex-bloga „hellrot”. Mimo że brak orgazmu nie był dla niej powodem do zmartwień, stanowił utrapienie dla jej partnerów, chcących za wszelką cenę ją zadowolić. Ich ciągłe wyrzuty sprawiły, że Henriette postanowiła wyruszyć w podróż dookoła świata, aby… kochać się z różnymi mężczyznami. Swoją wyprawę określiła misją „Orgazm”, a zdobyte doświadczenia spisała w książce Uwaga dochodzę! W 80 orgazmów dookoła świata.

Przygoda Henriette rozpoczęła się w Indiach, gdzie codzienna praktyka jogi pozwoliła jej na odnalezienie jedności ducha i ciała, a także zrozumienie, że ziemska powłoka jest naszą świątynią. Nie obyło się także bez przygód łóżkowych, a nawet niezwykle satysfakcjonującego kontaktu homoseksualnego. Z Indii udała się do Egiptu, a stamtąd do Tanzanii, w nadziei na odnalezienie czarnoskórych mężczyzn z długimi członkami. Wyjechała stamtąd jednak rozczarowana. Spędziła też trochę czasu w Nowym Jorku, który jednak odstraszył ją powierzchownością szybko nawiązywanych relacji seksualnych. Z Ameryki udała się więc do Azji Południowo-Wschodniej (Tajlandia, Kambodża, Wietnam). Nauczyła się tam, że czasem warto odważyć się na coś szalonego. Zanim znalazła się w mieście zakochanych – Paryżu, odwiedziła Stambuł, gdzie zasmakowała stosunku analnego. We Francji przekonała się, że alkohol tłumi doznania zmysłowe oraz że trening czyni mistrza. Przedostatnim jej przystankiem było Peru. Po tej wizycie utwierdziła się w swoim przekonaniu, że dobry seks nie zawsze musi być zwieńczony orgazmem. Swoją eskapadę zakończyła w Wiecznym Mieście – Rzymie, który był idealnym domknięciem jej podróży. Czy jej misja zakończyła się sukcesem? Przekonajcie się sami!

Przesłaniem książki nie jest rzucenie wszystkiego i wyruszenie w świat, aby kochać się z przypadkowymi mężczyznami. To tylko metafora. Uwaga dochodzę! W 80 orgazmów dookoła świata jest zachętą dla kobiet do wyruszenia w podróż po własnej seksualności. Książka jest sprzeciwem wobec presji i zwątpienia w kobiecy orgazm. Nawołuje do czerpania przyjemności z życia seksualnego. Potwierdza także, że kobiety mają przed sobą trudne zadanie nauczenia się przeżywania orgazmu. Jest to jednak możliwe poprzez liczne próby, uświadomienie sobie swoich potrzeb i komunikowanie ich partnerowi, a także poznanie swoich reakcji. Jak pisze sama autorka: „To kobieta musi wyjaśnić mężczyźnie, co lubi, czego potrzebuje i co on może zrobić, żeby ją zaspokoić”.

Wiele tematów związanych z ludzką seksualnością, szczególnie tych problematycznych, nadal stanowi tabu. Uwaga dochodzę! W 80 orgazmów dookoła świata jest pozycją nie tylko dla kobiet wciąż odkrywających swoje ciało i jego reakcje. Jest także lekturą dla mężczyzn – aby zrozumieli, że każda kobieta jest inna, potrzebuje odmiennej stymulacji, a orgazm nie jest dla niej warunkiem koniecznym do osiągnięcia satysfakcji.

Uwaga dochodzę! W 80 orgazmów dookoła świata, Henriette Hell
Wydawnictwo Czarna Owca

Komentarze

Dyspareunia – kiedy seks boli…

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Rewolucja obyczajowa uwolniła tematykę seksu, wprowadzając ją do zwyczajowych plotek przyjaciółek, spotkań towarzyskich, męskich wypadów na piwo. Nie wstydzimy się mówić o swoich doznaniach, chwalić „osiągnięciami” czy wymieniać uwag na temat szeroko rozumianej seksualności swojej i innych. Oczywiście, w kwestii otwartości na te tematy należy zauważyć pewne zróżnicowanie, trzeba przy tym jednak bezsprzecznie przyznać, że seks przestał być tabu. Tylko czy zawsze?

Mimo narodowej cechy jaką jest skłonność do narzekania, kiedy mówimy o seksie wolimy mówić o jego jasnej stronie. Kolega powie koledze o „zaliczeniu laski”, nie jest jednak skory do narzekania, kiedy musiałby przyznać, że nie posiada doświadczeń seksualnych. Zakładając jednak, że mówimy o osobach czynnych seksualnie, spełnionych w związkach, możemy natknąć się na jeszcze jeden przemilczany (choć coraz częściej podnoszony) problem. Bolesne współżycie – dyspareunia (łac. dys – bolesny, trudny, zaburzony i pareunia – leżeć obok siebie w łóżku). Zaburzenie może wiązać się z przyczynami somatycznymi (dyspareunia organiczna) lub psychicznymi (nieorganiczna).

Symptomy (każdej) dysfunkcji seksualnej

Diagnozowanie każdej dysfunkcji seksualnej, rozpoczyna się w oparciu o określone kryteria (klasyfikacja ICD-10, F.52: dysfunkcja seksualna nie spowodowana zaburzeniem organicznym ani chorobą somatyczną)

  1. Osoba nie jest zdolna do uczestniczenia w związkach seksualnych odpowiednich do swoich pragnień.
  2. Dysfunkcja występuje często, lecz w pewnych sytuacjach może się nie ujawnić.
  3. Dysfunkcja występowała przez co najmniej 6 miesięcy.
  4. Dysfunkcji zupełnie nie można przypisać innym zaburzeniom psychicznym i zaburzeniom zachowania wg ICD-10, ani schorzeniom somatycznym (jak zaburzenia endokrynologiczne) czy farmakoterapii.

Ból i co jeszcze?

W przypadku dyspareunii trudno zaprzeczyć pierwszemu z kryteriów – związki seksualne i związane z nimi pragnienia są zaburzone przez pojawiający się podczas ich trwania ból. Drugie z kryteriów wskazuje, iż można wyróżnić sytuacje, w których taki ból się nie pojawia, co nie stanowi o braku istnienia tego rodzaju dysfunkcji. Pół roku jest umownie przyjętym czasem minimalnym do stwierdzenia zaburzenia, należy nim się posługiwać łącznie z innymi danymi. W procesie prawidłowej diagnozy, a co za tym idzie leczenia i/lub terapii kluczowym jest punkt czwarty, a więc różnicowanie. To ten punkt odpowiada za odróżnienie dyspareunii organicznej od nieorganicznej. Zadaniem seksuologa, ginekologa i urologa wówczas, gdy pacjent odczuwa ból podczas współżycia jest więc wykluczenie schorzeń somatycznych, a w przypadku ich występowania odpowiednia forma terapii.

Ona i on – objawy

Dyspareunia nieorganiczna, oprócz kryteriów dysfunkcji seksualnych wskazanych poniżej, zakłada także wystąpienie objawów, w zależności od płci:

Kobiety:

  • Odczuwany jest ból u wejścia do pochwy, albo przez cały czas trwania stosunku, albo tylko wtedy, gdy dochodzi do głębokiej penetracji pochwy przez członek,
  • przyczyną zaburzenia nie jest pochwica ani niedostateczne zwilżanie. Dyspareunię pochodzenia organicznego należy klasyfikować stosownie do warunkującego ją zaburzenia.

Mężczyźni:

  • Ból lub dyskomfort przeżywane w czasie reakcji seksualnej (należy starannie odnotować czas wystąpienia oraz dokładne umiejscowienie bólu),
  • dyskomfort nie wynika z miejscowych czynników somatycznych. Jeżeli one występują, dysfunkcję należy klasyfikować inaczej.

Jeden ból – różne podłoże

Kolejną istotną kwestią są przyczyny zaburzenia, które ściśle wiążą się z zalecaną w późniejszym okresie terapią. Dyspareunia wybiórcza objawia się bólem, który stanowi obronę przed spółkowaniem z konkretnym partnerem seksualnym i stanowi swojego rodzaju formę unikania. Niejako klasyczną formą dyspareunii jest jej obraz uogólniony, a więc dyspareunia jako ochrona przed spółkowaniem w ogóle. W przypadku przeżytego bólu fizycznego lub psychicznego wyróżniamy dyspareunię wtórną, a więc ból w ochronie przed przeżyciem bólu. Innymi przyczynami lęku i bolesnego współżycia może być także przeżyte zgwałcenie lub wykorzystywanie seksualne w dzieciństwie.

Ona i on – przyczyny

Choć ta dysfunkcja częściej pojawia się u kobiet, u mężczyzn przybiera ona formę niezwykle uporczywą (będąc także rzadko występującą). Odrzucając przyczyny somatyczne, często mamy do czynienia z konfliktem intrapsychicznym, u podłoża którego może leżeć orientacja egodystoniczna (np. ukryty homoseksualizm, pełnienie roli heteroseksualnej w społeczeństwie i związku), zaburzone preferencje seksualne (np. fetyszyzm), poczucie winy czy zaburzenia lękowe. Warto wiedzieć, że dyspareunia nie wyklucza przeżywania podniecenia i/lub orgazmu!

Co robić?

Ciężko czekać czasów, kiedy będziemy swobodnie rozmawiać o ciemnej stronie seksualności. W samej psychologii przeszliśmy już jako społeczeństwo dość długą drogę – o ile kilkanaście lat temu osobę uczestniczącą w terapii oceniało się jako zaburzoną, o tyle dziś w niektórych kręgach wręcz modnym jest posiadanie własnego terapeuty. Seksualność jest jednak tak istotną kwestią, że choć o problemach z nią nie mówimy głośno, gabinety seksuologów nie świecą pustkami. W przypadku tej dysfunkcji seksualnej spodziewać się należy skrupulatnego wywiadu lekarskiego, psychologicznego i seksuologicznego. Ten ostatni ma za zadanie dociec kiedy pojawił się ból, jak często się pojawia i w jakich okolicznościach występuje. Nie ma więc innej rady, niż wizyta u seksuologa i odpowiednio dobrana terapia, w którą może być zaangażowany także partner seksualny. A wszystko po to, by znów cieszyć się bólem… rozkoszy.

Komentarze

Żegnajcie lata 60.

Sierpień ma w sobie jakiś dziwny sentymentalizm. Z jednej strony to bezsprzecznie najbardziej wakacyjny czas całych wakacji, gdzie gorące letnie popołudnia, quasi tropikalne upały na przemian z gwałtownymi burzami niemiłosiernie nas rozpieszczają i tym samym zwiastują dla niektórych koniec laby, zyskując wymiar okrutnej femme fatale, takiej co to najpierw kusi, pieści i zaraz ucieka w wir codziennych obowiązków. Sentymentalizm ten budzi się i w samych Warszawiakach, dumnie powracających pamięcią do wydarzeń z pierwszego sierpnia, kiedy łezka kręci się w oku na myśl o zburzonym mieście, ofiarach hitleryzmu, a potem łezka schnie, na scenę wkracza lokalny folklor w postaci ONRowców biegających z racami i praskich osiłków masowo tatuujących Małych Powstańców i 44’ Pamiętamy na swoich nabitych, warszawskich łydach.

Widok gmachu od strony ul. J. Marchlewskiego. Widoczne ul. E. Plater i ul. Marszałkowska. Fotografia lotnicza. Autor: Siemaszko Zbyszko, Źródło: NAC

Widok gmachu od strony ul. J. Marchlewskiego. Widoczne ul. E. Plater i ul. Marszałkowska. Fotografia lotnicza. Autor: Siemaszko Zbyszko, Źródło: NAC

I dla mnie ten sierpień stał się ckliwą podróżą, ale nie na Malediwy, Kanary czy Korsykę, ale do powojennej Warszawy, a to za sprawą Pałacu Kultury i Nauki. Wstyd przyznać, że mieszkając w tym mieście od urodzenia i regularnie w Pałacu bywając i nawet darząc go sympatią, dopiero w wieku szesnastu lat zadarłam głowę i pokusiłam się o obserwację pt.: “on jest naprawdę duży”, a pięć lat później dotarło do mnie jakie właściwie znaczenie ma ten fragment miasta dla jego mieszkańców. Przed wojną na terenie PKiN oraz Placu Defilad i Parku Świętokrzyskiego znajdowało się ścisłe centrum Warszawy – około 170 kamienic uporządkowanych siatką ulic – Sienną, Złotą, Chmielną, Śliską, Pańską i Zielną, a także słynny Dworzec Warszawsko-Wiedeński, przed wojną rozebrany w ramach budowy warszawskiej linii średnicowej. Zastąpić miał go Dworzec Główny, uważany za jedną z najnowocześniejszych inwestycji architektonicznych Europy, zdobiony w stylu art deco. Istna wizytówka stolicy. Budowę rozpoczęto w 1932, jednak Hitlerowcy szansy mu nie dali i nieukończony zbombardowali podczas powstania warszawskiego. Po wojnie wspomniane już wcześniej kamienice mogły zostać odbudowane, wtedy miasto zyskałoby nieco wdzięczniejsze niż “patelnia” centrum, jednak okolice Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich naszym radzieckim przyjaciołom przypadły do gustu do tego stopnia, że każda inna lokalizacja wypadała po prostu blado. Wystarczyło więc, żeby towarzysz Bierut podpisał swój Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m. st. Warszawy, a radzieccy budowlańcy mogli już zakasać rękawy i ochoczo ruszyć do pracy. Oczywiście dokument ten nie dotykał jedynie gruntów przeznaczonych pod budowę symbolu Przyjaźni Polsko Radzieckiej. W swoich Dziennikach Leopold Tyrmand opisuje próby życia w upaństwowionym budynku należącym niegdyś do YMCA (Young Men’s Christian Association) i przekazanym ZHP. W 1950 komunizm już jadł Polskę. YMCA i jej dorobek stała się jednym z najpierw przeżutych i wydalonych kęsów. Gmach przejęty został przez Ligę Przyjaciół Żołnierza (przyjaciele!), a potem przez efemeryczne organizacje młodzieżowe, które ciągle zmieniały szyldy i nazwy, lecz nigdy kierownictwo, zawsze to samo w jednym z pokojów Komitetu Centralnego. Rozpoczęła się brutalna walka z lokatorami (…) szykany wymyślne i prostackie. W przekonaniu naszych prześladowców byliśmy zagnieżdżoną tutaj bandą akowców, wywrotowców, reemigrantów (…), którzy otrzymali swe przydziały mieszkalne na rozkaz Wall Street. Należało ich wyświęcić, stąd watahy zetempowców biły werble na korytarzach w godzinach wieczornych i trąbiły pobudki o szóstej rano. Po czym przyszły bardziej światowe metody, jak wyłączanie wody i światła, włamywanie się do pokojów, wynoszenie łóżek, wyrzucanie odzieży przez okna. (…) anno 1950: współzależność człowieka i jego dachu nad głową czy miejsca do spania przypominała wtedy relację kaktusa z glebą pustyni. Co prawda, niemal połowa mieszkańców YMCA nie wytrzymała psychicznie, uległa zastraszeniu i wyprowadziła się, ale ci, którzy nie mieli dokąd pójść – pośród nich ja – zostali. Doszedłem do takiej wprawy, że gdybym obudził się rano na Dworcu Głównym zamiast w moich czterech ścianach, przeniesiony nocą przez odpowiednie dźwigi, bez słowa oporu i zdumienia skorzystałbym z dworcowej toalety i spokojnie wrócił do łóżka.” Odbudowa Warszawy dla samych obywateli nie zawsze była łatwa i wygodna, czego najlepszym dowodem są wspomnienia Tyrmanda i nieco mniej literackie opisy mojego dziadka. Lata 50. i 60. w Polsce były okresem dynamicznych przemian, za które społeczeństwo płaci do dziś – to fakt powszechnie znany. Zwykło się przeplatać te relacje z zabawnymi gagami PRLowskiej rzeczywistości, tak, że w mojej świadomości powstał obraz nędzy, rozpaczy i radzieckiej tyranii obśmiewanej przez przekomiczne społeczeństwo (teraz jest nieco lepiej, a ludzie jakby smutniejsi). Drugim mitem, który przywołują powojenne stereotypy to rzekomo szara i ciężka architektura powojennej Warszawy, nieporównywalnie niezgrabna w stosunku do ukochanych kilometrów kamieniczek Paryża północy z lat 20. Im starsza jestem tym lepiej potrafię rozgraniczyć to, co zawdzięczać możemy architektonicznym rządom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, czym obdarzyły nas siedemdziesiąte, a już na pewno osiągnięcia lat dziewięćdziesiątych. Sentymentalny sierpień sprawił jednak, że przypadkiem trafiłam na wystawę Sen o Mieście. Warszawa lat 50. i 60. na zdjęciach Zbyszka Siemaszki, po raz kolejny doznając opóźnionego olśnienia. Zdjęcia prezentują miasto dumne, piękne i pełne życia. Pejzaże miasta często ujęte są z wysoka, przez co majestatyczne, wyciągnięte po horyzont linie alej i ulic zdają się nie mieć końca. Warszawa Siemaszki wydaje się oddychać i rosnąć w oczach. Nie można jednak ulegać złudzeniu, że poprzednie pokolenia żyły w spójnym architektonicznie mieście marzeń, gdyż fotograf stworzył stolicę skrajnie wyidealizowaną, omijając to, co nieestetyczne, a tym samym niewygodne. Fotografie Siemaszki ujęły budynki, do których powrócić możemy jedynie pamięcią, których modernistyczny kunszt nie przetrwał w estetyce XXI w. Wyburzone Supersam przy placu Unii Lubelskiej, pawilony u zbiegu Marszałkowskiej i Jerozolimskich czy przekształcony w Pizza Hut pawilon baru mlecznego Gruba Kaśka przy przecięciu Solidarności i Andersa albo słynna Emilka skazana na wyburzenie.

I znowu pojawia się ta sama łezka, tylko tym razem za tą Warszawą, którą burzymy sami zachęcani zachodnimi standardami.

Komentarze

Prosty przepis na codzienność

Obudzisz się. Weźmiesz prysznic. Z na wpół przymkniętymi powiekami skonsumujesz śniadanie, które za nic nie zechce swobodnie przecisnąć się przez krtań. Opuszkiem palca wskazującego bezwiednie powiedziesz po blacie stołu. Nie był przesuwany już od prawie roku. Nie chcesz niczego zepsuć, niczego zmieniać. Wszystko jest tak, jak było do tej pory.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Nigdy nie jest łatwo coś zostawić. Porzucić. Oddać. Po prostu o czymś zapomnieć. Czasem przychodzi jednak taki czas, który nazywa się powszechnie rozstaniem. Coś bardzo długo było, aż nagle przestaje być. Odchodzi w przeszłość, ale nie w niepamięć. Rzeczywistość nagle dzieli się na tę, która była wcześniej i tę, co dopiero ma się pojawić.

Wypiera się przyszłość, ledwo się ją dostrzega, bo jak to tak – wszystko jakieś tam jest mętne, wybrakowane, niepraktyczne. Przeszłość już się wydarzyła i jest na tyle stała, by nazwać ją dokonaną. Jest przecież łatwiejsza – choćby nie wiem jak by się chciało, to się jej nie zmieni.

Rozstania nigdy nie przychodzą łatwo. Nie po to nazywa się je rozstaniami, żeby były przyjemne. Przyjemne rozstanie to uwolnienie się, odnalezienie siebie, katharsis. Człowiek jest istotą, która się jednak przywiązuje, przyzwyczaja do czegoś i niestety przychodzi mu to – na jego nieszczęście – dość łatwo. Znacznie bardziej bolesny, męczący psychicznie i degradujący jest ten drugi proces. Zapominanie dobrych chwil z nadzieją, że wtedy mniej dotkliwie przeżyje się rozstanie, przyrównać można do połykania kostki czekolady z niesmakiem na ustach i z przekonaniem, że w ten sposób się schudnie.

Po rozstaniu człowiek najpierw myśli, że jest zupełnie bezużyteczny, zupełnie do niczego, i że nic, ale to nic dobrego go już w życiu nie spotka. W ogóle porzuca się myślenie długodystansowe, przyszłościowe, czyli jak kto woli – logiczne. Logika schodzi na dalszy plan, uczucia rozgoryczenia, nieszczęścia i zawiedzenia biorą górę i czasem na dobre zadomawiają się na wierzchołku góry lodowej.

W takich przypadkach idealnym staje się prześmiewcze myślenie wobec ruchu motywacyjnego: jeśli czegoś bardzo pragniesz, przestań. Najlepsze lekarstwo musi niestety mieć ten gorzkawy i wykrzywiający twarz smak. Od zbuntowanych aniołów przeszłości najlepiej jest się uwolnić dzięki zaklęciu zapomnienia. Przepis na niego jest dość prosty: wstajesz rano, żyje się tym rano, potem żyje się popołudniem, a potem jeszcze intensywniej skupia się uwagę na magii wieczora. Rytuał powtarza się każdego dnia, z maksymalnie tygodniowym wyprzedzeniem. Gdy wpadnie się już w taki rytm codzienności, jest się wolnym.

Z biegiem czasu pojawiają się nowe chucie i ambicje; człowiek stara się planować przyszłość, wybiega myślami daleko do przodu, zaczyna marzyć… Tak, ale to już opowieść na zupełnie inną okazję.

Komentarze

Nie zapominać o zwycięstwach

Często słyszy się, że Polacy to smutny naród, który spełnia się tylko w celebrowaniu rocznic trudnych wydarzeń, jakie nas w naszej historii spotkały. Na pewno to mocno przesadzony pogląd. Nikt też nie wybiera sobie swoich własnych dziejów, dlatego nic na to nie możemy poradzić, że nasza historia pełna jest takich wydarzeń. Jaka by ona nie była – nie wolno nam o niej zapominać i o ludziach, którzy ją tworzyli. Jednak nie da się ukryć, że nie potrafimy się zbytnio cieszyć i z należytą rangą obchodzić rocznic dla nas radosnych i szczęśliwych, rocznic wydarzeń, z których możemy być naprawdę dumni.

fot. Magazyn Przestrzeń MB

fot. Magazyn Przestrzeń MB

Sierpień to miesiąc obfitujący w ważne wydarzenia w historii Polski. Do najważniejszych dni w tym miesiącu należą na pewno dwie daty: 1 sierpnia – rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego oraz 15 sierpnia – rocznica zwycięskiej Bitwy Warszawskiej nad bolszewikami, jest to także święto Wojska Polskiego. Pierwsza z nich jest rocznicą raczej smutną, bowiem Powstanie Warszawskie było wielką tragedią dla Warszawy i jej mieszkańców. Trudno zliczyć olbrzymie straty, jakie wtedy ponieśliśmy. Niestety było to również powstanie przegrane – dlatego jest to raczej przykra rocznica, mimo niewątpliwej odwagi i bohaterstwa powstańców i całego miasta. Druga data związana jest z wielkim zwycięstwem, jakie odniosło nasze nowopowstałe Państwo nad bolszewikami. Dziś uważa się, że stawką tej bitwy nie były losy Polski, ale całej Europy, walka ta uznawana jest także za jedną z najważniejszych w dziejach świata.

Niedocenione zwycięstwo

Wiadomym jest, że w obu tych walkach walczyli bohaterowie, którym należy się ogromny szacunek i nasza pamięć. Cieszy również to, że obecnie co raz więcej osób jest zainteresowanych historią. Jednak trudno jest zrozumieć, dlaczego temat Powstania Warszawskiego jest dziś tak popularny, a rocznica Bitwy Warszawskiej cieszy się dużo mniejszą popularnością. Z pewnością, temat powstania jest bardziej kontrowersyjny i emocjonalny, bowiem każdy ma na ten temat inne zdanie, które przy okazji tej rocznicy musi wygłosić. Niestety, nie przekłada się to na konkretną wiedzę, bowiem nadal takie wydarzenie jak Rzeź Woli niewiele mówi samym warszawiakom, co tragicznie świadczy o naszej edukacji. Z kolei temat bitwy z 1920 roku nikogo zbyt nie emocjonuje, nie jest on aż tak medialny, przez wielu rodaków traktowany jest jak każdy inny temat dotyczący bitew, które odbyły się w naszej bardzo, bardzo odległej historii. Stąd warto podnieść refleksję nad tym, dlaczego właśnie tak, a nie inaczej są dziś rozłożone te rocznicowe akcenty? Jak to jest możliwe, że mamy dziś w Warszawie muzeum poświęcone Powstaniu Warszawskiemu (oczywiście bardzo dobrze że ono istnieje!), a muzeum dotyczącego Bitwy Warszawskiej nie mamy do dziś? Albo jak to jest możliwe, że temat tak tragiczny jak powstanie w Warszawie stał się elementem popkultury i jest wykorzystywany wszędzie i przez wszystkich – często w nieodpowiedni sposób i dla własnych celów?

Historia i przyszłość

I nie chodzi tu o to, by prowadzić niekończące się dyskusje o tym, czy powstanie było słuszne czy nie. To powinna ocenić historia – jeśli jej pozwolimy. Naszym obowiązkiem jest pamiętanie o wszystkich, którzy wtedy walczyli i wtedy polegli, niezależnie czy byli to powstańcy, cywile, czy żołnierze z 1920 roku – to są nasi bohaterowie. Nie możemy jednak karmić się jedynie porażkami, a zapominać o zwycięstwach. Przykład ten jednak pokazuje trochę naszą stereotypową mentalność i obnaża brak równowagi w podchodzeniu do ważnych dla nas wydarzeń. Nie możemy zapominać, że historia jest dla nas ważna również dlatego, że bez niej trudno budować przyszłość. Musimy ją budować mądrze, a nie da się tego zrobić, bazując na samych klęskach. Tym bardziej, że mamy okazje by świętować.

Komentarze

Śpiewy plemienne

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Zatem kim jestem? Skąd pochodzę? Kim jest mój ojciec i moja matka? Jaki jest zapach mojego domu? Co zaspokaja mój głód?

Na profilu artysty Adama Struga pojawił się post zapraszający na spotkanie śpiewacze do Centrum Informacji im. Jana Nowaka Jeziorańskiego. Zaproszenie mówiło o wspólnym śpiewaniu i o pieśniach miłosnych. Takie spotkania śpiewacze odbywają się już od 17 lat, ale wiedza o nich nie jest powszechna.

Adam Strug, artysta prowadzący spotkania, tworzy muzykę, którą zapewne znawcy określiliby bardzo precyzyjnie, ale dla kogoś, kto jest tylko odbiorcą, ważniejsza od gatunku staje się miara emocji. Dlatego słowo, które najbardziej do niej pasuje to „pierwotna”. Nie należy „pierwotna” odczytywać jako prymitywna, ponieważ skala artyzmu tej sztuki, to klasa sama w sobie. Sam artysta o swojej twórczości mówi tak: „…dominują tu barokowe partytury dworskie i klasztorne, które gmin przejąwszy uznał za swoje. Pomiędzy nimi odnajdujemy motywy niekłamanie ludowe, szlachetnością linii i słodkim ciężarem nieustępujące dworowi. O tej części polskiej kultury śpiewając opowiadamy.”[1]

Spotkanie śpiewacze to doznanie wykraczające poza proste odbieranie sztuki, jak ma to miejsce podczas koncertów. Krzesła ustawione są w krąg, pośrodku jedno – dla artysty prowadzącego. Każdy otrzymuje słowa pieśni. W tym przypadku kurpiowskich, zapamiętanych, odnalezionych, spisanych przez Adama Struga. Nie są to proste słowa, bo gwara kurpiowska stawia wyzwania i trzeba wtajemniczenia w te śmieszne, wiejskie zwroty. Ale warto podjąć wyzwanie dla  niecodziennego uczucia współśpiewania.

Sprawa nie jest prosta podwójnie, bo nie ma tu rockowych zaśpiewów, do których tak jesteśmy przyzwyczajeni. Chodzi raczej o czyste, proste i właśnie „pierwotne” dźwięki. Nie sposób tego wytłumaczyć, ale będąc na spotkaniu, łatwo poczuć różnicę między tym, co „pierwotne” i co z wnętrza, a tym, co przyszło z zewnątrz.

Powrót do pierwotnej Wspólnoty

I tak współśpiewając, otwiera się dostęp do własnych korzeni. Pojawia się poczucie bycia na miejscu i dotarcia do ważnego punktu. Jest tak, jakbyśmy właśnie wrócili do domu, do znajomego zapachu łąki, pierogów, jaśminu; do czegoś, co znamy od zawsze. Niespodziewanie jesteśmy w miejscu naszego pochodzenia. Niby naiwne słowa piosenek ludowych, ale otwierają prawdę o tym, skąd pochodzimy, do czego w całości przynależymy. Jest to poczucie dopasowania i ulga, że nikt nie może nam tego odebrać. Mamy prawo tam być i mamy prawo powiedzieć, że ta „pierwotna” muzyka i „pierwotna” kultura to jest miejsce, z którego pochodzimy. I ta muzyka powstała tu, czerpiąc z ziemi i przyrody oraz wnętrza ludzi.

W spotkaniach śpiewaczych ogromną rolę odgrywa poczucie wspólnoty. Kluczowa jest wspólnota śpiewania z ludźmi, którzy mówią tym samym językiem, jedzą te same pierogi, słyszą ten sam śpiew ptaków, widzą te same chmury. Taka wspólnota budzi Tożsamość. I choć na Tożsamość składa się szereg różnych elementów, to Tożsamość Kulturowa staje się punktem zakotwiczenia w świecie i pozwala na poznawanie innych kultur, bez ślepego zachwytu nad nimi i ich kopiowania. Bez Tożsamości stajemy się tylko przybyszami próbującymi odtworzyć kulturę innych ludzi.

Pieśni terapeutyczne

Spotkania śpiewacze to jedna z wielu działalności podejmowanych w kierunku powrotu do pierwotnych źródeł. Nie ma to nic wspólnego z folklorem, muzyką pop nawiązującą do ludowości, czy wiejską ekologią. Jest to raczej żywe i autentyczne odkrywanie Tożsamości i kultury, z której się wywodzimy. Często inicjowane przez młodych ludzi z siłą i energią do podążania w kierunku źródeł.

Przykładem takiego powrotu, na najwyższym poziomie artystycznym jest płyta Adama Struga i zespołu Kwadrofonik Requiem Ludowe. Artyści łączą barokowe melodie oraz teksty zawarte w XIX-wiecznym Śpiewniku Pelplińskim [2]. Wszystkie aranżacje, wykonania i śpiew można nazwać właśnie śpiewem Tożsamości.

Co znaczy strata, wie większość z nas. Doświadczamy jej, a nieuświadomiona i nienazwana, staje się powodem ucieczki w alkohol, adrenalinę, pracę czy depresję. Pieśni zawarte na płycie dotyczą odchodzenia i umierania, a więc straty. To swoisty przykład jak kiedyś, przed epoką terapeutów, grup wsparcia i poradników, radzono sobie z najtrudniejszymi emocjami. Nie znajdziemy tu męczeństwa i wystawiania na piedestał osoby odchodzącej. Jest dojrzałość i prostota słów, muzyki oraz wykonania. Dzisiaj również te niezwykłe pieśni mogą być wsparciem dla ludzi, którzy doświadczają straty.

Mężczyzna i kobieta w dzikiej muzyce

Przedsięwzięciem z innego krańca sztuki jest wyjątkowy festiwal Wszystkie Mazurki Świata. Odbywa się co roku w centrum Warszawy, celowo umieszczony w najbardziej miejskim środowisku. Festiwal to żywe granie i śpiewanie, gdzie nie ma mowy o odtwarzaniu muzyki dawnej, czy prezentowaniu folkloru. Jest to festiwal ludzi, którzy grają muzykę odziedziczoną po rodzicach, dziadkach, pradziadkach, ale grają ją w swoich środowiskach na co dzień. Żyją z nią.

Wrażenie robi wybuch tańca i śpiewu bez podziału na twórców i słuchaczy. Podczas występów obok sceny, na parkiecie wirują mężczyźni i kobiety w rytm mazurków i oberków. Patrząc trudno uwierzyć, że może istnieć coś takiego jak kryzys męskości. Tutaj, na festiwalowym parkiecie, widać mężczyzn silnych, pewnych, prostych w swoim tańcu, oraz kobiece kobiety. Nie ma znaczenia wiek, bo choć większość stanowią ludzie młodzi, to wirują też osoby dużo bardziej dojrzałe!

Janusz Prusinowski, skrzypek, lirnik, harmonista i animator, wieloletni dyrektor artystyczny festiwalu Wszystkie Mazurki Świata, prowadzi i współtworzy cykl programów telewizyjnych Dzika Muzyka. Sama nazwa wskazuje na charakter tej muzyki! Program pokazuje jak odradzają się tradycje muzykowania, przekazywania wiedzy, przywrócenie postaci Mistrza. Program „(…) zrealizowany w dynamiczny, nowoczesny sposób, odległy od konwencji kojarzącej się z cepelią. Tradycyjne polskie rytmy, śpiew i taniec są elementem porywającej opowieści o rodzimej kulturze. Także tej współczesnej.”[3]

Zobaczyć siebie

Jest jakaś siła wewnętrzna w młodych ludziach, która pcha ich w kierunku źródeł. Mają nieskończone możliwości wyboru zainteresowań oraz muzyki, a jednak zwracają się do swoich korzeni.

Czasem spotykamy się z pojęciem „poczucia własnej wartości”. Ale co właściwie miałoby to znaczyć: jestem wart tyle samo, co inni, a może więcej niż inni? Co przyjąć za miarę takiej wartości? Jaką skalę? I czy sam fakt wartościowania nie jest założeniem, że ktoś może być wart mniej? Tutaj bardziej odpowiednim wydaje się przywołanie właśnie Tożsamości, która nie wartościuje, ale zrównuje. Rozumiana jako odpowiedź na pytanie: „Kim jestem?”, zawiera w sobie wszystkie elementy także miejsce pochodzenia.

Podczas gdy z jednej strony globalizujemy nasze życie, z drugiej podejmujemy działania, które podkreślają naszą odrębność. Może nie chcemy wcale być identyczni? Może właśnie Tożsamość staje się bazą do zrozumienia świata? Możemy brać i przyswajać inne elementy, ale tylko wtedy, gdy wiemy kim jesteśmy my sami. Bo czy można poznać świat bez poznania samego siebie? Czy można zobaczyć drugiego człowieka nie widząc samego siebie?

Więcej na temat Tożsamości w #11 numerze Magazynu Przestrzeń.

[1] Link
[2] Link
[3] Link

Komentarze

Wycieczka do Hebronu

Dwie Polki i Niemka wyruszają razem do nazywanego przez jednych Zachodniego Brzegu, przez innych – Palestyny. A właściwie do miasta Bet-lehem (tłm. dom chleba) – w spolszczonej wersji wymawianego jako Betlejem. Wyruszają za dnia, nie szukają gwiazd na niebie. Z resztą nie umieją czytać takich map. Urodziły się znacznie później niż starożytni podróżnicy i przecież nie uczą już tego w szkołach.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

W planach mają lokalne jedzenie, trochę kultury i „łapanie” tego co „się otworzy” (na Bliskim Wschodzie to dobra taktyka, bardzo praktyczna, nie pozostawianie miejsca na spontaniczność związane byłoby z brakiem znajomości tutejszych klimatów). Zwiedzanie bazylik, kościołów i grot zostawiły sobie jako plan B, albo nawet F.

Do Betlejem można dojechać arabskim autobusem spod Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie (która w języku hebrajskim wcale damasceńska nie jest!). Bilet jest o szeklę droższy niż ten na pojedynczy przejazd przez Miasto Pokoju. O ile wiadomo gdzie znajduje się autobus do którego należy wsiąść w podróży do – o tyle o tym, w którym miejscu go opuścić – poinformuje już tłum wysiadających „na przystanku” w Betlejem z domieszką okrzyku kierowcy – ale co dokładnie przekazuje – tego przeciętny podróżny z Europy się raczej nie dowie. W przypadku braku innych pasażerów jazdy – klient owych linii autobusowych mógłby być nieco zdezorientowany, a niekiedy może nawet oburzony – pozostawianiem go na środku tłocznej ulicy. I właśnie dlatego, w miejscu tym, bardzo ważną rolę odgrywają taksówkarze, na których właściwie „wysiada się” prosto z autobusu. Przestrzeżona przez znajomych początkowo odrzucam wszelkie myśli dotyczące rozmawiania z nimi. A potem cieszę się, że moja współtowarzyszka tych oporów nie miała, zaznaczając jednak granicę w rozmowie z nimi: „Odpowiedz mi jakbyś odpowiedział siostrze”. Mądra dziewczyna. Zadziałało. Zdobyła szacunek i konkretne odpowiedzi. Naszą uwagę zwrócił starszy, poczciwy kierowca Josef, ojciec siedmiu synów. Mężczyzna ze spokojem zaproponował nam przejażdżkę po Betlejem z wycieczką do Hebronu. Oczywiście wszystko za „cenę specjalną” co jednak w tym przypadku okazało się prawdziwe. Dobrze jest być polskim turystą! Zdecydowanie gorzej dla Twojego portfela jeśli jesteś podróżnym amerykańskim! Takie są realia. W zależności od paszportu cena się zmienia.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Wygłodniałe poszłyśmy na lokalne fast-foody, zastanawiając się nad propozycją Josefa. Wybrałyśmy małą i ciasną knajpkę położoną daleko od starego miasta, za to przepełnioną tubylcami. Hummus, warzywa na przystawkę, ostre sosy i shawarma w lafie w stylu arabskim- tym uraczyłyśmy nasze żołądki obowiązkowo popijając butelką coca-coli – pewne, że w ten sposób odkażamy się z wszelkich potencjalnych zarazków. Siadając na górnym pięterku knajpki rozmawiałyśmy o wegetarianizmie i o tym „co z tym Hebronem”.

Hebron – miasto patriarchów trzech wielkich religii (jak to zazwyczaj bywa z miastami w tej części świata): judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. To tutaj spoczywają wedle tradycji szczątki Abrahama, Sary, Izaaka i Rebeki. Makpela, bo tak nazywa się to miejsce, była w swojej historii własnością Żydów, chrześcijan i muzułmanów- a grobowiec, którym zaopiekował się Herod został przemianowywany na kościół, a następnie meczet. Hebron zamieszkują obecnie głównie Arabowie- Palestyńczycy, nie licząc kilka powstałych tam osiedli żydowskich. Trudna historia drzemie w jego mieszkańcach. To tam właśnie nikt nie jeździ, bo wiadomo, że niebezpiecznie.

Tak rozmyślając i głośno dyskutując zwróciłyśmy na siebie uwagę lokalnych dziewcząt – muzułmanek, także korzystających z usług restauracji. Siedząc w kilku grupkach podpatrywały nas, a potem coraz śmielej przechodziły od uśmiechu do rzewnego śmiania się. Podniosłyśmy głowy i zaczęłyśmy im odpowiadać przyjazną mimiką twarzy. Nie mogły rozumieć, o czym rozmawiamy. Nie znały prawie w ogóle angielskiego, a czasem też przechodziłyśmy na polski. Najprawdopodobniej przykułyśmy ich uwagę żywą gestykulacją i brakiem skrępowania w głośnym dyskutowaniu w miejscu publicznym. Tak przynajmniej to dla nas wyglądało. Nasze nowe znajome chciały po chwili zrobić sobie z nami zdjęcia, co też szybko zostało zrealizowane – nie bez przyjemności i z naszej strony (kiedy potem wróciłam do Betlejem kilka z tych dziewcząt było moimi przewodniczkami – skromnymi i spokojnymi – pragnącymi zaprezentować miasto od jak najlepszej strony).

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Po krótkiej sesji i rozważeniu za i przeciw – zew przygody i chęć zobaczenia Hebronu okazał się silniejszy niż strach. Miałam nadzieję, że nasza Niemka będzie z wyprawy równie zadowolona, no i wyjdzie z niej cało.

Szybki telefon do Josefa i już jest pod knajpką. Wsiadamy. Zaczynamy od graffiti Banksy’ego. Kierowca wiezie nas do sklepiku swoich znajomych, gdzie w środku ukryte jest jedno z nich, co miałoby zachęcić turystów do kupowania tamże. Tylko, że turyści praktycznie tam nie dojeżdżają. Kupujemy magnesy z mini graffiti w cenie trzy razy niższej niż za takie same, które można znaleźć w Tel Awiwie. Pieniądze idą do kieszeni dwunastoletniego sklepikarza, który „będzie miał na lody”. Banksy to tajemniczy angielski artysta, który zrobił kilka swoich malowideł na murze i w kilku innych miejscach Betlejem. Nikt nie wie dokładnie kim jest i jak wygląda. Pracuje zawsze z zasłoniętą twarzą. Tak więc widzimy dziewczynkę przeszukującą żołnierza z karabinem, człowieka przygotowującego się do wyrzutu za mur kwiatów zamiast granatu, gołębicę z zielonym listkiem oliwnym na którego wymierzona jest lufa pistoletu albo żołnierza zatrzymującego i przepytującego osła (kto wie, może to koń trojański?).

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

W Betlejem stoi mur odgradzający Zachodni Brzeg od Izraela, Palestynę od kraju Ben Guriona. Rozciąga się tuż za dzielnicą uchodźców – ludzi, którzy opuścili swoje domy i posiadłości- lub może zostali zmuszeni do opuszczenia – podczas wojen z Izraelem. Mieszkają tam czasem od dwóch lub trzech pokoleń. Ulice są brudne i pełne śmieci. Gdzieniegdzie gromadnie wypełnione przez biegające dzieci, do których się uśmiechamy. Przejeżdżamy przez dzielnicę samochodem, zachowując „bezpieczne odległości”.  Zwracamy uwagę na wywieszone plakaty z arabskimi napisami i fotografiami ludzi – pytamy kogo przedstawiają. Dla nas postaci na nich wydają się czasem nerwowe albo nawet zagrażające. Będąc w Izraelu w czasie trzeciej intifady tak się już zakodowało w głowie. A tu na przykład dowiadujemy się, że ten młody człowiek w skórzanej kurtce to student, który swoich studiów nie ukończył. „Został zastrzelony, bo zdaniem Josefa, komuś wydawało się, że wyjmuje jakiś ostry przedmiot z torby”.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Do Hebronu docieramy zaczepiając o Herodion – wzgórze z dawną fortecą Heroda. Josef zabierze nas przecież „dokąd zechcemy”. Mężczyzna bardzo się stara, odpowiada nam na wszystkie pytania. Rano pracuje w szkole jako nauczyciel arabskiego- po południu próbuje zaprosić turystów do swojej taksówki- „Sytuacja ekonomiczna- tłumaczy- tu w Palestynie rząd nie ma pieniędzy na dobre wypłaty- tu pracuje się na dwa etaty”. Jednak wydaje się kochać swój kawałek świata, a pokazanie nam go traktuje jak misję dnia.

W planach mamy zobaczenie grobów patriarchów. W drodze do nich przechodzimy przez PARK PRZYJAŹNI. Nieopodal, po przejściu przez budkę kontrolną i pokazaniu paszportów- dostajemy się najpierw do muzułmańskiego meczetu z grobowcami Izaaka i Rebeki. Nakładamy długie płaszcze, przygotowane specjalnie dla kobiet, zostawiamy buty przed wejściem i podążamy za Josefem.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

Dalej, dochodzimy do grobowca Abrahama. Po drugiej stronie – ukradkiem można dojrzeć modlących się w okienku za kratą Żydów – tam bowiem znajduje się żydowska synagoga.

W drodze do niej, mijając kolejne bramki ochronne widzimy dom – nie na sprzedaż- za 10 milionów dolarów. Mieszka tam jeden ze znajomych Josefa. Kiedyś zamożny Żyd ze Stanów zaproponował mu za niego właśnie taką cenę. Arab wielokrotnie powtarzał, że dom nie jest do kupienia, ale tamten wciąż nalegał. Gdy właściciel spytał, dlaczego potencjalny nabywca wycenił dom na dużo więcej niż w rzeczywistości byłby wart, ten odpowiedział: „Zapłacę za ten dom każdą cenę. Bo widzisz, tu spoczywa mój ojciec Abraham. Chcę mieszkać blisko niego”. Na to Arab odpowiedział: „Nie mogę sprzedać Ci tego domu. Bo widzisz, tu spoczywa mój ojciec -Abraham i chcę mieszkać blisko niego”.

Na koniec idziemy jeszcze na szuk – popołudniową porą jest tu już jednak pustawo. Stragany w większości pozamykane,  ludzi mało. Jak na bliskowschodnie bazary atmosfera miejsca zadziwia mnie ciszą. Zatrzymujemy się jeszcze przy rodzinnej produkcji żelków- cukierków- widzimy, że są naturalnie wyrabiane- i kupujemy za 5 szekli całe opakowanie (cena tak niska, że kupujemy nie jedno!). No to mamy pamiątki z Hebronu dla rodziny.

Josef zwraca nam uwagę na siatkę żelazną jakby pełniącą funkcję „sufitu” bazaru. Tam, w górze nad nim, rozciąga się osiedle żydowskie. Nie możemy jednak zbyt wiele zobaczyć. Zasięg naszych oczu nie sięga aż tak wysoko. Obejrzymy je może kiedyś, kiedy odwiedzimy kogoś po drugiej stronie.

fot. Aga Zając

fot. Aga Zając

No właśnie. Są dwie strony, jak i było dwóch synów. Ismael i Izaak. I każde z potomków nie chce się z tym miejscem rozstawać na dłużej.

Komentarze

Dziesięć pytań do José Anaya

Pewnego sierpniowego popołudnia przechadzałam się zakątkami Katedry w Orvieto we Włoszech. Jeden z fresków, znany jako jeden z cudów Umbrii, skłonił mnie do podjęcia poszukiwań obrazów, które mogłabym nazwać ekspresyjnym czy też niezapomnianymi. Portret Antychrysta namalowany przez Lukę Signorellego i Fray Angelico  bez wątpienia jest wyjątkowy. Pusty wzrok i ręce zdające się kierować ruchami Diabła, wydają się robić wrażenie na wszystkich odwiedzających Katedrę.  Jednym z wielu problemów sztuki współczesnej jest to, jak zwrócić uwagę nie robiąc wrażenia czegoś dobrze znanego. 

Jeden z obrazów meksykańskiego malarza José Anaya, proponuje różnorodność wrażeń. Odpowiadając na następujące pytania, artysta przedstawia nie tylko swoją filozofię malarstwa, lecz także sposób postrzegania świata współczesnego.

11831265_1065132483517200_1181890004_o

Podróż Pakala, José Anaya (fragment obrazu)

Anna Banasiak: Co oznacza dla dzisiaj Ciebie oddziaływanie na odbiorcę?
José Anaya: W sztuce współczesnej wywoływanie wrażenia zostało postawione pod znakiem zapytania. Każdy artysta przedstawia swoją wizję świata, można by rzec kosmogonię. Sztuka współczesna, przynajmniej w Meksyku, traci swoje podstawy ideologiczne, niezależnie od tego czy jest to zjawisko pozytywne czy negatywne. Przynajmniej w moim przypadku, malując i rysując, nie mam na celu prowokować. Wrażenia, jakie odbiorca ma patrząc na moje prace, należą do niego. Oczywiście zawsze jest pewien wyraźny lub domniemany przekaz zawarty w dziele, lecz powinien jednocześnie dopuszczać otwartość i pozwalać, aby odbiorca mógł wysunąć własne wnioski, poddawać ocenie to, co widzi i znaleźć własną interpretację.

AB: Czy dostrzegasz związek między twoimi pracami, a dziełami zaliczanymi do kanonu, takimi jak “Mona Lisa”, “Szkoła Ateńska” czy “Pocałunek” Klimta?
JA: Zostało już wskazane, że sztuka wypływa z samej siebie. Każde nowe dzieło wypływa z tego wszystkiego, co go poprzedza. W tym sensie moja twórczość stanowi pewien skrót prekolumbijskiej tradycji artystycznej i kulturalnej, nazywanej w Meksyku kulturą mezoamerykańską. W istocie rzeczy, jest to sztuka Majów, Zapoteków i Misteków oraz generalnie sztuka powstała w strefie geograficznej, w której się urodziłem i mieszkam od tylu lat. Relacje ze sztuką klasyczną są widoczne podczas uczenia się techniki malarskiej, przyswajania wiedzy z zakresu grafiki i plastyki. Wydaje mi się, że sztuka “uniwersalna” nie istnieje jako taka, lecz jest związana z miejscem powstania. Mam na myśli to, że posiadanie jako malarz pewnego bagażu intelektualnego, w dużej mierze kształtuje naszą pracę. Niekiedy w sposób widoczny, niekiedy wręcz odwrotnie jedynie zarysowany poprzez Formę. Jednak nie tylko dzieła plastyczne inspirują twórcę. Także jest to olbrzymi świat wrażeń poznawczych, który wpływa na naszą pracę, tak jak literatura, poezja, itd.

AB: Jacy malarze wywarli wpływ na twoje życie artystyczne?
JA: Współcześni malarze początków XX wieku. Szkoła Bauhaus, Kandiński, Klee, Malewicz, wielu innych twórców i kontynuatorów impresjonizmu, gdzie zaznaczono zerwanie z realizmem, sformułowano bardziej złożone koncepcje estetyczne, takie jak użycie koloru i światła; inne znaczenie kompozycji, co ma związek z koncepcjami renesansowymi i poczuciem perspektywy i złotym środkiem, lecz także z innym sposobem postrzegania świata, rzeczywistości, odległym od klasycznych kanonów, gdzie możliwa jest zwielokrotnione odbicie na obrazie oraz gdzie zawartość niczym czysta forma, za sprawą kompozycji.

AB: Czy tytuły twoich prac są ważne?
JA: Tytuły dzieł są jednocześnie ważne i w ogóle nieistotne. Można obyć się bez dziecięcej naiwności w dziełach figuratywnych i reprezentatywnych, gdzie tytuł wskazuje i nadaje znaczenie. Biorąc pod uwagę, że moja twórczość ma charakter abstrakcyjny, wydaje mi się, że nadanie odpowiedniego tytułu nie sprawia mi większej trudności. W innych przypadkach moje prace nie mają tytułów. Dlaczego miałyby go nosić? Skąd pochodzi ta konieczność do wyjaśniania? Tytuł stanowi pewną wskazówkę, w jaki sposób odbiorca mógłby interpretować dzieło, lecz niekiedy jest to nieodpowiednie i nie ma takiej konieczności.

AB: Dlaczego wybrałeś malarstwo abstrakcyjne jako sposób na wyrażanie siebie?
JA: Myślę, że w tym sensie nie był to „wybór”, lecz fakt iż moje prace wpisują się w czasy, w których żyję. Znajduję w linii i punkcie, w tym, co ulega podziałom, w próbie koloru, niezacienionych kształtach, urok i radość, których mi przysporzyły już od wczesnego dzieciństwa, kiedy to zaczynałem malować. To, co malował José Anaya w wieku 4 lub 5 lat jest tym, co malował 15 lub 20 lat później. Meandry, formy geometryczne, piramidy, spirale i schody w zgiełku, który podąża w konkretnym kierunku, lecz zwielokrotnionym.

AB: Czy mógłbyś wyjaśnić znaczenie “Drogi Pakala”?
JA: “Droga Pakala” jest obrazem z elementami malarstwa Muralistów, esejem na temat najważniejszego władcy Palenque, pradawnego miasta Majów w Meksyku.  Mój niepokój i chęć namalowania tej kompozycji opiera się na moich wrażeniach z pobytu w miejscu ceremonii Majów Chiapas. Punktem wyjścia było ujęcie na obrazie płyty kamiennej Pakala, która znajduje się w Świątyni Inskrypcji. W tym przypadku nie przedstawiam obrazu pionowo, lecz poziomo. Elementem, który szczególnie zbliżył mnie do wyobrażeń i koncepcji ezoterycznych i mitycznych, jest Pakal-król, “powraca do domu”! Jednak ten powrót jest czymś niezmiernie trudnym do zwięzłego wytłumaczenia. Wiąże się to z ideą Pakala jako podróżnika w przestrzeni i z możliwością istnienia Majów los mayas “chronologiczni” oraz Majowie „mityczni”. W związku z tym Pakal, jak niektórzy słusznie uważają, jest galaktycznym podróżnikiem i to, co wiemy zostało odzwierciedlone na płycie kamiennej, to drzewo życia, axis mundi, cztery kierunki. Pakal niczym astronauta w swoim statku, w pozycji poziomej, nie pionowej. Myślę, że wspomniane interpretacje nie posiadające charakteru naukowego, stanowiły inspirację do powstania tego obrazu: “powrót do domu” Pakala do gwiazd, skąd przybył.

11863002_10205138561198725_283872530_o

Podróż Pakala, José Anaya

AB: Jakie jest znaczenie tego obrazu w twoim życiu artystycznym?
JA: Można powiedzieć, że ten obraz ma dla mnie wyjątkowe znaczenie z wielu powodów. Z jednej strony, jest to podsumowanie pracy na polu empirycznym, co miało miejsce przez wiele lat w południowo-wschodnim Meksyku, w poszukiwaniu sztuki i kultury Majów. Z drugiej strony można stwierdzić, że odzwierciedla etap dojrzałości artystycznej, a także doświadczenia z zwierzętami występującymi w tym regionie, konkretnie z jaszczurkami i iguanami, będącymi w pewnym sensie moimi “wspólniczkami” w malowaniu. Wiele czasu zajęłoby wyliczenie wszystkich okoliczności, które mogły doprowadzić do zaprezentowania tej kompozycji w niezależnej galerii w moim mieście w roku 2010. Jest to ponadto związane z wystawą mojej twórczości w Instytucie Kultury stanu Veracruz w 2008 roku.

AB: Jaki jest najważniejszy obraz biorąc pod uwagę malarstwo współczesne?
JA: Nie wydaje mi się, aby była praca stanowiąca szczyt osiągnięć sztuki współczesnej, gdyż każdy ma odmienne upodobania i gusta. Dlaczego akurat Mona Lisa? A może rzeźby Botero czy też niewypowiedziane obrazy wręcz wytryskujące z Modiglianiego? Jeśli chodzi o mnie, w szczególny sposób poruszają mnie rzeźby Henry’ego Moore’a, malarstwo Baskiata oraz kaligrafia japońska.

AB: Co sadzisz o wpływie kultury prekolumbijskiej na kulturę i świadomość twoich rodaków?
JA: Wydaje mi się, że jesteśmy ludem, narodem “MESTIZO”: mieszanką i tyglem wielu kultur. Nie podoba mi się idea europeizująca go i postrzegająca historię prekolumbijską jedynie jako wpływ. Nasze korzenie kulturalne sięgają tysiąca lat. Z drugiej strony czuję i myślę, że, kultury nazywane prekolumbijskimi miały olbrzymi wpływ na Europę i cała ludzkość, nie tylko poprzez sztukę, kuchnię, zwyczaje, produkty żywnościowe i materialne, które obecnie są w powszechnym użyciu na Starym Kontynencie. Prawdziwa konkwista wyruszyła z Meksyku w kierunku świata, nie odwrotnie. Koncepcja “sztuki” bez wątpienia ma pochodzenie europejskie. W Meksyku jest wiele dzieł anonimowych. Koncepcja “artysty” jako taka, pochodzi z renesansu i wywodzi się z pojęcia indywidualizmu świata, gdzie ideologia i religia, tak jak logiczne wytłumaczenie już nie wnosi wszystkiego i gdzie „twórca” zaczyna funkcjonować w społeczeństwie z należnym uznaniem.

Nie ulega wątpliwości, że w przypadku każdego artysty jego dzieło jest wynikiem licznym wpływów pochodzących z wielu różnych źródeł. W wywiadzie José Anaya podkreślił złożoność tego zjawiska. Ciekawe jest, że pochodzenie kultury meksykańskiej jest czymś znacznie głębszym niż historia prekolumbijska zakończona konkwistą hiszpańską. Tak jak ma to miejsce w przypadku innych kultur, cywilizacje prekolumbijskie nie przestały istnieć. Niewątpliwie z europejskiego punktu widzenia sztuka hiszpańsko-amerykańska jest postrzegana w kategoriach wpływów europejsko- prekolumbijskich. Niemniej jednak badając sztukę meksykańską, należy spojrzeć na nią z szerszej perspektywy.

jose anayaJosé Anaya jest meksykańskim malarzem związanym z miastem Xalapa w stanie Veracruz. Swoją karierę rozpoczął w roku 1990. W latach 2003-2007 prezentował swoje prace w galeriach w Stanach Zjednoczonych. Jest absolwentem filozofii. Zorganizowano także dwie wystawy jego prac w Bułgarii. Zajmuje się także poezją. Obecnie mieszka i tworzy w Xalapa w Meksyku.

para revistaGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Anna Banasiak
Filolog, po filologii polskiej i angielskiej. Prowadzi szkołę językową, a swoje teksty publikuje głównie w mediach hiszpańskojęzycznych. Współpracuje z portalem Myśl Konserwatywna.

 

Wywiad został opublikowany 16.08.2015 w gazecie „La Jiribilla”

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Marcin Stelmach

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Poeta: Marcin Stelmach
Mam na imię Marcin. Mieszkam i pracuję we Wrocławiu. Pochodzę ze wschodu Polski, tam się urodziłem i dorastałem. Ukończyłem Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i jestem dyplomowanym diagnostą laboratoryjnym, ale w środku głęboko, głęboko do szpiku kości przesiąknięty humanistyką. Uwielbiam obserwować świat i ludzi. Dzielić się tym, co widzę przez zdjęcia, krótkie formy prozy, czy właśnie przez wiersze. Prowadzę bloga Algenus. Zachwyciła mnie i pokochałem ją za jej wrażliwość, a jednocześnie zdrowy rozsądek – Wisława Szymborska, która jest moim niedoścignionym autorytetem przede wszystkim w życiu. Zachwyt i rozpacz, na tych dwu biegunach staram się w życiu „bujać” i nie stracić pewnego zadziwienia nad światem.

Ciało

Nie mam nic co do mnie należy,
Oprócz oswojonego już ciała,
Które w stosownej chwili
Porzucę jak wąż śliską skórę, lub ślimak swoje ażurowe mieszkanie,
Albo jak ten wygnaniec,
Dom, mimo woli.

Nie posiadam nic prócz ciała
Danego na chwilę,
Pożyczonego w zastaw.
Tylko w zastaw za co?

Za wszelką cenę
I na wszelki wypadek?

A kiedy przyjdzie już czas,
Spłacić dług ciała oswojonego
Wśród siedmiu miliardów innych,
Obcych na ogół ciał,
To z czym stanę sam, naprzeciwko siebie?
I czy wówczas stanę w ogóle?
Jeżeli tak, to na jakich nogach?
Czy na tych prawdzie skradzionych na chwilę?
I komu znów pożyczone zostanie,
To biedne znoszone ciało,
Na z góry policzoną,
wydawałoby się, że wieczność?

 

Wyspy na wodzie

Świat tyle razy mógł się skończyć
I jakoś do tej pory nic się nie stało.
Tyle razy traciłeś grunt pod nogami,
Ale nigdy do końca.
Stabilność, acz nie do granic wytrzymałości.
Ile widziałeś zachodów słońca na bezbrzeżnym niebie,
Z których każdy tak naprawdę mógł być tym ostatnim,
Lecz żaden nie był…

Rzeka.
Czas jest jak rzeka.
Wydaje się nam że trwamy niewzruszeni w jego biegu jak skały,
Kamienie na brzegu,
A tak naprawdę płyniemy jak łódki drewniane,
Puszczane przez małych chłopców z pomostu.

Nietrwali i zmienni,
Tak wyglądamy w szerszej perspektywie,
W spojrzeniu nie naszej źrenicy.

Dla siebie pozostajemy jednak
Wciąż nieodkrytym kosmosem,
Dziką przestrzenią między wczoraj, a jutro,
Niezbadanym lądem.

My ludzie – terra incognita,
Ja człowiek – wyspa na wodzie.

 

Jacyś nie my

Ktoś, komuś, gdzieś umiera.
Gdzie indziej, ktoś inny śmieje sie komuś prosto w twarz,
albo kłamie w żywe oczy.
Jacyś ludzie w jednym z wielu miast idą mostem,
trzymając się za ręce – wilgotne i ciepłe.

W pewnym miejscu, jakiś nieznajomy ratuje innemu nieznajomemu życie.
Ktoś przyrzeka coś, komuś niby ważnemu na klęczkach, przed ołtarzem, albo w spowitej ciemnością sypialni, poza spojrzeniem wszystkich innych.

Gdzie indziej rodzi się pewnym nieznajomym dziecko,
pewnym tego, że ono wyrośnie na ludzi.

Ktoś śpiewa gdzieś piosenkę,
czuje motyle w brzuchu,
płacze,
tęskni.

Ja wędruje w myślach po jakiejś innej planecie.
Wędruje tam z tobą,
mimo, że ty teraz gdzie indziej, z kim innym i zupełnie co innego.

Własne, autonomiczne światy,
nie pasujące do jakichś tam nas.

Komentarze

Przed Państwem…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sebastian Skowroński – galeria prac (18)

Artysta: Sebastian Skowroński
Urodzony w 1976 roku w Łodzi. Studia na kierunku Grafika na Wydziale Sztuk Pięknych i Projektowych w Wyższej Szkole Informatyki w Łodzi, dyplom licencjacki w 2005 roku ze specjalizacją z fotografii klasycznej u prof. Marka Herbika. W 2009 roku otrzymał kwalifikacje nauczycielskie na studiach podyplomowych w zakresie Przygotowania pedagogicznego w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Studia ukończył w Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi, dyplom magisterski (2011) w pracowni Technik Drzeworytniczych i Książki Artystycznej oraz aneks z malarstwa u prof. Andrzeja Mariana Bartczaka.

Tworzy w zakresie grafiki warsztatowej, rysunku, fotografii. Również pisze, m.in. krótkie teksty performatywne. Bloguje na stronie o własnej twórczości, którą regularnie komentuje. Ponadto dzieli się wewnętrznymi przemyśleniami odnośnie sztuki współczesnej na blogach o druku wypukłym w Polsce oraz łódzkiej grafice.

 Od 2013 roku jest członkiem Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki w Krakowie.

Wystawy:

2015 – 4. wystawa grafiki członków Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki w Krakowie, MCSG, Kraków
2014 – 3. wystawa grafiki członków Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki w Krakowie, MCSG, Kraków
2014 – 8. Międzynarodowe Biennale Miniatury, Częstochowa
2014 – 15. Międzynarodowe Triennale Małe Formy Grafiki, Polska – Łódź 2014
2013 – 2. wystawa grafiki członków Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki w Krakowie, MCSG, Kraków
2012 – Wystawa zbiorowa studentów Pracowni Technik Wklęsłodrukowych z lat 2010-2012 Akademii Sztuk Pięknych im. Wł.Strzemińskiego w Łodzi
2011 – V Konkurs na małą formę graficzną dla studentów Akademii Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego w Łodzi, Galeria Amcor, Łódź

Sebastiana można znaleźć na:
Blogu Drzeworytnik
Blogu o druku wypukłym w Polsce
Blogu o łódzkiej grafice
Facebooku

Komentarze
Komentarze do:

"18"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję