Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

16

Przestrzeń
#16

Czerwiec jest niczym niewidoczna granica. Oddziela on okres w roku, który kojarzy się z wysiłkiem, od beztroskiego czasu, jakim są wakacje. Jednak harmonia między pracą, a odpoczynkiem powinna nam przecież towarzyszyć każdego dnia.

Z tego powodu w czerwcowym wydaniu Magazynu Przestrzeń skupiamy się na temacie równowagi. Poszukiwanie harmonii zaczynamy od szafy, aby dowiedzieć się, jaki wpływ na nasze życie ma bałagan. Zastanawiamy się też nad zmiany zachodzącymi w związkach wraz z upływem czasu ich trwania. Zgłębiamy ideę work-life balance. Zwracamy uwagę na symptomy depresji i jej profilaktykę. Nowością tego numeru jest dział seksuologiczny, a w nim garść rzetelnych informacji na temat transseksualizmu, a także najczęściej zadawane pytania dotyczące... orgazmu. Ponadto, poznajemy technikę pracy z ciałem, jaką jest Technika Alexandra. Wybieramy się w wakacyjną podróż polskim transatlantykiem. Szukamy równowagi, sięgając do filozofii. Rozmawiamy także z Oktawią Czechowską, założycielką strony Logopedzi - Logopedom, która cieszy się dużą popularnością.

Jak co miesiąc, prezentujemy zdolnego artystę - w tym numerze jest nim Pola Augustynowicz.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Równowaga

graf. Pola Augustynowicz

graf. Pola Augustynowicz

Specjalnie dla Magazynu Przestrzeń Pola Augustynowicz!

Komentarze

Jak porządek zmienia życie?

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Stoję przed szafą, w której jest pełno ubrań. Niektóre z nich lubię, ale z pewnością znacie mantrę powtarzaną przez niejedną kobietę: ,,nie mam w co się ubrać”? Problem zagraconej, pękającej w szwach szafy, zawierającej niewiele pasujących do siebie ubrań, można odnieść również do życia. Jakiego? Takiego, w którym istnieje wiele opcji, możliwości i nieodkrytych sfer, podczas gdy ty ciągle trwasz przy tym samym lub nie umiesz się zdecydować, podśpiewując dobrze znaną mantrę.

Chaos nie tylko na półkach

Dla jednych porządek w szafkach, w pokoju i w życiu to coś zupełnie zwyczajnego i codziennego. To dobrze zorganizowany system, w którym dana osoba odnajduje się świetnie, jednak ilu takich ludzi jest wśród nas? Myślę, że mniej niż by się mogło wydawać. Częściej to bałagan, chaos lub przynajmniej lekki nieporządek rządzą szafą, domem i życiem.

Brak zorganizowania odbija się nie tylko na ubraniach, które stają się pogniecione i niechlujne, ale także na domu, który jest obrazem nędzy i rozpaczy z porozstawianymi kubkami, stosami ubrań i wszędobylskimi ,,przydasiami”. Wkrada się on również w życie codzienne – prywatne i zawodowe. Zamiast korzystać z okazji – walczyć o lepszą pracę, poznawać interesujących ludzi, czy rozwijać się zawodowo, zostajemy gdzieś pośrodku bałaganu – z rozpoczętymi projektami, na wpół sformułowanymi celami, gdzieś pomiędzy marzeniem, a rzeczywistością. Bałagan dezorganizuje pracę, wpływa negatywnie na samopoczucie, ponieważ ciągle stwarza wrażenie, że ,,jeszcze coś mamy do zrobienia”. W gonitwie codzienności gubimy gdzieś równowagę miedzy bałaganem, czyli milionami projektów, zadań, sprawami ,,na już”, oczekiwaniami innych i własnymi ambicjami, a tym co dla nas dobre, spokojem i chwilą dla siebie oraz pracą, która cieszy, a także ludźmi, którzy inspirują.

Jak złapać równowagę?

Szukanie odpowiedniego balansu między czystością i zorganizowaniem, a chaosem nieustannych zmian nie jest proste. Wymaga przede wszystkim treningu i określania celów, jakie nam przyświecają. Powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie czy życiowy bałagan nam rzeczywiście przeszkadza. Jeśli nie, to nie musimy nic robić. Jednak w sytuacji, kiedy coraz bardziej uwierają nas codzienne sprawy, takie jak niezrobione pranie, niedokończony referat, brak przestrzeni na nowe ubrania w szafie czy nawał obowiązków, można podjąć kroki, które zmienią naszą przestrzeń i wprowadzą porządek w życie.

Kilka wskazówek na początek

Po pierwsze: zanim zabierzesz się za sprzątanie życia, sprzątnij swoje miejsce pracy i odpoczynku. Przyjemne otoczenie wprawia nas w lepszy humor, odpręża i dodaje energii. Schludnie poukładane poduszki, ładne rośliny czy zorganizowane biurko to przestrzenie, do których chce się wracać. Porządek w domu daje automatyczny impuls do przyjrzenia się własnemu życiu.

Po drugie: jeśli twoim newralgicznym punktem zapalnym, od którego zaczyna się bałagan jest szafa – skup się przede wszystkim na niej. Inspiracji jak układać ubrania i porządkować garderobę, możesz znaleźć w książce ,,Magia sprzątania” Marie Kondo. Otaczaj się rzeczami, które lubisz i sprawiają ci przyjemność, a w pracy czujesz się w nich kompetentnie i profesjonalnie. Dzięki temu w tak prosty sposób wzrośnie twoja pewność siebie.

Po trzecie: dopiero kiedy uporządkujesz przestrzeń  wokół siebie, zabierz się za planowanie zmian w życiu. Kup kalendarz lub wydrukuj planer, albo spisz rzeczy do zrobienia w notatniku. To, co zapiszesz nie uleci tak szybko z głowy, zostanie na dłużej i zawsze będziesz mieć możliwość do tego wrócić. Ustal pięć priorytetów, jakie są dla ciebie ważne, zastanów się jakie wiążą się z nimi cele. Spisz możliwości i okazje, jakie mogą pomóc  ci spełnić to czego pragniesz. Uporządkowany plan lub choćby wizja tego, czego potrzebujesz, pomoże ci znaleźć równowagę w życiu i korzystać z niego w 100% bez zbędnego balastu.

Komentarze

Work-life balance. Czy równowaga jest możliwa?

photo-1444312645910-ffa973656ebaSłyszeliście o idei work-life balance ? Pewnie słyszeliście – dużo się dziś mówi o równowadze i dbaniu o każdy obszar swojego życia. A zastanawialiście się kiedyś, co to pojęcie może oznaczać? Na czym ma polegać ta idealna równowaga między życiem zawodowym a prywatnym? Jak połączyć niełączące się w całość obszary życia i jeszcze czerpać z tego satysfakcję?

Historia work-life balance

Idea WLB powstała na przełomie lat 70. i 80. w USA, kiedy w rozwijającej się kulturze korporacji zaczęto zauważać: spadek wydajności pracowników, brak entuzjazmu, zmniejszenie zaangażowania i kreatywności, brak chęci na zmiany… I to wszystko mimo spędzania w pracy coraz większej liczby godzin. Zaobserwowano również rosnącą liczbę nieobecności pracowników z powodu chorób psychosomatycznych i nerwic, a także wzrost problemów rodzinnych i liczby rozwodów. Problem zaczął być dostrzegalny – zajęły się nim zarządy firm, koła naukowe, aż w końcu władze państwowe. Te ostatnie widziały w nim zagrożenie dla rozwoju gospodarki i całego społeczeństwa. W innej najdynamiczniej rozwijającej się wtedy gospodarce – Japonii – znaleźć można tysiące ofiar takiego systemu. To z kraju kwitnącej wiśni pochodzi pojęcie karoshi, czyli śmierci z przepracowania. Karoshi pochłania rocznie 30 tys. osób! To oczywiście skrajny przykład, ale dobrze pokazujący destrukcyjny wpływ tego zjawiska.

Work-life balance jako recepta na całe zło

Po bliższym przyjrzeniu się zjawisku, serii badań psychologicznych i socjologicznych, uznano, że źródłem tych kłopotów jest brak harmonii między życiem zawodowym, a prywatnym. Zaburzenie to dotyczy nie tylko czasu, ale również wartości, celów i priorytetów. Zainteresowanie tematem doprowadziło do wypracowania zasad mających skutecznie godzić pracę z życiem zawodowym. Postulowano stworzenie Osobowości Pracowniczej i Osobowości Prywatnej. Należało więc wydzielić sobie z doby 8 godzin poświęcanych tylko na pracę, w tym czasie mieć wyłączony telefon prywatny i skupiać się na maksymalnej wydajności w pełnionych obowiązkach. Po 16 – odwrotnie – wyłączyć telefon służbowy i przez kolejne osiem godzin całkowicie skupić się na życiu prywatnym. Ważne było, żeby w pracy nie poruszać tematów rodzinnych, a w domu nie rozmawiać o pracy. Nie jeździć na wyjazdy służbowe, bo te konsumują czas wolny, nie sprawdzać służbowej poczty wieczorami i nie chwalić się współpracownikom dziećmi (bo wszystkim od tego spada wydajność).

Skoro jest lepiej, to… dlaczego jest gorzej?

Szybko okazało się, że siedem głównych zasad WLB stało się siedmioma grzechami głównymi. Bo zamiast znaleźć obiecany luz, zaczęło się odliczanie z zegarkiem w ręku ile jeszcze czasu wolno mi myśleć o pracy. Jeszcze trudniej było, gdy w pracy coś nie szło. Przecież nie wolno opowiadać żonie/mężowi o pracy, a nieopowiedziany problem urastał do rangi demona. Poza tym, nie oszukujmy się, można o czymś nie mówić, ale tak się czymś męczyć, że i tak wylejemy frustrację z tego powodu na niczego winną rodzinę. Lepiej już wyżalić się na niesprawiedliwego szefa i pozwolić, żeby z balonika uszło powietrze. Ostatecznie zmęczyć może same myślenie o tym jak skutecznie oddzielić życie zawodowe od prywatnego.   

Poza tym work-life balance dało się jakoś jeszcze utrzymać przy życiu gdy chodziło o pracę etatową. Dzisiaj jednak zmiany na rynku pracy są tak duże, że mało kto może poszczycić się etatem. Zamiast tego popularniejsi stają się freelancerzy, praca w start-upach czy praca zdalna. Jak wtedy wydzielić ze swojej doby te osiem godzin na pracę?   

Co zamiast work-life balance?

Współcześnie już nikt nie mówi o sztywnym modelu równowagi. Niedające się sprecyzować pojęcie work-life balance zastępuje się innymi, lepiej określającymi dzisiejszą rzeczywistość. I tak Grace Marshall, trenerka i coach, proponuje pojęcie work-life integrity. W tej koncepcji nie chodzi o to ile czasu poświęcamy pracy, ale kim jesteśmy w biurze. Jeśli dopuszczamy tam do konfliktu wartości, wykonujemy obowiązki, na które się moralnie nie zgadzamy – nigdy nie osiągniemy satysfakcji. To z kolei promieniować będzie na nasze tak zwane życie prywatne. Według Marshall, work-life integrity sprawia, że nie musimy się zastanawiać, czy poświęcamy sobie i rodzinie wystarczająco dużo czasu – poświęcamy go po prostu tyle, ile uważamy za słuszne i nie odczuwamy z tego powodu wyrzutów sumienia.

Inne pojęcie mające zastąpić work-life balance to work-life rhythm. Jego twórca, Tyler Ward, zwraca uwagę, że nie tyle chodzi o odnalezienie równowagi między pracą, a czasem wolnym, co o odkrycie swojego własnego rytmu. W skrócie, koncepcja ta polega na uświadomieniu sobie, że w czasie dnia są momenty, gdy musimy się wysilić i działać na najwyższych obrotach, jak i takie, gdy powinniśmy zwolnić. Kiedy sinusoida jest u góry, a kiedy na dole – zależy od rodzaju wykonywanej pracy i organizacji doby, ale najważniejsze jest, by zdać sobie sprawę, że wzrost energii i jej spadek to dwie strony tej samej monety. Wszystko sprowadza się więc do zarządzania energią, a nie czasem.      

Pamiętajmy też, że wszystkie te porady mają zastosowanie tylko wtedy, gdy praca i życie prywatne są dla nas takimi samymi priorytetami. Jeśli uważamy, że nasza praca jest nudna i nic dobrego do życia nie wnosi, nie spodziewajmy się, że uda nam się zmotywować w niej do jakiejkolwiek wydajności. Jeśli nie mamy rodziny, nie dziwmy się, że chcemy w pracy poświęcać więcej czasu. Ile osób, tyle interpretacji tej mitycznej równowagi. 

Komentarze

Nierównowaga

Równowagę możemy określić jako constans, coś niezmiennego, stałego, gdzie minusy i plusy się wzajemnie znoszą. Jest to stan bardzo trudny do utrzymania, w życiu być może nawet niemożliwy.

Współcześnie, poczucie równowagi w związku bardzo często kojarzone jest z nudą, która wprowadza marazm i zniechęcenie, a co za tym idzie, zaburza tą pozorną stałość. Zazwyczaj stałość możemy zaobserwować oraz subiektywnie odczuwać w określonych fazach związku miłosnego, pomiędzy kryzysami związanymi z zadaniami rozwojowymi i tymi nieprzewidzianymi.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Fazy związku

Zdaniem prof. B. Wojciszke w związku miłosnym może wystąpić pięć faz: zakochanie, romantyczne początki, związek kompletny, związek przyjacielski oraz rozpad związku. Trzy pierwsze fazy budowane są przede wszystkim na fundamencie, jakim jest namiętność. Wraz z biegiem czasu i wzajemnym poznaniem pojawiają się również intymność i zaangażowanie, które pomagają stabilizacji i równowadze w związku.

W fazie zakochania trudno szukać objawów równowagi. Jest to okres, w którym partnerzy postrzegają się w sposób wyidealizowany, a burza hormonów sprawia, że zmysły szaleją. Dzięki temu czujemy się szczęśliwi i właściwie „żyjemy dla miłości”.

Kolejna faza, zwana romantycznymi początkami, prowadzi do pogłębienia relacji, a namiętność popycha nas do częstszych spotkań. Intymność wzrasta dzięki temu, że partnerzy coraz częściej otwierają się przed sobą i dbają o wzajemne zaufanie oraz przywiązanie.  To właśnie za sprawą intymności potrafimy dzielić się z bliską osobą radością czy smutkiem, sukcesami i problemami. Jest to okres, w którym może ujawnić się poczucie utracenia swej autonomii, indywidualności na rzecz dobra wspólnego.  

Związek kompletny opiera się na wszystkich trzech filarach, tzn.: namiętności, intymności i zaangażowaniu. Wydawać by się mogło, że jest to najlepsza z faz w rozwoju związku. Jednak ludziom potrzebna jest ciągła stymulacja. Z tego względu, z czasem ekscytacja, jaką para odczuwała początkowo, zanika. Pojawia się obniżone zainteresowanie dla dobrze znanego już partnera, a namiętność nie ma już takiej siły. W tym okresie należy uważać na pułapki intymności, do których należą min. dobroczynność, czyli przyzwyczajenie do dobrego i zmniejszania wartości otrzymywanych nagród. Jednocześnie wzrasta irytacja i zdolność do sprawiania przykrości bliskiej osobie. Inną pułapką, o której warto wspomnieć jest poczucie obowiązku, które skłania nas do trwania przy partnerze. Jest to również sygnał, który prowadzi do zwątpienia we własne uczucia wobec drugiej połowy i zaprzestania starań. Pozornie również bezkonfliktowość może być destrukcyjna dla związku, a zatem zaburzająca jego harmonię. Wynika to z faktu, iż pary, które usilnie unikają konfliktów, nie potrafią prowadzić konstruktywnych rozmów i czerpać radości z pogodzenia oraz ponownego zbliżenia.

Unikaj pułapek, umacniaj związek

Jak zatem nie wpaść w podobne pułapki? Należy zacząć od wprowadzenia drobnych zmian w sposobie życia pary. Po pierwsze, warto zastanowić się nad tym, za co tak naprawdę cenie swojego partnera/partnerkę. Jeśli wypiszemy wszystkie te cechy, wówczas łatwiej będzie nam uświadomić sobie jak bardzo ta druga osoba jest dla nas wartościowa. Nie zapominajmy również, że na randki nie chodzi się tylko na początku trwania związku, ale również w kolejnych jego etapach. Podstawową, „pracą domową” do odrobienia w parze jest ustalenie przynajmniej jednego wspólnie spędzanego, wyjątkowego wieczoru w tygodniu. Może być to czas na kino, teatr, kurs tańca lub po prostu gotowanie wspólnej kolacji – wszystko zależy od upodobań. Pamiętajmy również o tym, że dużo trudniej będzie nam trwać u boku drugiego człowieka, jeśli nasze poczucie własnej wartości będzie zachwiane. W związku z tym, pracujmy również nad sobą, dajmy sobie chwilę na relaks, małe przyjemności, samorozwój. Wszystko to może tylko poprawić nasze samopoczucie, a co za tym idzie, zmieni na lepsze nasze nastawienie do związku. Przyjemnym ćwiczeniem dla par może się okazać także pisanie krótkich liścików, w których partnerzy podzielą się ze sobą tym, za co chcieliby podziękować drugiej osobie, bądź z czego się cieszą. Miejmy na uwadze żeby nie unikać konfliktów i trudnych rozmów na siłę, bo eksplozję wytworzoną z rosnącego napięcia trudno będzie nam powstrzymać.

Czy to już koniec?

Ostatecznie, kiedy namiętność i intymność gasną, pozostawiając wyłącznie zaangażowanie, miłość ewoluuje do fazy ostatniej, zwanej związkiem pustym. To właśnie w tym okresie partnerzy motywują swoje dalsze współżycie, często poprzez wspomnienie i stymulację oparte na owocach miłości i wspólnych zobowiązaniach. Satysfakcja partnerów staje się niestety coraz niższa, dlatego często związek kończy się rozstaniem.

Powyższa analiza faz rozwoju związku miłosnego ujawnia jak trudna do osiągnięcia jest równowaga w związku, który współtworzą dwie odrębne jednostki, poddawane ciągłym próbom miłości.

Komentarze

Czy to już depresja? Co jest lepsze – leki czy psychoterapia?

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Często zdarza się słyszeć słowa ‘smutno mi, chyba mam depresję’, ale czy każdy smutek, przygnębienie świadczą o depresji? Otóż nie.

Depresja jest jednym z najczęściej występujących zaburzeń psychicznych, mówimy o niej, że jest chorobą zarówno ciała jak i duszy. Wspomniany wcześniej smutek oraz przygnębienie są emocjami, których człowiek doświadcza wielokrotnie w ciągu swojego życia. Należy pamiętać jednak, że obniżony nastrój nie zawsze jest symptomem depresji. Istnieją kryteria, według których diagnozujemy chorobę. Rozpoznać ją możemy dopiero, gdy stanom przygnębienia towarzyszą dodatkowo inne objawy, takie jak m.in. brak energii, znaczne zmniejszenie zainteresowania codzienną aktywnością, anhedonia (niemożność odczuwania radości), trudności i niechęć w podejmowaniu wyzwań. Objawy te powinny trwać odpowiednio długo, tj. co najmniej dwa tygodnie. Należy zwrócić również uwagę na znaczną zmianę masy ciała- zmniejszenie bądź zwiększenie, bezsenność/nadmierną senność, nadmierne poczucie winy lub brak poczucia własnej wartości. Często następuje wycofywanie się z kontaktów, unikanie spotkań towarzyskich.

Im wcześniej zauważymy niepokojące sygnały, tym lepiej. Jeżeli zatem nastrój i niemoc utrzymują się długo, a rozmowy z bliskimi już nie pomagają, czujemy, że nic się nie zmienia, jest to wystarczający powód, aby udać się do specjalisty. Głównie po to, by zrozumieć, co się z nami dzieje oraz celem znalezienia drogi powrotu do zdrowia. Istnieją też objawy, których nie wolno lekceważyć, należą do nich tendencje samobójcze i destrukcyjne myśli. W takiej sytuacji należy jak najszybciej zwrócić się po pomoc do psychiatry, psychoterapeuty.

Co jest lepsze – leki czy psychoterapia?

Pytaniem, które się nasuwa w momencie myślenia o zasięgnięciu pomocy u specjalisty jest: co jest lepsze, leki czy psychoterapia? W obecnych czasach społeczeństwo żyje szybko, często wybierane są natychmiastowe rozwiązania, dlatego i w tym przypadku leki wydają się być łatwiejszą odpowiedzią na zaistniały problem. Farmakoterapia, rzeczywiście pozwala na dość szybkie zmniejszenie uciążliwych objawów, przez co chory może powrócić do swoich codziennych obowiązków, jednakże u bardzo wielu osób to psychoterapia umożliwia zmianę wewnętrznych przekonań, utartych schematów postępowania. Wizyta u psychiatry przede wszystkim pozwala na precyzyjną diagnozę.  Umożliwia również ocenić konieczność włączenia w leczenie farmakoterapii – stosowanej w celu zmniejszenia uporczywych objawów, które przynoszą cierpienie, a czasami stanowią także zagrożenie życia. Większość jednakże czynników powodujących depresję leży w naszej psychice. Leki zniwelują objawy, natomiast nie przyczynią się do zmiany myślenia o sobie i świecie, nie wzmocnią poczucia własnej wartości i nie nauczą budowania satysfakcjonujących relacji z drugim człowiekiem. Może to zostać osiągnięte dopiero w procesie psychoterapii. Leki zmniejszają objawy, ale dopiero psychoterapia pozwala wyleczyć źródło problemu.  

Profilaktyka

Depresja jest chorobą zarówno ciała jak i duszy, dlatego najlepszą profilaktyką jest troska o siebie na każdej z trzech płaszczyzn: fizycznej, psychicznej oraz społecznej. Przez dbanie o siebie rozumiane jest tutaj uznawanie własnych myśli, praw i dobra za równie ważne jak innych ludzi (ani mniej ani bardziej). Należy pamiętać, że warto być dla siebie najlepszym przyjacielem, ale pielęgnować także pozytywne relacje z bliskimi, którzy stanowią nieocenione oparcie, kiedy dzieje się coś dla nas trudnego.

13396870_1182084058508302_1256666813_oGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Karolina Jankowska
Psycholog ze specjalnością kliniczną, aktualnie w trakcie szkolenia w Szkole Psychoterapii Psychodynamicznej Krakowskiego Centrum Psychodynamicznego ( rekomendowanego przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne). Pracuje w Centrum Psychoterapii Vide.

Komentarze

Transseksualizm – sprzeczność duszy i ciała

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Kamil ma 38 lat, stałą partnerkę i dwa psy. Spłaca kredyt na mieszkanie, na co dzień projektuje aplikacje mobilne jako freelancer. Kocha podróże, regularnie ćwiczy na siłowni i zbiera na domek na Mazurach, gdzie będzie mógł wędkować. Nie ma kontaktu z rodzicami. Nie chcą go znać od kiedy stracili córkę. Od kiedy zyskali syna o imieniu Kamil. Czekanie na korekcję ciała trwało prawie 20 lat. Nie zmieniał płci, od zawsze przecież wiedział, że jest mężczyzną.

Transseksualizm należy w Polsce do worka tematów kontrowersyjnych. Leży sobie gdzieś obok homoseksualizmu, między aborcją a eutanazją, ukryty za feminizmem i dyskryminacją rasową. Czasem ktoś go wyciągnie – na zakrapianych imieninach, kiedy z odbiornika wychyli się pani poseł po korekcie płci, na internetowym forum, kiedy domorośli socjologowie wieszczą upadek cywilizacji. Albo na poczcie, kiedy Kamil chce odebrać paczkę, ale w oczekiwaniu na rozprawę sądową o ustalenie płci, legitymuje się żeńskim dowodem osobistym. Otwarcie tego worka otwiera drugi – puszkę Pandory mowy nienawiści. Nie od dziś wiadomo, że nie ma bardziej podatnego gruntu dla nienawiści, jak niewiedza. A na tę z kolei nie ma lepszego lekarstwa niż garść faktów. Za przytoczenie komentarzy z forum internetowego, osoby transseksualne szczerze przepraszam.

Coraz więcej się szerzy tego (…)

Badania pokazują, że transseksualizm dotyczy mniej więcej 5 na 100 000 osób. To, że o jakimś zjawisku mówi się więcej niż kiedyś, nie oznacza, że kiedyś występowało ono w mniejszym stopniu. Pierwsze operacje związane z korektą płci to lata 30-ste ubiegłego wieku. Skoro wcześniej nie było o tym mowy, powinniśmy raczej pytać – co działo się z takimi ludźmi? Często funkcjonowali oni zgodnie ze swoją płcią psychiczną, bez zabiegów chirurgicznych. O ile większość z nas jest w stanie zaakceptować, że tacy ludzie istnieją i funkcjonują w naszym społeczeństwie, o tyle trudniej zaakceptować, że osoba transseksualna może być posłem, może funkcjonować w sferze publicznej. To o takie szerzenie i promowanie dewiacji chodzi.  Przedmiotem dyskryminacji były m.in. kobiety i Afroamerykanie. Sprawy związane z seksualnością są jednym z ostatnich przedmiotów sporu. Podważają bowiem bardzo głęboko zakorzeniony patriarchalizm – bo jak, do cholery, silny mężczyzna może chcieć być słabą kobietą? I jakim prawem ta słaba ma pretendować do tych silnych?

…zboczeństwo!

Transseksualizm jest klasyfikowany jako jedno z zaburzeń identyfikacji płciowej (F64.0 w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10, opracowanej przez WHO).  Za jego istotę uznaje się niezgodność pomiędzy płcią biologiczną i socjalną a psychicznym poczuciem płci (identyfikacją płciową). Wyróżniamy dwa jego rodzaje – transseksualizm M/K (biologiczny mężczyzna) i K/M (odwrotnie – jak u wspomnianego wyżej Kamila). Pierwszym kryterium diagnostycznym jest trwałe dążenie do zmiany płci biologicznej i metrykalnej. „Zboczeństwo” nie ma tu nic do rzeczy.

Powinni się leczyć!

Zakładając, że komentarz wyraża troskę o prawidłową diagnostykę transseksualizmu, jego autor może być spokojny – procedura seksuologiczna, jak i sądowa jest długa (w przypadku tej drugiej również bardzo uciążliwa i wciąż nieuproszczona). Osoba dążąca do zmiany płci biologicznej najpierw musi spotkać się z seksuologiem (wywiad seksuologiczny), następnie będzie musiała poddać się badaniu ginekologicznemu (K/M) lub andrologicznemu (M/K) i zrobić dodatkowe badania, takie jak ustalenie kariotypu (ustalenie płci genetycznej), badania hormonalne oraz badania ośrodkowego układu nerwowego. Transseksualista jest pod stałą obserwacją psychologiczną (minimum 6 miesięcy), wypełnia kwestionariusze (osobowości, tożsamości płciowej, płci psychologicznej), sporządza pisemny raport na temat swojego życia (życiorys) i odbywa minimum dwie konsultacje psychiatryczne. Zakładając, że wskazany komentarz zawierał jednak sugestię o istnieniu zaburzeń psychicznych lepiej znanych laikowi – ponownie, autor może być spokojny. Bardzo istotnym elementem diagnostyki jest diagnostyka różnicowa, a więc działania mające na celu odróżnienie transseksualizmu od innych zaburzeń, mogących dawać podobne objawy. Wśród nich znajdziemy choroby psychiczne, zmiany rozrostowe w OUN (stąd wcześniej wskazywane badania OUN), zaburzenia osobowości, transwestytyzm, etc. Kolejny komentarz: a jutro znowu poczuje się facetem, jest więc kolejną bzdurą –  wszystkie badania mają na celu potwierdzenie rzeczywistego dążenia do zmiany płci biologicznej i metrykalnej, uzasadnionego tylko i wyłącznie niezgodnością powyższych z płcią psychiczną.

Niech się nie pokazują, to nienormalne

Trudno wyobrazić sobie dramat osoby transseksualnej. Reakcje otoczenia, żmudne procedury, próby godzenia się z prawdą są wystarczającym doświadczeniem dla jednej osoby. Walka o godne życie to często walka o to, żeby wyjść z domu po zmianie, to uczucia, które budzą się, kiedy jest się obserwowanym w metrze i każde spojrzenie interpretuje się jako wiedzę o korekcji płci. Czy transseksualista wygląda ostatecznie zgodnie ze swoją płcią psychiczną? Na pewno do tego dąży, a dowodem efektów jest fakt, że o drodze, którą musiał przejść Kamil wie tylko rodzina i partnerka. Mówienie o normach jest bardzo ważne, stąd normy zawarte w ICD-10 czy normy prawne. Oczywiście, istnieją również normy społeczne, ale jak wskazuje nazwa, jedno jest w nich najważniejsze – drugi człowiek.

Komentarze

FAQ orgazmu

Francuzi nazywają go la petite mort (mała śmierć), bo kompletnie wyjmuje nas z czasu, z rzeczywistości linearnej. Jest jak podróż do nieskończoności.

– Hanna Rydlewska, Marta Niedźwiecka, „Slow sex, uwolnij miłość”

Orgazm, szczególnie ten kobiecy, stanowi w naszym społeczeństwie temat nie tylko wstydliwy, ale i problematyczny. Dlaczego tak się dzieje, skoro w literaturze jest często opisywany jako „rozkosz”, „ekstaza”, „słodycz”, „szczyt miłosnego upojenia”? Ponieważ dla wielu kobiet przyzwolenie na niego, zamieniło się na przymus przeżywania go przy każdym miłosnym zbliżeniu. Prawda jest jednak taka, że niewiele z nich ma zdolność doświadczania go za każdym razem, a (aż) 4% kobiecej populacji jest niezdolna do orgazmu w ogóle (spowodowane jest to u nich brakiem neurofizjologicznej predyspozycji, aczkolwiek może im się zdarzyć, doznać go w czasie snu). Warto także zwrócić uwagę na fakt, że orgazm męski jest zjawiskiem naturalnym i fizjologicznym, powstającym najczęściej w momencie wytrysku, w porównaniu z tym kobiecym, którego panie muszą uczyć się przeżywać i odczuwać. Zapewne jest jeszcze wiele rzeczy, których nie wiecie na temat orgazmu zarówno kobiecego, jak i męskiego, ale baliście się zapytać. Oto one!

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Pytanie: Czy orgazm kobiecy przeżywany podczas stosunku genitalno-genitalnego, to jedyny „normalny i zdrowy” orgazm?
Odpowiedź: Winny cierpieniu wielu kobiet jest ojciec psychoanalizy Zygmunt Freud, który podzielił orgazm na łechtaczkowy i pochwowy, uznając wyższość drugiego z nich, jako tego dojrzałego i pełnowartościowego. Prawda jest jednak taka, że szczęście przeżywania „prawdziwych doznań” ma tylko około 10-15% kobiet. Nie ma więc powodu, aby cierpieć na kompleks niższości, zważając na fakt, że dróg wyzwalania orgazmu, jak i niezbędnych warunków, które muszą zostać spełnione, istnieje mnóstwo.

Pytanie: Od jakich czynników zależy kobiecy orgazm?
Odpowiedź: Dróg wyzwalania orgazmu u kobiety jest wiele (np. całowanie w usta, pobudzanie piersi, stosunek pochwowy, pobudzanie łechtaczki). Panie różnią się także między sobą rodzajem, siłą i czasem trwania stymulacji, niezbędnej do jego wyzwolenia. Jedne preferują gwałtowne, zdecydowanie pobudzanie, inne delikatne i wolne. Dla jednych niezbędnym warunkiem osiągnięcia orgazmu będzie długi stosunek, dla innych krótki. Znaczenie ma także rytm pobudzania, który możemy podzielić na zmienny i stały. Ponadto, niemały wpływ na kobiecą rozkosz mają uwarunkowania biologiczne. Zaliczymy do nich między innymi czynniki genetyczne, hormonalne (ale nie te, związane z cyklem miesięcznym), układ naczyniowy, mięśniowy, neuroprzekaźniki, witaminy, mikroelementy, czynniki anatomiczne czy struktury kierujące reaktywnością seksualną w ośrodkowym i obwodowym układzie nerwowym. Są kobiety, które dochodzą w różnych pozycjach, ale są i takie, dla których jest to możliwe tylko w jednej. W końcu, różne są i same formy przeżywania orgazmu, jak i jego intensywność zarówno pod względem fizycznym i psychicznym. Niektóre panie krzyczą, mdleją, płaczą, przeklinają, wyznają miłość (panowie, nie bierzcie takich wyznań na poważnie!), a jeszcze inne nie dają po sobie poznać, że doznają rozkoszy, pozostając w milczeniu i skupieniu.

Pytanie: Jakie warunki muszą być spełnione, aby kobieta przeżyła orgazm?
Odpowiedź: „Książkowych” warunków istnieje kilka. Zalicza się do nich następujące elementy: ars amandi (sztuka kochania), zachowana intymność (spokój, bycie sam na sam w mieszkaniu), więź uczuciowa z partnerem, poczucie bezpieczeństwa, brak lęku (np. przed ciążą), optymalny stopień pobudzenia seksualnego, umiejętność zrelaksowania się i zapomnienia. Warto jednak podkreślić, że między kobietami istnieją różnice indywidualne, a wymienione elementy nie dla wszystkich są warunkiem niezbędnym osiągnięcia orgazmu. Jeśli nasza specyfika jego przeżywania różni się od wyżej wymienionej – zupełnie nie ma się czym martwić. 

Pytanie: Czym różni się męski orgazm od orgazmu kobiecego?
Odpowiedź: Kobiety muszą nauczyć się przeżywania i odczuwania orgazmu, a ich optimum satysfakcji seksualnej wzrasta stopniowo do około 30 roku życia. Dużą rolę w tej nauce odgrywa u nich masturbacja (często rodzaj stymulacji wyzwalający orgazm podczas autoerotyzmu zostaje zakodowany i stanowi jedyną drogę osiągnięcia orgazmu) i poznawanie swojego ciała. Orgazm męski stanowi natomiast zjawisko naturalne, z optimum satysfakcji seksualnej przypadającej na 20 rok życia. Stereotypowo orgazm panów łączy się z wytryskiem. Są to jednak dwa oddzielne zjawiska, które można podzielić na zjawisko biologiczne i psychiczne. Istnieją mężczyźni, którzy doznają orgazmu psychicznego bez wytrysku, ale i odwrotnie. Mniejszy jest też u nich zakres rodzajów stymulacji, a podstawową (i przeważającą) formę stanowi stymulacja penisa.

Pytanie: Dlaczego kobiety mogą mieć orgazm wielokrotny, a panowie niekoniecznie?
Odpowiedź: W 1966 roku William Masters i Virginia Johnson w książce „Human sexual response”, opisali przebieg reakcji seksualnej, wyróżniając cztery fazy: podniecenie, plateau, orgazm i ustępowanie podniecenia. Nazwali go przebiegiem liniowym i przyjęli (błędnie), że zachodzi tak samo zarówno u mężczyzn, jak i kobiet. Dlaczego błędnie? Ponieważ opisuje on przede wszystkim reakcję seksualną panów. Pozwala on jednak znaleźć odpowiedź na nasze pytanie. Fazą czwartą jest ustępowanie podniecenia – i rzeczywiście u mężczyzn po ejakulacji występuje okres refrakcji, podczas którego ilość krwi w naczyniach powraca do normy, a dalsza stymulacja nie wywołuje kolejnej erekcji (czasem okres refrakcji może trwać nawet jeden dzień). Z tego powodu panowie nie mają aż takiej fizjologicznej predyspozycji do wielokrotnego przeżywania orgazmu, aczkolwiek jest to u nich możliwe. Odwrotnie jest natomiast u pań, u których w dość krótkim czasie może wystąpić dalsze pobudzenie i kolejny orgazmu (a nawet wiele orgazmów).

Pytanie: Czy można opóźnić męski wytrysk? Czym są zaburzenia wytrysku?
Odpowiedź: Na wstępie warto podkreślić, że najczęstszymi problemami, z jakimi panowie zgłaszają się do seksuologa, są zaburzenia erekcji i wytrysku. Te drugie stanowią niezdolność powstrzymania ejakulacji przed wspólnym doznaniem przyjemności przez oboje partnerów. Mogą one nastąpić już w trakcie pieszczot, podczas dotknięcia prąciem warg sromowych czy wejścia do pochwy (wytrysk przedwczesny), albo tuż po wprowadzeniu prącia do pochwy, po kilku ruchach frykcyjnych lub przed upływem 3 minut od rozpoczęcia penetracji, jeszcze przed orgazmem kobiety (wytrysk zbyt wczesny). Wyróżnia się dwie fazy rozwoju zaburzeń wytrysku: 1) nadmierna pobudliwość seksualna (związana z rozpoczynaniem współżycia po dłuższej przerwie, częstą zmianą partnerek), 2) reakcja nerwicowa na zaburzenia wytrysku (lęk, niepokój), powodująca utrwalenie dysfunkcji. Natomiast przyczyn samego zaburzenia może być kilka: zbyt długa gra wstępna, stosunki przerywane, młody wiek, abstynencja seksualna, pochwica u partnerki. Jeśli zaobserwujemy u siebie powyższe objawy, należy ich nie lekceważyć i udać się po pomoc do specjalisty. Niezdolność sterowania reakcjami seksualnymi (a w tym opóźnianiem momentu orgazmu) jest problemem wielu mężczyzn z naszej kultury. Czy można coś temu zaradzić? Wydłużenie stosunków wymaga wysiłku, wzbogacania ars amandi, a pomocne w tym są: stała partnerka i regularne współżycie. Warto sięgnąć także do technik seksualnych Wschodu, które przypisują nasieniu ogromne znaczenie, a co za tym idzie – skupiają się na kontroli wytrysku. Najbardziej rozbudowaną sztukę kontrolowania wytrysku znajdziemy w taoizmie. Cały sekret tkwi w dobrej wyobraźni, zmienności wykonywanych ruchów, okresach przerw… ale i uczynieniu ze współżycia doznania mistycznego, duchowego. Techniki seksualne Wschodu nie tylko skupiają się na opóźnieniu wytrysku, ale też na doznawaniu orgazmu bez wytrysku.

Pytanie: Czy orgazm (kobiecy) jest warunkiem satysfakcji z seksu?
Odpowiedź: Nie, nie i jeszcze raz nie. Niezaprzeczalnym jest fakt, że doznawanie orgazmu jest pożądanym i przyjemnym zjawiskiem. Jednak nie jest warunkiem koniecznym odczuwania satysfakcji ze współżycia. Stosunek dla wielu kobiet jest okazją na wzmocnienie więzi z partnerem, wymianę pieszczot czy spędzenie wspólnie czasu. Prawda jest taka, że jedynie garstka pań przeżywa orgazm przy każdym zbliżeniu. Mit konieczności jego doznawania sprawia, że zamiast skupiać się na przyjemności płynącej z tu i teraz, skupiają się na celu, jakim jest orgazm. Potrzeba kontroli skutecznie zabija zdolność jego doznania. Takie współżycie, niezakończone szczytowaniem, prowadzi do rozczarowania i frustracji, a także osłabienia więzi. Ważna jest zatem (wspomniana wcześniej) umiejętność zrelaksowania się i zapomnienia. Problem braku orgazmu wymaga interwencji, kiedy negatywnie wpływa na harmonię związku czy samopoczucie psychiczne kobiety. Panowie: brak orgazmu u waszych partnerek nie oznacza więc, że nie było jej „dobrze”.

Pytanie: Jak diagnozuje się zaburzenia orgazmu?
Odpowiedź: Zaburzenia orgazmu występują znacznie częściej u kobiet niż u mężczyzn. Jeśli pojawiają się u panów, najczęściej dotyczą stosunków genitalno-genitalnych (co może wskazywać m.in. na orientację homoseksualną). Aby zdiagnozować zaburzenia orgazmu, muszą zostać spełnione pewne kryteria. Po pierwsze są to ogólne kryteria dysfunkcji seksualnych (brak zdolności uczestniczenia w życiu seksualnym odpowiednio do swoich pragnień; problem występuję często, ale w pewnych sytuacjach może się nie ujawnić; utrzymuje się przez co najmniej 6 miesięcy; nie jest spowodowany innymi zaburzeniami psychicznymi, zachowania, schorzeniami somatycznymi lub farmakoterapią). Ponadto, dysfunkcja orgazmu może przybrać jedną z następujących postaci: orgazm nie był przeżywany nigdy, w żadnej postaci lub dysfunkcja rozwinęła się po okresie względnie prawidłowych reakcji. Należy też zaobserwować, czy orgazm nie występuje tylko podczas współżycia, a już podczas masturbacji tak. Może to oznaczać reakcję sytuacyjną, a jej przyczyna jest prawdopodobnie psychogenna. W każdym razie, jeśli cierpimy z powodu braku orgazmu, ma to wpływ na nasz dobrostan psychiczny, a także związek – nie wahajmy się poszukać pomocy u specjalisty.

Komentarze

Pytanie do psychologa/seksuologa

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Masz pytanie do psychologa lub seksuologa? Pisz do nas śmiało! Postaramy się rozwiać Twoje wątpliwości na łamach Magazynu Przestrzeń!

Wiadomości z dopiskiem „pytanie do psychologa/seksuologa” ślijcie na adres kontakt@magazynprzestrzen.pl

Komentarze

Zacznij żyć w zgodzie ze sobą – Technika Alexandra

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Za oknem już prawie lato… Przechodnie na ulicach poczuli potrzebę ładnego wyglądu. Ludzie pozdejmowali ciepłe okrycia. Przyciasne ciuszki odkrywają pierwszą opaleniznę lub solarnianą spaleniznę. U panów masa przytłacza rzeźbę, ale „zajefajne” tatuaże redukują niedociągnięcia. Sandałki na obcasach (bo trudno te 3 sznurki nazwać pantoflem), szpilki jak szczudełka i „wyprostowana” sylwetka. Jest super! Wiesz o czym mówię?

Niby wszystko w porządku, a boli od patrzenia! Mimo pozornej radości i lekkości nie ma w nich w ogóle luzu, sprężystości i spontaniczności. Jest tylko kontrola (niemal w każdej witrynie, lustrach w sklepach czy nawet w lakierze samochodowym). Kontrola czy aby na pewno wszystko jest na swoim miejscu. Kontrola czy inni reagują.

Ech…. ja też lubię ładnie wyglądać, ale nie trzeba wtedy się zatracać i udawać nie wiadomo kogo. Nie trzeba katować się w niewygodnych butach czy zbyt ciasnym biustonoszu.  Wręcz przeciwnie. Trzeba być sobą! Takim człowiekiem naturalnym, a nie 19-latką reklamującą krem przeciwzmarszczkowy. Takie oszustwo widać od razu. Nie wystarczy kobiety ubrać w suknie by stała się damą. Taka osoba swoim zachowaniem jeszcze bardziej podkreśli bycie w nienaturalnym „środowisku”.  Jeśli człowiek jest w zgodzie ze sobą to w zwykłej bluzce, a nawet w dresie wygląda bajecznie.

Co to właściwie znaczy żyć w zgodzie ze sobą? Co znaczy być sobą? Jeśli nie znamy odpowiedzi na te pytania, to jak możemy zacząć dbać o siebie? I tu wkracza Aleksander ze swoją techniką!

Australijski aktor Frederick Matthias Alexander na początku swojej kariery zawodowej zaobserwował problem z głosem. Mimo wielu wizyt u lekarzy, żaden z nich nie potrafił wskazać przyczyny, a tym samym pomóc aktorowi z jego nawracającą chrypą, a później z utratami głosu. Alexander doszedł do wniosku, że sam musi robić coś niewłaściwego podczas występów, co powoduje jego problem. Poprzez wielomiesięczną obserwację swojego ciała w lustrach, zauważył, że sposób, w jaki go używał był przyczyną problemu. Jedną z pierwszych obserwacji był fakt, iż odciągał głowę do tyłu, uciskał krtań oraz zasysał powietrze. Ciekawymi spostrzeżeniami były również unoszenie się klatki piersiowej i ogólne skracanie postawy.

Kiedy pragnąc nie odchylać głowy do tyłu, usiłował trzymać ją prosto lub wysuwać do przodu i przekonany był, że mu się to udawało, efekt obserwowany w lustrze okazywał się daleki od zamierzeń. Usilna chęć zrobienia czegoś przeciwnego do stałej, znanej reakcji powodowała, po pierwsze, nadmierne napięcie partii ciała, na której się koncentrował, i po drugie, mylne przekonanie, że osiągnął to, co zamierzał. Dopiero powstrzymanie się od nadmiernej chęci osiągnięcia szybkich rezultatów, sprawdzenie stanu organizmu i doprowadzenie do aktywnego działania podstawowej kontroli, mogło przynieść korzyści.

W rezultacie nastąpiła poprawa nie tylko możliwości głosowych aktora, ale i jego ogólnej sprawności psychofizycznej. Okazało się, że wiele dotychczasowych niedomagań wynikało z nadwyrężania własnego organizmu i wraz z ogólną poprawą jego funkcjonowania zanikło.

A jak Ty możesz wykorzystać tę metodę dla własnych celów? Od czego musisz zacząć, aby osiągnąć jak najlepsze rezultaty?

Moim zdaniem najważniejsze jest uświadomienie sobie, że większość rzeczy, które robisz i które uważasz za prawidłowe, wcale takie nie są. Przykład? Proszę bardzo: Wyprostuj się! Co robisz? Ściągasz łopatki oraz pogłębiasz swoją lordozę lędźwiową. Czy faktycznie jesteś teraz prosto? Czy może zmusiłeś mięśnie do niepotrzebnej pracy by utrzymały jakiś nienaturalny kształt?

Jeśli uświadomisz sobie, że garbienie się, to zazwyczaj zwykłe „oklapnięcie”, które z czasem stało się złym nawykiem Twoja reakcja może (i powinna!) być inna. Co zrobić by reakcje były bardziej adekwatne do tego, co robisz?  Zauważ, CO tak naprawdę robisz. Szukaj, CO jest przyczyną, a nie skutkiem. To, że boli Cię nadgarstek może być skutkiem sztywnej dłoni, spięcia ręki lub unoszenia ramienia. Nie ma jednej odpowiedzi, bo każdy z nas jest inny.

Przez złą postawę ciała nie tylko krzywdzimy siebie fizycznie, ale również wpływamy na swoje emocje. Nie jest żadną tajemnicą, że nastrój wpływa na naszą postawę. Ale czy wiedziałeś, że zależność ma również odwrotny kierunek? Możesz więc „walczyć” ze złym humorem tylko przez „myślenie do góry”.

Warto się jednak zastanowić, czym jest właściwie zła postawa

Warto pamiętać, że zła postawa to nie tylko kwestia ramion. To kwestia absolutnie wszystkiego – szyi, łokci, kolan, szczęki, pach itd. Niesamowite jest to, że zła postawa nie tylko ma wpływ na to jak się czujemy, ale również jak jesteśmy odbierani podczas np. pierwszego spotkania czy rozmowy o pracę.
Proszę mnie źle nie zrozumieć – Technika Alexandra nie jest nauką jak „być prosto”! Chociaż w efekcie faktycznie doprowadza do tego, że człowiek jest wyprostowany, wyższy i pewniejszy siebie…:) Ta widoczna zmiana jest jednak tylko maluteńkim procentem zmian, jakie w Tobie zachodzą. A to właśnie te „niewidoczne”, czy może powinnam powiedzieć „wewnętrzne” zmiany, są dużo bardziej ważniejsze. Pewność siebie, wewnętrzny spokój, radość z życia, lepsze radzenie sobie z emocjami to tylko nieliczne z nich…

Zła pozycja zazwyczaj powoduje bóle pleców, ramion czy migreny, ale nie tylko… Często zapominamy, że oprócz aspektu fizycznego jest jeszcze aspekt emocjonalny, który bardzo często „odbija się” na naszym zdrowiu fizycznym. Lekarze skupiają się jednak na konkretnym problemie – ból głowy – rezonans magnetyczny, tabletka przeciwbólowa, zalecany odpoczynek. Prawie nikt się nie zastanowi, że ból powstał np. na skutek przeżyć osobistych, sytuacji rodzinnej, czy stresującej pracy. W takim przypadku nie pomoże nam medycyna, bo prędzej czy później– jeśli nic się nie zmieni –  powrócimy do starych problemów, a tym samym do utrwalenia  swojego schorzenia.

Wiadomo nie od dziś, że o wiele łatwiej nauczyć się czegoś nowego, niż korygować wpojone od dawna błędy. Aby stało się to łatwiejsze, Alexander stworzył swoją metodę, która polega na całościowym podejściu do naszych nawyków psychofizycznych i na eliminowaniu ich poprzez pracę na poziomie zarówno myśli jak i ciała.

Poprzez świadomość ciała, zmian zachodzących w nim w określonych sytuacjach oraz umiejętność szybkiego powrotu do „zdrowego JA” o wiele łatwiej jest zdrowo i naturalnie korzystać z samego siebie, zapanować nad stresem czy pogodzić się z krytyką.

Co więcej, nasze ciało nauczy się bardziej prawidłowo i swobodniej funkcjonować, a w konsekwencji doprowadzi to do obniżenia poziomu zmęczenia, ułatwi oddychanie oraz poprawi jakość życia. Ta oto reedukacja psychofizyczna – bo o tym mowa – pomaga posiąść na nowo naturalne umiejętności prawidłowego korzystania z możliwości własnego organizmu. Umiejętności, które zatracamy w toku życia na skutek pośpiechu, stresu i obaw, utrwalających tendencję do wkładania w wykonywaną czynność zbyt dużego wysiłku i niepotrzebnych napięć mięśniowych. Robienie zbyt dużo przy najprostszych czynnościach, jak np. mycie zębów, to dość uniwersalny fenomen (unoszenie ramienia, kręcenie głową, a nie szczoteczką, ściskanie szczoteczki jakby ważyła tonę itd.) Robimy to już mechanicznie i nie rzadko nieustannie krzywdzimy siebie.

Największy problem w Technice Alexandra to brak świadomości jak używamy swojego ciała. Najlepiej to widać, kiedy oglądamy własne zdjęcia lub video. Często nasza reakcja to: „to nie mogę być ja – ja tak nie wyglądam”. Wtedy to widać, że to jakie mamy wyobrażenie o tym, co robimy, bardzo często nie jest tym samym, co tak naprawdę robimy.

Każdy z nas ma charakterystyczny sposób chodzenia, biegania, tańczenia, itd. Dzięki niemu obserwator może z daleka poznać daną osobę. Trzeba tu zaznaczyć, że sposób ten nie musi być ani optymalny, ani naturalny, a nawet może być niezdrowy. Jednak nasze przyzwyczajenie powoduje, że inne możliwości negujemy, jako nieoptymalne, nienaturalne, a nawet niezdrowe.

Bardzo ważnym odkryciem, jakiego dokonał F.M. Alexander było zauważenie, iż odczucia samego siebie nie muszą być poprawne.  Jest to spowodowane tym, że nasze odczucia są względem naszych przyzwyczajeń. Jeśli więc zawsze mamy torbę na prawym ramieniu, to jest nam jakoś „niewygodnie”, kiedy przełożymy torbę na drugi bok. Jeśli zwykła torba jest tak bardzo niewygodna, to jak dziwnie musimy się czuć podczas zmiany naszej postawy ciała? Jeśli np. cały czas jesteś nachylony do przodu i to jest dla Ciebie prosto, to w momencie, kiedy ktoś faktycznie ustawi Cię prosto będziesz się czuł jakbyś był wygięty do tyłu!

Warto wspomnieć, iż Technika Aleksandra nie jest kolejną metodą relaksacyjną, gdyż jest to zwiększenie swobody w ruchu i działaniu. Szczególnie istotny jest również fakt, że umiejętności zdobywane dzięki niej, wykorzystujemy w życiu codziennym, nie przerywając danej czynności. Umożliwia to ciągłe samodoskonalenie się. Moim zdaniem, to jest właśnie jedna z jej największych zalet! Chociaż również uwielbiam jej „efekt uboczny”, jakim jest relaks, który traktowany jest, jako punkt wyjścia do osiągania odpowiedniej elastyczności mięśni oraz swobodnej i sprężystej postawy.

W skrócie mówiąc, Technika Alexandra jest powrotem do naturalnego korzystania z siebie w sferze cielesnej i mentalnej, w sposób adekwatny dla Ciebie i Twoich możliwości. Technika Alexandra to nauka jak poprzez świadomość swojego ciała oraz siłę myśli, przywrócić miękkość w ruchu. W ten sposób przy pomocy relaksu i działań w ruchu, odnajdujemy spokój i zdrowie. A to wszystko po prostu powrót do korzeni, kiedy organizm w piękny, luźny, a zarazem naturalny sposób reagował na różne bodźce.

Poprzez świadome, nieustanne myślenie możemy w pełni, bez stresu i bólu używać naszego ciała. Rozpoznanie stresu, który prowadzi do napięć, pomaga zmniejszyć lub zniwelować ból tj. karku, szyi czy głowy. Co więcej, nasze ciało nauczy się bardziej prawidłowo i swobodniej funkcjonować, a to w konsekwencji doprowadzi do obniżenia poziomu zmęczenia, ułatwi oddychanie oraz poprawi jakość życia.

Warto jednak pamiętać, że ta technika nie jest „techniką cud”. Jest to technika, w której możemy przyjrzeć się problemowi i wraz z nauczycielem poszukać rozwiązań. Jego najważniejszym zadaniem jest rozwinięcie u ucznia umiejętności obserwacji siebie i otaczającej go rzeczywistości, a przede wszystkim na ograniczeniu działania na skutek impulsów. Technika Alexandra to nauka jak przestać się krzywdzić fizycznie, psychicznie i emocjonalnie. W skrócie – jak zacząć żyć!

Czy to łatwe?

To zależy tylko od ciebie! Nic, co robisz po raz pierwszy takie nie jest – praktyka jest potrzebna, ale na szczęście Technikę Alexandra możesz stosować non-stop! Wszędzie i to już od pierwszych zajęć z nauczycielem. MUSISZ TYLKO CHCIEĆ.

Czy warto?

Ja już znam odpowiedź. A ty na to pytanie sam powinieneś sobie odpowiedzieć. Dlaczego? Ponieważ nie jest ważne jak bardzo ktoś potrzebuje pomocy czy zmiany – nikogo nie da się zmienić… oprócz siebie! MUSISZ TYLKO CHCIEĆ i SPRÓBOWAĆ.

 

13389281_1162255807138069_951745785_oGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Agata Ziemniewicz
absolwentka trzyletniej szkoły The Centre for the Alexander Technique mieszczącej się w Londynie, gdzie pod kierownictwem najbardziej doświadczonych trenerów szkolących nauczycieli, uzyskała certyfikat i została nauczycielem Techniki Alexandra.

Posiada kilkuletnie doświadczenie w pracy z młodzieżą, studentami, muzykami, kobietami w ciąży, pracoholikami oraz osobami z problemami kręgosłupa i na tle emocjonalnym.

Przeprowadziła dziesiątki godzin konsultacji indywidualnych oraz zajęć grupowych. Cały czas dba o swój rozwój osobisty i zawodowy korzystając z licznych warsztatów, szkoleń i superwizji na całym świecie. Praca z ludźmi jest dla niej powrotem do lat dzieciństwa, kiedy to wszyscy używaliśmy świadomie swoich ciał. Lubi słuchać ludzi i towarzyszyć im w ich emocjonalnej podróży. Czuje się niezmiernie spełniona i usatysfakcjonowana, kiedy widzi efekty, dzięki którym studenci rozkwitają i zaczynają cieszyć się życiem.

Jeśli chciałbyś pogłębić wiedzę na temat Techniki Alexandra zajrzyj tutaj. A po codzienną dawkę Alexandra warto zajrzeć na Facebooka.

Komentarze

Ludzie, zróbmy coś razem… Logopedzi – Logopedom – wywiad z Oktawią Czechowską

IMG_9337Wywiad z Oktawią Czechowską – logopedą i audiologiem, założycielką ogólnopolskiej platformy zrzeszającej logopedów z różnych ośrodków w kraju – Logopedzi – Logopedom.

Paweł Majcherczyk: Od czego to wszystko się zaczęło?
Oktawia Czechowska: Kończyłam studia. Któregoś dnia wróciłam (zdenerwowana) z praktyk logopedycznych w szpitalu. Kolejna już Pani logopeda nie chciała podzielić się ze mną swoją wiedzą. Nie satysfakcjonowało mnie siedzenie na krzesełku i obserwowanie. Pytałam i nie uzyskiwałam jednoznacznych odpowiedzi. Taka sytuacja zdarzyła się wtedy trzeci raz, gdy specjalista nie chciał podzielić się ze mną swoim doświadczeniem. Chciałam to zmienić. Bo w jaki sposób mam stawać się lepsza w tym, co robię, jeśli nasze środowisko zawodowe jest tak hermetyczne i zamknięte? Książki nie wystarczą, potrzebny jest dialog pomiędzy terapeutami. Pomyślałam wtedy: „To niemożliwe, że takich logopedów tzn. otwartych i współpracujących ze sobą, nie ma na tym świecie” . Stwierdziłam, że ich sobie znajdę. Założyłam więc fanpage na Facebooku, właśnie po to, aby znaleźć ludzi, dla których liczy się rozwój. Najpierw do polubienia strony zaprosiłam wyłącznie swoich znajomych ze studiów, później idea rozprzestrzeniła się dalej.

PM: Skąd takie wielkie zainteresowanie?
OCZ: Logopedzi – Logopedom założyłam niemalże jednocześnie z Octopusem (prywatna placówka logopedyczna). Ciekawe jest to, że tak naprawdę całą swoją uwagę skupiałam wtedy na firmie. Rzadko zajmowałam się LL. Posty były umieszczane sporadycznie, ale zawsze wtedy, kiedy czułam, że chcę coś światu powiedzieć na temat funkcjonowania w naszej branży. Informacje, które wstawiałam, wychodziły z serca i były swego rodzaju buntem pt. „nie zgadzam się”. Myślę, że tak duże zainteresowanie portalem jest spowodowane faktem, że nikt wcześniej w naszym środowisku nie powiedział tego głośno: „Ludzie, zróbmy coś razem, dzielmy się tym co mamy, tylko wspólnie możemy być lepsi i bardziej efektywni, nie zamykajmy się“. Moje podejście do tego tematu było prawdziwe, a posty nie były skierowane na komercjalizację.

PM: Poznaliśmy się w październiku 2015 roku. Powiedz, co się zmieniło od tamtego czasu w funkcjonowaniu platformy Logopedzi Logopedom?
OCZ: Platforma zaczęła rozwijać się nieproporcjonalnie szybko do tego, ile pracy wkładałam w jej funkcjonowanie. To oznaczało tylko jedno – moja idea ma sens, a co najważniejsze, zaczęli ją szerzyć inni ludzie. Ludzie, których zupełnie nie znam, a oni nie znają mnie.  Odkąd zaczęłam wkładać w LL więcej pracy, udało się stworzyć zespół ze wspaniałych, otwartych kobiet, logopedek z różnych miast Polski. Nawet w tym momencie (5.06.16) odbywa się warsztat integracyjny w Warszawie. Jak widzisz, mnie tam nie ma, chociaż zazwyczaj jeździłam na każdy warsztat i rozpoczynałam szkolenie. Teraz wiele udaje załatwić się elektronicznie. To nie tak, że LL jest idealne. Moja energia i mnożące się pomysły oraz chęć ich realizacji, często tworzą chaos wokół projektów, które realizujemy. Ale wiesz co? To jest nieważne. Najważniejszy dla mnie jest cel, idea, misja. Dziewczyny, dziękuję, że jesteście.

ll.jpgPM: Zauważyłem, tak z mojej perspektywy, że Logopedzi – Logopedom zyskał ogromną renomę. Z małego fanpage’a powstała ogólnopolska marka, o którą zabiegają ważne konferencje, szkolenia, wydawnictwa logopedyczne w Polsce. Szkolenia organizowane przez LL są prowadzone przez uznanych specjalistów. Moim zdaniem, to już jest bardzo ważne miejsce dla młodych logopedów, młodej generacji, która korzysta z Internetu…
OCZ: Miło to słyszeć, i choć nieśmiało, to zgadzam się z tobą. Był okres, w którym fejsbukowe statystyki zanotowały nam 500 tysięcy wejść. Kiedyś sama zabiegałam oto, by znaleźć się na jakiejś konferencji, by patronować wydarzeniom. Teraz firmy i instytucje same dzwonią prosząc o patronat. Jesteśmy również „łakomym kąskiem” dla firm marketingowych, ale (śmiech) uwierz, że nie pozwalamy sobie „wchodzić na głowę”. Jeśli uważamy, że coś jest niewarte pokazania logopedom, zwyczajnie odmawiamy współpracy.  Dla mnie portal rozwija się już bardzo naturalnie. Staramy się wychodzić naprzeciw młodej generacji, dlatego też zaczął działać Instagram, Snapchat.

 PM: Jakie szkolenie przyda się młodym logopedom?
OCZ: Wiesz co, to pytanie jest bardzo ogólne i odpowiedziałabym na nie: to zależy. Od tego, w jakiej dziedzinie chcemy się specjalizować, gdzie chcemy szukać pracy, z jakiego rodzaju zaburzeniami chcemy pracować. Moja pierwsza myśl to praktyczny warsztat z zakresu wywoływania głosek dla każdego młodego logopedy. Dyslalia,  korygowanie artykulacji to podstawa w naszym zawodzie,
a wychodząc ze studiów wielu logopedów, nie potrafi zwyczajnie wywołać głosek.

PM: Wiem, że zajmujesz się nie tylko logopedią, prowadzisz bloga Okta w podróży, wyjeżdżasz na spotkania Toastmasters, jak zachowujesz równowagę mając tak wiele obowiązków?
OCZ: Nie rozdzielam pracy od życia prywatnego, bo nie mam takiej potrzeby. To, co robię: logopedia, podróże, Toastmasters, stanowią dla mnie rozrywkę, dają mi radość. Ta granica już dawno się gdzieś zatarła. Gdy jadę na warsztat logopedyczny, nie traktuję go jako pracę czy wyłącznie formę zarabianie pieniędzy – bo jeśli coś sprawia ci radość to chyba jest twoim hobby.

PM: Czyli wszystko co robisz, to twój sposób na życie?
OCZ: Tak, można tak powiedzieć.

PM: W jakiej dziedzinie logopedii najlepiej się czujesz?
OCZ: Mówisz o zajęciach z dziećmi?

PM: Tak.
OCZ: Czuję się dobrze we wszystkim, co jest związane z „uchem”. (śmiech) Surdologopedia, audiologia. Skończyłam również protetykę słuchu w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu w Kajetanach k. Warszawy. Tak więc aparaty słuchowe i implanty ślimakowe to „moje klimaty” (śmiech). Ostatnio do moich zainteresowań naukowych dołączyła dwujęzyczność i w tym kierunku chcę się obecnie rozwijać. 

lbgPM: Jaki masz najbliższy projekt, który chciałabyś zrealizować?
OCZ: Chciałabym połączyć logopedię z motywowaniem ludzi, bo coraz bardziej i częściej czuję ten temat. Odkąd pamiętam, interesowałem się coachingiem, i zawsze ta dziedzina była gdzieś w moim życiu. Chcę motywować młodych logopedów do tego, by się rozwijali jako ludzie. Bo jeśli rozwiniemy się jako ludzie, wtedy będziemy bardziej efektywni jako logopedzi. Gdy będziemy potrafili stawiać sobie cele, będziemy mogli stawiać je naszym pacjentom i krok po kroku je realizować.

PM: Świetnie, to bardzo interesujące i nowatorskie…
OCZ: Dziękuję. Kolejnym pomysłem, który zaczęłam już realizować wraz z Aurelią Wawrowską, jest projekt pt. „Logopedzi bez granic”, czyli prowadzenie konsultacji oraz zajęć logopedycznych dla dzieci polonijnych na świecie. Zaczęło się od Norwegii, (i właśnie tam się przeprowadzam na dłużej). Byłyśmy już także w Irlandii w jednej z polskich szkół, za dwa tygodnie czekają na nas Czechy, a na początku lipca – Wielka Brytania. Po wakacjach: „kraj daleki i wspaniały” i jak tylko dostaniemy ostateczne potwierdzenie od instytucji, która nas zaprosiła, będę mogła zdradzić tę tajemną informację (śmiech). Po prostu, chcę łączyć logopedię z podróżami, które są moją kolejną pasją.

Komentarze

Podróżując polskim transatlantykiem

Mamy czerwiec, a więc powoli każdy z nas myśli o wakacjach. Niektórzy od dawna mają już plany, pozostali dopiero je tworzą. Jedni wolny czas spędzą na swojej działce, inni wybiorą kurort nad wodą w ciepłych krajach. Część osób zapewne skorzysta z usług biur podróży i już przegląda ich katalogi. Warto zerknąć też do folderów, jakie przygotowali przewoźnicy, którzy zadbają o komfort naszej podróży. Ja ostatnio natrafiłem na jedną, bardzo interesującą broszurę.

13410706_1240909925934175_830643080_o

Polskie statki transatlantyckie „PIŁSUDSKI” i „BATORY” zapewniają najszybsze bezpośrednie połączenie między portami Bałtyku: Gdynią i Kopenhagą, a portami Ameryki Północnej: Halifaxem (Kanada) i New Yorkiem. Podróż z Gdyni do New Yorku trwa 8½ dnia, przy czym odbywa się bez przesiadania, lub konieczności dalekiej i uciążliwej podróży koleją do obcego portu. Pasażer, korzystający z bezpośredniej komunikacji transatlantyckiej pod polską banderą, na statkach „PIŁSUDSKI” i „BATORY”, zapewnia sobie podróż szybką i wygodną, oszczędzając czas, pieniądze i zdrowie – tak swoje usługi reklamuje GAL, czyli Gdynia Ameryka Linie Żeglugowe.

Wolność od Wi-Fi

Podobna podróż samolotem trwa około ośmiu godzin, stąd wyprawa ponad ośmiodniowa może troszkę nas zniechęcać. Warto jednak zauważyć, że tutaj sama podróż już jest odpoczynkiem i wielkim wydarzeniem, bowiem na pokładzie tych wspaniałych statków, niczego nam nie zabraknie, a czekają nas same atrakcje. Proszę tylko posłuchać – Rozrywek pasażerom klasy trzeciej dostarczają: biblioteka i czytelnia, rozgłośnia muzyczna, transmitująca do sal ogólnych muzykę koncertową lub taneczną, przedstawienia kinematograficzne i t. p. Brakuje jedynie Internetu… Co dla niektórych może być bardzo pozytywnym akcentem!

Podziw i zachwyt

To jednak nie koniec atrakcji, bo pasażerowie klasy trzeciej mogą również w określonych godzinach skorzystać z obszernego basenu do pływania, a także sali gimnastycznej, tak więc mają oni dostęp do wszelkich sportów i zabaw. Na statku nie może zabraknąć również jadalni, salonu czy baru, a także palarni, (…) wszystko urządzone z wielkim smakiem artystycznym. Jak już jesteśmy przy wystroju, to należy zauważyć, że statek – a w zasadzie dwa statki transatlantyckie – wykonane są od początku do końca z największą starannością: Ich nowoczesna konstrukcja, potężne wymiary, harmonijne kształty, przepiękna dekoracja wnętrz oraz doskonale rozplanowane, wygodne pomieszczenia i różnorodne urządzenia przeznaczone dla pasażerów, stwarzają razem całość, wzbudzającą podziw i zachwyt.

Coś na ząb

Po takiej reklamie trudno nie być zachwyconym. Ale spójrzmy jeszcze na menu, które także znalazło się w folderze. Dobrze wiedzieć, co dobrego możemy zjeść podczas naszych wakacji na naszym transatlantyku. Na śniadanie można spożyć owoce – jabłka i pomarańcze, do wyboru są także jajka: sadzone, smażone, gotowane, a także omlety – z bekonem lub z pomidorami. Z dań mącznych mamy owsiankę, kaszę czy ryż parzony. Ciekawym rozwiązaniem na pewno będą marmolady – malinowa, pomarańczowa lub też z borówek. Do tego oczywiście pieczywo – żytnie, pszenne, a także wędliny – kiełbasa szynkowa, krakowska, pasztetowa. Na obiad serwowane są zupy: rosół lub grochówka. Na główne danie wędruje kotlet wieprzowy smażony lub cielęcina z rożna. Do tego marchewka z groszkiem, kapusta, sałata i kartofle. I obowiązkowo deser – szarlotka z jabłek. Na kolację mamy bogaty wybór. Możemy wybierać pomiędzy zupami, daniami mięsnymi, warzywami i owocami oraz różnymi zakąskami, np. buraczkami z chrzanem czy jajkami w sosie tatarskim. Oczywiście wszystkie podane potrawy, to jedynie przykładowe dania, ale nie da się ukryć, że wybór jest bardzo szeroki i każdy znajdzie coś dobrego dla siebie.

***

Ta reklama i oferta przekonała mnie. Marzę o tym, by już się tam znaleźć i samemu wszystkiego wypróbować. Szkoda tylko, że ten piękny folder reklamowy pochodzi z lat 30. XX wieku, a epoka transatlantyków już dawno przeminęła. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko poszukać bardziej aktualnej oferty.

Obejrzyj cały folder tutaj.

Komentarze

Pożądana równowaga

Już Arystoteles doskonale wiedział o tym, że człowiek powinien dążyć do odnalezienia tzw. „złotego środka”, czyli szeroko pojętej równowagi. Niesamowicie ciężko o nią w dzisiejszych czasach, ale gdy już zawita w naszym życiu, zaczyna się dziać dobrze, naprawdę.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Arystoteles to jednak mądrym człowiekiem był, skoro wiedział, że żądz nie należy absolutnie ignorować, ale też i nie należy im całkowicie ulegać. Z naszym społeczeństwem XXI wieku to jest natomiast tak, że jak już coś nam się przytrafi, to nie wiemy absolutnie kiedy odpuścić. Czerpiemy ze źródła aż do ostatniej kropli; nie wiemy, kiedy ze sceny zejść… niepokonanym.

Równowaga obecnie nie jest modna. Jest się kimś, kimś na poziomie, jak ma się dużo, wystawnie, najlepiej i „na bogato”. Przeciętność jest piętnowana na każdym kroku: czy to w programach rozrywkowych typu talent show, czy w szeroko pojętych mediach, nie tylko elektronicznych.

Prędzej czy później człowiek zaczyna się staczać: popada z jednej skrajności w drugą, lub po prostu dręczy go nieustanna depresja.

Sami robimy sobie krzywdę, czyż nie? Nie możemy pojąć tego, że już starożytni wiedzieli lepiej, co jest dla nas, ludzi, lepsze. To oni poświęcali swoje życie na nieustanną kontemplację nad pojęciem świata, kosmosu, człowieka i istnienia.

Mądrość jest najwyższą z rodzajów wiedzy, mawiał Arystoteles. Jaką wiedzę mamy dzisiaj? Wiemy, jak przeszczepiać narządy, eksperymentujemy z coraz to nowszymi wynalazkami, badamy kosmos, chcemy wyprzedzić przyszłość i oszukać samą śmierć. Gdzie jest nasza mądrość? W technologii, książkach, badaniach, ale nie w naszym życiu.

Uciekamy od swoich prawdziwych pragnień. Próbujemy oszukać samych siebie. Tak naprawdę jest to nierealne i… głupie. Po co, ja się pytam, po co? Wybieramy sobie na siłę profesję taką, jaka pożądana jest na rynku pracy, a nie taką, która naprawdę nas interesuje, i w jakiej czujemy się mocni. Chcemy udawać kogoś zupełnie innego, by zadowolić społeczeństwo i środowisko, w jakim się obracamy.

Moim zdaniem równowaga, nie polega wcale na tym, by wygodnie ustawić sobie życie i mieć pod dostatkiem pieniędzy. Dla mnie to ideał spokoju wewnętrznego człowieka. Dla mnie to poczucie jedności ze swoimi pragnieniami, przy jednoczesnej kontroli ich intensywności. Demokryt również położył swoje „trzy grosze” do rozważań nad spokojem. Wprowadził on pojęcie ataraksji, czyli braku zamętu, niepokoju. Stoicy nazywali ten stan doskonałym, stanowiącym wizerunek szczęścia.

O szczęście dzisiaj nieprosto, a i starożytne przepisy na pomyślność w życiu, trochę się już przedawniły. Warto jednak podejść do nich przychylnie i zastanowić się, czy współczesne możliwości i „atrakcje”, w jakie obfituje wiek XXI, są w stanie nam zapewnić z góry to szczęście.

 

Komentarze

Przed Państwem…

Drukowanie

Pola Augustynowicz – galeria (11)

Artysta: Pola Augustynowicz
Mieszka w Poznaniu. Studiowała na Uniwersytecie Artystycznym. Projektuje ilustracje, plakaty, identyfikacje wizualne. Laureatka licznych konkursów, na swoim koncie ma także udział w wielu wystawach. Prowadzi warsztaty sztuki dla dzieci, tematyka edukacji artystycznej jest jej bardzo bliska. Ma za sobą ponad pięcioletnią karierę w agencjach reklamowych i studiach graficznych, jednak dopiero żywot freelancera przyniósł jej pełną satysfakcję. Kocha psy, peonie i herbatę.

Polę można znaleźć na:
Stronie
Facebooku
Blogu
Instagramie

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – konkurs!

dlapoetow1

Ogłaszamy cykliczny konkurs literacki dla osób przed debiutem książkowym!

Zasady: prosimy o przesłanie do 3 wierszy o dowolnej tematyce (godło nie jest wymagane) z krótką notką o autorze. Teksty poetyckie prosimy przesłać do 5 lipca 2016 na adres: konkurs@magazynprzestrzen.pl. W temacie należy wpisać: „wiersze + imię i nazwisko”

Uczestnicy konkursu muszą mieć ukończone 16 lat.

Cel: promowanie młodych, zdolnych poetów

Z nadesłanych utworów jury wybierze jednego zwycięzcę, a jego wiersze zostaną opublikowane w Magazynie Przestrzeń. Serdecznie zapraszamy!

Komentarze
Komentarze do:

"16"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję