Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

15

Przestrzeń
#15

Zdarza ci się podejmować decyzje bez zastanowienia? Tańczyć w deszczu? Zrobić bukiet z wiosennych kwiatów podczas spaceru? Cieszyć się z małych rzeczy? Zmieniać łatwo plany? Improwizować? Wyjechać w podróż bez przewodnika? Jeśli tak, z pewnością wiesz, czym jest spontaniczność. Jednak cecha ta przez wielu dorosłych została zatracona. Blokują nas sztywne schematy i ciągłe planowanie. Czy przełamanie rutyny i odnalezienie swojego wewnętrznego Dziecka są możliwe?

W majowym wydaniu Magazynu Przestrzeń skupiamy się wokół tematu spontaniczności. Piszemy o różnicach w związku, które mogą wydawać się nie do pogodzenia. Zastanawiamy się nad fenomenami, które zawdzięczamy mediom społecznościowym - iluzją spontaniczności, a także robieniem tzw. selfie. Proponujemy kreatywne zatrzymywanie chwil za pomocą metody Project life. Rozważamy rolę spontaniczności w terapii logopedycznej. Wyruszamy na poszukiwanie spontanicznego Dziecka w ciele Dorosłego. Odwiedzamy także Marsylię – miasto, w którym lepiej nie robić planów.

Czytamy recenzję filmu Niesamowita Marguerite i dowiadujemy się o fałszywych przekonaniach jego bohaterki. Rozbudzamy kreatywność za pomocą kleksów i plam. Poznajemy także twórczość Piotra Pasiewicza.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Kot

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

kot
jak ciemniejszy fragment nocy
wyskoczył spod kopyt
mojego zamyślonego marzenia
nawet śladu oczu
sam kot
uspokojony moim słowem honoru
pozostał bezgłośnie
jak bezgłośnie przybiegł

ćma
musnęła moje usta
połyskujące pocałunkami
jakby myślała
że je ugasi
i zniknęła zapomniana
żeby potem dopiero na papierze

 

jacek gientkaAutor: Jacek Gientka
Jestem psychologiem, psychoterapeutą, założycielem Poradni Psychologicznej W stronę zmiany. Tworzeniem poezji, mniej lub bardziej intensywnie, zajmuję się od czasów nastoletnich. Czucie i wiarę cenię na równi ze szkiełkiem i okiem. Lubię dobre jedzenie, prawdziwych ludzi i złe filmy.
Komentarze

Spontaniczne Dziecko w ciele Dorosłego

Gdy byliśmy mali, umieliśmy być spontaniczni. Wpadał nam do głowy pomysł – i siuup! – już go realizowaliśmy. Nie znaliśmy słowa „później”, a „zaraz” brzmiało jak wieczność. Skupialiśmy się na tym, co jest teraz, żyliśmy chwilą, wykorzystywaliśmy okazje… Dorastając wyzbyliśmy się tych cech, nauczyliśmy się, że ważna jest konsekwencja, planowanie, wyznaczanie celów. Spontaniczność była melodią Serca, a nas uczono, by słuchać Rozumu. W dodatku otoczeni innymi ludźmi przy różnych wybrykach, wciąż na nich wpadaliśmy, a każde takie zderzenie uczyło nas by zwracać uwagę, co myślą o nas inni. Zostaliśmy więc Poważnymi Dorosłymi. Takimi, którzy uważają, są ostrożni i myślą, co się może wydarzyć. Takimi, dla których liczą się obowiązki i spełnianie oczekiwań. Takimi, którym nie w głowie głupoty i własne widzimisię.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Ale gdzieś tam za poważną maską Dorosłego, wciąż dobija się do nas Dziecko, które doskonale pamięta jak to było skakać przez kałuże i taplać się w błocie. Które mówiło głośno „chcę” gdy miało na coś ochotę. Które nie znało słowa „muszę” ani „powinienem”. To Dziecko wciąż w nas tkwi i pragnie być wzięte pod uwagę. Tylko jak pogodzić Jego istnienie z wymaganiami, jakie stawia przed nami rzeczywistość i inni ludzie? Jak być spontanicznym, gdy każdy dzień wypełniony jest kolejnymi zobowiązaniami i listą rzeczy do natychmiastowego zrobienia?

Spontaniczność to trudna cecha, ponieważ wymaga wyzbycia się kontroli. Nie da się jej zaplanować, ocenić ryzyka działań, przewidzieć do końca skutków. Ale też i nie o to w niej chodzi. Chodzi przecież o poleganie na impulsie, na chwilowej zachciance. Boimy się tego, bo co się stanie, gdy ulegniemy impulsom, które wcześniej tak długo tłumiliśmy? Znacie to zdanie: a co gdyby tak spontanicznie wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady? Prawda jest taka, że my boimy się tych Bieszczad, tego, że jak sobie popuścimy, to w końcu w te Bieszczady pojedziemy, więc tak na wszelki wypadek nie pozwalamy sobie na nic. Z dumą możemy stwierdzić, że wszystko w tym swoim życiu mamy pod kontrolą. A że nie ma tam miejsca na naturalność? Cóż, taka cena uporządkowania, myślimy sobie.

Szukając inspiracji do napisania tego artykułu natknęłam się na książkę – przewodnik po uwodzeniu dla kobiet. Padło tam sformułowanie „planowana spontaniczność”. Autor sugeruje, aby dziewczyna generalnie tak planowała sytuacje, żeby doprowadzić do takiego momentu, w którym pokaże się swojemu wybrankowi jako osoba spontaniczna. A więc idąc na spacer ona nerwowo rozgląda się za jakąś fontanną, by potem całkiem „spontanicznie” móc do niej wskoczyć i zakodować u mężczyzny obraz dziewczynki, która umie dobrze się bawić. Przykładów było więcej, wszystkie służyły temu samemu. Czytając tę książkę czułam pomieszanie z poplątaniem – sama robię w życiu wiele szalonych rzeczy pod wpływem impulsu, ale nigdy ich nie planuję. Nie zakładam, że dziś przeskoczę nad bramką metra zamiast karnie skasować bilet. Nie planuję, że zrobię orła w śniegu idąc przez park. Nie planuję, że widząc ulewę, zacznę dziko tańczyć w deszczu zamiast schować się gdziekolwiek. Autor przekonuje w książce, że dla faceta – świadka naszej spontaniczności – nie ma różnicy czy nasza aktywność będzie naprawdę spontaniczna czy też zaplanowana. Ale pytanie brzmi czy różnicy nie będzie też dla nas? Spróbujcie sobie wyobrazić siebie, gdy od rana planujecie – hmm, dzisiaj na randce będę spontaniczna. Oprócz nerwowego planowania, w co się ubrać, dokładacie sobie wymyślanie planu: kiedy zobaczę kwiatki, uplotę sobie z nich wianek. Niech on zobaczy, jaka ja jestem naturalna. Idę na spacer ze swoim partnerem i od początku nerwowo rozglądam się za kwiatkami. On coś do mnie mówi, ale nie do końca to ogarniam, w końcu w głowie pali się hasło: kwiatki! Kwiatki! Gdzie są do kurki wodnej jakieś kwiatki? W końcu są: serce bije coraz szybciej – teraz ma się zacząć show, w którym aktorką będę ja, a jedynym widzem on. Jeśli się uda, zapamięta mnie tak, jak to sobie wymyśliłam. A jeśli nie? Nie może się nie udać! Nic dziwnego, że denerwuję się coraz bardziej. Tu nie ma miejsca na błąd…

Czynność, która mogła być dobrą zabawą staje się kolejnym obowiązkiem do wykonania. Planowana spontaniczność jest sprzecznością. A dlaczego nie pozwolić sobie na prawdziwą naturalność w związku? To kwestia zaufania do samego siebie. Wiary, że kiedy przyjdzie odpowiedni moment, będę mogła puścić hamulce i oddać się zabawie. A to jak odbierze mnie mój potencjalny wybranek będzie tylko efektem tego, jaka jestem naprawdę. Bo całe to udawanie do tego się sprowadza – czy lubię siebie i sobie ufam i pozwalam innym zobaczyć, jaka naprawdę jestem, czy zakładam maskę osoby spontanicznej, ale potem, gdy nikt nie patrzy, to tę spontaniczność odchorowuję?                 

Największym wrogiem spontaniczności jest lęk. Kiedy jesteśmy w jego sidłach, nie ma już w nas miejsca na nic innego. Spontaniczność wiąże się z wyluzowaniem, odpuszczeniem, poddaniem się chwili. W kontroli chodzi o to, żeby zapanować nad lękiem. Boimy się tego, co ludzie o nas powiedzą, co odsłonimy nie pilnując się przez chwilę, a tak naprawdę boimy się siebie. Ciągle się pilnując i dostosowując, nie znamy siebie naprawdę dobrze i nie wiemy, co kryje się pod całym tym udawaniem. A im bardziej się nie znamy, tym bardziej się boimy, tym bardziej więc pilnujemy się i tak błędne koło się zamyka.

Zbliża się lato – czas urlopów, odpoczynku, zmian. To dobry moment, żeby sobie odpuścić. Świadomie zdecydować, że w te wakacje rezygnuję z planowania. Dobrym treningiem spontaniczności jest pojechanie w obce miejsce bez przewodnika. Jeszcze lepiej, gdy wybierzesz swój cel przypadkiem np. idąc za radą miejscowych albo zbaczając z drogi zawędrujesz w nowe miejsce. Spacer bez odhaczania kolejnych atrakcji pozwala otworzyć się na nowe. Gdy dojdziesz do skrzyżowania – skręć tam gdzie jest ładniej. Wejdź do sklepów, do których normalnie nie wchodzisz, kup sobie coś, czego normalnie nie kupujesz. Może wrócisz z lokalną chustką, a może odważysz się spróbować czegoś nowego? Sprawdź jak to jest poruszać się prowadzonym przez ciekawość, a nie plan wycieczki. Do niczego się nie zmuszaj, po prostu rozkoszuj się chwilą, która nie wróci. Być może uda Ci się oprócz opalenizny, zdjęć i pamiątek przywieźć nową umiejętność, jaką jest spontaniczność? Próbuj! 

Komentarze

Spontaniczna ona, spokojny on… O różnicach (nie) do pogodzenia

graf. Urszula Zabłocka

Mamy maj, czyli miesiąc miłości, miesiąc zakochanych. Będzie więc znowu o związkach! Podobno przysłowia są mądrością narodu. A to ciekawe, bo jeśli o miłości mowa to jedni powiadają, że przeciwieństwa się przyciągają, a inni, że swój do swego ciągnie. Jak to właściwie jest? Czy prawda leży po środku? O tym rozmyślam w bieżącym numerze Przestrzeni.

Niezgodność charakterów

Jedną z głównych przyczyn rozwodów jest tzw. niezgodność charakterów. Nie znamy statystyk dotyczących powodów rozpadów związków nieformalnych, jednak można się domyślać, że czynnik ten występuje równie często. Dlaczego tak się dzieje? Co to w ogóle znaczy, że nasze charaktery są niezgodne czy niedopasowane? I jak z tym żyć, jak budować i utrzymać związek, który da nam szczęście i spełnienie? Czy to w ogóle możliwe?

Badania mówią, że przeciwieństwa się przyciągają, ale głównie na początku związku. Powodują, że jest namiętnie, romantycznie i atrakcyjnie. Początki związku to zalewająca umysł fala hormonów, które odbierają umiejętność racjonalnego i krytycznego myślenia. Czas jednak bezlitośnie biegnie do przodu, a dynamika związku oznacza wkroczenie w kolejną jego fazę, co jest nieuniknione. Właśnie wtedy może zacząć być trochę pod górkę. Poznając lepiej naszych partnerów, spędzając z nimi coraz więcej czasu, zaczynamy zauważać kwestie, które niekoniecznie nas łączą czy nam się podobają. Zastanawiamy się czy on zawsze taki był, a ja wcześniej tego nie widziałam, czy może ona aż tak się zmieniła w tak zwanym międzyczasie, a ja nie zauważyłem.

Różnice, czyli co właściwie?

Istotną sprawą jest udzielenie sobie odpowiedzi na pytanie, które to różnice są dla mnie tymi nie do zaakceptowania, które z nich nie pozwolą dalej w związku owocnie funkcjonować. Dla każdego może to być coś innego. Jednych będą drażnić sprawy z pozoru błahe, ale dla nich ważne (np. bałaganiarstwo lub przeciwnie – perfekcjonizm drugiej strony), dla innych o takich kwestiach można rozmawiać czy nawet przymykać na nie oko. Dla jeszcze innych kluczowe będą kwestie wyznawanych wartości czy obieranych w życiu celów, czyli np. dylematy związane ze sformalizowaniem związku lub posiadaniem potomstwa, ale także poglądami politycznymi czy religijnymi, które bardzo często są punktami zapalnymi w różnego rodzaju relacjach międzyludzkich.

Praca, praca, praca…

Ważna jest samoświadomość partnerów dotycząca ich własnych ograniczeń i niedoskonałości. Może się okazać, że wystarczy chęć zmiany, trochę pracy nad sobą i związkiem, aby stały się one czymś, co nie niszczy relacji a umacnia ją. Prawdopodobnie uda się wypracować kompromis, który żadnemu z partnerów nie kojarzy się z utratą czegoś ważnego czy rezygnacją z siebie, a będzie porozumieniem prowadzącym do ponownego zbliżenia się i rozkwitu łączącej ich więzi.

Ładnie brzmią te wszystkie pełne patosu, poruszające sentencje o miłości. Na przykład taka, bardzo znana i lubiana: Kochać to nie znaczy patrzeć na siebie, lecz patrzeć razem w tym samym kierunku*. Szkoda, że praktyka nie jest już tak wzniosła i majestatyczna. To po prostu ciężka harówka każdego dnia i każdej ze stron tego układu. Oby tylko nie okazała się pracą syzyfową.

* autor: Antoine de Saint-Exupery

Komentarze

Iluzja spontaniczności

Obserwując współczesny wpływ Internetu na życie jego użytkowników zadałam sobie pytanie: „Czy potrafimy być jeszcze spontaniczni?”. Zagadnienie to może być w pierwszej chwili niejasne, jednak po chwili zastanowienia jesteśmy w stanie uświadomić sobie, ile tak naprawdę naszych spontanicznych działań ujawniliśmy szerszej społeczności w Internecie. Jeśli szczerze odpowiemy sobie na to pytanie, okaże się, że cała „spontaniczność”, jaką obserwować mogą nasi znajomi na portalach społecznościowych to ta, wykreowana przez nas.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Internet jest genialnym narzędziem do projektowania obrazu własnego ja. Wszystkie informacje, które wysyłamy za jego pomocą w przestrzeń społeczną są przez nas oceniane, analizowane i cenzurowane. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, przecież każdy chce być kimś wyjątkowym i za takiego uchodzić. Profil osobisty na portalu społecznościowym pozwala w prosty sposób monitorować własne życie. Z tego powodu, niby spontanicznie zrobione zdjęcie podczas weekendowej wycieczki rowerowej, przestaje być takie z chwilą zamieszczenia go w sieci. Fotografia ta ma bowiem specjalną misję do spełnienia. Po pierwsze powinna pokrywać się z tworzonym przez nas obrazem siebie, abyśmy pozostali autentyczni. Stalibyśmy się jeszcze większymi hipokrytami gdybyśmy nie przyznali, że liczymy na społeczny odzew i komentarze, które nas dowartościują i utwierdzą w naszym wyborze. Aprobata bądź dezaprobata społeczna jest jednym z ważniejszych czynników, które wpływają na nasze życie. Niestety każdy nasz niewinny komentarz do zdjęcia jest spontaniczny i nieprzemyślany, do czasu, kiedy nie prześlemy go światu. Spontaniczność zachowań wykluczana jest przez ciągły monitoring życia, a zatem wspomaga tworzenie jego wyimaginowanego obrazu.

Kolejnym wrogiem spontaniczności jest czat, dzięki któremu ludzie mają niczym nieograniczoną, natychmiastową możliwość niebezpośredniej rozmowy. Zdaję sobie sprawę z dobrodziejstwa tego typu usługi, jednak po głębszej analizie muszę przyznać, że wiele rozmów, które w łatwy sposób prowadzone są poprzez internetowy czat, mogłyby być zrealizowane w realnym świecie. Wirtualne spotkania pozornie zaspokajają naszą potrzebę bliskości, przez co rozleniwiają nas na poszukiwanie możliwości wyjścia z domu do innych ludzi. W ten sposób zamykamy się na spontaniczność, doświadczanie prawdziwego życia, atrakcyjność niespodziewanych wydarzeń, pomysły naszych znajomych i zbiegi okoliczności. To właśnie wymienione czynniki sprawiają, że nasze życie jest barwne w naszych wspomnieniach, a nie tylko na portalu internetowym.

Warto uświadomić sobie, że żyjemy przede wszystkim dla siebie, a nie dla akceptacji ze strony innych. Ważne dla nas przeżycia zapiszą się w naszej pamięci na całe życie i to one będą prawdziwą wartością. Życiorys, jaki tworzymy za pomocą portali społecznościowych, nie będzie tak trwały. Nie łudźmy się, że za parę lat komuś zechce się przeglądać całą historię naszego profilu, aby dowiedzieć się, kim jesteśmy.

Komentarze

Project life – zatrzymane chwile

Spontaniczne robienie zdjęć weszło nam już w nawyk. W smartfonach, na tabletach i komputerach zalegają tysiące gigabajtów różnych fotografii dokumentujących nasze życie. Tylko co z tego, że mamy wiele zdjęć jak do nich nie zaglądamy? Aby odmienić trend i wrócić do wspaniałych chwil nie trzeba wiele robić, jedynie poddać się fali kreatywności.

fot. Magazyn Przestrzeń, PG

fot. Magazyn Przestrzeń, PG

Moja historia ze scrapbookingiem

Któż z nas nie chciałby mieć pięknych kolorowych albumów, które zatrzymują cudowne chwile na zawsze? Osobiście uwielbiam zdjęcia, lubię je robić, a później oglądać. Na moich półkach można też znaleźć rożnego rodzaju mini pamiątki – bilety z teatru, małe wizytówki z wyjazdów czy inne drobiazgi związane z konkretnym wydarzeniem.

W pewnym momencie zastanawiałam się, co z tym zrobić i tu na pomoc przyszedł scrapbooking (sztuka ręcznego tworzenia i dekorowania albumów, kartek itp.) i Project life. Dzięki tym kreatywnym metodom zarówno zdjęcia jak i drobiazgi znajdą swoje należyte miejsce, a ja będę mogła do nich częściej zaglądać.

Project life – co to takiego?

Kreatywne albumy to o wiele lepsza alternatywa dla fotografii niż zaleganie na komputerze czy w pudełku. Project life to metoda dokumentowania życia za pomocą zdjęć, specjalnych kart i różnego rodzaju scrapowych dodatków. Zdjęcia w różnym formacie umieszcza się w przygotowanym do tego celu albumie z koszulkami, dodatkiem są specjalne karty, dobrane tematycznie i kolorystyczne, komentujące codzienność, okraszone cytatami lub śmiesznymi powiedzonkami.

Taka forma albumu jest o wiele bardziej osobista niż zwykły album na zdjęcia, a nie zabiera więcej czasu. Opowiada naszą, indywidualną historię. W I możemy zamieszczać cytaty z życia, opowieści związane z imprezami, ślubami, podróżami. Tworzyć niepowtarzalne kompozycje ze scrapowych dodatków (możemy używać specjalnych papierów, naklejek, stempli, wstążek, taśm i wszystkiego, na co mamy ochotę).

Taki album możemy tworzyć na bieżąca, komentując otaczającą nasz rzeczywistość lub dokonać selekcji fotografii zgodnie z tematem i stworzyć albumy o podróżach, narodzinach dziecka, czy związane z konkretną osobą. Ten ostatni będzie doskonałym prezentem.

Przeżyj to jeszcze raz

Project life to wspaniały pretekst do przejrzenia zdjęć i powrotu do pięknych chwil, ale także refleksja nad codziennym życiem. Dzięki temu, że postanowimy dokumentować nasze życie tydzień po tygodniu, zyskamy większy wgląd jak wiele się w nim dzieje, jak bardzo jest bogate, a chwila nie będzie aż tak ulotna.

Kreatywne metody tworzenia zapisków z własnego życia pomagają dostrzegać magię w zwykłych, prozaicznych momentach. Dzięki świadomości, jak wiele dzieję się w naszym życiu możemy być bardziej wdzięczni i tym samym spokojniejsi i szczęśliwsi. Jeśli chcesz ożywić zdjęcia, masz ochotę zrobić coś kreatywnego Project life jest dla Ciebie.

Komentarze

Marsylia – miasto ambiwalentnych uczuć

Nie wiem czy bardziej kocham to miasto, czy nienawidzę. Czy częściej czuć w nim zapach morza, lawendy i prowansalskich ziół, czy nieprzyjemną woń brudnych, zaśmieconych ulic. Jedno jest pewne – jeśli nie straszna wam spontaniczność, nie lubicie robić planów i szukacie doznań – z pewnością musicie odwiedzić Marsylię, miasto leżące na południu Francji. 

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Trochę historii

Marsylia jest najstarszym miastem Francji i drugim, co do wielkości, zaraz po Paryżu. Położona jest nad Morzem Śródziemnym w regionie zwanym Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Jej założycielami byli Grecy z Fokai, a samo powstanie datuje się na około 600 rok p.n.e. Marsylia została zajęta przez Francuzów dopiero w 1481 roku. Nie oszczędziła jej II Wojna Światowa, podczas której została zbombardowana i znacznie zniszczona. Obecnie Marsylia jest największym portem handlowym we Francji, ale i jednym z ważniejszych w Europie. Hymnem Francji jest Marsylianka, która nie bez przyczyny budzi skojarzenia z miastem. Śpiewana była przez bataliony Marsylii podczas marszu na Paryż w lipcu 1792 roku, lecz pieśnią narodową stała się ostatecznie dopiero w 1879 roku. Dość już jednak historii.

Nie mówią o niej w superlatywach

Czytając o Marsylii, często natrafiamy na stwierdzenia, że miasto nie cieszy się dobrą sławą, „że można w niej stracić nie tylko portfel, ale i zęby”, ale i rady, aby nie zapuszczać się wieczorami w dzielnice biedoty i unikać prowokujących zachowań. Prawdą jest, że Marsylia jest miastem multikulturowym, a znaczną część jej mieszkańców stanowią imigranci. Przed swobodnymi wieczornymi przechadzkami ostrzegał nas także mieszkający tam na stałe znajomy i sugerował uważać na torbę w najstarszej dzielnicy Le Panier. Potwierdził, że w mieście zdarzają się strzelaniny. Po dwóch wyjazdach do Marsylii nadal żyjemy (ja i mój partner) i nic nam nie skradziono – może uważaliśmy, a może mieliśmy szczęście. W tym mieście jednak dzieje się wiele dziwnych rzeczy.

Planuj zwiedzanie bez komunikacji

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Na dziesięć dni, jakie łącznie spędziliśmy w Marsylii (po pięć na każdy wyjazd), komunikacja miejska nie funkcjonowała aż trzy razy. Dwa razy był to strajk (pierwszy, jeśli dobrze pamiętam, miał na celu wywalczyć luźniejsze spodnie dla kierowców), raz było to święto pracy. Warto dodać, że strajk przy drugiej wizycie powitał nas już pierwszego dnia, a spowodowane tym korki, nie pozostawiły innej alternatywy jak spacer z walizką brzegiem morza (na szczęście do bezpiecznej dzielnicy). Znajomy śmiał się, że mieszkając w Marsylii trzeba mieć samochód, motor i łódkę, bo w tym mieście nigdy nic nie wiadomo. Myślę, że jest w tym dużo prawdy. Osobom jadącym do Marsylii doradzam zabrać wygodne buty i być przygotowanym na długie przechadzki, a w dniu wyjazdu wyruszyć na lotnisko dużo wcześniej. Jeśli jednak komunikacja szczęśliwe będzie funkcjonować – do autobusów wsiadamy przednimi drzwiami, a wychodzimy środkowymi. Bilet można kupić bez problemu u kierowcy. Nie liczmy, że autobus przyjedzie zgodnie z rozkładem.

Pogody nie przewidzisz

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Podczas pierwszego pobytu (wrzesień) pogoda była cudowna, na tyle cudowna, że byłam na nią nieprzygotowana, a z letnich rzeczy zabrałam jedynie spódnicę. Za drugim razem (początek maja) wcześniejsze doświadczenia i wewnętrzne przekonanie, że to przecież południe Europy, nie zdołały uśpić mojego rozsądku. Prognoza pogody zapowiadała jej załamanie, postanowiłam więc na wszelki wypadek zabrać ciepłe ubrania, mimo że znajomy przypominał nam o kostiumach kąpielowych. Moje intuicje i brak zaufania do miasta potwierdziły się. Marsylia ugościła nas zarówno słońcem, całym dniem deszczu, jak i… mistralem. Jest to suchy, porywisty wiatr wiejący na południu Francji. Był on na tyle silny, że ciężko było iść, a moje okulary szybko pokryła warstwa soli z morza. Mimo dwóch swetrów, kurtki, czapki i chusty, było mi naprawdę zimno. Nie lubię wiatru, a takiego wiatru nigdy wcześniej nie przeżyłam. Planując wyjazd, koniecznie sprawdźcie prognozę pogody. Za drugim razem lato w Marsylii zaczęło się w dniu naszego wyjazdu (szkoda tylko, że słońce podziwialiśmy z hali odlotów, czekając na opóźniony godzinę samolot).

Bon appetit!

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Zawał serca i mocne doznania możecie zafundować sobie zamawiając słynną, marsylską zupę rybną Bouillabaisse. Jej nazwa pochodzi od czynności, jakie wykonuje się podczas jej przyrządzania – gotowanie i odcedzanie. Początkowo ten rarytas był prostą strawą rybaków, którzy przygotowywali ją z resztek, jakie pozostały im po połowach. Dopiero dodanie do niej szafranu sprawiło, że stała się znaną potrawą kuchni prowansalskiej. Do jej przygotowania wykorzystuje się różne gatunki ryb i owoców morza, czosnek, pomidory, oliwę, pieprz, szafran i skórkę pomarańczy, a w Marsylii podaje z pieczywem zwanym marette. Dlaczego jednak jej skosztowanie jest przygodą pełną wrażeń? Intensywny smak zupy to jedno, ale zabójcza jest dopiero jej cena, która wynosi w marsylskich restauracjach średnio 50 euro (tak, to ponad 200 zł). Jeśli nie szkoda wam fortuny na zupę – warto. Osobiście jej nie zamówiłam, próbowałam jedynie od śmiałka zarabiającego w euro. Dla mnie potrawą, którą koniecznie trzeba spróbować w Marsylii, ale i we Francji (chociaż jej korzenie znajdujemy w Belgii), jest Moulesfrites – mule przyrządzane na wiele sposób z… frytkami. Jakkolwiek dziwne może wydawać się wam to połączenie – jest to strzał w dziesiątkę. Poza spróbowaniem owoców morza, warto wybrać się także do chińskiej restauracji (dobrze czytacie) i zamówić m.in. spring rolls, czyli ruloniki z papieru ryżowego wypełnione świeżymi warzywami, makaronem sojowym, krewetkami. Co prawda nie byłam nigdy w Chinach, ale takich spring rollsów jak w Marsylii nie jadłam nigdzie! Z napojów zamówcie Pastis – likier o smaku anyżowym z dodatkiem wody mineralnej, który pije się jako aperitif (głównie we Francji).

Lawendowe mydło

Trafnym skojarzeniem ze słowem Marsylia jest marsylskie mydło. Pierwsza francuska manufaktura powstała w XIV wieku, a w 1688 Jean Baptiste Colbert zastrzegł nazwę savon de Marseille dla mydeł wytwarzanych na bazie oliwy z oliwek właśnie w regionie marsylskim. Co wyróżnia mydło z Marsylii? Powstaje ono w lokalnych manufakturach, z tego też powodu przywiązuje się wagę do jakości każdej kostki. Jest produktem naturalnym i zawiera co najmniej 72% olejów roślinnych. Ma działanie bakteriobójcze, jest łagodne dla skóry, hipoalergiczne, odżywcze, wydajne… oraz pięknie pachnie. Najpopularniejszym zapachem jest oczywiście woń lawendy (to właśnie w Prowansji znajdują się słynne lawendowe pola). Koniecznie więc dopiszcie wizytę w sklepie z mydłem do swoich priorytetów podczas pobytu w Marsylii.

Co warto zobaczyć

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

fot. Magazyn Przestrzeń, JN

Do miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Marsylii należy Vieux Port (Stary Port), a którego piękne zdjęcie można wykonać z samolotu, rezerwując miejsce przy oknie po prawej stronie maszyny (tu dodam, że lotnisko w Marsylii ma dość krótki pas, więc przygotujcie się na mocne hamowanie). Port jest główną przystanią dla statków w mieście, na targu rybnym można tu kupić świeże ryby, a w jego okolicy znajduje się wiele restauracji, barów i kawiarni. Znakiem charakterystycznym Marsylii jest widoczna z wielu punktów miasta, znajdująca się na wzgórzu bazylika Notre Dame de la Garde. Trud wspinaczki na szczyt zostanie nam zrekompensowany przepięknym widokiem na miasto i port, jaki rozciąga się z tarasów bazyliki.  Nieco oddalony od centrum, ale wart zobaczenia jest Palais Longchamp z piękną kaskadą fontann. W jego prawym skrzydle mieści się Muzeum Historii Naturalnej, w lewym – Sztuk Pięknych. Za pałacem znajduje się zaciszny park. Jeśli mamy trochę więcej czasu, koniecznie zobaczmy calanques – formacje skalne charakterystyczne dla południowej-wschodniej Francji. Calanques to trudno dostępne dolinki o stromych zboczach, powstałe z głęboko wciętych skał wapiennych. Do niektórych z nich można dotrzeć jedynie drogą morską (kiedy wracaliśmy z calanques przy naszej pierwszej wizycie, w połowie drogi powrotnej natrafiliśmy na strajk komunikacji – Marsylia zafundowała nam wtedy ponad godzinny spacer brzegiem morza w pełnym słońcu). To tylko nieliczne atrakcje turystyczne miasta. Zainteresowane osoby odsyłam po więcej informacji do przewodników.

Warto czy nie?

Oczywiście, że warto zobaczyć Marsylię. Mimo złej sławy, jaką się cieszy, brudu, mdłego zapachu zaśmieconych ulic czy niebezpieczeństwa czyhającego za rogiem. Bądź co bądź jest to miasto położone nad morzem, latem rosną tu figi, a powietrze ma zapach lawendy i rozmarynu (nawet jeśli dochodzi on jedynie ze sklepu z mydłem). Jednak w żadnym innym miejscu dotychczas nie miałam tyle pecha, który mogę zarówno zawdzięczać przypadkowi, mojemu nastawieniu, jak i niezbadanej metafizyce miasta. Za metafizyką przemawiałby fakt, że nasi znajomi, który przylecieli z Włoch, zostawili w Marsylii… kluczyki do samochodu. Jeśli będziecie mieli naprawdę dość tego miasta – dajcie mu szansę podczas wieczornego spaceru brzegiem morza lub odpoczywając na jednej z plaż. Mam też rozwiązanie dla osób mniej odważnych i żądnych przygód. Piękne ujęcia miasta (bez wychodzenia z domu) można podziwiać, sięgając po wciągający serial Marseille (2016).

Komentarze

Spontaniczność a rzeczywistość

graf. Urszula Zabłocka

Współczesne rozpędzone społeczeństwo łaknie spontaniczności, jak dostępu do Internetu, jak wegańskich burgerów i hipsterskich lemoniad oraz promocji na Spotify. Mówiąc ogółem, jest ona istotnym i modnym elementem szalonej młodości, młodości, która może trwać tak długo, jak długo zdołamy oszukać siebie i innych użytkowników Facebooka, Instagrama, Snapchata. Ta spontaniczność to klucz do sukcesu, niezbywalna składowa kreatywności, a w końcu cecha ludzi, mówiąc kolokwialnie, fajnych. I choć imprezowe zdjęcia “z ręki” są szalone i kipiące przypadkowością, a kadry pijackie, to mimo wszystko każdy wygląda na nich zaskakująco dobrze. Przynajmniej tyczy się to autora i osób z tą formą twórczości obcykanych, co może wynikać zarówno z regularnie nabywanych umiejętności, jak i z wciąż rozwijanej technologii w dziedzinie współczesnej fotografii popularnej, a nawet już trochę ludowej. Przyglądając się ostatniej dekadzie fotografia cyfrowa przeszła prawdziwą rewolucję. O ile niegdyś portret był efektem drobiazgowej pracy profesjonalisty, w pracowni przy użyciu lamp i statywów, o tyle teraz zyskuje wymiar ontologiczny – nieistotny jest kadr, kompozycja, kreacja modela czy kolorystyka, liczy się przede wszystkim uchwycenie własnego istnienia, które w najbardziej prymitywnej interpretacji reprezentowane jest przez twarz. W ten sposób twarzy jest teraz zatrzęsienie. Niegdyś na ekranie mogliśmy zobaczyć lica niewielu, jak Grety Garbo czy Poli Negri. Dziś to już praktycznie każdy, przy czym niektórzy ze schematu się wyłamują, obierając strategię Kim Kardashian – twarzy można mieć wiele, ale pupa jest tylko jedna.

Dzięki mediom społecznościowym obserwujemy całkiem nowy wymiar spontanicznego egocentryzmu. Ja i moja obecność przebywamy nad morzem w obecności moich znajomych. Opalamy się i mimo woli cykamy spontaniczne foty, dodam, jeśli ktoś nie zrozumiał przesłania. W tym punkcie warto jeszcze spojrzeć na fenomen zdjęć robionych zaraz po wstaniu z łóżka, których główna idea nie śniła się nawet młodzieńcowi niezwykłej urody Narcyzowi. Spójrzcie, właśnie wstałem, przypadkiem uwieczniłem telefonem moją zaspaną twarz, ale jestem wystarczająco atrakcyjny, aby ogłosić to światu poza moją sypialnią. W tym przypadku spontaniczność odgrywa rolę legitymizacji własnej wartości, co więcej pozostawiając pewien niedosyt samym odbiorcom. W końcu skoro na porannym autoportrecie wygląda tak olśniewająco, to co się dzieje, kiedy się nasz młody bóg ubierze i uczesze?

Spontaniczność stała się, więc bardzo sprawnym narzędziem budowania wizerunku, sugerując, że skoro pozornie przypadkowa tablica na Facebooku jest tak atrakcyjna i kolorowa, to całe życie musi takie być.

Jednak abstrahując od roli spontaniczności w uniwersum mediów społecznościowych, warto zastanowić się czym ona właściwie jest w świecie realnym. Definicja słownikowa odwołuje nas do pojęć odruchowości, braku przemyślenia lub emocjonalnej reakcji. W tej sytuacji można stwierdzić, że każdy człowiek w jakimś stopniu takie zachowania przejawia, często nieświadomie. Ci, którzy spontaniczności się wystrzegają, chcąc swoje życie w jak największym stopniu uzależnić od własnych decyzji, natrafiają jednak na zjawisko bardzo przewrotne. Bo takie osoby, w tym ja, ilekroć tworzą plan wykluczając pierwiastek spontaniczności, kończą z wynikiem dokładnie odwrotnym od zamierzonego. Świadome, przemyślane decyzje stają się przypadkowe, wydarzenia spoza harmonogramu (korek na trasie Toruńskiej, ptasia kupa na kurtce, rozgnieciony banan w torebce) niszczą wszystko, a do tego wszystkiego nikt nie robi tych cholernych zdjęć.

W ostatecznym rachunku życie osób beztroskich, pozbawione punktu odniesienia w postaci schematu wydaje się tym względnie zorganizowanym. Może ta spontaniczność to jednak nie jest dodatek Premium do osobowości, tylko broń na okrutną codzienność?

Komentarze

Spontaniczność w terapii logopedycznej

logopeda-m

graf. Urszula Zabłocka

W moim wewnętrznym słowniku wyraz spontaniczność konotuje wyłącznie z pozytywnymi odczuciami, czynnościami (spontanicznie się zachował, spontaniczna pomoc). Pejoratywny wydźwięk wyrazu spontaniczny jako: bezmyślny, bezrozumny – nie ma żadnego uzasadnienia i jest po prostu błędny.  Nasza spontaniczność podczas zajęć logopedycznych może być uważana za coś dobrego, a nawet potrzebnego. Na przykład, gdy w sposób spontaniczny uda nam się rozśmieszyć kogoś zasmuconego. Nagrodą każdego terapeuty jest uśmiech dziecka (pacjenta). To ogromna motywacja do prawidłowego rozwoju terapii mowy. Za każde starania dziecka podczas zajęć należy zawsze spontanicznie, czyli odruchowo chwalić malca. Nie zapominajmy nigdy o tym.

Synonimami hasła spontaniczny są: samorzutny, ochotniczy, dobrowolny, szczery, naturalny, automatyczny, instynktowny, nieprzymuszony. Wszystkie te przymiotniki określają dobrego logopedę (pedagoga, terapeutę), który ma wiele radości ze swojej pracy, i może swoją pozytywną energią dzielić się, niejako wlewać w swoich pacjentów.  Praktyka pokazuje, iż interdyscyplinarne podejście do danego zaburzenia mowy przynosi znacznie szybsze rezultaty poprawy mowy od tendencyjnej terapii logopedycznej. Dlatego warto korzystać z ośrodków, które łączą ze sobą kilka dziedzin: logopedię, psychologię, integrację sensoryczną (SI). Wtedy specjaliści będą mogli na bieżąco konsultować dany przypadek dziecka.

Dlaczego zatem spontaniczność jest tak istotna u logopedów? Dziecko jest uosobieniem spontaniczności, zwłaszcza w okresie wczesnoszkolnym. Zachowując się naturalnie odnajdujemy  –jakże ważną- wspólną płaszczyznę porozumienia się, wspólnego uśmiechu. Oczywiście łączenie terapii SI z logopedią jest przemyślanym działaniem, które uzupełnia się i prowadzi do całościowego rozwoju. Czyli w naszą sensowną diagnozę i terapię ma się wkraść spontaniczność, a nie na odwrót.   Aczkolwiek chodzi o pewną swobodę w trakcie terapii, pewne działanie otwarte, aby dziecko swobodnie, dobrze czuło się w czasie zajęć.  Dlatego bardzo ważne jest indywidualne podejście do każdego dziecka. Dostatecznie duża ilość dzieci ma obdarte dzieciństwo ze względu na masę prac domowych, obowiązków, problemów rodzinnych… Dlatego włączenie elementów integracji sensorycznej do terapii logopedycznej jest tak należytą formą zabawy i terapii.  Poza tym w rozwoju dziecka szczególną rolę odgrywa ruch. Nieprawidłowości w rozwoju mowy i języka często wiążą się z zaburzoną integracją sensoryczną.

Należy pamiętać, iż nikt z nas nie rodzi się bardzo dobrym terapeutą, należy cały czas aktywizować swoje kompetencje oraz warsztat pracy. Na koniec przedstawiam cechy, którymi żaden logopeda nie chciałby być nazwany, czyli antonimy wyrazu spontaniczny: sztuczny, nieszczery, sztywny, przymusowy, zakłamany.

Komentarze

Fałszywe przekonanie – „Niesamowita Marguerite” (2015)

Bywają zarówno negatywne, jak i pozytywne. Od „nikt mnie nie lubi” do „jestem geniuszem”. Kontinuum fałszywych przekonań, w których żyjemy, bardziej lub mniej zniekształca naszą rzeczywistość, motywuje lub podcina skrzydła, wynosi na piedestał lub blokuje. Pole, w którym pojawiają się fałszywe przekonania mieści się między zdarzeniem a naszą reakcją na nie. Wszystko tkwi bowiem w interpretacji…

Baronowa Marguerite Dumont ma wszystko. I właśnie to wszystko, a więc czas, pieniądze i pozycję inwestuje w rzecz znacznie dla niej cenniejszą – spełnianie snu o byciu operową diwą. Warunki są niezwykle sprzyjające, niesamowita Marguerite jest donatorką prestiżowego towarzystwa, które organizuje spotkania charytatywne, będące jednocześnie okazją do zaprezentowania jej umiejętności. W takich okolicznościach poznajemy samą bohaterkę dzieła Xaviera Giannoli – spiętą, przygotowującą się do wyjścia na scenę stateczną damę, przypinającą do nakrycia głowy pawie pióro, które uzupełnia starannie dobrany strój. Po występie widzimy euforię zgromadzonych i tak rodzi się fałszywa interpretacja tego, co właśnie się wydarzyło. Przerostu formy, braku treści, niedoboru talentu. Tragifarsy, przed którą co zręczniejsi uciekli do drugiego pomieszczenia. Marguerite śpiewać nie umie, ale nikt nie wyprowadza jej z błędu.

Mal1

Kadr z filmu „Niesamowita Marguerite” (2015), Catherine Frot. Źródło: wizerunekkobiety.pl

Bohaterka jest tak przekonana o swojej doskonałości, że opacznie interpretuje ironiczną recenzję, zamieszczoną przez szanowanego krytyka. Napędza to spiralę kłamstwa, która ma prowadzić do występu Marguerite na wielkiej scenie, przed szeroką publicznością. Fałszywe przekonanie wspiera także wierny kamerdyner baronowej, przysyłający jej naręcza kwiatów „od wielbicieli”, cenzurujący prasę, a także fotografujący ją w strojach pochodzących z konkretnych oper. Czy Marguerite zderzy się z prawdą? A jeśli tak, to czy przeżyje upadek z misternie wzniesionego piedestału?

Mal2

Kadr z filmu „Niesamowita Marguerite” (2015), Catherine Frot. Źródło: kinomalta.pl

Na uwagę zasługuje kreacja stworzona przez Catherine Frot. Jej Marguerite budzi szereg emocji, od politowania i zażenowania, przez rozbawienie aż do prawdziwego współczucia. Bohaterka oglądana nie tylko na scenie, ale także w zupełnie backstage’owych sytuacjach, mająca problemy z mężem, dbająca o szczegóły, oszukiwana przez ludzi, którym ufa, a przede wszystkim naprawdę kochająca muzykę, staje się niezwykle bliska. Jest nie tylko budzącą rozbawienie przerysowaną pseudodiwą, ale przede wszystkim rzeczywistym, krzywdzonym człowiekiem. Okazuje się bowiem, że dostojna baronowa pozornie mająca wszystko, ma tak naprawdę tylko muzykę i… swoje fałszywe przekonania.

Co ciekawe historia Marguerite jest inspirowana życiem Florence Foster Jankins, amerykańskiej sopranistki-amatorki, zwanej potocznie „najgorszą śpiewaczką świata”. Ona również samodzielnie finansowała swoją karierę i, jak wskazuje przydomek, nie posiadała talentu wokalnego.

Florence Foster Jenkins, źródło: wikipedia.pl

Florence Foster Jenkins, źródło: wikipedia.pl

Historia Florence jest znana polskiej publiczności ze spektaklu „Boska” Teatru Polonia (gdzie w śpiewaczkę wciela się Krystyna Janda) oraz odpowiednika w Teatrze Telewizji. W sierpniu w polskich kinach można będzie także zobaczyć film „Boska Florence” z Meryl Streep w roli głównej.

Komentarze

Kleksy i plamy – HIRAMEKI

Jak głosi wstęp do książki: „W hirameki spotykają się dwie podstawowe właściwości umysłu i ducha: poszukiwanie sensu oraz samopoznanie. Mały kleks przez dodanie doń kilku kropek i kresek objawia swą prawdziwą istotę i poetycką naturę, pozostając w harmonii z fantazją oglądającego. W każdej plamce ukryte są figury, które można zadziwiająco łatwo ożywić za pomocą kilku kresek. To niewyczerpane źródło inspiracji i wspaniałych przeżyć – daje nam radość tworzenia i zachwyca oko, rękę i mózg.”

hirameki1

Pięknie wydana książka autorstwa artystów Peng i Hu od razu przykuła moją uwagę. Kartkując jej strony, moim oczom ukazywały się kolorowe plamy, kleksy i… prawie nic więcej. Pomyślałam „o co tutaj chodzi?”, ale po chwili wszystko było jasne. Hirameki w tłumaczeniu na język polski oznacza inspirację, olśnienie. Zbiór kleksów o nieregularnych kształtach ma pobudzić naszą wyobraźnię i zachęcić do spontanicznej twórczości. Hirameki to zabawa przeznaczona dla osób w każdym wieku, dla wszystkich tych, które szukają inspiracji, lubią improwizować i eksperymentować. Uważam, że hirameki może być cudowną przygodą w poszukiwaniu tego, co siedzi ukryte głęboko w nas, a przede wszystkim pomóc w obudzenia naszej kreatywności. W każdej plamie bowiem drzemie potencjał – każda z nich może zostać przemieniona we wspaniałe dzieło sztuki. Ich największą zaletą jest prostota, a ograniczeniem… jedynie nasza wyobraźnia!

HIRAMEKI, Peng i Hu
Wydawnictwo Naukowe PWN, 2016

 

Hirameki_okladka

Komentarze

Przed Państwem…

8

Piotr Pasiewicz – galeria (25)

Artysta: Piotr Pasiewicz
Urodzony w 1979 roku w Łodzi. Absolwent Wydziału Grafiki i Malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi. Dyplom z wyróżnieniem (2013) w Pracowni Malarstwa I (Otwarta Księga) u prof. Andrzeja M. Bartczaka. W jego portfolio można znaleźć twórczość z zakresu grafiki warsztatowej, malarstwa, rysunku, performance czy krótkich form wideo. Na swoim koncie ma liczne wystawy indywidualne oraz zbiorowe, w Polsce i za granicą, m.in. w Galerii Manhattan w Łodzi (2003), Muzeum Kinematografii w Łodzi (2006), Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi (2008), Muzeum w Sieradzu (2008), Galerii ImpART we Wrocławiu (2011), Galerii Arttrakt w Wrocławiu (2011), Muzeum w Głownie (2012), Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu (2012), na Festiwalu „Fluo Session 2” w Łodzi (2008), Festiwalu Firmament w Kielcach (2009), V Festiwalu Dialogu Czterech Kultur (2006), IV Międzynarodowym Festiwalu Animacji Reanimacja (2007), w Instytucie Historii Sztuki we Wrocławiu (2007) i w Łodzi (2009), Urzędzie Miasta Łodzi (2006), Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu (2010), IFF – Interdisciplinary Fringe Festival we Wrocławiu (2011), 14. międzynarodowym triennale Małe Formy Grafiki, Polska – Łódź 2011 (Miejska Galeria Sztuki w Łodzi – Galeria Willa), 6. Festiwalu Kina Niezależnego „OFF jak gorąco” w Łodzi (2010), Festiwalu Underground.PL w Białymstoku (2009) oraz Festiwalu Dom w Tykocinie (2010). W 2011 roku otrzymał stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka i pracuje w Łodzi.

W swych działaniach konsekwentnie tworzy świat, w którym przesiąknięte metafizyką kształty, powstają w spontanicznym akcie twórczym. Fascynują go wzajemnie wykluczające się opozycje, niemogące bez siebie funkcjonować. Piotr Pasiewicz „kreuje wyłaniające się z wnętrza siebie uniwersum, które podlega ciągłej transformacji”. Śmiałymi gestami tworzy sugestywne i mroczne obrazy, gdzie martwe rodzi żywe, giętkość transformuje skostniałość, aby za chwilę znów zrzucić utrwaloną postać. Jedyną stałą jest zmienność oraz próba zobrazowania subiektywnych przeżyć wizualnych.

Piotra można znaleźć na:
Facebooku

Komentarze
Komentarze do:

"15"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję