Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

14

Przestrzeń
#14

Wiosna za pasem, natura budzi się do życia, rozkwitają kwiaty, śpiewają ptaki, a dni są coraz dłuższe. Dlaczego by nie obudzić się samemu?

Z tego też powodu w kwietniowym numerze Magazynu Przestrzeń krążymy wokół tematu przebudzenia. Piszemy w nim o przebudzeniu do zmian, rozkwitaniu, ale i uświadomieniu sobie, co jest w naszym życiu naprawdę ważne. Nasi goście poruszają dwa ważne tematy. Jednym z nich jest przechodzenie przez proces żałoby. Drugi natomiast stanowi refleksja o przyjaźni. Odwiedzamy nietypową warszawską klubokawiarnię, w której pracują osoby z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, aby przeprowadzić wywiad z jednym z pracowników. Zastanawiamy się nad tym, czy warto znać historię swojej "małej ojczyzny" i zostać turystą we własnym mieście. Piszemy także o przebudzeniu jako elemencie świadomości społecznej, nie tylko istotnym z perspektywy historii powszechnej, ale decydującym o życiu codziennym przeciętnych obywateli. 

Ponadto, czytamy recenzje książkowe. Dowiadujemy się o ciekawym projekcie Fryzjerzy, który aby móc zaistnieć na szerszą skalę, potrzebuje wsparcia z zewnątrz. Tradycyjnie poznajemy także utalentowanego artystę – w numerze kwietniowym jest nim Agnieszka Giera.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Przebudź się

„Życie jest czymś, co przydarza się nam w czasie, gdy jesteśmy zajęci planowaniem innych rzeczy.”

– Anthony de Mello, z książki Przebudzenie

„Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje.”

– ks. Jan Kaczkowski

fot. Katarzyna Niedziela

fot. Katarzyna Niedziela

Komentarze

Przemija, zostaje

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Zmarszczki na twojej twarzy
mówią, że żyjesz naprawdę.
Że czasem płaczesz, czasem się śmiejesz.
Że nie są ci obce
rubaszne żarty przy barze,
albo bezsenność pechowej miłości.
Czoła i kącików oczu
nie skleja ci gładka obojętność botoksu.

 

jacek gientkaAutor: Jacek Gientka
Jestem psychologiem, psychoterapeutą, założycielem Poradni Psychologicznej W stronę zmiany. Tworzeniem poezji, mniej lub bardziej intensywnie, zajmuję się od czasów nastoletnich. Czucie i wiarę cenię na równi ze szkiełkiem i okiem. Lubię dobre jedzenie, prawdziwych ludzi i złe filmy.
Komentarze

Życie po stracie

Doświadczenie straty

„Doświadczenie straty towarzyszy nam, (…) gdy opuszczamy kogoś lub gdy ktoś nas opuszcza, gdy zmieniamy się, gdy rezygnujemy z czegoś, gdy idziemy dalej, zostawiając coś za sobą. Nasze straty obejmują nie tylko rozłąkę i odejście od tych, których kochamy, lecz także świadomą i nieświadomą utratę romantycznych marzeń, niemożliwych do spełnienia oczekiwań, złudzeń dotyczących własnej wolności i władzy, iluzji bezpieczeństwa, a także utratę własnego, dawniejszego „ja”, które sądziło, że zawsze pozostanie bez choćby jednej zmarszczki, odporne na wszelkie ciosy i nieśmiertelne.”

Judith Viorst, To, co musimy utracić, Zysk i S-ka, Poznań, 1996, s. 9 – 10

Żałoba to proces psychologicznej, społecznej i somatycznej reakcji na utratę i jej konsekwencje. Żyjąc, doświadczamy nieustannych zmian. Tracimy dobra materialne, relacje, pewne aspekty naszego „ja”, w tym sprawność, zdrowie, role zawodowe i społeczne.

Bez wątpienia, jedną z najbardziej dotkliwych utrat jest śmierć bliskiej osoby. Zwykle niesie ona ze sobą szereg następstw podszytych niepewnością i lękiem. Wraz z bliskim tracimy część siebie. Zdajemy sobie sprawę, że coś się skończyło. Śmierć kojarzy się zazwyczaj z  samotnością, nieznanym, być może końcem wszystkiego. Jest nieuchronna, ostateczna – mimo rozpaczy, braku akceptacji czy przyzwolenia z naszej strony nie doprowadzimy do odzyskania tego, co zostało utracone.

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Konfrontacja ze śmiercią

Konfrontacja ze śmiercią uznawana jest za stresor, który oddziałuje na psychikę  podobnie jak sytuacje bezpośredniego zagrożenia życia, takie jak doświadczenie napaści, aktu terroru czy klęski żywiołowej. W konsekwencji może prowadzić do kryzysu psychologicznego. Silna, negatywna reakcja stresowa, jakiej zazwyczaj doświadcza się po stracie bliskiej osoby, jest naturalna i stanowi odpowiedź na ekstremalnie trudne wydarzenie, często przekraczające dotychczasowe zdolności radzenia sobie.

Przeżycia związane z żałobą są intensywne i wielowymiarowe. Obejmują zarówno reakcje psychologiczne, jak i somatyczne oraz kształtują sposób funkcjonowania społecznego.

Reakcje psychologiczne związane są przede wszystkim z silnymi emocjami, takimi jak: niepokój, złość, żal, tęsknota, bezradność. Osoby po stracie często doświadczają lęku, który może przybierać różne formy – uogólniony lęk przed życiem, lęk o siebie i bliskich, lęk przed własną śmiertelnością czy „postradaniem zmysłów”. Dotkliwe doświadczenie stanowi poczucie pustki – nie tylko „na zewnątrz”, ale też „wewnątrz siebie”. Charakterystyczna dla procesu żałoby jest labilność emocjonalna (duże amplitudy emocji, popadanie w skrajności). Śmierć bliskiej osoby wpływa także na funkcjonowanie poznawcze, mogąc prowadzić do czasowego obniżenia zdolności podejmowania decyzji, pogorszenia koncentracji uwagi czy pamięci krótkotrwałej. Osobie po stracie może towarzyszyć poczucie obecności zmarłego, uporczywe myślenie o zmarłym i okolicznościach śmierci, poczucie winy.   

Reakcja na śmierć obejmuje również poziom somatyczny. Otrzymanie informacji o śmierci może prowadzić m.in. do wzrostu ciśnienia krwi, przyspieszenia oddechu, zwiększenia napięcia mięśniowego, bólu brzucha, głowy czy bólu w klatce piersiowej. Po fazie mobilizacji zwykle następuje naturalne wyczerpanie i obniżenie aktywności. Osoby w silnym stresie mogą zapominać o jedzeniu i piciu, mieć kłopoty ze snem, doświadczać zaostrzenia objawów dotychczasowych chorób, nadużywać alkoholu.  

Oznaki kryzysu występują także w obszarze funkcjonowania społecznego i mogą przejawiać się np. w zmienności zachowań – od chęci integracji i poszukiwania wsparcia w otoczeniu do zwiększonej drażliwości, izolacji i próby zerwania kontaktów. Osoby po stracie często czują się samotne. Zdarza się, że nie doceniają oferowanej im pomocy lub nie chcą z niej korzystać, mając przekonanie, że zostały zostawione „samym sobie”. Dobrze oddaje to cytat:

„Czasami myślę, że jestem najbardziej samotnym człowiekiem ze wszystkich, którzy kiedykolwiek istnieli. (…) nie ma to nic wspólnego z obecnością innych; w istocie nienawidzę tych innych, którzy ograbiają mnie z mojej samotności, a zarazem nie oferują mi prawdziwego towarzystwa.”

Irvin D. Yalom, Kiedy Nietzsche szlochał, Instytut Psychologii Zdrowia PTP, Warszawa 2005, s. 289

Przechodzenie przez proces żałoby często przypomina sinusoidę – po okresowej poprawie samopoczucia następuje pogorszenie nastroju. Należy podkreślić, że żałoba jest szczególnym, indywidualnym doświadczeniem. Trudno zamknąć ją w ramy czasowe czy wpisać w zdefiniowane etapy. Każdy radzi sobie z utratą na swój własny, niepowtarzalny sposób.

Powrót do utraconej równowagi

Początki żałoby najczęściej wiążą się z doświadczeniem silnego dystresu. Jednak w procesie powrotu do równowagi możliwe jest przejście do stanu eustresu – pozytywnego, motywującego do działania. Jak każdy kryzys, tak i ten spowodowany utratą, o ile zostanie odpowiednio wpisany w ciąg życiowych doświadczeń, może mieć pozytywny wpływ na kształtowanie dalszego życia. By wzrastać, musimy coś porzucić.  

Powrotowi do równowagi sprzyja mądra, wyważona reakcja otoczenia. Jeśli mamy obok siebie osoby gotowe towarzyszyć nam „mimo wszystko”, oferujące przestrzeń do wyrażania trudnych przeżyć, pozostające „do dyspozycji” – zgodnie z naszymi potrzebami, dysponujemy niezwykle cennym zasobem. Ważne, żeby przyjmować oferowane wsparcie, nie zapominając przy tym o potrzebie zachowania własnej autonomii. Jeśli żałoba przerodzi się w stan chronicznego kryzysu, dobrze jest skorzystać także z profesjonalnej pomocy psychologa lub psychiatry. Wówczas istotne jest wsparcie otoczenia w zakresie poszukiwania specjalistycznych ośrodków świadczących pomoc osobom po stracie, wśród których wymienić można ośrodki interwencji kryzysowej, hospicja czy organizacje pozarządowe takie jak Fundacja NAGLE SAMI.

Mówiąc o wymiarach przeżywania żałoby, rzadko wspomina się o czwartym z nich – wymiarze egzystencjalnym. Wiąże się on m.in. z uświadomieniem sobie kruchości i skończoności ludzkiego życia, doświadczeniem poczucia pustki i samotności, poszukiwaniem sensu. Viktor Frankl wskazuje, że nawet sytuacje, których nie możemy zmienić, pozostawiają nam pewien margines wolności – możliwość określenia swojego stosunku do nich. W tym kontekście ważna jest głębsza refleksja nad tym, co nas spotyka – jesteśmy gotowi cierpieć, jeśli nadamy temu cierpieniu jakieś znaczenie. Niektórzy poszukują go w religii, inni dokonują np. bilansu własnego życia. Jest to kwestia indywidualna.

W żałobie – kiedy życie przeplata się ze śmiercią – jest miejsce na doświadczanie wielu różnych przeżyć. To, że z czasem zaczynamy odnajdywać się w nowych rolach i „zwracamy się w stronę życia”, podejmując próbę odzyskania odpowiedzialności za nie, nie wyklucza, że jest w nas również przestrzeń na tęsknotę czy smutek związane z utratą. Przeżywając żałobę, dobrze zachować uważność na swoje reakcje, odczucia – świadomie ich doświadczać i nazywać je. Warto być dla siebie cierpliwym i wyrozumiałym, pozwolić sobie na płacz i chwile słabości, dać sobie czas niezbędny do odzyskania równowagi.

Myśląc o życiu jako paśmie nieubłaganych, koniecznych utrat, kluczowa okazuje się umiejętność radzenia sobie z nimi. To, czy i w jaki sposób zinternalizujemy doświadczenia związane z istotnymi utratami, decyduje o jakości naszego dalszego życia. Zawsze kiedy idziemy dalej, coś zostawiamy za sobą.

 

E.Grzegory zdjęcieGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Edyta Grzegory
Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie; psycholog, specjalista ds. szkoleń Fundacji NAGLE SAMI; posiada kilkuletnie doświadczenie w realizacji projektów szkoleniowych i doradztwie z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu oraz „miękkiego HR”; jako psycholog stażowała m.in. w Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa i Szpitalu Bielańskim.

 

Misją Fundacji NAGLE SAMI jest kompleksowe wsparcie osób w żałobie, ich rodzin i bliskich. Fundacja oferuje pomoc psychologiczną dla dzieci i dorosłych w formie indywidualnej i grupowej. Prowadzi telefon wsparcia, świadczy pomoc prawną. Istotny element działalności Fundacji stanowią szkolenia organizowane zarówno dla profesjonalistów pracujących z osobami po stracie bliskich, m.in. psychologów, pedagogów, urzędników, jak również wszystkich zainteresowanych tematyką żałoby. W ramach Fundacji rozwijany jest też projekt NAGLE ZMIANA, mający na celu kształtowanie kompetencji miękkich pracowników i liderów – także w obszarze związanym ze śmiercią współpracownika/osoby bliskiej współpracownika. Więcej informacji dostępnych jest na stronach: Nagle Sami i Nagle Zmiana.

Komentarze

Rozkwitanie

Nadeszła wytęskniona wiosna, a wraz z nią ludzie jakby ocknęli się na nowo do życia. Do szafy zostały zepchnięte ciepłe kurtki i czapki, które przykrywały to, co teraz w blasku słońca zaczyna nas uwierać. Mowa tu o utracie poczucia własnej atrakcyjności. Owe zwątpienie może wynikać z pułapki marazmu, w której uwięziła nas zima. Wszechogarniająca wówczas szarzyzna i kamuflaż puchowych kurtek oraz wełnianych swetrów pozwalał nam na wegetację w jednolitym społeczeństwie. Przebudzenie z bezpiecznej zimowej jaskini wiele osób wprawiło w osłupienie związane ze zwątpieniem w siebie. Gdy nagle wiosna zmusza nas do wyjścia poza sferę zimowego komfortu, zaczynamy dostrzegać niedoskonałości ciała i ducha.

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Zderzenie z odczuwanym dysonansem pomiędzy oczekiwaniami a zastaną rzeczywistością może wprawić w popłoch. Z tego powodu nagle decydujemy się na szereg zmian często nietrafionych, pochopnych, wywołanych mylnym schematem, że jeśli zacznę biegać, chodzić na siłownie, zetnę włosy, kupię kolorowe ubrania, będę się bardziej udzielać towarzysko i zwiedzę wszystkie kraje świata z walizką książek na każdy temat, to stanę się atrakcyjną osobą. Bardzo często w ich realizacji towarzyszy nam słomiany zapał. Spowodowane jest to pozornie brakiem czasu na przemyślenie. Czy tego właściwie potrzebuje i co chcę przez to osiągnąć? Jeżeli zacznę biegać, bo jest to modne i chcę być fit, ale nigdy bieganie nie sprawiało mi przyjemności, to szybko z niego zrezygnuję i zawładnie mną przykre poczucie, że nie podołałam. Kiedy kupię ubrania w barwne motyle tylko po to, żeby zamanifestować, że oto przebudziłam się ze snu zimowego i chcę przyciągać uwagę przechodniów emanując swą atrakcyjnością. Szybko może się okazać, że ten właśnie element garderoby działa na moją niekorzyść ze względu na to, że nie czuję się w nim komfortowo, co będzie dostrzegać szeroko pojęta publika. Zapełnienie grafiku spotkaniami, wycieczkami w każdym możliwym momencie naszego wolnego czasu może przytłoczyć i zniechęcić do dalszej aktywności. Podjęcie wyzwania przeczytania góry książek może wzbudzić w nas awersję do tej przyjemniej czynności, która nagle jako zadanie może nie wydać nam się już tak atrakcyjna. 

Zmiany są nam potrzebne, to dzięki nim człowiek rozwija się, doświadcza nowego, uczy się, wzmacnia poczucie własnej wartości i atrakcyjności. Powinny one być jednak przemyślane. Dajmy sobie czas na odrodzenie, tak jak pączki na drzewach, które powoli rozwijają się pod wpływem promieni słonecznych. Tak i my stopniowo realizujmy te postanowienia, które rzeczywiście sprawią nam przyjemność i spowodują, że poczujemy się w zgodzie sami ze sobą. Metamorfoza naszego stylu życia powinna być przeprowadzana sukcesywnie, żeby nie przerosła nas jej waga.

Na początku zastanówmy się, co jest naszym celem? W jaki sposób możemy go osiągnąć? Jak długo trwać ma cały proces? Co jest nam potrzebne do jego realizacji? Czy zmiana da nam satysfakcję i prawdziwą radość? Następnie zweryfikujmy faktyczne szanse na zmierzenie się z wyzwaniem i do dzieła!

Pamiętajmy o tym, że atrakcyjność jest w każdym, kwestia tylko czy będziemy potrafili pomóc jej rozkwitnąć.

Komentarze

Przebudzenie

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Ocknięcie – jakże ciężko to przychodzi, prawda? Monotonia, rozrzewnienie i spokój – to wygodniejszy sposób na życie. Ale czy ogólnie lepszy?

Przebudzenie traktować można dwojako: albo jako pobudzenie np. natury do życia, albo przejrzenie na oczy i dostrzeżenie tego, co się dookoła dzieje.  

Wiosna zdążyła już do nas przyjść na dobre. Pewnie zdążyliśmy już przeformułować zawartość swojej szafy tak, by odpowiadała temperaturze panującej za oknem. Ludzie chodzą po ulicach uśmiechnięci, jakby tacy bardziej skorzy do pozytywnego myślenia, bardziej względem siebie życzliwi, wyrozumiali. Szczęście wkrada się (nie)postrzeżenie do naszych serc…

A pewnego dnia wstajemy z łóżka, przebudzeni do życia, przecieramy zaspane oczy, wykonujemy najzwyklejsze, rutynowe czynności, dokądś się śpieszymy… I BUM. Koniec sielanki, kurtyna sprzed oczu nam się rozsuwa i tak naprawdę nic już nie jest takie, jakim nam się wydawało.

Otwieramy drugi raz oczy, tym razem szeroko ze zdziwienia. Pompujemy więcej krwi do serca, ciśnienie skacze, adrenalina sięga stanu krytycznego.

Najlepszy przyjaciel okazuje się zawistnym gnojkiem, który działał na naszą niekorzyść. Rodzina, chociaż bardzo wspiera na pokaz, to jak przychodzi co do czego – nie ma co oczekiwać od niej żadnego wsparcia. Wszystko się miesza, wszystko komplikuje. W głowie tysiące myśli i jedno pytanie: jak można było być aż tak długo ślepym i tego nie zauważać?!

Brzmi prawdziwie, trochę jak popisowy hymn smutnego blokowiska? Nie pozostaje nic innego, jak tylko potrząsać głową w rytm drżących basów skrytych za przyciemnianymi szybami starego volvo. Dobra mina do złej gry.

Wszystko dookoła staje się nagle takie proste i zrozumiałe, jak jeszcze nigdy. Niby tragedia, która swoje ujście znajduje na terenie twojego życia, ale jest coś w niej takiego, że chce się użyć tego jednego, jedynego słowa… katharsis. Oczyszczenie, które pochodzi z cierpienia, bo nie ma nic gorszego niż rozczarować się zachowaniem zaufanej osoby.

W życiu zdarza się więcej niż jedno przebudzenie. I ono nie zawsze musi być takie druzgoczące i złe. Bywa zbawienne, niezwykle pomocne i wreszcie… potrzebne. No bo kto to słyszał, żeby w jakimś takim półśnie ciągle wegetować, jakoś przelewać się z dnia na dzień, nie zauważając nawet co, gdzie i kiedy. Dobrze jest się ocknąć w odpowiednim momencie, choć i tak lepiej późno, niż później.

Bo w takiej chwili nagle dociera, że wszystko dookoła to iluzja, złudzenie, gorzkie kłamstwo. Jesteśmy zdani na siebie i tylko do siebie możemy uśmiechnąć się o własne szczęście. I o prawdę, prawdę ponad wszystko. Nikt przecież nie zasługuje na to, by żyć w fałszu i w urojeniach.

Komentarze

Sen o utopii

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Kto słyszał o koncepcji świadomego snu (ang. lucid dream), ten chociaż przez chwilę zapragnął zanurzyć się we własnym uniwersum, uniwersum ze wspomnień wyrosłych na gąszczu swoich myśli, włochatych lub tych całkiem niewinnych o lataniu i chmurach z cukrowej waty. Uniwersum, w którym życie to pudełko szczegółowo opisanych czekoladek Forresta Gumpa, pełne słodko-słodkiej przewidywalności, każda miłość i sukces zawodowy są niczym wątki brytyjskiej komedii. Wreszcie uniwersum – przestrzeń dla naszej własnej, subiektywnej, egoistycznej woli. Istne marzenie, bo w końcu słowo dream niejedno znaczenie ma…

Teraz wyobraźmy sobie człowieka, który mimo wielu prób i treningów, wschodnich medytacji i zachodniej literatury, sen nadal ma bezwładny, obrzydliwie oniryczny, mglisty i zupełnie niejasny. Jego determinacja nie pozwala tak zrezygnować, postanawia więc, że życie przemieni w świadome śnienie. Jako, że kierują nim ideologia, żądza władzy i wiara we własną nieomylność, prędko swoje wymarzone uniwersum plasuje w całkiem realnym kraju, tym samym na zawsze zmieniając los milionów innych nieświadomych tego ludzi. Mowa o Władimirze Iljiczu Uljanowie.

Pchany własną interpretacją myśli marksistowskiej, z całego serca oddał się wcielaniu w życie ustroju, który powinien był pozostać jedynie w sferze marzeń. Wielkie silne państwo, potęga partii i nowy, lepszy, a przede wszystkim, sowiecki człowiek-aktor reżyserowanego snu. Entuzjastyczny wobec leninowskiego scenariusza. Mógłby go czytać w nieskończoność. Tylko czytać i odtwarzać i czytać i ponownie odtwarzać, byle nie krytycznym okiem. Oddany pracy i wszechstronny, w jednej osobie intelektualista i atleta, sercem, duszą i umysłem, całym ciałem w partii. Takich aktorów chciał Lenin, takich partnerów szkolił też Stalin. A perfekcyjna idea powszechnej równości, gdzie każdy żyje i pracuje dla dobra ogółu, a ogół to dobro docenia i jeszcze dobrem za dobro odpłaca, całą machinę napędzała. Niektórzy mówią, że był to terror i zamordyzm, ale kto to widział, żeby śnić o takich rzeczach. A nawet jeśli… Przecież spełnianie marzeń to niewdzięczna robota. 

Na sowiecką propagandę składało się kilka istotnych elementów. Przede wszystkim logicznym następstwem obowiązkowej równości wszystkich obywateli był kult jednostki. O ile Lenin, zapewne przez swoją wrodzoną skromność, własnego wizerunku zbytnio nie wyświęcał, o tyle Stalin podszedł do tematu z rozmachem. Zlecał budowę pomników, masową produkcję portretów, zmieniał nazwy rzek, jezior, kanałów, jezior i miast (Sankt Petersburg – Leningrad, Symbirsk – Uljanowsk) oraz zadecydował o ostatecznym spoczynku Lenina. Wbrew woli samego poprzednika i jego rodziny, na rozkaz Stalina zwłoki zmumifikowano i wystawiono do oglądania w Mauzoleum na Placu Czerwonym. Cel był prosty – dowieść o jego nadczłowieczeństwie, wedle wiary prawosławnej ciała świętych nie ulegają rozpadowi. Tak rozpoczęła się budowa sowieckiego Ikonostasu. Lud nie mógł jednak obejść się bez opium. Do Lenina dołączył oczywiście Stalin zarówno wielki następca, jak i przywódca zatroskany o dobro obywateli, ale również Aleksiej Stachanow – wybitny górnik, okrzyknięty tytułem Przodownika pracy, który podczas jednej nocy w kopalni Irmino, wykonał 1475% normy.  Intrygę stworzono na potrzebę poprawienia statystyk od dawna nierentownej kopalni oraz uratowania kierownictwa przed wysyłką do obozu pracy. Stachanow owszem rekord pobił i w pewnym sensie wydobył 102 tony węgla, ale przy pomocy sztabu pomocników od ładowania czy wywożenia urobku. Od nazwiska herosa z Donbasu, powstał termin ruch stachanowski określający socjalistycznych pracowników o szczególnie wysokiej wydajności. Zdaniem niektórych, w tym Petera Keneza, historyka i znawcy historii Rosji i Europy wschodniej, sowiecka propaganda była w swojej myśli i formie prosta i nieudolna, gdyż postrzegana przez władze jako element edukacji. Jednak percepcja człowieka urodzonego w mniej utopijnej rzeczywistości niż sowiecka znacznie jednak rożni się od tej wyrosłej na idei komunistycznego snu.

Radziecka władza już od początku dbała o skuteczne zindoktrynowanie młodych obywateli. Każdy kojarzy historię Pawlika Morozowa, chłopca, który dla dobra systemu doniósł na własnego ojca oskarżając go o kułactwo – pejoratywne określenie postawy chłopów nieprzychylnych systemowi komunistycznemu oraz przymusowej kolektywizacji wsi na przełomie lat 20. i 30. Wykreowany wizerunek małego Paszy stał się wzorem dla wszystkich radzieckich dzieci oraz archetypem pioniera, mówiąc w skrócie przyszłego wzorcowego Homo Sovieticus. Marzeniem wielu było wstąpienie do Organizacji Pionierskiej im. W. I. Lenina, w latach 40. bardzo elitarnej jednostki aktywnie zaangażowanej w życie społeczeństwa, której celem było wychowywanie w wartościach komunistycznych. Kariera młodego aktywisty zaczynała się już w pierwszych klasach szkoły podstawowej w organizacji Oktiabriata, potem następowało uroczyste przejście do wspomnianych Pionierów, z symbolicznym złożeniem przysięgi, nałożeniem czerwonej chusty i przypięciem odznaki z Leninem. Poza mistyką uroczystości, najmłodszych od początku edukacji czarowano historiami o dziecięcych bohaterach takich jak: Walia Kotik, Zinaida Partnowa, Marat Kaziej. Heroiczne czyny i walka o dobro ojczyzny, nierzadko z konkretnym wrogiem np. Nazistami, stawały się ich obsesją. Tak jak teraz dziewczynki śnią o karierze w show biznesie, w latach 50. czy 60. ich rówieśnice w ZSRR liczyły jedynie na czerwoną pionierską chustę no i… sławę i chwałę na polu bitwy. W wieku 14 lat dzieci kontynuowały działalność na rzecz systemu w młodzieżowym zapleczu KPZR (Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego) o nazwie Komsomoł. 

Marzenie Władimira Ilijcza trwało w Związku Radzieckim od 1922 do 1991, więc propaganda zdążyła wychować całe rzesze młodych działaczy i obywateli, bardziej lub mniej zindoktrynowanych, jednak przyzwyczajonych do pewnego porządku. Nieoczekiwany dramat młodzieży radzieckiej zaczyna się w momencie, kiedy komunizm w Rosji upada. Problem dla większości Polaków i innych mieszkańców Bloku Wschodniego zupełnie nieznany – u nas ideały nieudolnie wpajała okupacja.

Przyszli aktorzy-obywatele reżyserowanego przez szereg lat snu o równości i dobrobycie, tak jak bohaterowie filmu Natalii Kudriaszowej Pionierzy Marzyciele zmuszeni są funkcjonować w rzeczywistości niekomplementarnej z ich zakorzenionym systemem wartości. Gdzie Zina, Marat i Walia, wychwalana odwaga i bohaterstwo? Czerwona chustka i oznaka nic już nie znaczą, nie ma ani komunizmu, ani Prawosławia. Wszystko pozostaje senną marą, szarym, brzydkim porankiem. 

Komentarze

Refleksja na temat przy-jaźni

W uzależnieniu zamykamy własne lęki. Uzależnienie wyzwala wszystkie lęki, swoista lekomania na chwilę odgania problem, taki jej cel. Natomiast o tym, że ‚nałóg powoduje bezsenność, a bezsenność wzmaga nałóg’ pisał Pilch. Po co o nałogu w przyjaźni?  Otóż, czy możemy uzależnić się od przyjaciela? Czy taki nałóg jest dobry i nie zwiastuje paskudnego, rychłego końca?

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Byłaby to sprawa piękna, gdybym już sobie nie poukładał pewnych zdarzeń i myśli, chociaż nie jestem pewny, co do ich równości. Wtedy moglibyśmy pofolgować. Lubię zaskakiwać, dawać coś od siebie, cóż za niezwykły prezent dał Van Gogh pewnej prostytutce i od siebie (i z siebie), wręczając jej kawałek swego ucha, który nieco wcześniej obciął brzytwą. Nikogo chyba nie dziwi, że tenże podarunek sprawił natychmiastowe omdlenie niewiasty. Wariat! Wszak ów upominek nie był spoiwem przyjaźni, to w tym akcie było coś niezwykle spontanicznego, słonecznikowe obrazy ustąpiły miejsca autoportrecikowi bez kawałka uszka. Vincent miał dobre serce, rozdał swój majątek (lecz nie wszystkich obdarzył kawałkiem ucha), przygarnął ciężarną nierządnicę, z którą mieszkał przez półtora roku w ramach swoistej przyjaźni i rozdzielności majątkowej, w spadku pozostawiła mu syfilis. Holenderski malarz chciał być artystą, później pastorem. Skupił się na malarstwie. Czuł jednak najbliższą więź z ludem, prostymi ludźmi, później najlepiej czuł się w psychiatryku*. No, przy tejże pomysłowości mieć serce jak żona szalonego doktora z „Lochów Watykanu”, która nakarmiła wygłodzone przeznaczone dla kata szczurki – przepis na przyjaźń idealną. Gombrowicz radziłby poszukać parobka, a może niezwykła w swej zwykłości jest rada liska na temat oswajania dana Małemu Księciu? Czy ucho, dobre serce, inspiracja do pisania, wystarczy, aby nie pozostał nam po tym wszystkim mentalny absmak?

Doświadczenie kazało mi wyryć w umyśle propozycję, którą chyba sporo osób byłoby skłonnych ze mną podzielić, mianowicie, iż nie ma przyjaciół – są lepsi, gorsi znajomi. Na miano przyjaciela musi ktoś zasłużyć, nawet z rodziny, zdarza się i takowy, ale bardzo rzadko. Ktoś szeptem powtarza slogan, iż z familią robi się selfie.

W epoce konsumpcjonizmu sentymentalnego, przyjaźń może być już wyświechtanym mało znaczącym leksemem. 

Kim może być przyjaciel? Czy przyjaźń dziś i sto lat temu jest taka sama?  Przypomina mi się jedna z mych ulubionych wypowiedzi Witkacego „marna sztuka szlifować flaczkami diamenty”. Coraz mniej tych prawdziwych, honorowych, do krojenia przyjaźni. Gdy rozczłonkujemy dosłownie ten wyraz powstaje nam: przy jaźni. Nie chciałbym podawać wszelkich definicji jaźni, skupmy się na Jungowskiej analizie. W jego rozumieniu Jaźń: stanowi centrum życia psychicznego i całości psychiki. Ciekawe, czy przyjaciel być powinien przyJaźni, działać na nas twórczo, zachęcać do procesu indywiduacji. To coś cudownego, uważam to za sedno wszelakich bliższych znajomości. Jean-Baptiste Clamence, sędzia-pokutnik, bohater „Upadku” A. Camus, mówi do swego znajomego: „Prawdziwa miłość jest czymś wyjątkowym, zdarza się mniej więcej dwa albo trzy razy na wiek. Poza tym jest próżność lub nuda”. Wtrącę pewną zmianę, zamiast wyrazu miłość, wstawmy przyjaźń. Faktycznie, w ciągu życia ma się kilku prawdziwych przyjaciół, którzy są przez całe życie albo jego fragment.

Przyjaźń jest miłością? Przyjaźń wszystko rozumie? Czy można przyjaźnić się z osobami, które nie żyją? Zapewne, gdy czytamy ich powieści, felietony, dramaty, dzienniki, listy. Ich spuściznę literacką. Duchowo są naszymi przyjaciółmi, gdyż żyjemy ich sprawami. Może rozumiemy ich położenie i użyjmy, tak, użyjmy tego wyraziku, tak (tak, tak)… tak często stosowanego, używanego dzisiaj, może nawet odczuwamy pewną empatię do tychże żywych trupków(?). Czy oni mogą być bardziej nam bliżsi od żywych, gdzie krew buzuje w żyłach, a dialog może być równy, możemy usłyszeć go, nie tylko wyczytać?

Szymon Wróbel we wstępie do swej książki „Ćwiczenia z przyjaźni” pisze:

Jedyną dostępną mi formą przyjaźni jest przyjaźni polemiczna i przyjaźń upośredniczona przez słowa, lektury i teksty. Nie przyjaźnię się jednak, a jedynie ćwiczę w przyjaźni. Do przyjaźni jestem niezdolny, ćwiczenia mają mi przywrócić zdolność bycia z innymi, przeciw innym, obok innych.

To ciekawa teza, czytanie jako praktyka przyjaźni, ale także obcowanie z innymi jest interesującym ćwiczeniem przyjaźni, bycie spontanicznym (może nie aż tak bardzo jak Vincencik, jednak).

Czy inteligentna osoba poszukuje inteligentnych przyjaciół? Czy oczytana osoba lgnie do oczytanych? Czy nasze cechy chcemy ujrzeć w przyjaciołach, oznacza to, czy dobrze jest się widzieć w bliskiej osobie, niejako spotykając się z samym sobą, sobowtórem, który ma te same cechy, zainteresowania i tembr głosu, co wskazuje, że nie czujemy się skrępowani, chociaż występuje jakiś fałsz, kopia? Czy fascynuje nas typ przewodnika, duszy towarzystwa, który potrafi zamknąć gadające pyszczydła jednym zdaniem? Czy przyjaciel jest jeden, a znajomych (mniejszej rangi) kilku? Czy przyjacielowi nie wypada dać w mordę? Czy nie ma kłótni w przyjaźni? Czy przyjaciel może być nudny? (Błagam, abym nie zszedł zbyt nisko z tymi pytaniami, które się mnożą, mnożą… mnożą!). Jeśli przyjaciel jest poetą, literatem, nieżyjącym w dodatku, to czy na niego możemy się obrazić?

Czasem mamy poczucie, czytając kolejny dramat autora, jego ograniczeń, powtarzalności motywów, impotencji twórczej, naśladownictwa innych pisarzy bądź siebie samego po latach… W życiu jest bardzo podobnie, nieraz paskudnie nudzi nas nasz najlepszy przyjaciel, zwłaszcza gdy przebywamy z nim dłużej i widzimy niedoskonałości w pełnej krasie… Posługuje się tym samym słownikiem językowym, opowiada wciąż o tej samej fascynacji, okazuje innym przesadne względy, ma te same tiki nerwowe, ukazuje nam się niezwykle nudną postacią, konstatujemy sobie tak w myślach, zapominając jak często my sami jesteśmy groteskowi, posługując się tym samym schematem badawczym, którym zdiagnozowaliśmy nudę w przyjacielu.

*Najbardziej polecam też otwarty szpital dla obłąkanych przy ulicy Dobrej w Warszawie, potocznie zwany BUWem.

PMGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Paweł Majcherczyk
Absolwent filologii polskiej z logopedią Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie pracuje jako logopeda i nauczyciel języka polskiego w Zespole Szkół Ogólnokształcących. Współpracuje jako logopeda ze Środowiskowym Ośrodkiem Pomocy Społecznej. Prywatnie prowadzi zajęcia z osobami z afazją. Prowadzi bloga: PM Logopedia. W wolnej chwili pisze wiersze, swoją poezję publikował w takich czasopismach jak: Akant, Aspiracje.

Komentarze

Poznaj swoje miasto

Każdy z nas codziennie przechodzi ulicami swojego miasta. Często jesteśmy w pędzie, biegniemy do szkoły, do pracy, na dodatkowe zajęcia, spotkania. Wieczorem wracamy wyczerpani całym dniem. Nieraz przez to tempo, jakie narzuca nam nasze życie, nie zwracamy uwagi na świat jaki nas otacza, na miejsca, w których mieszkamy, a które są dla nas naszą „małą ojczyzną”.

Źródło: polona.pl

Źródło: polona.pl

 

Teoria i praktyka

Teoretycznie, gdy mieszkamy jakiś czas w jakimś miejscu, to wydawać by się nam mogło, że znamy je na wylot. W końcu przecież każdego dnia poruszamy się po okolicy i chcąc nie chcąc, musimy się orientować, jak z powrotem wrócić do domu, albo gdzie znajduje się najbliższy sklep. Ale czy znamy wszystkie zakamarki naszych ulic, dzielnic czy miast? Albo czy kiedyś zastanawialiśmy się, jaka jest historia naszej ulicy, od kiedy ona w ogóle istnieje i co tu było wcześniej? Często to właśnie te małe, lokalne historie, są najciekawsze i warte odkrycia.

Nowe miasto, nowe zaskoczenia

Niejednokrotnie zdarzało mi się rozmawiać z osobami, które przyjechały do dużego miasta i mieszkają w nim od niedawna. Studiują, pracują albo po prostu zaczynają tutaj nowy etap w swoim życiu. Często pytam ich, jak im się podoba ich nowe miejsce zamieszkania. Odpowiedzi bywają podobne – większość nie poznała miasta albo wcale, albo zna tylko jego wąską, centralną część. Przyznam szczerze, że gdybym przyjechał do pierwszego lepszego większego miasta i znał tylko jego centrum, to raczej nie umiałbym go polubić. Centra miast nierzadko bywają rozczarowujące, są bowiem jedynie jedną wielką pętlą przesiadkową, gdzie panuje hałas i zgiełk. Stąd warto zajrzeć w głąb miasta, w którym się żyje. Na pewno tego nie pożałujemy – możemy się jedynie pozytywnie zaskoczyć.

Historia ulicy na zdjęciu

Kiedyś niewiele wiedziałem o ulicy, na której mieszkam. Wiedziałem jedynie pobieżnie, kim jest jej patron. Z czasem zainteresowałem się tym tematem głębiej i odkryłem ile może ona mieć lat, w jakim czasie powstawała i jak wielu ludzi na niej mieszkało. Pewnego razu, zupełnie przypadkowo, natrafiłem na zdjęcie mojej ulicy, wykonane w sierpniu 1944 roku. Dzięki tej fotografii wiem, że znajdowała się tutaj barykada Powstańców, którzy byli gotowi zginąć w obronie właśnie mojej ulicy, jak i w obronie całego mojego miasta i jego mieszkańców. Dzięki temu, mam większą świadomość miejsca, w którym mieszkam, jego historii, a także mojej historii. Dzięki temu również, inaczej patrzę na moją okolicę. To tylko jedna z wielu niesamowitych historii, jakie możemy odkryć, jeśli tylko chcemy.

Znaki i wskazówki

Jak zgłębiać wiedzę na temat swojego miejsca zamieszkania? W jaki sposób każdy z nas, bez szczegółowych badań i lektury historycznych książek czy też dokumentów, może lepiej poznać swoją okolicę? Takich pomocy możemy znaleźć całkiem sporo kiedy rozejrzymy się dookoła. Jeśli będziemy uważni, to dostrzeżemy na naszych ulicach, a także w ważnych miejscach dla historii znaki, które pomogą nam w zgłębieniu naszej historii. Będą to najróżniejsze tablice czy monumenty, które informują nas o ważnych wydarzeniach, jakie miały tu miejsce, bądź też o osobach z nimi związanych. Nie zapominajmy także o pomnikach, czy miejscach pamięci – ich lokalizacje najczęściej nie są przypadkowe i bywają mocno związane z miejscem w którym są ustawione.

Spacery przez historię

Popularną ostatnimi czasy metodą poznawania miast są spacery, organizowane przez miejskich przewodników. Praca przewodników najczęściej kojarzy nam się z oprowadzaniem turystów po miejscach im kompletnie nieznanych. Jednak coraz częściej możemy na naszych ulicach spotkać wycieczki złożone z mieszkańców, którzy przy pomocy innych, chcą lepiej poznać swoje miasto. W ciągu całej trasy takiego spaceru, można poznać ogromny fragment historii, która na co dzień nas otacza. Również kursy dla przewodników cieszą się sporym zainteresowaniem. Nie brakuje osób, które pragną poszerzać swoją wiedzę na ten temat. Duża część z nich realizuje się potem w tym zawodzie, przekazując innym swoją wiedzę. To doskonały sposób nie tylko na poznanie swojego miasta, ale także by spędzić miło wolny czas z innymi ludźmi, na świeżym powietrzu.

Jednym słowem

Wiedza na temat naszej okolicy, na temat miejsca, w którym mieszkamy – może nas tylko ubogacić. Od każdego z nas zależy, na ile ubogacać się chcemy i na ile chcemy się czegoś więcej o swojej historii dowiedzieć. 

Komentarze

Droga do samodzielności

logokawiarniKawiarnia, która daje szansę na niezależność, samodzielne życie i dobrą zabawę. Kawiarnia, której nazwa ,,Życie jest fajne” pokazuje, że można korzystać z życia na przekór wszelkim przeciwnościom. Zainspirowana działalnością fundacji Ergo Sum i ciekawością jak wygląda klubokawiarnia prowadzona przez osoby z autyzmem, wybrałam się na przepyszną herbatę i odbyłam jeszcze lepszą rozmowę z jednym z pracowników kawiarni.

Paulina Gaworska: Dzień dobry. Jak się Panu pracuje w Klubokawiarni ,,Życie jest fajne”?
Bartosz Jakubowski: Lepiej niż myślałem, bo tak naprawdę najwięcej się denerwowałem zanim zacząłem tu pracować, zanim to wszystko ruszyło. Ale jak w końcu zacząłem pracować to naprawdę mi się to spodobało. Tego samego dnia mówiłem, że polubię tą robotę. Dopiero co prawda rozkręcamy się (trzeba jeszcze dokupić sprzęt AGD i inne), ale już dużo się dzieje.

PG: Od kiedy działa kawiarnia?
BJ: Zaczęliśmy oficjalnie działać od 21 marca 2016 roku. Otwarcie inauguracyjne odbyło się co prawda 18 marca, ale wtedy miało miejsce przyjęcie, na którym było dużo osób z mediów.

PG: Jak wygląda codzienna praca w klubokawiarni? Jakie ma Pan zadania?
BJ: Poza tymi dość oczywistymi jak obsługa klienta, obsługa kasy fiskalnej, ekspresu do kawy, dbam też o czystość, kontroluję czy wszystko jest dobrze, sprzątam naczynia, stoję na zmywaku. Niedługo będziemy mieć zmywarkę, ale jak to się mówi, my dopiero raczkujemy, ale teraz może być tylko lepiej. Najgorsze, czyli samo uruchomienie kawiarni mamy za sobą.

PG:A jakie mają Państwo plany na przyszłość? Czy organizowane są jakieś wydarzenia w kawiarni?
BJ: Tak, jest ich coraz więcej. Ostatnio obchodziliśmy Dzień Autyzmu (2 kwietnia), w sobotę (3 kwietnia) mieliśmy wieczór poezji Ks. Kaczkowskiego, który niedawno zmarł. Będą wieczory poświęcone uchodźcom, bo w chwili obecnej jest to temat bardzo istotny na całym świecie. U nas pracuje uchodźczyni, jest szefową kuchni .

PG: Mają Państwo w kawiarni w menu egzotyczne potrawy?
B.J: Podobno ma być kuchnia wegetariańska, urgijska.

PG: A co jeszcze można znaleźć w chwili obecnej w menu?
BJ: Teraz można dostać kanapki i ciastka. Do czasu tzw. odbioru sanepidu nie możemy serwować posiłków na ciepło. Ale mamy bardzo fajne ciasta, serniki, szarlotki, kanapki z pastą orzechową lub tuńczykiem, różnego rodzaju kawę, czekoladę, herbaty i soki. Staramy się dbać o jakość potraw i mam takie przeświadczenie, że dobrze nam idzie jak na początek i nie narzekamy na brak klientów.  Tak mi się wydaje, chociaż jestem tylko i aż pracownikiem. Powiem szczerze, że mam Zespół Aspergera (lżejszy stopień zaburzenia ze spektrum autyzmu), ale ja nie mam z tym problemu, żeby o tym mówić, bo ja umiem z tym żyć. W przypadku Zespołu Aspergera to jest jakby wygrana na loterii autyzmu.

PG: Skąd w ogóle pomysł na tego typu biznes?
BJ: Pomysłodawczynią jest Pani Aleksandra Ciechomska (prezes Fundacji Ergo Sum). Ola ma 17 letniego syna z autyzmem, który jest niewidomy. Ola wpadała na pomysł, aby takie osoby jak ja z Aspergerem i autyzmem, które wysoko funkcjonują mogły pracować. Ja będę miał dodatkowo wideobloga o kawiarni, Paulina będzie śpiewała, Maciek będzie prowadził stronę internetową o nas, każdy z pracowników będzie robił coś dodatkowego, niezwiązanego bezpośrednio z działalnością gastronomiczną. Dla osób takich jak my kawiarnia ma być wprowadzeniem w samodzielne życie.

PG: Czyli ideą kawiarni jest to, aby dawać osobom z autyzmem możliwość usamodzielnienia się?
BJ: Dokładnie tak. Chodzi o samodzielność finansową. Chodzi o to, że nasi rodzice zastanawiają się, co będzie po tym jak ich zabraknie. Jak będziemy sobie radzić. W kawiarni zdobywamy doświadczenie społeczne, kulturalne. Mamy też obowiązkową terapię grupową, a jeśli ktoś z nas chce, to do godziny w tygodniu może zażyczyć sobie terapii indywidualnej.

PG: Ile dokładnie pracuje osób w kawiarni z zespołem Aspergera i autyzmem?
BJ: Osób autystycznych łącznie ze mną jest 8, ale ta liczba może się zwiększyć.

PG: I mają Państwo asystentów?
BJ: Tak, mamy asystentki, jest ich mniej niż osób z autyzmem. Zawsze jest choćby jedna asystentka w kawiarni, osoby z autyzmem nigdy nie zastają bez wsparcia. One nam tylko pomagają lub coś podpowiedzą, kiedy sami nie wiemy, co zrobić, ale na pewno nas nie wyręczają. W sytuacji, jeśli ktoś ma problem, jest zdenerwowany, może skorzystać ze specjalnego pokoju wyciszeń, pokoju socjalnego – wtedy, kiedy naprawdę nie dajemy sobie rady możemy tam pójść z asystentką. Ale zazwyczaj asystentka jest jakby cieniem pracownika. I taka osoba jest przydatna w sytuacji, kiedy czegoś nie wiemy. Ale ja jednocześnie cenię swoją samodzielność i czasami nie lubię, jak mi coś ktoś podpowiada.

PG: A jakie mają Pastwo plany na przyszłość?
BJ: Przede wszystkim antresola. W tym momencie zabrakło nam na to funduszy, ale my cały czas na nią zbieramy. Zarówno z tego, co sprzedamy, jak i z datków (mamy możliwość zbierania datków w kawiarni, dostaliśmy zezwolenie). Dbamy o to, aby być dobrą marką, żeby to miejsce, które tworzymy przyciągało ludzi, a jest ich coraz więcej. Rozkręcamy się coraz bardziej, jestem optymistą. Już się nie martwię tak o swoją przyszłość, jak jeszcze do niedawna, zanim zacząłem tu pracować.

PG: Czyli kawiarnia daje Panu widoki na lepszą przyszłość?
BJ. Tak. Tu już powoli zaczynamy zarabiać pieniądze, kawiarnia działa coraz lepiej, jest o nas głośno w mediach. Mam możliwość zdobycia doświadczenia, niezależności, to nie jest zakład chroniony i ja się bardzo z tego cieszę.

Rozmawiałam z Panem Bartoszem Jakubowskim, pracownikiem klubokawiarni ,,Życie jest fajne”. Mój rozmówca interesuje się montażem filmów i multimediów, szczególnie o wydźwięku komediowym. Współtworzy komiksy, pisze do nich scenariusze i uwielbia malarstwo. Jeśli chcecie go poznać oraz innych pracowników kawiarni wpadajcie na kawę i ciasto do:

Klubokawiarni Życie jest fajne
ul. Grójecka 68
Warszawa
godziny otwarcia pn.-pt. od 12.00-22

Komentarze

Fryzjerzy

 
popraw

Projekt plakatu – Paulina Wojdyna

 
FRYZJERZY to choreograficzny projekt dyplomowy Hanny Korzeniowskiej, studentki III roku Wydziału Wokalno-Aktorskiego na kierunku Musical i choreografia ze specjalnością Choreografia i techniki tańca w Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi.
 
Inspiracją spektaklu był wiersz Juliana Tuwima „Fryzjerzy”, do którego muzykę skomponował Wojciech Wild. Następnie powstał kolejny utwór jego autorstwa, będący interpretacją muzyczną wiersza Antoniego Słonimskiego „Żal”, a także kompozycja dźwiękowo-instrumentalna „Fryzjerskie tango”, w której dźwięki fortepianu mieszają się z odgłosami przyrządów fryzjerskich. 
 
Spektakl opowiada historię dwóch zakochanych par. Tanecznego duetu Fryzjerki oraz Fryzjera, stanowiącego wyobrażenie, a zarazem odzwierciedlenie relacji rozgrywającej się pomiędzy muzyczno-wokalnym duetem, który tworzą On (pianista, wokalista) i Ona (wokalistka).
 
Celem projektu jest wykreowanie formy scenicznej o charakterze musicalowym. Dramaturgia spektaklu została zbudowana w oparciu o elementy ruchowe i dźwiękowe charakterystyczne dla czynności wykonywanych w codziennej pracy fryzjera. Zarazem, jest to doskonała możliwość stworzenia dialogu pomiędzy poszczególnymi dziedzinami sztuki oraz ich młodymi twórcami. W efekcie powstanie harmonijne przedstawienie muzyczne, którego filarem będzie muzyka, poezja, śpiew, teatr, ruch, oprawa plastyczna, kostiumy i scenografia, a także taniec. 
 
Projekt wymaga jednak dofinansowania. Jego twórcy pragną wielokrotnie wystąpić ze spektaklem oraz otrzymać szansę pojawienia się w wielu inspirujących miejscach kultury w kraju. Nie chcieliby, żeby „Fryzjerzy” byli jedynie jednorazowym występem w ramach obrony dyplomu licencjackiego. Z kilkorgiem z nich rozmawiamy na łamach Przestrzeni. 

HANNA KORZENIOWSKA – koncepcja, reżyseria, choreografia, występuje w spektaklu jako Ona (wokalistka)

Hanna KorzeniowskaJoanna Niedziela: Jak powstała fabuła spektaklu?
Hanna Korzeniowska: Moim ulubionym okresem w historii polskiej literatury było zawsze dwudziestolecie międzywojenne i związana z nim działalność grupy literackiej Skamander. Ich poezja jest niezwykle barwa i różnorodna. Pełna witalności, humoru i ironii, a co najważniejsze bliska każdemu, bo czyniąca swoim bohaterem zwykłego człowieka. Dlatego też wybór był oczywisty. Od początku wiedziałam, że dzięki tej poezji może powstać bardzo ciekawa historia. Natrafiłam na wiersz Juliana Tuwima „Fryzjerzy” i to on wraz z muzyką Wojciecha B. Wilda stał się największą inspiracją. Potem powstała kompozycja do wiersza Antoniego Słonimskiego „Żal”. Zestawienie treści tych obu utworów z muzyczno-dźwiękowym miłosnym „Fryzjerskim tangiem”, spowodowało, że zdecydował się opowiedzieć historię, czworga młodych ludzi, która mimo poetyckiej formy przedstawienia, ma wiele wspólnego z naszymi codziennymi dylematami. Co jest w życiu najważniejsze? Rozwój osobisty czy bliskie relacja z drugą osobą? Czy da się te sfery ze sobą połączyć?

Joanna Niedziela: Jaką formę ma spektakl dyplomowy?
Hanna Korzeniowska: Jest to spektakl muzyczny. Muzyka jest w nim wykonywana na żywo. Dwoje wokalistów śpiewa piosenki. Mamy również jeden utwór, który jest oparty na dźwiękach piania i przyrządów fryzjerskich. Do wtóru tego wszystkiego tańczy dwójka tancerzy.

Joanna Niedziela: Czym inspirowała się Pani tworząc ruch do spektaklu?
Hanna Korzeniowska: Najważniejszą inspiracją był temat spektaklu i jego tytułowy utwór „Fryzjerzy”. Decyzja o tym, że chcę opowiedzieć historię bohaterów, którzy są fryzjerami od razu ukierunkowała moje myślenie o choreografii. Zaczęłam szukać inspiracji do jej stworzenia w przestrzeni i wyposażeniu salonu fryzjerskiego. Poprzez obserwację działania przedmiotów takich jak nożyczki, grzebień czy suszarka i improwizację z tancerzami, badałam ich dynamikę i formę poruszania się. Inspirowałam się także kształtami wspomnianych narzędzi.

KATARZYNA STEFANIA DĘBSKA – scenografia, stylizacja kostiumów

Joanna Niedziela: Czym zainspirowała się Pani tworząc scenografię do dyplomu? Co było impulsem do wybrania właśnie takich rozwiązań?
thumb____Kasia_resize_600_600Katarzyna Stefania Dębska: Tym, co jest dla mnie szczególnie ważne w procesie projektowania przestrzeni jest zrozumienie potrzeb osób, które mają się w niej poruszać i korzystać z niej. W przypadku spektaklu muzycznego próbuję również wejść w dialog ze współtworzącym go dźwiękiem. Muzyka Wojciecha Wilda we „Fryzjerach” stała się pretekstem do wprowadzenia na scenę prawdziwych przyrządów fryzjerskich  takich jak grzebienie, nożyczki, szczotki, które podwieszone od góry na niewidocznych dla odbiorcy żyłkach, stwarzają w jednej ze scen surrealny nastrój, jednocześnie funkcjonują jako instrumenty. Zdecydowałam się również na zastosowanie luster, które w swoim zmultiplikowaniu budują klimat miejsca wbrew swemu założeniu chłodnego, naznaczonego samotnością, pustką, z którego chciałoby się uciec w inną rzeczywistość. Ich odbicia i głębia sygnalizują  szansę, nadzieję dotknięcia owego innego świata, który pozostanie jednak tylko w sferze ułudy, czegoś nieosiągalnego. Pomiędzy lustrami usytuowałam zamknięte w pionowych osiach srebrne lamety, które są poniekąd przedłużeniem luster, a w swej formie nawiązują do struktury włosa, która ożywa tylko w zestawieniu z ruchem tancerzy, staje się elementem ich powietrza oraz podkreśleniem niestabilności, ulotnych emocji. Pojawiające się za ową srebrną ścianą pojedyncze żarówki, pozwoliły mi na zasugerowanie miasta, nokturnowej ulicy, gdzie mimo złudnych wyobrażeń, wątpliwości dotyczących emocji i relacji między postaciami są stale obecne. „Fryzjerzy” stali się dla mnie niesamowitym bodźcem do wykreowania miejsca, w którym realizm miesza się ze światem onirycznym, naznaczonym melancholią i tęsknotą.

WOJCIECH B. WILD – kompozytor, pianista, wokalista, w spektaklu występuje jako On

thumb___Wojtek_resize_600_600Joanna Niedziela: Czym inspirował się Pan tworząc muzykę do spektaklu „Fryzjerzy”?
Wojciech B. Wild: Klucz do moich inspiracji w poszczególnych kompozycjach odnalazłem w twórczości Skamandrytów. Charakterystyczne dla tej grupy poetów było właśnie skupienie się na codzienności – tym, co na pierwszy rzut oka zwyczajne. To zainspirowało mnie do stworzenia prostych, a zarazem mających duże znaczenie form obrazujących powszechne czynności fryzjerskie.

Joanna Niedziela: Jak formował się styl muzyki wykorzystanej w spektaklu? Jak by Pan go określił?
Wojciech B. Wild: Styl w spektaklu musi być elastyczny. Mamy w końcu na scenie ruch, śpiew oraz muzykę. Styl nie mógłby ograniczać żadnych z nich. Ponadto, moim zamiarem jest stworzyć jedność z muzyką a dopełniające elementy tj. scenografia i światło uwydatniają ten efekt. W spektaklu odnajdziemy elementy musicalu, poezji śpiewanej, tanga oraz instrumentalnej muzyki połączonej z zapętlanymi dźwiękami przyrządów fryzjerskich. Cała muzyka wykonywana  będzie na żywo. Tak przyjęta przez nas forma, ma za zadanie podkreślić autentyczność i efemeryczność twórczości.

received_10209557736806425

Galeria zdjęć

Jeśli spodobał wam się projekt Fryzjerzy, możecie wesprzeć go na tej stronie.

Komentarze

Biblioteka rozwoju

Kiedy brakuje harmonii w życiu

Książka dla zabieganych i dla tych, którzy mają wszystko poukładane. Jak w mądry sposób korzystać ze swojego życia? Ile powinna zajmować praca, a ile wyjście ze znajomymi? Czy da się pogodzić pracę w korporacji i życie rodzinne? A przede wszystkim ,,czym jest równowaga?”, na te pytania i jeszcze wiele innych będziesz mógł sobie odpowiedzieć po lekturze.

Work life-balnace. Jak osiągnąć równowagę w pracy i życiu wciągnęło mnie ogromnie, pochłonęłam ją praktycznie w jeden wieczór. W książce w przystępny sposób są poruszane tematy, które dotyczą każdego z nas – trudności z pogodzeniem czasu prywatnego z zawodowym, nieumiejętność odpoczynku czy brak satysfakcji z życia. Beata Rzepka oferuje nam niewielkie kompendium, które nie daje gotowych odpowiedzi, ale dzięki jasnej treści i ćwiczeniom, skłania nas do refleksji nad własnym życiem.

Autorka skupia się na równowadze, która jest przez nią rozumiana wielorako, odwołuje się do tego, że każdy człowiek postrzega ją odmiennie, a wszystko zależy od tego, czego potrzebuje i co ceni w życiu. Sławne work-life balance, to nie taka sama ilość czasu poświęcana pracy i rodzinie, a osobisty wybór tego, czego potrzebujemy w danym momencie.

W książce możemy odnaleźć również stwierdzenia, które mówią o tym, że to nie ilość godzin przeznaczanych na spotkania towarzyskie czy pracę definiuje harmonijne życie, a raczej jakość spędzanego czasu. Zasada pracuj na 100% i odpoczywaj na 100% jest podstawą w budowaniu bardziej satysfakcjonującego życia. Większe zaangażowanie w życiowe wyzwania daje wiele korzyści, od większej skuteczności w pracy i docenienia przez przełożonych, po lepsze relacje z biskimi, aż po zrelaksowany umysł i pełne energii ciało.

Dużą zaletą książki są różnorodne ćwiczenia podsumowujące każdy z rozdziałów. Dzięki nim przedstawiany materiał wydaje się bardziej zrozumiały. Przećwiczenie teorii wywołuje większą refleksję nad tym, jak wygląda nasze życie i pozwala odkryć, jakich zmian potrzebujemy.

Interesującym dodatkiem jest rozdział dedykowany pracodawcom, w którym autorka przekonuje do większego doceniania pracowników, szanowania ich życia prywatnego oraz dostrzeżenia korzyści w bardziej niezależnym i tym samym bardziej zmotywowanym pracowniku.

Książkę polecam wszystkim, a szczególnie tym, którzy chcą wprowadzić znaczące zmiany w swoim życiu, starają się zadbać o swoje życie prywatne, czy też mają trudność z nieprzynoszeniem pracy do domu. Może to właśnie Work-life balance. Jak  osiągnąć równowagę w pracy i w życiu pomoże ci znaleźć harmonie wśród zgiełku współczesnego życia.

Work-life balance. Jak  osiągnąć równowagę w pracy i w życiuBeata Rzepka
Wydawnictwo HELION

 

WORKLI_okladka

 

Kocie malowanki

Dla wszystkich miłośników kotów i kolorowanek ta książka będzie idealna. Strony wypełnione intrygującymi rysunkami, wesołe grafiki i dowcipne teksty związane z popkulturą, filmem, literaturą i sztuką. Kolorowanka i dla dzieci i dla dorosłych.

Moda na kolorowanki dla starszego pokolenia wciąż się utrzymuje. Czarnobiałe grafiki, które zachwycają swym kunsztem i precyzją wciągają na długie godziny. Kolorowanie przestaje być domeną jedynie dzieci, a staje się pełnoprawnym sposobem na relaks.

Szczegółowe rysunki wymagają skupienia, dużej precyzji, dzięki temu wspomagają koncentrację, pomagają zdystansować się do codziennych spraw i całkowicie oddać się odstresowującemu malowaniu.

Koty dziwaki są jedną z kolorowanek dla dorosłych, a nawet dla całej rodziny jak głosi tytuł. Każda ze stron jest poświęcona kotom i ich perypetiom w wielu wydaniach. Oprócz standardowej kolorowanki w książce znajdziemy ciekawe łamigłówki, rysunkowe zagadki, a nawet autorka zostawia miejsce na całkowicie swobodną twórczość.

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów między innymi: Ziemię, Rozrywkę, Naukę i Technikę, czy Sztukę i Kulturę. W każdym z rozdziałów towarzyszą nam rysunkowe koty przedstawione w niepowtarzalnej konwencji.

Bardzo podoba mi się połączenie typowej kolorowanki dla dorosłych z książką, która dostarcza rozrywki. Każda z kart emanuje radością, a rysunkowe koty są niezwykle sympatyczne. Tytuły obrazków np. ,,Czterej Pancerni, pies i kot” ; ,,Kocie Galaktyki”; ,,Kocia sztuka ludowa” czy ,,Piramida zdrowia” w połączeniu z grafiką nie tylko odstresowują, ale również bawią. Książka wciągnęła mnie na długo, a każdy rysunek był niezwykłą przygodą.

Jeśli kochasz koty, a kolorowanki są dla ciebie jednym ze sposobów na odzyskiwanie równowagi koniecznie sięgnij po Koty dziwaki, na pewno się nie zawiedziesz.

Koty dziwaki. Kolorowanka. Odstresowująca książka dla całej rodziny, Joanna Star Czupryniak
Wydawnictwo HELION

kotydz_okladka

Przepływ, czyli jak przekraczać granice?

Chcesz czuć się lepiej? Poznać tajniki ludzkiej psychiki, zgłębić niecodzienne wydarzenia jakich doświadczają sportowcy ekstremalni i dowiedzieć się dlaczego mogą pomóc Ci w codziennym życiu?

Autor przedstawia książkę interesującą i motywującą, a porusza niezbyt dobrze znany stan przepływu, czyli z angielskiego flow. Jeśli kiedyś podczas wykonywania swojej pracy, rozmowy z bliską osobą, czy angażowania się w hobby, albo sport poczułeś się niezwykle skupiony, szczęśliwy i miałeś wrażenie, że czas nie istnieje, to bardzo prawdopodobne, że doświadczyłeś przepływu.

Cała książka jest poświęcona temu zjawisku, autor opisuje je na przykładach różnych sportowców ekstremalnych, od paralotniarzy, spadochroniarzy, po skaterów czy surferów. Dlaczego piszę właśnie o nich? Ponieważ ci sportowcy, przesuwają granicę tego, co możliwe w niezwykły sposób, nie dość, że w widowiskowy, to jeszcze czasami graniczący z szaleństwem. Przepływ, czyli rodzaj transu, kiedy decyzje podejmowane są automatycznie, a czas zwalnia bieg, towarzyszy im od początków kariery. Steven Kotler opowiada o ich doświadczeniach, przytacza niezwykłe historie z udziałem największych gwiazd sportów ekstremalnych.  Dla nich wprowadzenie się w trans jest być albo nie być, kiedy stają na krawędzi i ryzykują życie.

Autor pokazuje, jakie są naukowe dowody na istnienie takiego stanu jak przepływ, opowiada o jego neuronalnym podłożu, które wciąż jest badane. Mimo, iż przytacza fakty z dziedziny neuronauk, robi to w sposób przystępny i bardzo ciekawy dla czytelnika-laika.

W książce znajdziemy nie tylko przykłady z życia sportowców, ale odniesienia do codziennego życia, jak możemy wykorzystać przepływ, mimo że nie chcemy przeskakiwać Wielkiego Muru na deskorolce, ani ujarzmiać monstrualnych fal u wybrzeży Kalifornii.

Książka Być jak Superman może być dla każdego z nas inspiracją, aby pełniej korzystać z życia, bardziej angażować się w aktywności, które sprawiają nam radość, a tym samym dążyć w ich wykonywaniu do mistrzostwa. Przepływ daje błogość, niezwykłą pewność w tym, co się w danej chwili robi, niektórzy badacze porównują to doświadczenie do stanów mistycznych, nieuchwytnych przez racjonalny umysł.

Jeśli masz ochotę dowiedzieć się jak przesunąć granicę różnych sfer i osiągnięć we własnym życiu, albo jesteś ciekaw jak wyglądają sporty ekstremalne w najlepszym wydaniu i dlaczego niektórym udaje się dokonać rzeczy niemożliwych, zajrzyj do tej książki, wtedy na pewno odnajdziesz odpowiedzi na te pytania.

Być jak Superman. Teoria i praktyka osiągania niemożliwego, Steven Kotler
Wydawnictwo HELION

 

SUPERM

Komentarze

Duże sprawy w małych głowach – recenzja książki

13014823_10154100937044770_53050166_nBardzo czekałam na tę książkę. Od dawna bowiem śledzę bloga Dzielnego Franka, prowadzonego przez Agnieszkę Kossowską, która jest autorką książki Duże sprawy w małych głowach. Pani Agnieszka jest mamą 8-letniego Franka, który urodził się jako wcześniak i od początku swojego życia zmaga się z problemami zdrowotnymi w postaci niepełnosprawności sprzężonej. Na blogu Dzielna Agnieszka opisuje codzienność chłopca i jego rodziny, ich zmagania z nierzadko trudną rzeczywistością. Poprzez bloga dowiedziałam się o pomyśle powstania książki i tam też można było śledzić kolejne etapy realizacji tego projektu.

Jedno jest pewne: Duże sprawy w małych głowach to książka niezwykła. Napisana przez osobę dorosłą, ale z perspektywy dzieci. Opowiada historie m.in. autystycznego Franka, niewidomej Ani, Leosia chorego na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) czy niepełnosprawnej intelektualnie Ani. Dzieci przybliżają nam jak wygląda ich codzienność, radości i smutki, skutki trudności, z którymi przyszło im się zmagać. Ot, proste historie, przekazywane prostym językiem, bez nadmiaru specjalistycznych pojęć, bez zadęcia i patosu. A jednocześnie historie mające ogromną moc, zostawiające ślad w głowie i sercu. Czytałam tę książkę już kilka razy i za każdym z nich niezmiennie mnie porusza. Czasem bawi, czasem smuci, zawsze skłania do przemyśleń. Uczy akceptacji, pozwala zrozumieć, że jest nie tylko ja i moje, ale też czyjeś i przede wszystkim inne. Czekam, aż moje dzieci będą na tyle duże, żebyśmy mogli czytać ją razem. Bo to książka i dla rodziców, i dla dzieci, dla tych, którzy z dziećmi pracują i dla tych, którzy mają z niepełnosprawnością rzadki kontakt. Książka dla każdego. Ważna i bardzo dzisiaj potrzebna.

Książka dystrybuowana była bezpłatnie. Piszę była, ponieważ pierwszy jej nakład rozszedł się w rekordowo szybkim tempie. Mnie szczęśliwie udało się ją zdobyć. Obecnie zbierane są pieniądze, które umożliwią uruchomienie drugiego wydania. Gorąco zachęcam Was wszystkich do wsparcia tej wartościowej inicjatywy. Można to zrobić tutaj.

Na bieżąco wszelkie działania związane z projektem można obserwować na profilu na Facebooku.

Komentarze

Przed Państwem…

Agnieszka Giera 1988 Leszno - Ocelot, akryl i farby metaliczne na płótnie, 50 x 70 cm, 2015, sygnowany na odwrocie

Agnieszka Giera – galeria (9)

Artysta: Agnieszka Giera
Absolwentka malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Interesuje się między innymi astronomią, glitch artem i muzyką elektroniczną, w swoich pracach wykorzystuje motyw zarówno marzeń sennych, jak i temat współczesnych mediów. Jej prace można znaleźć w kolekcjach prywatnych na terenie całego kraju.

O projekcie
Cały cykl prac składa się z 12 kolaży inspirowanych vaporwave (nawiązującym do kultury lat 90 czy wczesnych 2000, do starych gier, kultury antycznej, itp.). W obrazach na płótnie staram się często odzwierciedlać efekty które można uzyskać w programach graficznych, glitche, przezroczyste warstwy, wycinanie obiektów, gradienty.

Agnieszkę można znaleźć na:
Facebooku
Tumblr
Blogu

Komentarze
Komentarze do:

"14"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję