Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

12

Przestrzeń
#12

Luty kojarzy się przede wszystkim ze świętem miłości. Wystawy sklepowe przepełnione są serduszkami, kwiatami i aniołkami. Z każdej strony bombardują nas reklamy zachęcające do romantycznych kolacji, wyjazdów, seansów filmowych… Jest słodko. Za słodko. Są jednak osoby, które nie czekają na ten dzień z utęsknieniem nie tylko dlatego, że jest to święto o charakterze komercyjnym i konsumpcyjnym. Nie czekają na niego, bo to kolejny taki sam dzień ich życia – samotny.

Na przekór fali czerwonych serduszek w lutowym wydaniu Magazynu Przestrzeń piszemy właśnie o samotności i jej wielu twarzach. Czytamy o paradoksie bycia samotnym w związku. Studiujemy instrukcję obsługi introwertyka. Odkrywamy zalety samotności. Poznajemy różne historie osób, które tak naprawdę łączy ta sama cecha. Oddajemy się refleksji na temat samotności w chorobie. Zastanawiamy się też czy bycie samotnym jest w modzie. Nie zapominamy jednak o ziarnku optymizmu i piszemy o istocie przyjaźni w związku.

Ponadto recenzujemy spektakl Koncert życzeń wpisujący się idealnie w temat przewodni numeru. Tradycyjnie też poznajemy utalentowanego artystę – w lutym jest nim Franciszek Ledóchowski ze swoim cyklem Black&White.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Sto lat samotności

„Ale nim doszedł do ostatniego wiersza, zrozumiał już, że nie wyjdzie nigdy z tego pokoju, gdyż powiedziane było, że miasto zwierciadeł (lub zwierciadlanych miraży) zmiecione będzie przez wiatr i wygnane z pamięci ludzi w chwili, kiedy Aureliano Babilonia skończył odcyfrowywać pergaminy, i że wszystko, co w nich spisano, niepowtarzalne jest od wieków i na wieki, bo plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi.” 

– Gabriel Garcia Marquez, Sto lat samotności

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

Komentarze

Rozbudzanie beznadziei

              rozbudzanie beznadziei
napisałem list
do tej, której nie ma
w tym liście nie ma słów
bo i po co słowa?
przecież jej nie ma
list wrzuciłem do skrzynki
której nikt nigdy nie opróżnia
wisi na zapomnianym domu
przy zapomnianej ulicy
adresu zwrotnego na kopercie nie napisałem
bo nie jestem wart uwagi

teraz czekam na odpowiedź

 

jacek gientkaAutor: Jacek Gientka
Jestem psychologiem, psychoterapeutą, założycielem Poradni Psychologicznej W stronę zmiany. Tworzeniem poezji, mniej lub bardziej intensywnie, zajmuję się od czasów nastoletnich. Czucie i wiarę cenię na równi ze szkiełkiem i okiem. Lubię dobre jedzenie, prawdziwych ludzi i złe filmy.
Komentarze

Samotność we dwoje

Samotność to jedna z rzeczy, których boję się w życiu najbardziej. Przerażająca jest dla mnie myśl, że mogłoby zabraknąć najbliższych osób. A przecież istnieją relacje, w których człowiek nie jest fizycznie sam, a głęboko i dotkliwie ten stan odczuwa. Dlaczego tak się dzieje w związkach partnerskich? Dlaczego możemy czuć się samotni mimo obecności drugiego człowieka, z którym tworzymy jedną z najważniejszych relacji? Przecież nie tak było na początku. Wszystko wydawało się idealne i zapowiadało wspólną świetlaną przyszłość, niezależnie od mających wystąpić trudności. Bo przecież zawsze będziemy razem i dla siebie, ze sobą, a nie obok siebie, prawda? Dlaczego więc?

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Po pierwsze, bo jak powiadają, miłość bywa ślepa. Te romantyczne początki związku to dominacja namiętności, czyli tego składnika miłości, który uruchamia motyle w brzuchu, powoduje w mózgu narkotykowy haj i co za tym idzie – zasłania realistyczny obraz sytuacji. Może być bowiem tak, że od samego początku bardzo się od siebie różnimy (np. charakterologicznie), mamy rozbieżne wartości i cele życiowe. Dopiero z czasem, kiedy namiętność zaczyna zanikać, potrafimy to zobaczyć. Jednak z różnych powodów nie decydujemy się na zakończenie relacji i tkwimy w związku, w którym czujemy się samotni. Inną przyczyną doznawania poczucia osamotnienia może być nierównomierny rozwój partnerów w relacji. Z początku wspólne punkty z czasem zaczynają się rozmijać, każde z nas znajduje się w innym miejscu w życiu, poszukuje innych rzeczy, innych aktywności, chce realizować inne potrzeby. Analogicznie do pierwszej sytuacji zaczynamy odczuwać wyobcowanie w tej (kiedyś) bliskiej relacji.

Nie zawsze przyczyną samotności w związku jest bezpośrednio któreś z partnerów. Może po prostu pojawić się ktoś trzeci – osoba poznana np. w pracy, która na nowo rozbudza uczucia i potrzeby znane ze stanu zakochania. Pytanie, czy podatność na poznanie takiej osoby i zaangażowanie się w nową znajomość nie jest często skutkiem negatywnych zmian w naszym związku, a nie tylko ich przyczyną.

Kimś trzecim w związku bywa także dziecko. Rewolucja życiowa w postaci rodzicielstwa to niejednokrotnie trwałe zmiany w relacji partnerskiej. Nowe role, które od chwili przyjścia na świat potomka, zaczynają (bezterminowo!) pełnić partnerzy, często powodują u nich zagubienie, sprawiają wiele trudności i zapominają oni o kształcie relacji tylko we dwoje. Ale nie tylko pojawienie się potomstwa miesza w związku. Także długotrwałe staranie się o nie lub, na drugim biegunie, rezygnacja z posiadania potomstwa w ogóle – mogą skutkować poczuciem samotności jednego lub obu partnerów. W pierwszym przypadku bowiem zaczyna dominować frustracja i zniechęcenie do kontaktów z drugą osobą, w drugim odczuwalny może być brak ważniejszych i bardziej długoterminowych celów dla związku, które zwykle pomagają mu (i ludziom w nim będącym) rozwijać się i zmieniać.

Samotność w związku bywa też po prostu etapem przejściowym, czymś co jest tylko przerwą od jego dalszego rozwoju. Każda przecież relacja to mieszanka gór i dołków, stabilizacja przeplatana kryzysami, dni miodowe doprawiane tu i ówdzie łyżeczkami goryczy. Niejedno z nas takich momentów pobycia w samotności, oddzielenia się (chociażby psychicznego) potrzebuje co pewien czas.

Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to wygląda w mojej relacji. Co sprawia, że czuję się samotna/y w związku? Jakie ma to konsekwencje? Czy prowadzi nas oboje do rozwoju relacji, czy też zmierzamy ku przepaści? A jeśli tak, to co zrobić żeby się zatrzymać? Jak wspólnie zbudować most i bezpiecznie tę przepaść przekroczyć? Dużo trudnych pytań, wiem. Ale warto szukać na nie odpowiedzi. Szczególnie, jeżeli nie bardzo odpowiada nam samotność jako jedyna towarzyszka życia.

Komentarze

Bo jest się z czego cieszyć

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Na wstępie chciałabym zacytować słowa Stanisława Jerzego Leca: „Samotność – jakaś ty przeludniona”, które interpretować można w wieloraki sposób. Przykładowo, odczytując wielkość i powagę problemu, jaką jest poczucie samotności, która dotyka znaczną część naszej populacji. Patrząc pod innym kątem, ukazuje się nam genialna ironia obnażająca fałsz płynący z pozornej samotności ludzi, którzy chcą wmówić, przede wszystkim sobie, jak również otoczeniu, w jakiej pustce trwają po to tylko, żeby wzbudzać współczucie i uwagę innych. Ja jednak chciałabym szczególnie zwrócić Waszą uwagę na słowo przeludniona i korzyści, jakie potencjalnie oraz paradoksalnie niesie ono za sobą.

Skoro samotność jest przeludniona to znaczy, że każdy z nas czasami czuje się samotny. Dłużej bądź krócej. Trudno byłoby znaleźć osobę, która zdecydowanie zadeklarowałaby, że nigdy nie była osamotniona. Jeżeli samotność dotyczy większości z nas, oznacza to, że jak najbardziej jest ona normą i nie należy się jej obawiać. Zdecydowanie warto skupić się na przestudiowaniu jej dobrych stron.

Zapytacie, co dobrego może kryć się w samotności? Na nasze szczęście wiele. W głównej mierze dostarcza nam czasu na przemyślenia, weryfikację własnych celów, pragnień, znajomości. W samotności łatwiej przychodzi nam zrozumienie naszych potrzeb, kiedy możemy skupić się wyłącznie na sobie. Daje nam wytchnienie zwłaszcza wtedy, gdy szukamy jej na odludziach tylko po to, by naładować baterie przed wyzwaniami, jakie stawiają przed nami społeczeństwo, praca, rodzina, szkoła, itp. Jest dla nas często motywatorem, dającym zielone światło do działania oraz rozgrywającym, pobudzającym trybuny naszej świadomości do dopingu i wsparcia zarówno wtedy, gdy uporczywie w niej trwamy, jak i w momencie, kiedy postanowimy się z nią rozstać. Zerwać ten często trudny związek z samotnością można poprzez przetarcie oczu i powiedzenie sobie kilku prostych słów: „Tak, chce mi się!”. Zdanie to otwiera nasze horyzonty. Nagle zauważamy więcej, pragniemy doświadczać tego, co nowe, ciekawe, interesujące. Realizujemy swoje zakopane w głębokim dole pragnienia i marzenia, które odkopała refleksja w samotności. Samorealizacja niesie za sobą bardzo często poszerzanie kontaktów społecznych, które mogą być zbawienne dla głodu relacji, jaki możemy wówczas odczuwać. 

Należy jednak pamiętać, że każdy związek wymaga poświęceń, zrozumienia, kompromisów, wyjścia poza strefę komfortu. Również ten, który wiąże się z samotnością, nie jest prosty. Dużą trudność może przynieść rozstanie, a zwłaszcza otwarcie oczu, kiedy związek ten zatraca się w toksycznym przywiązaniu. Zagubić się w samotności jest bardzo łatwo, gdyż jej motywujące oblicze od demotywacji dzieli tylko cienkie szkło, które ukazuje nam to, co pragniemy zobaczyć. Mam tu na myśli troski, lęki, pragnienia, cele, radości zgodne z naszymi oczekiwaniami. Nadzieja podyktowana zmianą, zmotywowaną porzuceniem samotności, spełni się wówczas, gdy znajdziemy w sobie odpowiednie pokłady siły do jej realizacji. Dotyczy to również sytuacji odwrotnej, kiedy pragniemy samotności, a nie potrafimy się wyrwać ze schematu życia.

Samotność daje nam szerokie pole manewru. Tylko od nas zależy, czy skorzystamy z jej dobrodziejstwa i pokładów siły, które w nas drzemią. Życzę wam, Drodzy Czytelnicy, abyście odkryli wartości tego stanu nawet wtedy, gdy bywa dotkliwy.

Komentarze

Introwertyk – instrukcja obsługi

Introwertycy są często postrzegani jako osoby zamknięte, wycofane, nieśmiałe i aspołeczne. To sprawia, że mają poczucie bycia innymi, a nawet gorszymi od swoich ekstrawertywnych kolegów, którzy na siłę próbują ich zmienić. Jednak introwertyzm to nie choroba, a cecha osobowości, którą warto zrozumieć, aby żyć w zgodzie z samym sobą (i dać żyć spokojnie swojemu introwertycznemu koledze).

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

 

Introwertyk kontra ekstrawertyk

Większość z nas uważa, że różnica między introwertykami i ekstrawertykami polega na tym, że ci pierwsi nie lubią i boją się ludzi. Tak wcale nie jest. Mimo że introwertycy czują się najlepiej w samotności lub w małej grupie znanych osób, nie oznacza to, że są nastawieni nieprzyjaźnie do innych. Lubią zachowywać dystans, rezerwę i są raczej niezależni, podczas gdy ekstrawertycy są pełni energii, gadatliwi, preferują duże grupy i zgromadzenia. Introwertyków uważa się też za osoby nieśmiałe, co jest kolejnym mitem, bo uwielbienie samotności niekoniecznie oznacza lęk społeczny. Z kolei ich częste doświadczanie gorszego nastroju nie wynika z bycia nieszczęśliwymi. Różnica między introwertykami i ekstrawertykami tkwi także w poszukiwaniu doznań i stymulacji. Nie trudno się domyśleć, że pod tym względem nasz tytułowy bohater może wydać się dla ekstrawertyka po prostu nudny. Prawda jest jednak taka, że zbyt intensywne bodźce płynące z otoczenia sprawiają mu dyskomfort psychiczny. 

Zła wiadomość: osobowości raczej nie da się zmienić. Stanowi ona zespół względnie stałych cech, warunkujących spójność zachowań i tożsamość jednostki. Dobra wiadomość jest taka, że będąc ich świadomymi, możemy żyć w zgodzie z samym sobą. Przejdźmy więc do instrukcji obsługi introwertyka – krótkiego poradnika dla osób z obydwu biegunów wymiaru introwersja-ekstrawersja.

Instrukcja obsługi

Jak postępować z introwertykiem?

  • Prywatność – jest podstawowym prawem i potrzebą introwertyka. Chwila ciszy i spokoju tylko dla siebie pozwala mu odzyskać energię. Nie przekraczaj granicy osobistej introwertyka, nie przytulaj i nie całuj go na siłę na powitanie, nie klep po ramieniu. Nie przeszkadzaj, kiedy chce pobyć sam;
  • Podejmowanie decyzji – introwertycy potrzebują czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią. Nie wymagaj od nich natychmiastowej decyzji, nie naciskaj;
  • Przygotowywanie się – podobnie jak z podejmowaniem decyzji, jest u introwertyków z przygotowywaniem się (do wyjścia, do pracy, do przemówienia). Podczas ‘burzy mózgów’ czy dyskusji introwertyk będzie siedział i słuchał, bo potrzebuje chwili na zebranie myśli, więc lepiej dać mu szansę na spisanie pomysłów przed spotkaniem. Nie wywołuj go więc do odpowiedzi „pod tablicę”. Nie rób mu niezapowiedzianych wizyt – powiadom go wcześniej o swoich zamiarach. Nie pospieszaj;
  • Wyjścia, imprezy – zapraszając introwertyka na imprezę miej na uwadze, że nie lubi on zbyt głośnych, przepełnionych ludźmi miejsc. Po drugie, introwertyk czuje się najlepiej w małym gronie znanych osób. Nie narażaj go na konieczność poznawania dużej ilości ludzi, ani nie zostawiaj go w towarzystwie, którego nie zna. Nie narzucaj się. Jeśli nie chce z tobą wyjść, uszanuj to. Słowa „zabawimy się”, „poznamy kogoś” są dla niego zniechęcające;
  • Praca – introwertyk jest w pracy raczej systematyczny i dokładny. Lubi pracę w ciszy, kiedy nikt mu nie przeszkadza. Praca wymagająca częstych kontaktów z ludźmi może być dla niego męcząca. Ponadto, introwertyk wcale nie jest mniej kreatywny – potrzebuje po prostu więcej czasu, a przede wszystkim ciszy i skupienia do namysłu;
  • Ekspozycja społeczna – wystąpienie publiczne czy nawet odezwanie się przed większą grupą może wprawić introwertyka w zakłopotanie. Nie wyciągaj go na siłę na środek sceny czy do odpowiedzi. Nie oceniaj i nie poprawiaj go publicznie;
  • Związek – w związku introwertyk potrzebuje czasu tylko dla siebie. Nie obrażaj się, kiedy chce pobyć lub wyjść tylko sam lub woli romantyczną kolację czy oglądanie filmu w domowym zaciszu od szalonej imprezy. Daj mu przestrzeń i bezpieczeństwo. Jego rzadkie wyrażanie uczuć nie jest oznaką braku miłości czy odrzucenia. Nie zmuszaj go do bliskości, sam da znak, kiedy będzie na nią gotowy;
  • Rozmowa – introwertyk nie lubi rozmawiać na siłę i o niczym. Milczenie nie jest dla niego niezręczne i nie jest zniewagą dla rozmówcy. Introwertyk woli słuchać niż mówić. To nie znaczy, że nie ma nic do powiedzenia. Jeśli już mówi – nie przerywaj. Zanim zadzwonisz do introwertyka, spróbuj najpierw napisać. Nieoczekiwany telefon może wpędzić go w zakłopotanie. Najgorsze co możesz zrobić to zapytać „co mi powiesz ciekawego?”, „czemu nic nie mówisz?”;
  • „Naprawianie” – pod żadnym pozorem nie staraj się „naprawiać” introwertyka i nawracać na ekstrawersję. Zaakceptuj go takim, jakim jest. Jego zachowanie wynika z jego osobowości. Nie jest chorobą.

Czytając powyższe rady, możemy mieć wrażenie, że z introwertykiem trzeba obchodzić się jak z jajkiem. Jednak bycie osobą preferująca samotność i skierowaną do swojego wnętrza ma sporo zalet. Po pierwsze, introwertyk raczej nie powie czegoś, czego będzie potem żałował. Jego wypowiedzi są dokładnie przemyślane. Po drugie, może być świetnym pisarzem – potrafi zauważyć więcej i przeżywać mocniej niż ekstrawertyk i zazwyczaj preferuje pisanie od mówienia. Po trzecie, introwertyk radzi sobie lepiej na studiach niż jego ekstrawertywny kolega, ponieważ spędza więcej czasu na czytaniu książek niż na zabawie. Po czwarte, dokładnie zgłębia posiadane zainteresowania (mimo że zazwyczaj ma ich mało). Podobnie jest u niego z kontaktami interpersonalnymi – tylko głębokie relacje określi mianem przyjaźni.

Na zakończenie pozostawiam do refleksji dwa krążące po Internecie cytaty, które stanowią trafne podsumowanie powyższej „instrukcji obsługi”:

„Jeśli nie dowiedziałeś się czegoś od Ekstrawertyka, to znaczy, że go nie słuchałeś.”
„Jeśli nie dowiedziałeś się czegoś od Introwertyka, to znaczy, że go nie zapytałeś.”

Komentarze

Zostańmy przyjaciółmi

Podobno pochodzą z dwóch odmiennych planet. Przybyli na Ziemię i zapomnieli o tym, że ich światy muszą się nieco różnić. Od tej pory często żyją w niezgodzie, a w zetknięciu z płcią przeciwną wpadają w złość i frustrację. Szczera prawda czy przestarzały mit?  Kobieta i mężczyzna – na pewno różni – czy przy tym zdolni do przyjaźni? Sprawdźmy!

Źródło: foter.com

Źródło: foter.com

Kobieta i mężczyzna to często dwie różne skale wartości, różne sposoby porozumiewania się, różne reakcje na stres, to także odmienna potrzeba intymności i okazywania uczuć. Tak, jesteśmy bardzo różni. Ale czy przez to niezdolni do przyjaźni?  

Czym jest przyjaźń?

Według słownika – przyjaźń – to dobra, serdeczna relacja pomiędzy osobami, opierająca się na wzajemnym zaufaniu, pomocy i życzliwości. Arystoteles uznaje ją za jedną z najważniejszych cnót, czyli trwałych sprawności moralnych człowieka. Jednak w rzeczywistości prawdziwa przyjaźń niewiele ma wspólnego ze słownikowymi definicjami czy filozoficznymi teoriami. Czym wobec tego jest przyjaźń dla mnie, dla Ciebie? Na to pytanie, i ja, i Ty musimy odpowiedzieć sobie sami. Jedno jest pewne – to uczucie, którego doświadczamy bardzo wcześnie w naszym życiu. Z reguły przyjaźń rozumiemy instynktownie. Po prostu wiemy i czujemy, że tę konkretną osobę z czystym sumieniem możemy nazwać przyjacielem.

Co ważne, obok miłości, przyjaźń jest najczęściej wymienianą wartością, bez której człowiek nie może być w pełni szczęśliwy. I choć często zdarza nam się o tym zapominać, przyjaźń odgrywa także bardzo istotną rolę w związkach opartych właśnie na miłości. Jaką? Partnerzy, którzy dostrzegają w sobie nie tylko kochanków, ale i przyjaciół, są bardziej cierpliwi, uprzejmi i wyrozumiali wobec swoich niedoskonałości. Dzięki temu związek jest dojrzalszy, pełniejszy, bardziej stabilny i satysfakcjonujący. Więc może warto w miłości się zakumplować?!

Przyjaźń czy kochanie? A może jedno i drugie?

Poniekąd partnerzy w związku muszą być dla siebie także przyjaciółmi (albo przynajmniej dobrymi kumplami). Dlaczego? Ponieważ dobry, trwały związek w pewnym sensie opiera się na tym, na czym opiera się przyjaźń. Mowa o otwartości, zaufaniu, wzajemnym wsparciu i poszanowaniu siebie, o wspólnym spędzaniu czasu, o dzieleniu się tym, co dobre, ale i tym, co złe. Jednak istnieją związki, w których dostrzec można pewien dystans i powściągliwość. Istnieją także oddane sobie pary, które bez przerwy się na siebie dąsają, złoszczą, doświadczają silnej zazdrości i wciąż toczą zawzięte walki, nie mogąc zachować poprawnych stosunków przez dłuższy czas. Jak temu zaradzić?

Zostańmy przyjaciółmi

Brzmi banalnie. Ale może zdziałać cuda. Najlepiej zacząć od rozważenia, co przyjaźń może dać nam i naszemu związkowi. Kiedy już przekonamy się, że to najlepszy sposób na utrzymanie dojrzałej, szczęśliwej i satysfakcjonującej relacji, musimy zacząć działać. Bo nie wystarczy stwierdzić: „mój partner jest moim najlepszym przyjacielem”, za taką deklaracją muszą stać zarówno myśli, uczucia, jak i czyny. Musimy pamiętać, by traktować drugą połowę z taką samą życzliwością i poszanowaniem, z jakimi traktowalibyśmy najlepszego przyjaciela. Okazujmy mniej zazdrości i wymagań. Za to obdarowujmy partnera-przyjaciela wzmożoną dozą szacunku, wrażliwości i uwagi. Nie traktujmy go tak, jak traktuje się własność, odrzućmy wyobrażenia i oczekiwania co do tego, jaki powinien być, dostrzegajmy raczej to, jaki jest naprawdę. Chodzi o to, aby partner tak, jak nasz przyjaciel, odczuwał, że jest w pełni akceptowany i bez względu na wszystko może liczyć na poparcie z naszej strony.

I odtąd żyli długo i szczęśliwie…

Zakończenie bardzo możliwe do osiągnięcia. Oczywiście musicie dążyć do tego oboje – Ty i Twój partner. Być może jesteście sobie oddani i wierni, macie podobny system wartości, przekonań, zbliżone cele, wspólnych przyjaciół i znajomych, obdarowujecie się codziennie szacunkiem i wciąż pozostajecie dla siebie atrakcyjni. Wszystko to jest niesamowite, budujące i piękne, ale niestety – nie zapewnia tego, że miłość z biegiem czasu będzie nadal żywa i silna. Potrzeba czegoś więcej. Czegoś, co sprawi, że związek pozostanie niezwykły, zabawny, ciągle żywy. I na tym właśnie polega rola i sens przyjaźni w miłości. Partnerzy-przyjaciele to przede wszystkim umiejętność skutecznego porozumiewania się ze sobą, ale i zdolność uważnego słuchania. To mieszanka zabawy, śmiechu, ale i powagi, kiedy trzeba. To bycie ze sobą, choć nie zawsze w jednym miejscu i czasie. To dzielenie się dobrem, uśmiechem i sukcesem, ale także tym, co złe, raniące i trudne.

Umiejętność bycia dla siebie dobrymi przyjaciółmi niewątpliwie jest cennym darem, ale i celem. Warto do niego dążyć, choćby po to, aby umieć dzielić się tym, co najpiękniejsze, tym, co upragnione bez poczucia, że coś trzeba poświęcić, z czegoś zrezygnować, czemuś się podporządkować. Przyjaźń w miłości to spełnianie siebie i swoich marzeń, to szacunek dla potrzeb i pragnień, to spotkanie dwojga w połowie drogi. Bo czemu nie kontynuować jej razem? 

Bibliografia:

  • Gray, J. Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus. Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 1993
  • Carlson, R., Carlson K. Nie zadręczaj się drobiazgami w miłości. Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2008
Komentarze

Niby inni, a jednak tacy sami (samotni?)

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

 

Zwykli ludzi, tacy jak każdy

Bardzo lubię spotykać się z różnymi ludźmi. Dzięki temu, że pochodzą oni z odmiennych środowisk, rozmawiając często mam okazję dowiadywać się jak wieloraki może być odbiór świata i rzeczywistości. Jednak ostatnimi czasy zaczęło zwracać moją uwagę coś zupełnie innego, ale o tym później. Najpierw chciałbym przedstawić niektóre osoby, które miałem okazję poznać.

Karolina i jej sukces

Karolina jest młodą, atrakcyjną kobietą. Pochodzi z małej miejscowości, ale w Warszawie skończyła prestiżowe studia, mieszka tu już kilka lat. Mówi, że „nie zamierza wracać do rodzinnej miejscowości, bo tutaj ma swoje życie i dynamicznie rozwijającą się karierę.” Karolina pracuje w dużej firmie w tzw. Mordorze, gdzie zajmuje stanowisko menedżerskie. Jak mówi sama Karolina: „zapracowałam sobie na swoją pozycję ciężką pracą i wieloma wyrzeczeniami”. Prawdę mówiąc dalej ciężko pracuje i rezygnuje z wielu rzeczy. Karolina miała nieraz okazję żeby wyjechać na wakacje, odwiedzić rodziców, wyjść ze znajomymi, aby się rozerwać, pójść na randkę. Jednak rezygnowała z tego wszystkiego przekonując się, że teraz musi skupić się na pracy w celu odniesienia sukcesu, a dopiero później będzie mogła poświęcić się wyjazdom, spotkaniom ze znajomymi, odwiedzeniu rodziców i w końcu pozna mężczyznę, z którym się zwiąże (czego bardzo pragnie). Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, bo w pracy Karolina dostaje kolejne „priorytetowe projekty”, które mają pierwszeństwo nad jej potrzebami. Chociaż wielu mężczyzn proponuje Karolinie wyjścia, ona z napięciem kolejny raz odmawia, ponieważ musi dokończyć coś ważnego, poza tym nie ma nawet czasu dla znajomych, nie wspominając o poznawaniu kogoś nowego. Ona sama już tak długo odsuwa swoje potrzeby, że już prawie o nich zapomniała lub nie chce pamiętać. Często wraca wieczorami do domu i tuż po tym jak zamknie drzwi, patrzy na swoje mieszkanie spowite mrokiem i wie, że jest tu sama. Czasem z tego powodu płacze, a czasem nie ma kiedy płakać, bo ma „deadline” i wtedy z kieliszkiem wina siedzi nad laptopem i kończy projekt. 

Kamil – „półczłowiek”

Chyba każdy z nas zna kogoś takiego jak Kamil. Zawsze stara się być w centrum uwagi, przystojny, z poczuciem humoru, inteligentny, dobrze ubrany, typ „playboya”. Często chodzi na imprezy. Poznawanie nowych ludzi przychodzi mu z łatwością, dzięki czemu zawsze otacza się grupką ludzi. Jednak jego głównym celem jest poznawanie nowych dziewczyn, lubi przeglądać się w ich oczach, gdzie szuka potwierdzenia, że jest atrakcyjny. Szuka potwierdzenia siebie. Jednak Kamil w środku czuje się, bardzo niepewny siebie. Jego wysoka samoocena jest chwiejna i zależna od tego, co inni powiedzą. Dlatego Kamil dokłada tak wiele wysiłku żeby ukryć „swoje wady”, żeby inni nie dostrzegli tego „jaki jest naprawdę”. Kamil czasem mówi, że „nie chciałby należeć do klubu, który chciałby go za członka”, co myślę, że świetnie oddaje to jak on sam ze sobą się czuje. Nie lubi siebie, uważa, że cały czas musi zasługiwać na uwagę i akceptację. Gdyby popatrzeć na życie Kamila od „zewnątrz”, to można by uznać, że odniósł sukces w życiu i nic więcej mu nie potrzeba, dobra praca, otoczony atrakcyjnymi dziewczynami, łatwo nawiązuje kontakty. Jednak od „wewnątrz” życie Kamila wygląda tak, że żyje on w „świecie sędziów i rywali”, gdzie każdy go będzie oceniał lub z każdym musi rywalizować żeby udowodnić własną wartość. Nawet jeśli Kamil znajdzie kogoś, kto uzna jego „fasadę” za atrakcyjną, to jednak przeżywa silny lęk, bo tym bardziej musi starać się żeby ta osoba nie zobaczyła „co jest po drugiej stronie płotu”. Przez to Kamil nigdy nie zostanie zaakceptowany jako cała osoba ze swoimi „blaskami i cieniami”. To powoduje jego silną izolację od innych, bo nigdy w pełni przed nikim się nie otworzył, zawsze pokazywał się tylko jako „część człowieka”, ta cześć, którą on uznawał za godną uwagi, akceptacji i miłości”. Mimo że pozornie Kamil otacza się dużą ilością ludzi mogącą zagłuszyć „wewnętrzną pustkę”, to tak naprawdę jest „samotny wśród tłumu”.

Marlena – silna i niezależna

Marlena jest typem takiej kobiety, która w swoim towarzystwie uchodzi za silną i niezależną osobę. Prowadzi swój biznes, sama podróżuje, sama o sobie decyduje, nikomu nie pozwoli nic sobie narzucić, mieszka sama, bo sama tak zdecydowała. Można zwrócić uwagę, na to, że w poprzednim zdaniu kilkukrotnie powtórzyłem słowo „sama”, ale zrobiłem to świadomie. To określenie idealnie oddaje to, co Marlena robi ze swoim życiem, a mianowicie wybudowała dookoła siebie wielki mur złożony ze słów „sama” i „niezależnie”. Marlena odgrodziła się od innych, w celu uniknięcia świadomości, że może od kogoś zależeć, że ktoś mógłby coś dla niej zrobić lub mogłaby kogoś potrzebować. Wśród znajomych została przyjęta z przekonaniem, że „już taka jest”. Marlena co jakiś czas spotyka się z mężczyznami, ale te relacje nie trwają długo – dwa trzy miesiące, a później oni odchodzą. Marlena nie rozumie, dlaczego za każdym razem tak się dzieje, że kolejni mężczyźni oddalają się od niej, ale też unika takiej świadomości, że może się to wiązać z jej hiperniezależnością, która jest nadkompensacją lęku przed tym, że może czegoś od innych potrzebować. 

Opisać Andrzeja – „to wszystko straszne”

Kiedy patrzysz na Andrzeja to najbardziej charakterystyczne są jego oczy pełne smutku i autentycznego przerażenia, jego twarz jest jakby zastygła. Na pozór Andrzej funkcjonuje dobrze, chodzi do pracy, po pracy spotyka się z kochającą dziewczyną lub jedzie do domu odpocząć po wymagającym dniu. Jednak gdy obejrzysz życie Andrzeja jego oczami, to okaże się, że jest ono całkowicie puste, bez żadnego kierunku, pełne przerażenia. Andrzej poza pracą i kochającą dziewczyną nie ma nic. Całkowicie bez znajomych, bez zainteresowań i bez radości. Jeśli dopytasz Andrzeja jak to się stało, to potrafi tylko powiedzieć, że tak wyszło. Wie też, że boi się innych ludzi, przeżywa ciągłe napięcie, że ktoś czegoś będzie od niego chciał, oceni go krytycznie, co dla Andrzeja byłoby katastrofą. Czasem przeżywa tak sile napięcie i lęk, że urastają do poziomu paniki. W innym momentach Andrzej przeżywa tak potężne przygnębienie i poczucie braku nadziei, że nie wychodzi z łóżka przez dłuższy czas. Jeśli zapytasz Andrzeja czego potrzebuje, to nie będzie potrafił powiedzieć, bo zupełnie nie wie, co dzieje się w jego wnętrzu, nie zna swoich potrzeb, od dziecka musiał spełniać oczekiwania ojca, a za przejaw własnej inicjatywy był upokarzany. Jedynymi emocjami, jakie zna są przerażenie, wstyd i dojmujący smutek.

Jeśli dotarłeś/aś tutaj czytając ten artykuł, to masz prawo odczuwać zimno, smutek, pustkę, niepokój lub złość. To właśnie czują nasi bohaterowie. Ich punktem wspólnym jest samotność. Każde z nich na swój sposób przeżywa jakiś jej rodzaj.

Karolina bardzo boi się bliskości, bo czuje, że mogłoby to popsuć jej plany w staniu się kimś wyjątkowym. Musiałaby wtedy zajmować się znajomymi zamiast rozwijać karierę. Jednocześnie bardzo dotkliwie czuje brak kogoś, kto czekałby na nią w domu, do kogo mogłaby się przytulić, kto będzie życzliwy i zajmie się nią. Najbardziej potrzebuje opieki, ale nie potrafi o nią poprosić. Nie dostrzega tego, że odpycha życzliwe osoby.

Samotność Kamila polega na tym, że najbardziej przeraża go odrzucenie i upokorzenie. Właśnie dlatego stara się prezentować jak „gwiazda”, jednocześnie trzymając ludzi na dystans żeby nie dostrzegli przypadkiem jakichś niedoskonałości, bo dla Kamila byłoby to nie do zniesienia. W dzieciństwie Kamil przeżywał dużo upokorzenia ze strony rodziców-naukowców, którzy zawsze mieli od niego duże wymagania i jednocześnie nie znosili „nieudolności”, za co obrażali go. O czułości ze strony rodziców mógł tylko marzyć.

Marlena natomiast unika innych ludzi, ponieważ boi się bycia blisko kogoś, aby nie stracić swojego muru w postaci „niezależności”. W bliskich relacjach czuje się zwyczajnie bezradna i przerażona. Sama nie potrafi dać komuś czułości i opieki. Sam fakt, że ktoś miałby jej dawać miłość i wsparcie, automatycznie usztywnia się. Kojarzy jej się to z nadopiekuńczą matką, która ją zalewała swoją osobą. Marlena nie mogła poczuć żadnej potrzeby, bo matka „robiła wszystko zanim Marlena coś poczuła”. Przez to właśnie nie mogła nauczyć się jak dawać innym opiekę, a z drugiej strony przytłacza ją i dusi, kiedy ma dostawać to od innych.

Andrzej ma inną trudność. Jego dramat polega na tym, że nie wie czego chce, nie wie co czuje. Jedyne z czym się kontaktuje to strach i napięcie. Przez to właśnie nie wie kim jest i dokąd dąży dopóki ktoś nie da mu wskazówki lub informacji, że jest „w porządku”. Matka Andrzeja zawsze miała pomysł jaki Andrzej ma być, kochała go bardzo, ale potrafiła to okazywać tylko kiedy Andrzej robił to, co ona chciała, a kiedy tego nie robił, odbierała mu swoją miłość.

Osoby opisane powyżej cierpią z powodu samotności. Jednak jest dla nich szansa, żeby się z niej wyrwać. Warto w takich sytuacjach zgłosić się na psychoterapię żeby znaleźć ukojenie.

Życzliwy psychoterapeuta pomoże zerwać łańcuchy, które nas wiążą i wesprze nas w rozebraniu muru, który odgradza nas od innych.

Warto sobie pomóc, bo JESTEŚ WAŻNY/A.

* Dane opisanych osób zostały zmienione, w celu zachowania ich anonimowości.

Komentarze

Manifest ze szpitalnego łóżka

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Dopadła mnie, jak wielu, zimowa choroba – przeziębienie. Przymusowy pobyt w łóżku sprzyja refleksjom, zastanowieniem się nad różnymi sprawami. Cisza, spokój opuszczonego przez wszystkich mieszkania i świadomość, że ci dalsi i bliscy są w pracy, przywołały samotność.

Dziś jest ona jedynie ciepłym kocem, w który się otulam, aby przemyśleć swoje ostatnie tygodnie, podjęte decyzje, zmiany jakie chcę wprowadzić przez następne miesiące. Jednak to chwilowa samotność – stan przejściowy i bardzo subiektywny.  Z niej można wynieść siłę, wypracować mądre pomysły, zobaczyć co jest ważne. Jednak jest samotność, która skrada się niepostrzeżenie, jak złodziej okrada nas z intymności i bliskości – samotność szpitalnego łóżka.

Doświadczenie choroby może być przełomowym wydarzeniem nie tylko dla osoby, która jej doświadcza, ale także dla ludzi, którzy są wokół. Z jednaj strony to sytuacja kryzysu, wielkiego stresu, która wymaga zmobilizowania swoich wszystkich sił i zasobów, aby stawić czoło czasem nieuniknionemu – stracie zdrowia, a nawet życia. Samotność w przewlekłej, albo śmiertelnej chorobie, gdzie każdy dzień niesie nieznane i niewiadome potrafi zatruć życie, zmienić je nie do poznania

Choroba może wyzwalać w człowieku wszystkie najlepsze i najgorsze instynkty, budować relacje, ale także je zabierać i niszczyć. Czasami jest to spowodowane brakiem umiejętności komunikacji z osobą doświadczającą poważnych kłopotów zdrowotnych. Nie wiemy o co pytać, co mówić i jak się zachować, więc oddalamy się coraz bardziej. Nasz strach przed zranieniem bliskiej osoby, niepewność jak zareaguje, czy wypada czy też nie, pytać o to jak się czuje i co myśli paraliżuje naszą empatię i chęć pomocy.  Osuwamy się mimowolnie, nie wiedząc jak poradzić sobie z własnym żalem, bólem czy rozpaczą z powodu bliskiej śmierci ukochanej osoby.

W życie osób śmiertelnie chorych wkrada się samotność, mimo wielu dobrych dusz wokół, często pacjenci doświadczają pustki relacyjnej, z jednej strony otaczają ich bliscy, z drugiej jest to kontakt powierzchowny, zadaniowy. Brak możliwości wyżalenia się, trudność w mówieniu o własnych emocjach buduje mur, który ciężko przeskoczyć. Dla bliskich widmo nowotworu, czy innej często nieuleczalnej choroby, bywa zbyt trudnym brzemieniem do udźwignięcia.

Odtrutką na taki typ samotności może być obecność, sama świadomość, że ktoś czuwa przy łóżku i trzyma za rękę podnosi na duchu. Daje siłę do walki o swoje zdrowie. Możliwość wyrzucenia trudnych myśli, strachu i bólu jest największym darem, jaki możemy dać osobie, która zmaga się z chorobą.

,,Być” bez pytań, oskarżeń i oczekiwań. Stać się podporą, która wytrzyma smutek, żal i rozpacz bliskiej osoby, która potrzebuje nas bardziej niż cokolwiek na świeci.

Nie zalewać potokiem nic nieznaczących słów i pamiętać, że chory człowiek ma swoją godność, niezależność i dalej jest tym, kogo kochamy. Choroba nie musi zabierać relacji, nie musi zmieniać intymności i bliskości na oddalenie. Zamiast patrzeć na chorobę spójrzmy na człowieka i bądźmy dla niego tak po prostu, naprzeciw samotności.

Komentarze

Samotność

Samotności wcale długo nie trzeba szukać. Niektórych dopada jeszcze w brzuchu matki, innych dopiero na etapie dorastania. Towarzyszy nam w życiu – jest mrocznym, niechcianym przyjacielem. Na szczęście – nie zawsze wiernym.

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Długo zastanawiałam się, na ile sposobów można interpretować samotność. Jej aspektów jest naprawdę sporo. Postanowiłam przyjrzeć się bliżej trzem z nich.

Bycie jedynakiem to bycie tylko ze sobą. Bez rodzeństwa. Niby to dobrze – pokój ma się tylko dla siebie. Czas rodziców przypada tylko dla jednego dziecka. Nie ma ciągłych kłótni o zabawki, za to zdarzają się awantury o potajemny wyjazd na weekend tylko z chłopakiem, bo nie miał nas kto kryć. Jest święty spokój, za to nie ma przegadanych nocy z siostrą i rozegranych partii ulubionej gry z bratem. Są plusy i minusy – wiadomo, jak zawsze. Jest się pierwszą i ostatnią osobą, która poczęła się w brzuchu jednej i tej samej matki. Żyje się w przeświadczeniu, że jest się niesamowicie wyjątkowym. Tylko czasem, gdzieś z tyłu głowy, pojawia się myśl, że to przecież oznacza także bycie na tym świecie od zawsze i na zawsze… samemu.

Samotność w tłumie. Ulubiona komunikacja miejska, a w niej… wiadomo – nie zawsze jest puściutko, pachnąco i przyjemnie. Jednak, gdy jest ścisk i tłok – niewiele się zmienia. Tkwimy zamknięci w ciasnej przestrzeni naszych ekranów dotykowych, ale nas samych naprawdę ciężko jest czymkolwiek dotknąć, zranić. Pozostajemy nieczuli na bodźce z zewnątrz, twarze przykrywamy maskami – pięknymi, barwnymi, niedostępnymi… . Zapewne niewiele nas wtedy interesuje poza czubkiem własnego nosa. Ciężko jest nam podnieść głowę, spojrzeć głęboko i szczerze w oczy drugiej osoby. Schylamy karki po lajk, po najnowsze wieści od znajomych: związki, fotografie, wycieczki, refleksyjne posty, zameldowania. Nie odwrócimy głowy w bok, nie zafundujemy naszemu karkowi gimnastyki… .

Nie umiemy normalnie rozmawiać. Uciekamy wzrokiem, kiedy ktoś pierwszy się do nas odezwie. Szybszy oddech, przyśpieszone bicie serca, lekko spocone dłonie. Dopadają nas pierwsze oznaki stopniowego wyłączania się z życia – nie funkcjonowania – w społeczeństwie. Funkcjonujemy codziennie, żyjemy – coraz rzadziej.

Codziennie zdarza się nam doświadczyć samotności i nie musi nas to spotykać ze strony obcych nam ludzi. Nawet najbliżsi potrafią nas zranić. I nie chodzi tutaj do końca o słowo, ale właśnie o jego brak. Każdego dnia podejmujemy decyzje – poważniejsze lub bardziej błahe, ale każda z nich ma wpływ na nasze życie. Rodzina i przyjaciele nieraz zupełnie spychają nas na drugi plan. Nic bardziej nie boli, niż ignorancja. Walczymy o ich zainteresowanie, łudzimy się, że nagle, ot tak, się coś zmieni. Zazwyczaj nic się nie zmienia albo bardzo niewiele. Samotność, w jaką sami siebie wpędzamy, powoli zaczyna odcinać nam wszystkie wyjścia ewakuacyjne, nie ma dokąd uciec, rzeczywistość coraz mocniej nas przygniata, aż w końcu…

Albo okiełznamy ją w odpowiednim momencie, albo już na zawsze utkniemy w jej ramach.

Komentarze

Moda na samotność

Hasło stara panna w polskim Internecie istnieje głównie w kontekście popkulturowym tzn. stara panna nie zasłużyła na miejsce w Wikipedii, ani w słowniku języka polskiego. Stara panna króluje za to jako problem kobiecych forów, temat testów parapsychologicznych, obelga w stronę feministek, apogeum kobiecej niezależności lub po prostu bohaterka memów. W dużym uproszczeniu jest obiektem kpiny lub pejoratywnym określeniem na kobietę samotną, która nigdy nie zaznała uroków małżeństwa. Powstaje pytanie czy w XXI wieku pełnym zmian zarówno tych społecznych, jak i technologicznych, parom zamężnym jest czego zazdrościć?

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Zdaniem Japońskiego społeczeństwa niekoniecznie. Od kilku lat Kraj Kwitnącej Wiśni przeżywa syndrom celibatu (ang. celibacy sydnrome; jap. sekkusu shinai shōkōgun). Sytuacja z naszej perspektywy nie tylko wynaturzona, ale i groźna dla przyszłości japońskiego społeczeństwa. Perspektywa wyginięcia naszych braci z Dalekiego Wschodu to tylko jedno z najbardziej złowieszczych proroctw. Jednak problem nie dotyczy jedynie instytucji małżeństwa, z czym zmaga się większość krajów rozwiniętych. Kiedy w Europie dziewczynki nie marzą już głównie o białym ślubie z ich rycerzem z bajki, na główny plan wchodzą też inne priorytety, jak pielęgnowany kult kariery i niezależności finansowej, Japonia idzie o krok dalej. Małe Aiko, Hisako i Yōko nie tylko odrzucają idee ślubu, ale i nocy poślubnej, lub w ogóle nocy w jakimkolwiek wydaniu. Sexless Japan krzyczą nagłówki zagranicznych gazet, sami Japończycy reagują różnie. Zdaniem antropolog Tomami Yamaguchi bardziej niż sytuacja Japonii, interesująca jest reakcja amerykańskich i brytyjskich mediów. Dlaczego ludzie interesują się życiem łóżkowym innych ludzi, kiedy to zupełnie nie jest ich sprawa. Według innych to teoria wyssana z palca na podstawie specjalnie wybranych danych, której celem jest tworzenie wizerunku dziwacznej Japonii. Niemniej Yoshiwara, słynna od XVII wieku dzielnicy czerwonych latarni w Tokio, świeci pustkami, a profesjonalne dominy, takie jak Ai Ayoama, przekwalifikowują się na terapeutów od związków i relacji seksualnych.

Powodów dla Sekkusu shinai shōkōgun może być wiele. Za jeden z nich uznaje się  zachwianie relacji damsko-męskich, które do XIX wieku opierały się na tradycyjnym podziale ról oraz uległości kobiety wobec małżonka. Przełom w ustroju władzy zwany Restauracją Meiji, nadał kobietom m. in. prawa do żądania rozwodu czy dostęp do podstawowej edukacji. Kolejne znaczące zmiany nadeszły wraz z zakończeniem II wojny światowej – były to równość płci w świetle konstytucji i prawa wyborcze. Pomimo następującej popularyzacji feminizmu, Japonia nadal postrzegana jest jako kraj nierówności płciowej. Szczególnie tyczy się to zatrudnienia, objawiając się poprzez różnice w wynagrodzeniach oraz niechęć wobec pracujących matek. Same Japonki nierzadko odkładają życie prywatne z obawy przed ostateczną utratą pracy w momencie zajścia w ciążę. Niektóre brak partnera tłumaczą rozwojem kariery, a przede wszystkim wynikającymi z niego możliwościami samodzielnego zadbania o własne potrzeby. Wygodne, przyjemne życie, modne ubrania, rozrywki, wszystko staje się tymczasowym substytutem związku z mężczyzną. Kto by pomyślał? Pozostaje pytanie jak rozpatrywać nurt feminizmu w Japonii, czy jest to myśl wyrosła wśród japońskiej społeczności, czy raczej pomysł zapożyczony z Zachodu, zinterpretowany i dostosowany do Wschodniej rzeczywistości? Przykład Japonii przywodzi nam na myśl jeszcze jedną refleksję. Co jeśli społeczeństwo musi funkcjonować według pewnej harmonii, a zatem zrównywanie pozycji kobiet w społeczeństwie wymusza analogiczne zmiany u mężczyzn, ale na płaszczyźnie naturalnej. Mama zostaje bossem wielkiej firmy, tata stara się o dofinansowanie na sztuczną macicę, a polityka prorodzinna kwitnie.

Oczywiście hipotetyczna wina nie leży jedynie po stronie młodych Japonek. Płeć przeciwna wychodzi z założenia, że potencjalne partnerki są po prostu zbyt silne. Ze zjawiskiem syndromu celibatu łączy się bowiem pojęcie herbivore man, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza roślinożernego mężczyznę, natomiast w przenośni odnosi się do osobników nieasertywnych, obojętnych wobec potrzeb cielesnych, pozbawionych ambicji zakładania rodziny, angażowania się w stałe relacje, a także realizowania stereotypowej męskości. Według japońskiego filozofa Masahiro Morioka taki model zachowania spowodowany jest okresem pokoju i prosperity w Japonii po II Wojnie Światowej. To akurat dyskusyjne. Zdaniem innych wspomniana niechęć wynika z jeszcze innego zjawiska. Pokolenie urodzone w latach 60. i 70. swoje życie rodzinne opierało na tradycyjnym modelu wzbogaconym o pewnego typu dla XX wieku modyfikacje. Żona – strażniczka domowego ciepła i matka; mąż – agresywny samuraj biznesu (jap. Sarariman), w domu właściwie nieobecny. Być może dzięki takiej postawie Japonia znalazła się w czołówce najbogatszych i najlepiej rozwiniętych państw świata. Być może brak ojca w domu zakrzywił dzieciom obraz małżeństwa, a tym samym charakter relacji damsko-męskich. Pojawiła się tendencja do postrzegania małżeństwa jako mordęgi (jap. Mendokusai). Single, osoby samotne zyskały przywilej wolności, braku zobowiązań i presji.

Skoro wszyscy dookoła są samotni to czy samotność nie traci swojego pierwotnie pejoratywnego znaczenia? Społecznie akceptowane staropanieństwo (lub starokawalerstwo) powoli przyczynia się do zmiany struktury społeczeństwa. Ludzie żyją oddzielnie. Zarówno w aspekcie mentalnym, jak i cielesnym, co bezsprzecznie może mieć wpływ na rozwój zbiorowej seksualności. Zaraz obok tendencji małżeństwa mendokusai pojawia się niechęć do idei romantycznej miłości, a także postrzeganie seksu jako dosłownie niefajnego (ang. uncool). Chciałoby się rzec, że zupełnie odwrotnie niż w realiach europejskich.

Życie obok siebie wiąże się także z rozwojem technologii. O te chore media społecznościowe, okropne strzelanki i przepełnione złymi treściami ‘internety’  – takie zarzuty brzmią jak kiepski slogan, element kampanii oskarżającej Counter Strike’a o konflikt w Afganistanie lub The Sims o wzrost tendencji sadystycznych. Jednak pojęcie wirtualnej rzeczywistości w Japonii jest rozumiane i odczuwane inaczej niż na Zachodnim podwórku. W kulturze japońskiej granica między rzeczywistością i wyobrażeniem to zjawisko o wiele bardziej rozmyte i niekonkretne. Dowodem na to jest chociażby dużo większe niż w Europie czy Stanach zainteresowanie grami oferującymi wirtualną rzeczywistość. Massive multiplayer online game w wydaniu japońskim to już nie tylko przeniesienie relacji między graczami w rzeczywistość wirtualną, z podwórka na serwer, ale znalezienie samego substytutu dla otaczającej nas rzeczywistości, stworzenie wirtualnego życie. Przykładem jest typ gier bishōjo. Polegają one na interakcji gracza z atrakcyjnymi dziewczynami, oczywiście w stylistyce mangi i anime. Główna fabuła skoncentrowana jest wokół bohatera płci męskiej, którego zadaniem jest podejmować decyzje, wybierać odpowiednie wypowiedzi w konwersacji, a tym samym zdobywać punkty, odblokowywać obrazki i zacieśniać relacje z bohaterkami. Nie wszystkie gry zawierają aspekt pornograficzny.  Istnieje oczywiście oddzielna kategoria zwana przez Japończyków eroge, która bez ogródek przechodzi do meritum sprawy. Co ciekawe zawartość tego typu rozrywek regulowana jest przez System Oceniania Gier Komputerowych (Ethics Organization of Computer Software) ze względu na restrykcyjne japońskie prawo. To z kolej zabrania pokazywania genitaliów oraz owłosienia łonowego.

Zdaniem niektórych ograniczenia dotyczące nagości zupełnie niezwiązane z przemysłem pornograficznym wprowadzone na początku XXI wieku w sferę mediów publicznych również znacząco przyczyniły się do zmiany w postrzeganiu seksu. Stał się on w wielu przypadkach po prostu… jednoosobowy. Miłość do gadżetów i najnowocześniejsze technologie umożliwiły stworzenie akcesoriów i pozwoliły na wykluczenie ingerencji osób drugich, trzecich itd… Być może japoński kryzys małżeński oraz moda na seksualną samotność są jedynie kaczką dziennikarską, nakręconą przez ciekawskie media z Zachodu i nijak wiążą się z kryzysem demograficznym istniejącym w większości krajów rozwiniętych. Warto jednak zastanowić się nad tym czy nie jest to cicha aluzja, że rozwój gatunku ludzkiego nie może trwać w nieskończoność. Im bliżej nam do niezależności od natury, tym gorzej dla woli przetrwania.

Komentarze

Koncert życzeń – recenzja spektaklu

Według poety Jana Twardowskiego „są tacy, którzy uciekają od cierpienia miłości. Kochali, zawiedli się i nie chcą już nikogo kochać, nikomu służyć, nikomu pomagać. Taka samotność jest straszna, bo człowiek uciekając od miłości, ucieka od samego życia. Zamyka się w sobie”. Można przypuszczać, że tak też stało się z główną (i jedyną) bohaterką spektaklu „Koncert życzeń” w reżyserii Yany Ross. Około pięćdziesięcioletnia kobieta (Danuta Stenka) – stenotypistka, otoczona urządzeniami, efektownymi reklamami i opakowaniami, walczy ze swoją samotnością. Spektakl opiera się na przedstawieniu wizji jednego z wielu samotnych wieczorów kobiety. Bohaterka, jak co dzień, wraca z pracy do domu, wyjmuje zakupione produkty, sprząta, robi pranie, zjada kolację, przygotowuje się do snu – towarzyszy temu wszystkiemu monotonia, stereotypowość, nadmierna pedanteria i zorganizowanie. Szara, zwykła codzienność, do której bohaterka już się przyzwyczaiła, ale z którą mimo wszystko się nie pogodziła, przepełniona jest brakiem nadziei, że kolejnego dnia coś się odmieni.

fot. K.Schubert / TR Warszawa

fot. K.Schubert / TR Warszawa

Jedyny głos, jaki możemy usłyszeć w czasie spektaklu, to głos prowadzącego (Wojciech Mann) wieczorną audycję radiową „Koncert życzeń”, której słucha nasza bohaterka. W audycji, poza kilkoma muzycznymi utworami, przedstawiono wybrane mniej lub bardziej udane historie miłosne słuchaczy. Audycja wyzwala w kobiecie skrajne emocje, dominują jednak żal, smutek, tęsknota. Powracające wspomnienia, które bez wątpienia kiedyś sprawiały radość bohaterce, teraz doprowadzają ją jedynie do rozpaczy.

Samotność, na którą skazana jest bohaterka, rekompensowana jest poprzez codzienne oglądanie programu o rodzinie Kardashianów, a także poprzez grę w Simsy. Stworzone postacie mogą nawiązywać do przeszłości kobiety. Bohaterka kontroluje, choć nie zawsze z sukcesem, stworzony przez siebie świat, żyje nim –  nie mogąc odnaleźć się i w pełni korzystać ze świata rzeczywistego – przeżywa swoje życie w świecie wirtualnym.

Znany nam wszystkim aktor Robin Williams powiedział: „myślałem, że najgorsze w życiu to być samotnym. Tak nie jest. Najgorsze w życiu to być z ludźmi, którzy sprawiają, że czujesz się samotny”. Społeczeństwo, w którym żyje kobieta, także nie pomaga jej w rozwiązaniu problemów, skazując na odosobnienie i izolację, jej pojedyncze istnienie ginie gdzieś wśród współczesnego pośpiechu, nikt nie interesuje się jej losem, a odłożony na półkę telefon dawno nie dzwonił i długo pewnie nie zadzwoni. Znaczenia temu wszystkiemu dodatkowo nadaje niestandardowa scena, która ma kształt kwadratu, a widzowie nie siedzą, tylko stoją, chodzą, zmieniają pozycję i to oni decydują, z której strony będą obserwować to, co dzieje się w mieszkaniu bohaterki. Za niewidzialnymi ścianami odgrywa się codzienność, tragiczna codzienność, którą mogłaby odmienić obecność drugiego człowieka, ingerencja „widza”. Ale czy ktokolwiek odważy się na taki ruch? Czy kogokolwiek interesuje życie zwykłej kobiety? Kobiety takiej jak my… Zawsze łatwiej obserwować, oceniać, niż w pełni uczestniczyć w czyimś życiu.

fot. K.Schubert / TR Warszawa

fot. K.Schubert / TR Warszawa

W spektaklu bohaterka nie wypowiada ani jednego słowa, a ma się wrażenie jakby zostało powiedziane wszystko. Ekspresyjność aktorki sprawia, że widzowie czują i widzą wszystko. Jednakże oni, tak jak ludzie otaczający każdego dnia nas i bohaterkę, towarzyszący nam w codziennych czynnościach – słyszą, ale nie słuchają, patrzą, ale nie widzą…

Spektakl, którego premiera odbyła się w styczniu 2015 roku, powstał w koprodukcji TR Warszawa, nowohuckiego Teatru Łaźnia Nowa i Festiwalu Boska Komedia na podstawie tekstu niemieckiego dramatopisarza Franza Xaviera Kroetza.

Komentarze

Przed Państwem…

ZAKZANE

Franciszek Ledóchowski – galeria Black&White (10)

Artysta: Franciszek Ledóchowski
Urodzony  1 sierpnia 1981. Studiował w Europejskiej Akademii Sztuk (gdzie duży wpływ wywarł na niego Franciszek Starowieyski),  Ecole Superieure des Beaux Arts d’Angers (Francja) oraz na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych na wydziale grafiki,  którą ukończył w 2007. Zajmuje się filmem, fotografią, ilustracją, malarstwem oraz grafiką. Interesuje go problem wielorakości perspektyw postrzegania świata. Posługując się różnymi stylami malarskimi (popartu, abstrakcji czy surrealizmu) stara się wyrazić złożoność widzenia czy lepszego nadawania znaczenia zdarzeniom czy obrazom. Jego malarstwo pozwala tłumaczyć się na wiele sposobów, nie preferując żadnego z tłumaczeń czy żadnego widzenia jako jedynego, właściwego.

Recenzja wystawy Black&White Franciszka Ledóchowskiego
Autor: Piotr Seweryn Rosół 
Tytuł: Franciszek Ledóchowski. Hrabia z Gocławia

Miał być skandal (sam go przecież zapowiadał) i jest skandal. Czarno na białym, wyraźniej chyba nie można. Co więcej, ten skandal jest właśnie czarno-biały. Najnowszy jego cykl, pokazywany ostatnio w warszawskiej MiTo, miał być ucieczką od koloru, bo kolor nagle stał się dla niego przeszkodą w oddaniu wieloznaczności tego, co widzi. W ogóle miał to być radykalny gest zerwania z malarstwem, bo malarstwo okazało się, jak wcześniej filozofia, magia i religia, językiem zawłaszczającym w zupełności przedmiot własnej wypowiedzi. „Chyba jestem jednak rysownikiem, a nie malarzem, – przyznaje – ten cykl jest jakby moim przyznaniem się do winy”. A wyszło inaczej, czego się nie spodziewał, wyszło bardzo malarsko, mimo wszystko, bardzo kolorowo, i nie mniej skandalicznie.

Black&White to skandal łączenia przeciwieństw – niewinność zła, potworność piękna, realizm deformacji, banalność święta i świętość banału. I odtąd nikt już nam nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe, bo nikt nie powie, że łatwo można oddzielić ziarna od plew. Hitler jest dzieckiem a dziecko jest wcieleniem czystego zła, Budda jest człowiekiem a człowiek jest Bogiem. Świat czarno-biały (a nie czarny i biały), to świat, w którym nie można odróżnić bieli od czerni, a więc i dobra od zła, piękna od brzydoty, świat w wiecznej metamorfozie, pełen miejsc niejasnych, niezrozumiałych, a w tym napięciu doprowadzony do skrajności. Franciszek Ledóchowski, zawsze przecież tak precyzyjny i konsekwentny w poszukiwaniu właściwego odwzorowania bogactwa rzeczy i zdarzeń, tym razem okazał się melancholijny, prowokacyjny, na granicy szaleństwa i czytelności, czarno-biały, właściwie nie wiadomo jaki.

Wychował się na Gocławiu, u schyłku PRL-u, w bloku z wielkiej płyty, jak inni bawił się na trzepaku a później walczył o swoje na podwórku. Dla zabicia nudy grał w kapsle, z plasteliny lepił koniki, ludziki, żołnierzyki, i czytał komiksy: Tytusa, Romka i A’Tomka, Koziołka Matołka… Ale jego dom nie przypominał innych domów w tej okolicy, a jego rodzina nie przypominała innych rodzin mieszkających w sąsiedztwie. Za oknem tandeta i bylejakość, i niebezpiecznie po zmroku, a w środku ogromna biblioteka jego ojca – historyka sztuki, kolekcjonera i genealoga. Na ścianach klasycyzm, portrety nobliwych przodków, w salonie meble nie przystające do tej epoki, a wszystko jakby w lepszym tonie oraz dawniejszym smaku. Harmonia i symetria, szacunek dla dorobku pokoleń, ale i smutek wysadzonych z siodła. W tym bloku na Gocławiu mieszkał jak w dworku szlacheckim, w prawdziwym zamieszka niebawem. Magister Franciszek Antoni hrabia Ledóchowski, a nie po prostu Franek.

Trudno się więc dziwić (i ja się wcale nie dziwię), że od zawsze fascynuje go historia, że szuka jej śladów w najdrobniejszych przejawach codzienności, daje nam sceny rodzajowe w aranżacji i rekonstrukcji – kadr z Rejsu, autokar z PRL-u, radziecki znaczek pocztowy z 79 r. Przywołuje na płótnie znane postaci, miejsca, zdarzenia, ale stara się jeszcze przepuścić je subtelnie przez język reklamy, komiksu, gry komputerowej, przywrócić w ten sposób do życia, tu i teraz. A jednak coraz bardziej pociągają go stare, czarno-białe fotografie, coraz częściej chodzi na pchli targ, do antykwariatu, do różnych domów pamięci i muzeów, aż sam wreszcie staje się coraz mniej kolorowy i coraz mniej współczesny. Na tej drodze, jak jego ojciec, wskrzesza niejako tradycje ziemiańskie, w swym zaangażowaniu we wspólne sprawy, w myśli raczej państwowej niż społecznej, w swym dziwnym konserwatyzmie. 

Tytuły prac same mówią już wiele – Wysadzanie torów. Okolice  Sandomierza 1943 r., Tank, SS-Mann, Mongolian’s worrior. Malując pejzaże nieprzypadkowo wybiera altany w parku, dworki, pałace, ogrody, maluje też Mury Mediny. Portret jest dla niego największym wyzwaniem, w portrecie bowiem kumuluje się wszystko, co ma dla niego znaczenie – przeszłość w teraźniejszości (i odwrotnie), biografia wyjątkowej jednostki, nieuchwytna istota rzeczy. Zestaw portretów jest dość zaskakujący – Duchamp, Hitchcock, Chopin, Stanisław Wojciechowski, z rodziny m.in. ks. Zygmunt Ledóchowski, ale też Mussolini i Hitler. Po co maluje Mussoliniego? Po co maluje Hitlera? Jego akurat nie raz, lecz wielokrotnie. Próbuje zrozumieć zło? Odnaleźć w nim banalność czy czystą negatywność?

W Podkowie Leśnej chodzi do szkoły prowadzonej przez Klub Inteligencji Katolickiej i każdą lekcję rozpoczyna od modlitwy „Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze…”. Nie zdąży się już załapać na msze bigbitowe ks. Leona Kantorskiego, ale pamięć o nich jest tu wciąż żywa. W domu łapczywie wsłuchuje się w rozmowy o cudach, zjawiskach nadprzyrodzonych i niezwykłych relikwiach. Zresztą w swojej rodzinie ma kilku świętych (Urszula Ledóchowska i błogosławiona Maria Ledóchowska). Chce zostać księdzem, może żołnierzem, albo Ninja. Ma dużą skłonność do mistycyzmu – ( wszelkich tajemnic ) podsycaną rozmowami toczonymi w domu. Na zawsze zapamięta rozmowy o życiu po śmierci z Eustachym Rylskim. Do świata zjawisk paranormalnych wprowadza go min. Jerzy Prokopiuk, gnostyk, antropozof, znawca twórczości Junga. Prenumeruje wówczas „Czwarty Wymiar”, zajmuje go los potwora z Loch Ness, Czubakabry grasującej w Ameryce Łacińskiej, szuka mitycznej Atlantydy, odkrywa Strefę 51. Bohaterem jego młodości jest Erich von Däniken, potem Jerzy Owsiak, Dalajlama, wreszcie – a jakże – Franciszek I. Rysuje Spidermanów, Thorgala, różnych mięśniaków, superherosów, mocarzy, pociąga go ich niezwykłość, nadzwyczajna siła, tajemna moc. Po fantastyce przyjdzie czas na filozofię, po niej, na religię. Pod opieką Małgorzaty Braunek zacznie praktykować buddyzm, wreszcie poświęci się w zupełności malarstwu.

Pierwszym jego nauczycielem jest Kuba Ćwieczkowski, zwany „Tatą kredką“. Prowadzi pracownię malarską, w której Franek wyrabia swój warsztat, malując pejzaże w stylu Ludwika Maciąga. Drugim, Franciszek Starowieyski, który poświęca mu dużo czasu w Europejskiej Akademii Sztuk, zachęcając do buntu, wyrazistości, prowokacji. A jednak to rzemieślnicza precyzja a nie szaleństwo (de)konstrukcji bardzo długo będzie dla niego wyznacznikiem twórczości. Jeśli się buntuje, to właśnie przeciw sztuce współczesnej a nie dawnym mistrzom. Dopiero zderzenie z amerykańską kulturą popularną, filmami science fiction, multimediami, a zwłaszcza wyjazd do École Superièure des Beaux Arts d’Angers sprawiają, że zaczyna szukać swojego miejsca w ponowoczesności. Znajduje, ale na jej obrzeżach.

Jeśli wyrazić chce więcej niż przedstawia, to robi to tak, by nie zdradzić tego, co niewyrażalne i nieprzedstawialne. Jeśli powiedzieć ma więcej niż to, co zostało powiedziane, to robi to tak, by ujawnić niewystarczalność języka. Paradoks tego, co pokazuje polega właśnie na tym, że ukrywa to, co chce pokazać, mało tego, w zamian wcale nie pokazuje tego, co chce ukryć. W coraz to nowych figurach niewyrażalnego, a także w złudnych obietnicach wyjawienia jakiegoś sekretu, daje świadectwo obecności pełni sensu zawartego nie w tym, co można zobaczyć, lecz w odległym, niedostępnym „gdzie indziej”, zawieszonym jednak w horyzoncie widzialnego. I tak krąży nieustannie wokół czegoś, co Georges Didi-Huberman nazywa widocznym (le visuel) a co wymyka się opozycji widzialne-niewidzialne, a więc opozycji przedstawialne-nieprzedstawialne. Nie daje się bowiem przedstawić, ale istnieje w polu widzenia, i jako takie nie jest niewidzialne.

Ten gest bezustannego przywoływania czegoś, czego wyrazić nie sposób, pozbawiony wszak możliwości skutecznego przywołania, zamienia się w jego pracy w czystą malarską grę, inscenizując swoją bezradność wobec Prawdy, Autentyku czy Światów Równoległych. I choćby z tego powodu (a nie jest to – już wiemy – powód jedyny), stał się Franciszek Ledóchowski malarzem metafizycznym i antynowoczesnym, o ile mi wiadomo, w pejzażu najnowszej sztuki, chyba jedynym.

Franciszka można znaleźć na:
Stronie

Komentarze
Komentarze do:

"12"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję