Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

10

Przestrzeń
#10

Przed nami ostatnie dni roku – czas rodzinnych spotkań, refleksji, ale i podsumowań. Z czym kończymy upływające dwanaście miesięcy, jakie one były, co najbardziej zapamiętamy? To pytania, które warto sobie zadać. Koniec roku i początek następnego to magiczny, ale i tajemniczy okres – bo święta nie zawsze bywają bajkowe, podsumowania pozytywne, a postanowienia... jak to postanowienia –  odchodzą w niepamięć z początkiem stycznia.

W grudniowym numerze Magazynu Przestrzeń podejmujemy temat tajemnicy. Zastanawiamy się nad rodzinnymi spotkaniami przy wigilijnym stole. Przyglądamy się z bliska intymności w związku. Poruszamy jeden z tematów tabu. Odkrywamy także tajemnicę męskiego ego. Zastanawiamy się nad uciekającym czasem, a także wartością płynącą z pisania pamiętnika. Czytamy wprost o terminie tajemnica, a także o słowach. Wyjeżdżamy poza miasto, aby przyjrzeć się życiu w klasztorze. Odwiedzamy przyjazną dzieciom, warszawską kawiarnię Mamamija i rozmawiamy z jej właścicielkami. Poznajemy także dwoje podróżników, dzielących się relacjami ze swojej podróży po świecie na stronie Worldwide.

Jak co miesiąc, nie zabrakło recenzji książkowych. Odwiedzamy także spektakl Uroczystość. Kropką nad „i” numeru jest fascynujący, ale i pełen tajemnicy projekt MIKROCIAŁO Katarzyny Kołodziejczyk.

Zapraszam do lektury!
Redaktor naczelna
Joanna Niedziela

Tajemnica, tajemnica…

fot. Aleksandra Wiechowska

fot. Aleksandra Wiechowska

Artysta: Aleksandra Wiechowska
Studentka trzeciego roku Grafiki na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jej specjalizacją jest grafika warsztatowa i animacja. Na swoich studiach uczy się czystego rzemiosła. Jej pasją jest szycie i projektowanie, które łączy z grafiką artystyczną. Jest eksperymentatorem, miesza wiele stylów, lecz wciąż nie znalazła dla siebie jednej drogi w sztuce. Kocha to, co robi w życiu. W swoich pracach poszukuje tej tajemnicy zapisanej w sobie, która powoduje, że stoi na krawędzi nierzeczywistości całkowicie ją pociągającej. Jest to przestrzeń, która wzbudza w niej niegasnące pragnienie, by dać jej się objąć, zostać przez nią pochłoniętą.

Opis zdjęcia:
Zdjęcie powstało przypadkiem przy pracy. Dlatego tak je lubię, nie potrafię pracować na bazie szkiców. W trakcie procesu twórczego często zmieniam cały pomysł na projekt. Dzięki temu moje prace są żywe. W tym zdjęciu widzę piękno procesów chemicznych wywołanych światłem, które wpadło do pudełka po zapałkach przez dziurkę mniejszą od główki szpilki.

Komentarze

Żyj naprawdę

Jesteś żywym człowiekiem
Z dziegciem zawiści
Cukrową watą szczęścia
Burzą gniewu
Z planem, co będziesz robić jutro o 17.45
I beztroską przelotnego spotkania w metrze
Z wyszukaną kolacją przy świecach
I kłębami kurzu w kącie pokoju

Nie zamrażaj
Mróz pozbawia smaku i odbiera szczerą radość
Której nie zastąpi rytuał zaciskania zębów
Podczas codziennego pucowania krzywego zwierciadła czajnika

Zatem żyj po swojemu
Ale obiecaj, że będziesz
Żyć naprawdę

 

 

jacek gientkaAutor: Jacek Gientka
Jestem psychologiem, psychoterapeutą, założycielem Poradni Psychologicznej W stronę zmiany. Tworzeniem poezji, mniej lub bardziej intensywnie, zajmuję się od czasów nastoletnich. Czucie i wiarę cenię na równi ze szkiełkiem i okiem. Lubię dobre jedzenie, prawdziwych ludzi i złe filmy.
 
 
Komentarze

Rodzina pełna tajemnic

Grudzień to taki magiczny czas. Z nieba sypie się biały puch, nadjeżdżają świąteczne ciężarówki Coca-Coli, prezes raczy nas gigantyczną premią za perfekcyjnie przepracowany rok. No i najlepsze: pełne ciepła i miłości rodzinne spotkania! To wersja z bajki. A teraz wróćmy do rzeczywistości, gdzie za Coca-Colę trzeba zapłacić, śnieg przeważnie pojawia się po Nowym Roku, kiedy trzeba wrócić do pracy, a szef w ramach premii rzuca nam lakoniczne “dobra robota” (a i to nie zawsze). To wszystko i tak nic w porównaniu z tym jak upiornie wyglądają czasami świąteczne zjazdy rodzinne. Dzisiaj skupiam się na zwyczajach i tajemnicach rodzinnych, które bardzo lubią przypominać o sobie właśnie w tym szczególnym okresie.

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Każdy z nas ma w rodzinie “COŚ”. Chyba między innymi dlatego Polacy, na pytanie “co u ciebie, co słychać”, najczęściej nie odpowiadają w amerykańskim stylu i z szerokim uśmiechem. Bo prawdopodobnie mamy już wizję, że wujek kolejny raz podczas wigilijnej kolacji nie będzie wylewał za kołnierz, ojciec skrytykuje twoje wybory zawodowe, a babcia podczas składania życzeń zapyta dlaczego w tym wieku nie masz jeszcze męża i dzieci. Demony z przeszłości przypominające o dokonanej przez bliską osobę zdradzie, doświadczeniach przemocy czy świadomość choroby członka rodziny również zaburzają świąteczną atmosferę. Konflikty rodzinne dotyczące spadku po dziadkach, polityki i wiary w Boga lub jej braku to kolejne tematy zapalne. Pewnie każdy może do tej listy dodać swoje rodzinne sekrety…

Nie piszę o tym wszystkim po to, żeby się skupiać na negatywach naszego życia, analizować. Prawdopodobnie zostały przeanalizowane i omówione “na wszystkie strony” już ze sto razy. I spowodowały równie dużo sprzeczek, niedomówień, przykrych sytuacji. Piszę po to, żeby zastanowić się jak przygotować się do świątecznych spotkań, aby były dla nas przyjemniejsze albo przynajmniej znośne. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to bardzo trudne. Bo jak powstrzymać coś, co funkcjonowało (nieważne, że fatalnie) w określony sposób przez długie lata. Bierność i rezygnacja to charakterystyczne dla takich sytuacji bardzo silne mechanizmy, którymi kieruje się człowiek. Warto zacząć zmianę od metody małych kroków. Może na początek dobre będzie wprowadzenie w życie postanowienia o ignorowaniu zaczepek ojca albo zastosowanie metody zdartej płyty wobec babci. Albo włączenie w sobie jedynie pozytywnego nastawienia do świata, które pozwoli na zaakceptowanie rzeczy zazwyczaj nieakceptowalnych. Bo święta to też czas przebaczania, pojednania. Chyba najlepsza chwila w roku żeby otworzyć tzw. trudne sprawy. Jest to niewygodne, bywa niezręczne, ale może się zdarzyć, że bardziej sprzyjającej atmosfery nie będzie przez kolejne 12 miesięcy. Pozostaje podjąć decyzję czy warto to wykorzystać. Nie mam tu na myśli rewolucji w rodzinie, mówienia brutalnej prawdy bez zważania na innych, a raczej skupienie się na przekazaniu swoich dobrych intencji i pokazaniu chęci do rozpoczęcia rozmowy na bolesne tematy.

Interesujące pozostaje pytanie, dlaczego te wszystkie trudne tematy pozostają tajemnicami. Co powoduje, że tak niechętnie dzielimy się nimi z innymi ludźmi. Co nami kieruje? Wstyd, zmęczenie tematem, zaklinanie rzeczywistości, ochrona bliskich, co jeszcze? A przecież trudne rodzinne tajemnice tak bardzo wpływają na nasze życie: funkcjonowanie w różnych związkach, sposób budowania rodziny, wychowanie dzieci, satysfakcję z pracy, zdrowie fizyczne. Co się wydarzy jeśli komuś o nich opowiesz? Co zyskasz, co stracisz? Może ten ktoś zaufa też Tobie. Podzieli się swoimi troskami i sekretami. Istnieje szansa, że pomożecie sobie nawzajem, dasz i otrzymasz wsparcie, pomyślisz: “nie tylko ja tak mam”. Do rozważenia.

Grudzień to czas podsumowań, refleksji, dobry czas na postanowienie zmiany, dokonanie zmiany. Może to ten moment, który sprawi, że kolejne rodzinne święta będą inne, lepsze, bardziej spokojne, może nawet trochę zbliżone do tego obrazka z reklamy. Pogodnych i spokojnych Świąt!

Komentarze

Tajemnica uciekającego czasu

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Patrzę wieczorem na kalendarz – kolejny dzień mija. Szybko i nieubłaganie biegną do przodu godziny, dni i tygodnie. A może odwrotnie – sekundy dłużą się niemiłosiernie, czas wydaje się jakby był z gumy? Wskazówka na zegarze nie chce ruszyć się nawet o milimetr mimo magicznych zaklęć i pomstowań?  Upływ czasu jest niekwestionowany, jednak dlaczego czasami godziny i dni mijają w zawrotnym tempie, a innym razem ciągną się niemiłosiernie?

Relatywizm czasowy

Chyba wszyscy to znamy – ostatnia godzina w pracy, która rozciąga się jakby była całym dniem lub pełne napięcia minuty oczekiwania na egzamin czy upragnione spotkanie, które wydają się latami świetlnymi.

Czas nie płynie inaczej, on zawsze jest taki sam, to nasz punkt widzenia ulega zmianie. Pełne podniecenia oczekiwanie na upragniony koniec pracy czy wakacje, sprawia, że wydaje nam się, że czas płynie bardzo powoli, a zegary spowalniają swój bieg. Innym razem narzekamy, że upragnionego czasu mamy wciąż za mało – jesteśmy w niedoczasie, a tu nawał obowiązków, spraw do załatwienia, zaplanowane spotkania czy goniące terminy. Zapracowani, nawet nie patrzymy na zegarki, jedynie odhaczamy mijające dni w kalendarzu i załatwione sprawy, nie zdajemy sobie sprawy, kiedy minęły godziny od ostatniego posiłku czy chwili przerwy. Podobnie w trakcie przyjemnych spotkań, relaksujących weekendów czy spędzania czasu z ukochaną osobą czy przyjaciółmi, wtedy czas zawsze mija zbyt szybko, w myśl powiedzenia – ,,wszystko co dobre szybko się kończy”.

Różne postrzeganie czasu powoduje, że w naszym życiu mamy wrażenie, iż niektóre chwile minęły zbyt szybko, a na inne czekaliśmy zbyt długo. Może to powodować żal, potęgować nostalgię czy wzmagać irytację. Jednocześnie daje do myślenia, że chwila obecna jest tak naprawdę jedynym czasem, jaki mamy, że tu i teraz jest do wykorzystania i nigdy nikt nam nie przywróci utraconego czasu. Możemy jedynie skupić się na dniu dzisiejszym i postarać się go jak najlepiej wykorzystać, tak, aby nie mieć poczucia straty czasu lub jego marnowania.

Twój najcenniejszy skarb

Największą tajemnicą jest to, że własny czas jest jednym z najcenniejszych zasobów, jakim dysponujemy. Możemy poszczególne godziny w ciągu dnia przeznaczyć na dowolne rzeczy – prace, rozrywkę, odpoczynek, spotkania z przyjaciółmi, modlitwę, dbanie o zdrowie czy karierę. Planując kolejne dni nie starajmy się na siłę wypełniać wszystkich minut, czasami chwila, w której nic nie musimy jest najcenniejszą w ciągu dnia, możemy ją całkowicie poświęcić sobie i swoim pragnieniom.

We współczesnym świecie czas poświęcany sobie jest często źle widziany. Nic nie robienie dawno wyszło z mody, a chwalenie się relaksującym porankiem może spowodować, że przylgnie do nas łatka lenia. Jednak na przekór trendom hołdującym pracoholizmowi, wszechobecnej wielozadaniowości, pędzie do kariery, warto postawić na siebie. Może nie zyskamy dzięki temu aprobaty innych zapracowanych, jednak dostaniemy coś o wiele bardziej cennego – spokój ducha i ciała. Łapanie równowagi i poświęcanie czasu własnej osobie może być rytuałem, który pomoże doładować baterie, uświadomi potrzeby i zweryfikuje cele. Nie żałujmy czasu poświęcanego na drobne przyjemności, w ostatecznym rozrachunku to one się najbardziej liczą i budują szczęście.

W przedświątecznej gorączce pamięć o sobie jest jeszcze bardziej cenna. Zamiast dwunastu dań na wigilijnym stole, stosu prezentów pod choinką, lśniącego domu, znajdź chwilę na rozmowę z bliskimi, bycie ze sobą i zastanowienie się nad magią Świąt, która bezpowrotnie może minąć w nieustającym pędzie do idealnego Bożego Narodzenia.

Komentarze

Intymność w związku

Czym jest intymność? Pojęcie to pochodzi z łaciny („intimus”) i oznacza „wewnętrzny, najgłębszy”, a w przenośni „najskrytszy.” W ujęciu Sternberga to jedna ze składowych związku obok namiętności i zaangażowania. W jej skład wchodzi wzajemne zrozumienie, dzielenie się z partnerem przeżyciami i emocjami, bycie szczęśliwym w obecności partnera i z jego powodu, dbanie o dobro tej drugiej osoby, przekonanie, że można na nią liczyć w potrzebie, szacunek i wiele innych komponentów, które wspólnie tworzą specyficzny rodzaj bliskości. Intymność to bliskość emocjonalna, otwartość na drugą osobę i chęć do otwierania się przed nią samemu. Nie jest czymś danym na zawsze. W związku rodzi się powoli, o wiele wolniej niż namiętność. Niepodlewana usycha niczym kwiat.

Źródło: pixabay.com

Źródło: pixabay.com

Intymność jest warunkiem satysfakcjonującego związku, jednak nie wszyscy potrafią sobie na nią pozwolić. Dlaczego tak jest? Tworzenie intymności związane jest z otwieraniem się, z przyzwoleniem by ta druga osoba weszła w naszą najbliższą strefę, strefę intymną. Otwarcie serca grozi jednak jego zranieniem. Prościej jest założyć pancerz ochronny niż pozwolić sobie na odczuwanie nie zawsze przyjemnych emocji. Otwarcie się związane jest z oddaniem kontroli – pokazujemy się przed partnerem takimi, jakimi jesteśmy, a on nas może ocenić. Stajemy się bezbronni i podatni na zranienie. Bezradność to uczucie, którego bardzo się boimy. Od czasu, gdy w dzieciństwie ktoś pierwszy raz nas zranił, uczymy się chronić przed kolejnymi ciosami zamykając się w sobie. Jesteśmy gotowi tłumić w sobie emocje i słowa, by inni nas kochali. Dostosowujemy się do oczekiwań innych, by otrzymać od nich akceptację. Nic więc dziwnego, że w dorosłym życiu jesteśmy tak bardzo ostrożni.

Bezbronność możemy odczuwać w różnych sytuacjach – gdy ktoś odkryje nasze ograniczenia, kiedy obawiamy się utraty miłości i szacunku partnera, gdy zrobimy coś źle i odczuwamy tego skutki… By uciec przed tym uczuciem przyjmujemy różne tarcze np. niektórzy nie rozstają się z grzecznym uśmiechem i poczuciem humoru, inni przyjmują pozycję wyższości, a dla jeszcze innych ratunkiem jest krytyka. Takie bariery pozwalają chronić nasz rdzeń, najbardziej emocjonalną część nas, która pamięta o wszystkich doznanych krzywdach i nie chce znów ich doświadczyć.

Bezbronność to najbardziej podstawowa forma doświadczenia poczucia obnażenia. Szczególnie często uczucie to towarzyszy miłości. Nieraz łatwiej jest ściągnąć ubranie niż wszystkie maski, które dla siebie stworzyliśmy. Niestety, posiadanie pancerza ochronnego to miecz obusieczny. Zamykając się na potencjalną krzywdę, zamykamy się też na miłość i płynącą z niej intymność. Intymność to połączenie dwóch otwartych serc, kiedy jedno się zamyka, więź gdzieś się przerywa. Partnerów mogą dalej łączyć wspólne sprawy, kolejna rata kredytu, wychowywanie dzieci, lecz bez tej więzi ich związek jest pusty. Kiedy dzieci wyjdą, a bieżące sprawy zostaną omówione, nagle może okazać się, że nie ma o czym rozmawiać. Dlatego warto świadomie pielęgnować w związku intymność. Jak się za to zabrać? Istotnym elementem jest prawidłowa komunikacja – im bardziej otwarta tym lepiej. Warto pielęgnować w relacji czas tylko dla siebie, gdy można spokojnie porozmawiać. Ważna jest troska o partnera, zainteresowanie jego sprawami i docenienie, gdy czymś nam się pochwali. Niemałe znaczenie ma także zaufanie i uczciwe postępowanie, tak by i partner mógł nam ufać.   

Intymność to więź bardzo głęboka, jednak łatwo ją zerwać. Zdrada i utrata zaufania to dla niej cios często ostateczny. Łatwiej jest ją pielęgnować niż później próbować zbudować od nowa.   

Jeśli chcesz ocenić jakość swojej intymności w związku, odpowiedz sobie na przykładowe pytania badające bliskość relacji. Później niech odpowie na nie Twój partner. Porównajcie odpowiedzi, a następnie porozmawiajcie o wynikach.

  • Czy czujesz się w swoim związku szczęśliwy/a?
  • Czy czujesz się wysłuchany/a?
  • Czy masz wrażenie, że możesz swojemu partnerowi powiedzieć o wszystkim?
  • Czy w Twoim związku jest przestrzeń na okazywanie sobie uczuć?
  • Czy możesz liczyć na wsparcie partnera gdy go potrzebujesz?
Komentarze

Porozmawiajmy o… seksie

Seks. Słowo powszednie jak chleb w naszej rozerotyzowanej kulturze. Wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę rozrywkową czy obejrzeć kilka minut reklam. Nagie panie prawie zachęcają, aby wyciągnąć po nie ręce. Wszystko kręci się wokół seksu, a my często nieświadomie wyznajemy kult młodości, pięknego ciała i urody. Poddajemy się operacjom plastycznym, łykamy suplementy diety wspomagające popęd, słono płacimy za zabiegi w salonach piękności, zamęczamy się dietami. Chcemy być atrakcyjni i sprawni. Rzeczywistość jest jednak zupełnie odwrotna. Seks skapujący na nas z bilbordów jest nadal tematem tabu, rzadko poruszanym nawet między partnerami.

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

 

Jak jest?

Powiedzmy sobie szczerze – prawdopodobnie nie mamy ciał jak modelki i modele z kolorowych gazet (które przeszły operację wirtualnym skalpelem programu graficznego). Nie mamy też seksu przypominającego ten z filmów pornograficznych, a wiele kobiet udaje orgazm. W Internecie istnieją nawet poradniki: „zagraj trochę twarzą, napnij mięśnie, możesz sobie też pozwolić na kilka grymasów”, „na koniec zaś krzyknij «oooch» (albo «aaach» jak wolisz), wygnij się w łuk, a następnie rozluźniona opadnij na łóżko czy cokolwiek, na czym leżysz” – precyzyjne niczym scenariusz sztuki teatralnej, zarazem śmiesznej i tragicznej.

Jednak temat seksu jest niezwykle złożony, a na naszą seksualność ma wpływ wiele uwarunkowań: biologiczne, kulturowe i społeczne, duchowe (system wartości i światopogląd) oraz psychologiczne. W polskiej kulturze niestety o seksie za dużo się nie mówi, głównie z powodu religii i kulejącego systemu oświaty. Rodzice przerzucają obowiązek edukacji seksualnej na szkołę, a szkoła na rodziców – jedni i drudzy wstydzą się o tym rozmawiać. Stanowisko Kościoła jest dobrze znane – po ślubie i w celach prokreacji. Postawmy się więc na miejscu dojrzewającego człowieka, który z jednej strony zalewany jest reklamami o erotycznym przekazie, a z drugiej straszony piekłem, bez możliwości porozmawiania z kimkolwiek o swoich wątpliwościach. Oczywiście zdarzają się mądre i otwarte rodziny, w których rozmawia się o tych sprawach wprost (i chwała im za to). Jednak w większości przypadków młody człowiek szuka informacji na własną rękę – z Internetu, filmów czy gazet i myśli, że coś jest z nim nie tak. Jeśli będzie miał szczęście, jego pierwsze doświadczenia w tym obszarze będą udane, ale nie musi go mieć.

Co zrobić?

Nasz bohater dorósł, jednak jego życie seksualne nie jest udane. Co zrobi? Albo inaczej: co robimy? Niestety bardzo rzadko decydujemy się na rozmowę z partnerem – już nie mówiąc o wizycie u seksuologa. Rozczarowanie goni rozczarowanie, narasta frustracja, nasza więź słabnie. Wszystko dlatego, bo nie potrafimy komunikować się ze sobą (nie tylko w kwestiach życia łóżkowego). Często problem tkwi we wstydzie, lęku, poczuciu winy – przecież nie wypada (szczególnie kobiecie nie wypada „chcieć”, bo przyklei się jej łatkę na literę „d”), natomiast przyjemność seksualna to coś złego, jeśli nie prowadzi do prokreacji. A przecież seksualność to wrodzona, naturalna, czyli fizjologiczna funkcja organizmu człowieka – tak samo jak jedzenie, spanie czy wydalanie! Inną kwestią jest to, że nie znamy własnych potrzeb i nie znamy własnego ciała, nawet jego budowy anatomicznej. Nie mamy też odpowiednich słów w naszym osobistym słowniku na „te rzeczy”, albo w ogóle nie przechodzą nam one przez gardło. Autoerotyzm to kolejny temat tabu. Masturbacja jest jednak idealnym sposobem na odkrycie własnych reakcji i tego, co sprawia nam przyjemność. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ satysfakcjonujące i głębokie życie seksualne to silne spoiwo więzi partnerskiej. To coś więcej niż tylko fizyczny akt, to transcendencja, doznanie wręcz duchowe. Aby to osiągnąć, ważna i niezbędna jest komunikacja, ale i budowanie prawdziwej relacji.

Porozmawiajmy

Jak rozmawiać? Przede wszystkim w spokojnej i intymnej atmosferze. Słuchajmy siebie nawzajem, nie przerywajmy i nie wyśmiewajmy. Używajmy komunikatów „ja”, czyli powiedzmy, co czujemy i co chcielibyśmy w związku z tym zmienić. W żadnym wypadku nie mówmy „bo ty zawsze”, „ty nigdy”. Opowiedzmy o swoich potrzebach i oczekiwaniach – nasz partner/partnerka naprawdę nie domyśli się, nie jest jasnowidzem. Skoro wcześniej nie komunikowaliśmy, że coś jest nie tak – uzna, że dotychczasowe życie seksualne nam odpowiada i żadna zmiana nie jest konieczna (a paniom pozostanie ćwiczenie sztucznych orgazmów). Wysłuchajmy także zdania drugiej strony. Możemy podsunąć partnerowi/partnerce artykuł lub książkę, czy obejrzeć razem film erotyczny (istnieją filmy z „normalniejszą” fabułą i aktorami) i na ich podstawie rozpocząć rozmowę. Jeśli mamy odwagę, umówmy się do seksuologa, który udzieli nam profesjonalnej pomocy. Spróbujmy, naprawdę warto rozmawiać. Owocnych dialogów.

Komentarze

Rodzinne miejsce spotkań: Mamamija

Warszawa oferuje niezliczoną ilość miejsc i sposobów spędzania wolnego czasu. Coraz więcej jest tych przyjaznych rodzinom z dziećmi. A wcale nie łatwo spełnić potrzeby tej wymagającej grupy docelowej. O jednym z miejsc, gdzie to się udaje, rozmawiam z Anią Perkowską i Agatą Gajewską, założycielkami kawiarni dla dzieci i rodziców Mamamija.

fot. Kawiarnia Mamamija

fot. Kawiarnia Mamamija

Marta Łusakowska: Skąd pomysł na kawiarnię „Mamamija”? Jaka jest Pań historia? Czy znałyście się wcześniej i wspólnie postanowiłyście o rozwijaniu miejsca spotkań rodziców i dzieci? Czy też każda z Was zajmowała się czymś innym, a spotkałyście się przypadkiem? 
Mamamija: Może zaczniemy od tego, że nie znamy się dosyć długo, bo nie minął jeszcze nawet rok naszej znajomości. Poznała nas wspólna znajoma, ale zanim miałyśmy okazję poznać się w rzeczywistości to przez jakiś czas rozmawiałyśmy tylko wirtualnie, poprzez Facebooka. I od słowa do słowa okazało się, że łączy nas dobra chemia, pozytywna energia, podobny światopogląd, fascynacja zdrowym odżywianiem, imiona naszych córek i długi staż małżeński. Zawsze miałyśmy o czym gadać, a podczas tych rozmów doszłyśmy do wniosku, że brakuje w naszej okolicy takiego miejsca, w którym można spotkać się rodzinnie lub w gronie znajomych na kawie i miło spędzić czas w towarzystwie dorosłych, podczas gdy dzieci mają swoje sprawy i zabawy gdzieś w zasięgu wzroku. Już wtedy zaczęłyśmy nieśmiało przebąkiwać, że od jakiegoś czasu każda z nas myśli o stworzeniu takiego miejsca, gdzie mamy (i tatowie też) z wózkiem będą witane z otwartymi ramionami i  uśmiechem, gdzie każdy rodzic, który przyjdzie z dzieckiem niezależnie od wieku znajdzie u nas odrobinę wytchnienia przy książce, a dziecko wybawi się na placu zabaw. A jak już odpoczną od siebie to rodzinnie zjedzą coś smacznego i zdrowego, przygotowanego na miejscu.

Wcześniej żadna z nas nie miała doświadczenia w prowadzeniu takiego miejsca, jakim jest nasza kawiarnia. Obydwie jesteśmy „pokorporacyjne” z kilkunastoletnim stażem, nasze życia zawodowe związane były z zupełnie innymi dziedzinami i nie miały nic wspólnego z obecnym przedsięwzięciem.

fot. Kawiarnia Mamamija

fot. Kawiarnia Mamamija

MŁ: Jak wyglądały początki kawiarni?
MM: Długo szukałyśmy miejsca, które mogłybyśmy zaadaptować pod naszą kawiarnię i po wielu nieudanych próbach przypadkiem znalazłyśmy istniejącą już kawiarnię wystawioną na sprzedaż. Przypadkiem, bo chociaż obydwie mieszkamy w okolicy, to żadna z nas nie wiedziała o jej istnieniu. W tempie ekspresowym zostałyśmy jej współwłaścicielkami. Początki łatwe nie były, papierologia i urzędologia chciały nas wykończyć, ale się nie dałyśmy. Poza tym, tak naprawdę nie miałyśmy pojęcia jak się taką placówkę prowadzi. I chyba faktycznie jako kobiety mamy szósty zmysł, bo właściwie wszystko to, co teraz oferujemy to nasza wizja, plan, wyobrażenie i bardzo ciężka praca. Cały czas uczymy się obsługi kawiarni, ale już jest łatwiej. Obyłyśmy się z miejscem, ludźmi i okolicą. Staramy się poznać imiona wszystkich naszych małych gości, z większością rodziców mówimy sobie po imieniu, z niektórymi rozkwita przyjaźń, a nawet wspólne interesy.

MŁ: Jak wygląda oferta kawiarni? Czy jest to głównie miejsce, gdzie dzieci mogą się pobawić, a rodzice napić dobrej kawy? Czy oferujecie też Panie jakieś zajęcia dla rodziców i dzieci? A może organizujecie jakieś ciekawe wydarzenia?

fot. Kawiarnia Mamamija

fot. Kawiarnia Mamamija

MM: Kawiarnia w tej chwili jest miejscem spotkań głownie rodzin z dziećmi, ale pracujemy nad ofertą dla okolicznych mieszkańców nieposiadających dzieci. W naszej ofercie, oprócz bogatego i zdrowego menu bazującego na nieprzetworzonej żywności, jest mnóstwo zajęć cyklicznych dla dzieci oraz warsztatów i wydarzeń sezonowych. Obecnie współpracujemy z instruktorami zajęć umuzykalniających, integracji sensorycznej, ruchowych i ogólnorozwojowych dla maluchów. Dla starszych dzieci oferujemy zajęcia z robotyki i eksperymentów oraz nauki języka angielskiego i francuskiego. Organizujemy imprezy sezonowe: Halloween, Andrzejki, obecnie dogrywamy szczegóły spotkania z Mikołajem dla dzieci. Dodatkowo staramy się wzbogacać naszą ofertę o warsztaty handmade. Kilkukrotnie gościliśmy twórców materiałowych figurek, tworzyliśmy biżuterię z filcu, ręcznie dekorowaliśmy makaronowe choinki i bombki, wspólnie piekliśmy też świąteczne pierniczki. Na stałe współpracujemy z panią fotograf, która z powodzeniem przeprowadza u nas tematyczne sesje zdjęciowe. Zaczęłyśmy również współpracę z lokalną mistrzynią dekoracyjnych tortów z racji organizowanych przez nas tematycznych przyjęć urodzinowych, które wraz z animatorkami wyczarowujemy dla dzieci. Obecnie przeprowadzamy Przedświąteczny Kiermasz Pierwszej Potrzeby, na którym można zakupić wytworzone przez lokalnych i zaprzyjaźnionych artystów rękodzieła.

MŁ: Na przykładzie swoim i mojego syna wiem, że trafiacie Panie przez żołądek do serca. W kawiarni można zjeść smaczne i zdrowe zupy, pierogi, pyszne ciasta. Czy gotowaniem i pieczeniem zajmujecie się same czy może korzystacie z pomocy firm zewnętrznych?
MM: Bardzo dziękujemy za miłe słowa! Takie komentarze są dla nas bezcenne! Naszą dumą są zupy, które przygotowujemy na miejscu. Bazujemy na produktach sezonowych i lokalnych, wspomagając się światowymi „superfoods” w postaci kurkumy czy kaszy quinoa, ale przede wszystkim naszej polskiej kaszy jaglanej. W warzywa, owoce i produkty sypkie zaopatruje nas zaprzyjaźniona właścicielka z lokalnego sklepiku ze zdrową żywnością, a my hołdujemy lokalności i wzajemnemu wspieraniu się małych przedsiębiorców. Większość ciast również pieczemy na miejscu. Proponujemy wegański jabłecznik z jaglanką, sernik dyniowy, ciasto czekoladowe, szpinakowe czy marchewkowe. Współpracujemy także z zaprzyjaźnioną cukiernią, która dostarcza nam przepyszne bezy, a także lokalną manufakturką dostarczającą domowe pierogi.

fot. Kawiarnia Mamamija

fot. Kawiarnia Mamamija

MŁ: Jakie są Wasze plany na rozwój tego miejsca? Co ciekawego przygotowujecie dla swoich gości w najbliższym czasie?
MM: Planów mamy mnóstwo, nad wieloma projektami aktualnie pracujemy, a większość z nich wprowadzimy już po Nowym Roku. Dla maluchów rozpoczynamy zajęcia Mini Przedszkola. Na pewno wzbogacimy ofertę dla starszych dzieci, wprowadzając zajęcia programowania oraz zajęcia matematyczne i logicznego myślenia. Skupimy się na warsztatach dla rodziców, oferując im cykl wykładów połączonych z praktyką z zakresu zdrowego odżywiania, zajęcia z psychologii, pediatrii i medycyny niekonwencjonalnej, w celu lepszego dbania o zdrowie swoje oraz najbliższych. W okresie ferii zimowych chcemy udostępnić kawiarnię dla dzieci pozostających w mieście tak, aby mogły poczuć się jak na wyjeździe. Chcemy także zachęcić osoby bezdzietne do odwiedzin w kawiarni i dla nich również będziemy miały ciekawą ofertę. A nasze menu barowe będzie się zmieniało zgodnie z porami roku i sezonowością.

MŁ: Prowadzenie firmy znacznie różni się od pracy na etacie. Jakie dostrzegacie Panie plusy i minusy prowadzenia tzw. „własnego biznesu” na tym etapie?
MM: Plusów jest całe mnóstwo! Robimy to, co sprawia nam frajdę: gotujemy, kreujemy, tworzymy i poznajemy ludzi. Na razie jeszcze nie możemy cieszyć się pełnym sukcesem, bo wiele pracy jeszcze pracy przed nami, ale cieszy nas bardzo pozytywny odbiór oraz grono stałych klientów. Minus jest tylko jeden – chroniczny brak czasu dla rodziny i dla siebie. Całe szczęście, że nasze dzieci i mężowe swobodnie mogą nas odwiedzać w kawiarni i chociaż dzieciaki od razu biegną na plac zabaw, to świadomość, że są blisko i pod ręką jest bezcenna. A mężowie wesprą męskim ramieniem, przybiją gwoździe, pomalują ściany i obiektywnie doradzą albo ustawią do pionu. Taka z nas aktualnie jedna wielka rodzina.

MŁ: Co Waszym zdaniem jest najmocniejszą stroną kawiarni? Czym wyróżnia się na tle innych miejsc tego typu?
MM: Chcemy, aby atmosfera tego miejsca była jego najmocniejszą stroną. Dążymy do tego, aby każdy, kto nas odwiedził chciał wrócić. Chcemy stworzyć unikatowe miejsce spotkań małych i dużych, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie i będzie się u nas czuł na tyle dobrze, aby przynieść sobie kapcie (a może i piżamę). I oczywiście będzie mógł u nas dobrze i zdrowo wypełnić swój brzuszek. A co nas wyróżnia? Chyba wszechstronność. Bogata oferta, dobre menu, ciekawe zajęcia, warsztaty i imprezy. Dla każdego coś miłego, a wszystko to w jednym miejscu. I chociaż ‘jak coś jest od wszystkiego to jest do niczego’, to nas to zdecydowanie nie dotyczy.

Klubokawiarnia Mamamija
ul. Ryżowa 44 lok. 313
02-495 Warszawa Ursus

Wszelkie informacje i aktualności kawiarniane znajdziecie na:
Stronie
Facebooku 

A zdrowe przepisy w wykonaniu Ani Perkowskiej tutaj.

Komentarze

Tajemnica MĘSKIEGO EGO

Jakiś czas temu przeczytałam notkę na pewnym blogu, dotyczącą spraw, które każda kobieta powinna wiedzieć o mężczyznach. Były w niej zawarte punkty napisane przez faceta dla zdobycia poklasku facetów, mające na celu uświadomić kobietom w jaki sposób uszczęśliwić każdego osobnika płci męskiej i zapewnić mu odpowiednie warunki do spełnienia się w roli pełnowartościowego mężczyzny. Wyznaczniki te powinny wyjaśnić przedstawicielkom płci żeńskiej tajemnice męskiego jestestwa. Dotyczyły one min. akceptacji: faceta jako wiecznego chłopca bawiącego się swoimi dorosłymi zabawkami; stanu agonalnego, który dopada mężczyznę gdy ten ma zaledwie katar; oglądania się za innymi kobietami, bo niestety nie da się walczyć z instynktem. Nie będę się rozwijać nad wszystkimi aluzjami przedstawiciela męskiej społeczności, do kobiet, skupię się raczej nad odważną próbą rozwikłania przynajmniej rąbka tajemnicy MĘSKIEGO EGO.

Źródło: pixabay.com

Źródło: pixabay.com

Panowie w mistrzowski sposób potrafią bronić teorii potwierdzających ich męstwo i dowartościowujących ich w poczuciu bycia męskimi. Przez to właśnie posiadają nieprzepartą skłonność do rezerwowania wyłącznie dla mężczyzn pewnych aspektów życia, jak najbardziej uniwersalnych dla obu płci. Są nimi np. potrzeba posiadania azylu, samotni, czy inaczej chwili tylko dla siebie, w której można robić wszystko to, co jest ważne dla danej osoby, a co właściwie dla innych ludzi może być pojmowane jako marnowanie czasu. Kolejnym przykładem jest obowiązek wyjścia z kumplami na spotkanie zakrapiane „procentową ambrozją”. Pod względem tych potrzeb nie różnimy się przecież jakoś znacząco. Każdy człowiek potrzebuje prywatności, chwili relaksu, spokoju, bądź czasu spędzonego w wąskim gronie znajomych. Kobieta na przykład celebruje chwilę tylko dla siebie czytając książkę, oglądając „babski” serial, czy tworząc coś z niczego. Równie ważne, co dla mężczyzn, jest dla nas kobiet asymilowanie się z ludźmi, wyjście z domu ze znajomymi, a nie tylko kurczowe trzymanie siebie i was, drodzy panowie, w czterech ścianach. Dlatego misja pod tytułem „wyjście do kumpla na mecz” nie musi być tak straszną przeprawą pełną intryg i forteli, które umożliwią przeforsowanie skrzętnie uknutego planu.

Kolejnym zagadnieniem, które skłoniło mnie do refleksji nad istotą MĘSKIEGO EGO, jest łatwość z jaką panowie zrzucają z siebie odpowiedzialność, zaspokajając tym samym własną potrzebę wygody, a przy okazji wychodząc na stuprocentowego samca alfa. Rzecz o sytuacjach, w których kobieta powtarza mężczyźnie po raz enty żeby wymienił żarówkę, a on usłyszawszy komunikat już za pierwszym razem, frustruje się niebotycznie gdy wałkowany jest on przez kolejne sto razy, na zasadzie zdartej płyty. Z punktów jakie przeczytałam wynika, że nie powinno się ponaglać mężczyzny, gdyż on zrobi to co do niego należy w odpowiednim momencie. Jednak często bywa tak, że okres ten przeciąga się w nieskończoność i kobieta zostaje zmuszona do wzięcia sprawy we własne ręce, uniemożliwiając mężczyźnie spełnienie się w roli bohatera domu. Są również takie, które wytoczą mężczyznom karczemną awanturę, a tylko niewielki odsetek będzie czekał na objawienie się męskości. W tak prosty sposób MĘSKIE EGO pozwala mężczyźnie na pielęgnowanie lenistwa, choć teoretycznie to facet powinien być ciężko pracującym wojownikiem dbającym o komfort życia rodziny. Przykład z wymianą żarówki, choć prozaiczny, paradoksalnie pozwala również na zobrazowanie męskiego lęku np. przed oświadczynami i wieloma innymi ważnymi wyzwaniami dorosłego życia. W przypadku zaręczyn może być to lęk przed wzięciem odpowiedzialności i sprostaniem sytuacji, bądź wykluczeniem siebie z roli łowcy i zdobywcy tak ważnej dla mężczyzny z ewolucyjnego punktu widzenia i ograniczenie się do tej jednej, wybranej kobiety. Niestety przeciąganie momentu realizacji męskiego planu może wywołać w kobiecie frustrację wynikającą z niezaspokojonej potrzeby stabilizacji. Kobieta ta będzie więc coraz częściej robić aluzje, powtarzać do momentu, aż sama wyjdzie z inicjatywą, zrobi awanturę, lub z przyzwyczajenia i bez większych emocji po prostu będzie trwać.

Warto pamiętać, że MĘSKIE EGO nie musi cierpieć nawet wtedy, gdy idzie na kompromis rezygnując z pewnych czynników w jego mniemaniu niezbędnych. Kluczem będzie wzajemne zrozumienie i akceptacja tych elementów, które wymagają od nas większego zaangażowania, a nie pójścia na łatwiznę. Odrzućmy więc stereotypy o męskich mężczyznach i kobiecych kobietach, bądźmy sobą bez odwoływania się do punktów stojących na straży MĘSKIEGO czy KOBIECEGO EGO.

Komentarze

Piszmy pamiętniki!

Z czym kojarzy Ci się pisanie pamiętnika? Z nastoletnimi latami, kiedy to w zeszycie zapisywało się swoje największe sekrety? Czy też może z czasami podstawówki, gdzie zbierało się wpisy kolegów, koleżanek i nauczycieli? W dorosłym życiu często zapominamy o wyjątkowości prowadzenia takiego pamiętnika. Czy zastanawiałeś się kiedyś ile wydarzeń z życia umyka nam, o ilu sprawach zapominamy, bagatelizujemy je? Ile z naszych marzeń zabiła proza życia. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że zapisane marzenie czy postanowienie (cel) ma zdecydowanie większą szansę na powodzenie niż to, które tylko pomyślimy. Werbalizacja naszych pragnień jest bardzo ważna. Dlatego chciałabym zachęcić Cię do prowadzenia pamiętnika. Brzmi infantylnie ? Spróbuj.
 
Źródło: pixabay.com

Źródło: pixabay.com

Pisanie ma terapeutyczną moc. Każdy z nas ma swoje tajemnice, sekrety, niewypowiedziane zdania, które siedzą często w nas latami. Nie twierdzę, że zapisanie ich w dzienniku zniweluje problem, jednak pozwoli nam oswoić się ze swoimi lękami. Pamiętnik nie tylko pomoże nam okiełznać swoje demony, ale zbliży nas do marzeń. Zaproponuję Ci, aby pierwsze strony Twojego pamiętnika zapisane były marzeniami. Nie tylko tymi obecnymi. Marzeniami z dzieciństwa, z okresu nastoletniego, ze studiów. O czym wtedy marzyłeś? Czego pragnąłeś ? Zapisz to! Jako miłośniczka podróżowania uwielbiam zapisywać na papierze swoje podróżnicze przygody. W gorszych chwilach daje to niezwykłą motywację. Powracanie do pozytywnych wrażeń, emocji jest czymś niezwykłym i pozwala odzyskać chęć do działania. Potraktuj swój pamiętnik jako Twoje sekretne miejsce, do którego masz dostęp tylko Ty. Każdy z nas potrzebuje swojej tajemnicy. Ty również.
 
Komentarze

Worldwild

przestrzen4

fot. Worldwild (galeria zdjęć)

Jesteśmy parą od półtora roku – w podróży od 3 miesięcy. Zwiedziliśmy Tajlandię. Mieszkaliśmy miesiąc w małej Filipińskiej wiosce u lokalnej rodziny. Spędziliśmy miesiąc ze znajomymi na Bali. Teraz jesteśmy na Sri Lance. Mamy zamiar pracować charytatywnie w Nepalu i Zobaczyć Nową Zelandię. W którymś momencie tej podróży znajdziemy miejsce, w którym zostaniemy na stałe. Taką mamy nadzieję.

Oboje czuliśmy potrzebę wyjechania z Polski, więc plan podróży towarzyszył nam od początku, coraz bardziej się klarując. Decyzja była trudna, ponieważ ciężko było zdecydować się na przerwanie studiów. Baliśmy się też trochę nieznanego i nie mieliśmy oszczędności. Nie wiedzieliśmy czy uda nam się pracować podczas podróżowania. Jednak zdecydowaliśmy się zaryzykować i otworzyliśmy sezonową księgarnię nad morzem. Pracowaliśmy przez trzy miesiące po dwanaście godzin dziennie, dodatkowo odkładaliśmy pieniądze ze zleceń graficznych. W końcu kupiliśmy bilety w jedną stronę do Bangkoku i zawiesiliśmy życie w Warszawie.

Idzi, mój chłopak, jest grafikiem komputerowym, a ja maluję obrazy, dlatego zależało nam, żeby naszą podróż traktować nie tylko jako zwiedzanie, lecz także jako projekt twórczy, a nasze doświadczenie przekształcić w coś namacalnego. W czasie wyprawy widzieliśmy już niezliczona ilość przepięknych miejsc. Mam wrażenie, że zlewają się one z moją wyobraźnią i dzięki temu w mojej głowie powstają obrazy, które chcę zrealizować. Częste przemieszczanie się i poczucie wolności sprawiają, że mam ochotę pracować więcej niż kiedykolwiek. Prowadzimy stronę internetową, na której publikujemy nasze fotografie, obrazy i montaże z podróży na stronie Worldwild. Byliśmy w Tajlandii, na Filipinach i w Indonezji, a w planach mamy Sri Lankę, Nepal i Nową Zelandię.

Zawsze wierzyłam, że jeśli człowiek czuje swoje powołanie i ma swoje cele, to świat sam podsunie mu najlepszą drogę. Kiedy robiłam to, czego ode mnie oczekiwano, ignorując swoje poczucie stłamszenia, odsuwałam się od tego. Studia mnie ograniczały, zamiast rozwijać. Warszawa przygnębiała. Mimo że wszystko było dobrze, czułam się, jakbym nie była na swoim miejscu. Mam wrażenie, że podjęcie decyzji o wyjeździe wywołało lawinę dobra, które – od kiedy zaczęłam na to pozwalać – samo do mnie przychodzi.

Kiedy powiedziałam tacie, że chcę wyjechać, spodziewałam się raczej negatywnej reakcji. Jego odpowiedź jednak mnie zaskoczyła: “mam nadzieję, że w Nowej Zelandii uda wam się zostać”. Nie myśleliśmy wcześniej o zamieszkaniu tam, ale od kiedy padły te słowa, kolejne zbiegi okoliczności sprawiały, że stało się to naszym marzeniem.

Cała podróż układa się dla mnie w coś sensownego, jakby miejsca, w które trafiamy i ludzie, których spotykamy, nie byli przypadkowi. Spotkaliśmy wiele interesujących osób, które dały nam mnóstwo wsparcia i czuję, że wszystko zmierza w dobrą stronę.

Nasze prace możecie zobaczyć na:
Stronie
Tumblr
Behance

Komentarze

Tajemnica

Dotychczas początek mojej pracy nad jakimkolwiek artykułem rozpoczynał się zerknięciem na definicję omawianego tematu i próbą zadania kilku pytań, które pozwoliłyby ominąć sztampowe rozważania i przejść do tego, co najciekawsze, najbardziej frapujące. I tym razem uruchomiłam swój mały warsztat, ale poważne plany bardzo szybko zawiodły, bo już sama odpowiedź na pytanie Czym jest tajemnica? ukazała jakiś dziwny autotematyzm.

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Słowniki języka polskiego podają cztery propozycje: 1. «sekret; też: nieujawnianie czegoś» 2. «wiadomość, której poznanie lub ujawnienie jest zakazane przez prawo» 3. «rzecz, której się nie rozumie lub nie umie wyjaśnić» 4. «najlepszy lub jedyny sposób na osiągnięcie czegoś». Wyczerpują pragmatyczne podejście do tematu i jak to słowniki cieszą się, że hasło trafiło do przypisanej mu szufladki, nawet jeśli jest ona za duża, czy może trochę krzywa ewentualnie wypada z komody. Im to nie przeszkadza. Ja z kolej pozostaje z dziwnym uczuciem niezadowolenie, podobnym do tych wrażeń z lekcji fizyki, kiedy mając jedno X musiałam wyliczyć prędkość spadania kulki wykonanej z waty na dno naczynia wypełnionego przesolonym rosołem.

To, co właściwie sprawia, że tajemnica powoduje tę nieprzyjemną konsternację to jej abstrakcyjność, a nawet nadabstrakcyjność. Łatwo wskazać znaczenie słowa krzesło. Wystarczy podnieść palec i wcelować w odpowiadający mu obiekt. Nie trudno je też opisać, może mieć oparcie, nogi, a nawet podłokietniki, a sadzasz na nim pupę. Definicja nadal pozostaje w zasięgu naszej wyobraźni. Nieco większy problem mogą wywołać pojęcia abstrakcyjne, te otwierają dużo szerszą dowolność. Miłość, nie zawsze namacalna, może odnosić się do plejady przeróżnych zachowań i postaw, a młodość to zarówno brak zmarszczek, jak i niepowiązana z nią witalność ducha. Oczywiście formalnie tajemnica należy do tej samej kategorii, problematyczność wynika przede wszystkim z tego, że jej dokładne znaczenie jest nieznane dla odbiorcy.

Natura tajemnic jest heterogeniczna. Jedne są mniejsze, jak te z życia codziennego, relacji międzyludzkich, inne typowo sensacyjne, należące do dziedziny zainteresowań Indiana Jonesa lub detektywów kryminalnych. Trzecia kategoria prezentuje przypadki tajemnic religijnych lub poważnych teorii naukowych, jak powstanie świata, których rozwiązań prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Tak jakby ktoś kiwał nam palcem, powtarzając sentencję Nie zawsze dostajemy, to co chcemy.  

Może właśnie o to chodzi, aby do wyjaśnienia nigdy nie dojść, aby proces poszukiwań pozostał jego najcenniejszą częścią, istotą słowa tajemnica. Właściwie podejmując próbę jej rozwikłania czujemy się jak kupcy wyliniałego, zagrzybionego kota w pięknym haftowanym worku. Warto aby w tej sytuacji docenić scenerię zakupu, towarzyszące mu sytuacje, nie do końca liczyć, że wynik zrówna się z naszymi oczekiwaniami. Pięknem tajemnicy nie jest sama prawda, ale jej poszukiwanie. W momencie dojścia do jej sedna, następuje samoistne przemianowanie tajemnicy  w problem. Z konceptu usytuowanego w sferze pojęć prywatnych (nieznanych dla odbiorcy) przechodzi do sfery pojęć publicznych, otaczająca go mistyka ginie w odmętach przyziemności.

Zatem ulotność tajemnicy stanowi jej najistotniejszą cechę. Nieco niczym słynny kot Schrödingera, żywa, dopóki nieznana, a martwa w momencie otwarcia metaforycznego pudełka. W tej sytuacji powstaje bardzo przykry paradoks; działania dążące do rozwikłania tajemnicy, ukazują jej piękno, równocześnie prowadząc do jej zniszczenia. Niestrudzony poszukiwacz to egoista, który zaspokaja żądze poznania, jednocześnie zabierając światu kolejną cząstkę tego, co czyni go niezwykłym. Człowiek ponownie staje w pozycji bezlitosnego pasożyta, powiedzieliby obrońcy praw tajemnic. A może i mówili, Templariusze, Iluminaci czy Masoni…

Ja jedynie liczę na to, że słynni poszukiwacze złotego pociągu nie zdziwią się jeśli po włożonym przezeń wysiłku  z dziury wykopanej w wałbrzyskiej ziemi zamiast wydobyć złoto, kosztowności i dzieła sztuki, odkryją brudne i puste wagony lub, co gorsza, jedynie schrödingerowską kupę rdzy.

 

Komentarze

Nic nie znaczy

SŁOWO – za jego pomocą określa się wszystko to, co realne i wszystko to, co abstrakcyjne. Słowo to znak języka, zespół dźwięków mowy ludzkiej będący symbolicznym oznaczeniem pojęcia. Wiele słów składa się na mowę.

No i fajnie – teraz czas na konkrety. Wyżej przedstawione SŁOWA to przecież tylko – albo aż – definicja, za którą dziękuję Wikipedii, bo jako studentka polonistyki zawsze będę miała już problemy, by zebrać swoje myśli, przekonania i wiedzę w jednym zdaniu. O SŁOWIE już nawet nie marzę.

A przecież szkoda, co? Wielu z nas o tym właśnie marzy. Marzy, by usłyszeć od drugiej połówki słowa kocham cię. Marzy, by ktoś okrzyknął go najlepszym pracownikiem, powiedział, że jest wartościowym i dobrym człowiekiem, zapowiedział mu dobrą nowinę (jakąkolwiek).

Karmimy się słówkami, spijamy je sobie z ust, potem nieraz gorzko przełykamy i gdy zgłodniejemy, czekamy na drugi danie, podwieczorek, kolację. Carte blanche przychodzi wraz z nowym dniem i tak to jakoś nam zlatuje.

Ale że po co? – ja się pytam. Nie zapytałabym o to, fakt, jeszcze z dwa tygodnie temu, gdy słowa dziennikarka, fotoreporterka i pisarka były dla mnie jedynym słusznym celem i nieustannie, nieustępliwie i nieubłaganie kroczyłam – nie: podążałam – by je złączyć ze sobą.

Ze mną, czyli z kim? Słowa, czyli co?

Słowa, zdania i przekazy słowne to taka mikstura, taka masa, która dla każdego z nas składa się  z różnych składników, i czasem tylko jeden z nich – tzw. tajemny – przesądza o tym, jak zostanie intencja odczytana.

Tajemny składnik to może być równie dobrze wychowanie, światopogląd, charakter, jak i środowisko, uwarunkowania społeczne i psychiczne, czy poczucie humoru.

Myślałam, że odpowiedzialnie i świadomie zmierzam do osiągnięcia wyżej wymienionych…  no właśnie. Nie było to nic innego, jak ETYKIETY. Chciałabym, by podpisywano mnie w rubryczce per reporterka czy też polska pisarka. Jednak, czy przez ten czas – równolegle, dwutorowo – zastanawiałam się nad tym, jak chcę to osiągnąć i właściwie po co to mi jest?

słowa

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Dopiero książka A. de Mello, pt. „Przebudzenie”, otworzyła mi oczy. I nakłoniła, ale bez perswazji, by przestać w ogóle używać etykiet i przestać myśleć za ich pomocą. Zdaję sobie sprawę, że nie do wszystkich ta książka i mądrości w niej zawarte mogą trafić. To śmieszne, bo gdy ja ją pierwszy raz miałam w rękach, w ogóle nie byłam świadoma, po co to robię. Dowiedziałam się o niej dzięki wykładowcy od historii filozofii, dotarłam do niej i już później nie mogłam się od niej oderwać.

To takie śmieszne, gdy współbratymcy z wydziału patrzyli na mnie z politowaniem, międlili w dłoniach Orzeszkową, i w ogóle nie mogli uwierzyć, że „Przebudzenie’ ma jakąkolwiek wartość. Ja nie wiem, może oni sobie wymyślili, że to jakiś hinduski coaching, mądrości faceta żyjącego w klasztorze. No ja nie wiem, nie wiem – skreślili, nim się zapoznali.

Z wielką rozwagą nie użyłam stwierdzenia „ocenili” w miejscu „się zapoznali”. Gdy już coś ocenisz, nie jesteś w stanie tego dokładnie poznać; masz uprzedzenia, nie będziesz już nigdy „w pełni” dla danego zagadnienia.

Przebudzenie, którego nie chcesz, to twoje zbawienie

Nikt z nas nie chce zmieniać przyjemnego azylu, w którym się już zadomowił i który już zna, na coś zupełnie nowego, nieraz mocno niewygodnego, doskwierającego. I de Mello właśnie o tym pisze: jeśli naprawdę pragniesz swojego przebudzenia, to chciałbym, abyś najpierw zrozumiał, że w gruncie rzeczy nie chcesz się przebudzić.[1]

Sprawa, tak przedstawiona, wygląda na dużo bardziej skomplikowaną, niż jest w rzeczywistości. Wierzcie mi lub nie, a jeśli nie – sięgnijcie po tę pozycję i przekonajcie się sami.

Uprzedzam: to nie jest żaden mistyczny coaching, co zresztą ciekawie zestawiałoby się z mowami współczesnych mówców motywacyjnych.

Ciężko jest zrezygnować na własne życzenie z tzw. pewności. Nie każdy jest na to gotowy, nie każdy tego potrzebuje. Co z tymi, którym jest dobrze? Nie zazdroszczę, nigdy tak nie miałam, ale i tak – nie zazdroszczę. Te ciągłe rozterki, poszukiwania, niepewność – są straszne, to fakt, ale czy nie… inspirujące?

Wracając jednak do aspiracji – po co określać je słowami? Czy nie lepiej… do nich dążyć? Nie wiem, może i nie lepiej, bo – jak to mówią – lepiej gonić króliczka, niż go złapać. Ja nic nie chcę łapać, nic nie chcę chwytać, biegać też mi się za bardzo nie chce.

Halo, przepraszam, czy tutaj wolno chodzić?

Nie chce mi się biegać, bo to jest w modzie, a ja w modzie nigdy niestety (?) nie będę. W sumie, to ja się bardzo z tego cieszę, ale ludzie tego nie rozumieją. Sama nie wiem dlaczego. Może nie chcą, może to nie leży w ich interesie.

Chodzenie jest super. Można wziąć za rękę drugą osobę, można wdychać zapachy, można patrzeć na bok i na nic się nie wpadnie. Bo jak się biega, to człowiek taki rozkojarzony jest, nie myśli dokładnie o tym, co widzi, a skupia się na tym, by dobrze kontrolować oddech, by utrzymać wyprostowaną sylwetkę. Masakra.

Jak człowiek chodzi, to czuje, słyszy i zaobserwuje więcej. Taka prawda. I tak też jest w życiu – się zwolni, się ma: i siebie więcej, i czasu, i ludzi, a w końcu i świata. Polecam.

Teraz powinnam robić rzeczy potrzebne innym, wpisujące się w jakiś kanon życia dwudziestoletniej studentki z wielkiego miasta. Szablon sukcesu, wykres narzuconego samospełnienia.

No, ale nie robię, bo spisuję te przemyślenia, rzucam okiem na inne książki i czasopisma, które czekają na mój dotyk i zainteresowanie. Robię milion rzeczy, za które moje sumienie nieustannie mnie gani,a ja znów nie mogę pojąć, jaki widzi w tym cel. Tak musi być i to chyba oznacza…

[1] „O właściwym rodzaju egoizmu” w: [Przebudzenie], Anthony de Mello, Poznań 1992r., s. 13

Komentarze

Tajemnice klasztorów

Erem Srebrnej Góry powstały w 1604 roku; Źródło: polona.pl

Erem Srebrnej Góry powstały w 1604 roku; Źródło: polona.pl

Czy w dzisiejszym zabieganym świecie, w którym coraz częściej się gubimy i za nim nie nadążamy, są miejsca w których możemy poczuć się inaczej? Czy można znaleźć – tu, obok nas – taką rzeczywistość, w której tempo życia oraz jego zasady są zupełnie inne niż te nam znane? Okazuje się, że tak.

Jadę na obrzeża miasta. Dookoła otaczają mnie lasy i liczne wzniesienia. Przy rozwidleniu dróg mijam kapliczkę Matki Bożej. To tu, skręcamy. Przede mną kręta droga biegnąca przez las, piętrząca się w górę. Po niedługiej wspinaczce jestem na szczycie. Przede mną stoi wysoki mur i piękne drewniane drzwi. Pociągam za dzwonek umieszczony obok. Po chwili ogromne drzwi otwiera mi postać w białym habicie. Przekraczając próg znajduję się w innym świecie – to tu mieszkają mnisi-eremici – Kameduli.

Życie klasztorne zawsze budzi wiele emocji. Ludzie często nie mogą zrozumieć, czemu niektórzy zostawiają wszystko co mają, aby żyć w samotności, czy w jakiejś wspólnocie, ale jednak w oddaleniu od świata. Mimo to, ludzi intryguje jak wygląda życie zakonne od środka, wielu z nich pragnie zajrzeć za klasztorne mury i zobaczyć ten tajemniczy sposób życia. W tym momencie zdajemy sobie sprawę, że ludzie ci, nie żyją w oddaleniu od świata, na jego obrzeżach, ale są w jego centrum.

W ciągu ponad 2000 lat tradycji, życie zakonne rozwijało się niebywale. Dzięki temu jest ono bardzo bogate, znajdziemy tu różne sposoby życia, zwyczaje, także różne formy działalności. Są zakony kontemplacyjne, czyli takie, które są zamknięte na działalność zewnętrzną, a są i takie, które w zewnętrznej działalności się realizują. Każda ze wspólnot ma swój charyzmat i określone cele, które spełnia. Nie sposób poznać wszystkie zakony od razu, ale warto przyjrzeć się kilku z nich. Najważniejsze cele są bowiem dla nich wszystkich wspólne: służba Bogu i ludziom oraz osobiste uświęcenie i wzrost.

Najczęstszym stereotypem dotyczącym zakonów, jest chyba ten, że ludzie w klasztorach nic nie robią, tylko się modlą. Oczywiście, modlitwa jest jedną z najważniejszych aktywności, ale nie jedyną. Bowiem jak głosi mnisza dewiza ora et labora, poza modlitwą jest jeszcze praca. W zakonach kontemplacyjnych, to głównie ciężka praca fizyczna, która pozwala nie tylko utrzymać się, ale również daje szansę by pomagać tym, którzy pracować nie mogą. W historii, praca zakonów odegrała olbrzymią rolę w kształtowaniu i w rozwoju całych społeczeństw. O mniszej pracy więcej pisałem wcześniej w tym miejscu.

Erem Srebrnej Góry, XXI wiek; fot. Magazyn Przestrzeń, MB

Erem Srebrnej Góry, XXI wiek; fot. Magazyn Przestrzeń, MB

Jesteśmy z powrotem u Kamedułów. Po przekroczeniu klasztornej furty, człowiek potrzebuje czasu, by się przystosować. Wszystko tu wygląda zupełnie inaczej. Podczas gdy świat biegnie i żyje w natłoku informacji i obowiązków, żywi się aferami i plotkami – mnisi w wielkim spokoju, bardzo powolnie wypełniają swoją służbę. Przykładają ogromną uwagę do każdego słowa wypowiadanego podczas modlitw. Jako że wspólnotę Kamedułów tworzą pustelnicy, każdy z nich mieszka w osobnym domku. Nie mają oni wielkich wygód, a wszystko, co mają, mają wspólne. Wspólnie też dbają o swój byt. Posiłki są skromne. Mnisi nie spożywają mięsa, starają się jeść głównie to, co sami wyhodują w swoim ogrodzie. Żyją prosto i blisko natury. Inaczej też wygląda plan dnia w takim miejscu, zaczyna się on bowiem po godzinie 3 nad ranem. Przywyknąć do tego trudno, ale jakże inaczej smakuje taki dzień, kiedy zaczynamy go ze wschodem, a kończymy z zachodem słońca… W tej nadzwyczajnej rzeczywistości, człowiek w końcu może odpocząć i się wyciszyć. Bez zgiełku i hałasu, ale żyjąc w skupieniu, może przyjrzeć się swojemu wnętrzu.

Oczywiście to tylko mały urywek z ogromnego świata ludzi żyjących w klasztorach. Urywek wielkiej tajemnicy. Jednak to wystarczająco pokazuje, że również dziś, mimo upływu wieków, możliwa jest diametralnie różna forma życia, od tej znanej nam na co dzień. Na pewno nie jest ona przeznaczona dla każdego, ale warto również nam korzystać z jej dorobku i lepiej ją poznać, bowiem ideały mnisze, może zastosować w swoim życiu każdy.

Komentarze

Alfabet miłości – recenzja

12334195_10153762103819770_1942368939_oMiłość to bardzo chwytliwy temat. Bo chociaż powiedziane, zaśpiewane, napisane zostało o niej już tak dużo, wciąż wiele jest do odkrycia, a analizowanie i rozmowy o tym zjawisku towarzyszą nam nieustannie. Na rozmowie oparta jest też ta książka. Renata Mazurowska – trenerka pracująca z kobietami będącymi po rozwodzie lub trudnym rozstaniu pyta Bogdana Wojciszke, psychologa i autora badań dotyczących dynamiki związków uczuciowych, o różne aspekty z miłością związane.

Alfabet miłości to pozycja zbudowana z wielu krótkich części ułożonych zgodnie z kolejnością alfabetyczną. Mamy tu więc, wśród wielu innych, “bliskość”, “flirt”, “kolejność uczuć”, “rutynę” czy “wierność”. Pomysł ciekawy, chociaż po przeczytaniu książki dominowało u mnie poczucie niedosytu. Poszczególne tematy omawiane są krótko, pobieżnie, czasami urwane jakby w pół zdania. W książce szczególnie zabrakło mi poświęcenia większej uwagi zagadnieniu związanemu z dziećmi, które są niezwykle istotnym tematem jeśli chodzi o dynamikę związków. Niemniej dostrzegam w koncepcie skrótowego potraktowania tematów pewien zamysł, być może dzięki temu czytelnik poświęci więcej czasu na refleksję i własne przemyślenia dotyczące danej kwestii.

Uważam, że warto sięgnąć po tę pozycję o miłości. Jest to lektura lekka, napisana z poczuciem humoru, prostym językiem. Jednocześnie zawiera wiele ciekawych przykładów wyników badań odnoszących się do bliskich związków. Interesujący jest także fakt, że autorzy-rozmówcy niejednokrotnie przedstawiają punkt widzenia z perspektywy własnej płci. Mimo, że to książka raczej z gatunku tych logicznych i analitycznych, a nie romantycznych czy poradnikowych, może być inspiracją i dawać wskazówki do pracy oraz rozwoju własnego związku. Zachęcam do lektury!

Alfabet miłościBogdan Wojciszke, Renata Mazurowska
Wydawnictwo GWP

Komentarze

Biblioteka rozwoju

W drodze do celu

Wielu z nas ma marzenia i pragnienia, ale często są one nieskonkretyzowane lub wcale nie wierzymy w ich spełnienie. A przecież życie jest po to, aby robić to, co się kocha. Pierwszym krokiem do osiągnięcia swoich zamierzeń jest postawienie sobie celu, spisanie go i wyznaczenie kolejnych kroków do jego realizacji… Z pozoru wszystko wydaje się proste. W praktyce bywa już dużo gorzej. Jednak z pomocą przychodzi nam Sebastian Kotow, który we współpracy z Brianem Tracy przygotował książkę pt. Ty wybierasz cel, my pokazujemy drogę!

Książka jest poradnikiem motywacyjnym, który łączy zagadnienia teoretyczne z praktyką i przeplata je z rozmowami Sebastiana z Brianem. Dowiemy się z niego jak wyznaczać cele i je osiągać, dzięki konkretnym zasadom i metodom. Wyruszymy w podróż w poszukiwaniu swojej pasji – prawdziwej życiowej misji. Przyjrzymy się wpływowi, jaki ma nasze myślenie na zachowanie. Przeczytamy także o wierze w siebie, aby ostatecznie wziąć los w swoje ręce!

Ty wybierasz cel, my pokazujemy drogę! to pozycja wyróżniająca się wśród innych poradników motywacyjnych, których jest pełno na rynku. Informacje w niej zawarte są zwięzłe, konkretne… i naprawdę motywujące! Nic, tylko ruszyć w drogę z Sebastianem Kotow i Brianem Tracy.

Ty wybierasz cel, my pokazujemy drogę! Sebastian Kotow, Brian Tracy
Wydawnictwo HELION

tywyce

 

Sięgnij po swoje marzenia

Jutro zaczyna się dziś, czyli jak zaprojektować swoją wymarzoną przyszłość to kolejna książka z serii tych motywacyjnych. Została napisana przez Edytę Walęciak-Skórkę w oparciu o historie z jej programu szkoleniowego o nazwie Akademia Projektantek Przyszłości. Głównym zagadnieniem poradnika jest spełnianie swoich marzeń.

W części teoretycznej przeczytamy o tym, co autorka nazywa „darami”. Jest to skondensowanie wielu teorii w krótkie rozdziały. Przeczytamy o darach: wiary, przepowiadania, przyciągania, wdzięczności, wyboru, mądrości, siły i działania. Wiedza ta pozwoli nam poznać prawa, ale i ograniczenia czekające na naszej drodze do sukcesu. Druga część książki obfituje w praktyczne ćwiczenia, które naprawdę warto wykonać, aby dowiedzieć się czegoś o sobie, zidentyfikować swoje cele, stworzyć plan działania, zmienić swoje nawyki, porzucić wymówki, wyjść ze strefy komfortu i wiele, wiele więcej.

Jutro zaczyna się dziś to odpowiednia pozycja dla osób, które chcą zrobić pierwszy krok w kierunku swoich marzeń. Pod warunkiem, że ta przygoda na samym czytaniu się nie skończy. Podsumowując, książka napisana przez kobietę przede wszystkim dla kobiet.

Jutro zaczyna się dziś, czyli jak zaprojektować swoją wymarzoną przyszłośćEdyta Walęciak-Skórka
Wydawnictwo HELION

jutrodzis

 

Na słodko!

Dla wielu z nas gotowanie kojarzy się z przykrym obowiązkiem. Sytuacja wygląda jednak zupełnie odwrotnie w przypadku jedzenia, szczególnie jeśli chodzi o słodkości. Niestety nie każdy ma talent do robienia cudów w kuchni. Jeśli jesteś jedną z tych osób lub po prostu szukasz inspiracji, albo lubisz eksperymentować, sięgnij po książkę Delicje i łakocie Pauliny Krajewskiej, autorki bloga Just My Delicious (wyróżnionego w 2011 tytułem Kulinarnego Bloga Roku).

Ten przewodnik po kulinarnych zakamarkach można zjeść niemal oczami, czego zasługą są przepiękne zdjęcia. To zbiór naprawdę zaskakujących, szybkich, ale i prostych przepisów, bo kto by pomyślał, że zrobienie chałwy czy marcepanu jest w zasięgu możliwości każdego z nas. Z książki dowiemy się jak zrobić m.in. ciepłe lody, batony energetyczne, daktylowe trufle, domowe pralinki, kremy, bezalkoholowe imbirowe piwo i… zobaczcie sami! I koniecznie spróbujcie wszystkiego. Polecam!

Delicje i łakocie, Paulina Krajewska
Wydawnictwo HELION

OKLADKAprzod

Komentarze

Uroczystość

fot. Stefan Okołowicz/TR Warszawa.

fot. Stefan Okołowicz/TR Warszawa.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i sprzyjający ku temu czas spotkań rodzinnych. Czasami jest to jedyna okazja w roku, by zebrać rodzinę w jednym miejscu i czasie. Niektórych z nas myśl o rodzinnej uroczystości napawa nieraz lękiem, czas oczekiwania wypełniony jest zniechęceniem i negatywnymi przeczuciami. Natomiast udział w tej „zabawie” może przyprawiać o ból głowy, a do już i tak długiej listy rodzinnych konfliktów dochodzą kolejne. Tematy dotyczące dzieci, współmałżonków, braku pieniędzy, nadmiaru lub braku pracy oraz polityki, na której wszyscy się (nie)znają są niczym studnia, w której zapewne nie jeden chciałby utopić członka swojej rodziny. A, i do tego jeszcze litry alkoholu i niezdrowego lub przesadnie zdrowego jedzenia.

W przypadku spektaklu „Uroczystość”, którego premiera odbyła się 5 czerwca 2001 r., w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa, rodzinne spotkanie z okazji 60-tych urodzin Helge (Jan Peszek), z pozoru przebiegające jak każde inne, przeradza się w szereg dramatycznych wydarzeń, z którymi każdy z bohaterów będzie musiał się zmierzyć na oczach widza. Wyjawiona w czasie pierwszego toastu rodzinna tajemnica, powoduje zburzenie panującego do tej pory powierzchownego ładu i porządku. Tajemnica obnaża wszystko i wszystkich. Spektakl dotyka (w tym przypadku to słowo nabiera podwójnego znaczenia) bardzo intymnego, trudnego i jakże niezręcznego dla członków rodziny tematu molestowania seksualnego i pociągającego za sobą samobójstwa córki jubilata. Wyraźnie zarysowani bohaterowie, ich wewnętrzna (i zewnętrzna) walka, różnorodność reakcji na szokujące wyznania syna Christiana (Andrzej Chyra), sprawiają, że „Uroczystość” jest również dziełem o podłożu psychologicznym, ponieważ w obrazowy i wyrazisty sposób ukazuje wszystkie psychologiczne aspekty seksualnego wykorzystywania – zarówno ze strony ofiary, ale także oprawców i tych, którzy do tej pory o niczym nie wiedzieli lub nie chcieli wiedzieć. Z pozoru tradycyjna, wielopokoleniowa rodzina, okazuje się być rodziną dysfunkcyjną, z mroczną przeszłością, która nieoczekiwanie zawitała w teraźniejszości. Emocjonalne obnażenie się przed widzami, sposób prowadzenia przez reżysera akcji powodują, że każdy odbiorca ma indywidualny stosunek do postaci – widz zmuszony jest do emocjonalnego zaangażowania się w spektakl. Empatia miesza się z niezrozumieniem, współczucie z obrzydzeniem, a to wszystko doprawione jest czarnym humorem.

uro2

fot. Jakub Dąbrowski/TR Warszawa.

Trzy odrębne sceny odgrywane równolegle, wielość dźwięków, szmerów, szelestów, które tworzą niepowtarzalny nastrój i nawołują duchy przeszłości, nietradycyjna scenografia, precyzyjne i dopracowane w każdym szczególe sceny grupowe – wszystko to powoduje, że „Uroczystość” ogląda się jak thriller. Można powiedzieć, że przez układ sceny, a także dość małą salę w TR Warszawa, ma się wrażenie, że jest się uczestnikiem owej uroczystości. Nigdy wcześniej i nigdy później na jakimkolwiek spektaklu nie towarzyszyło mi takie uczucie – współuczestnictwa, a w miarę rozwoju akcji – współodpowiedzialności za to, co się wydarzyło.

Być może to tematyka, być może to zasługa najlepszych aktorów polskiej sceny teatralnej, być może to składowa wszystkich innych elementów – ale spektakl wciąga, bawi, nakłania do refleksji, a także na długo pozostaje w pamięci i to nie tylko ze względu na poruszone tabu, ale również z powodu ukazanego artyzmu. Spektakl w ciągu 14 lat został zagrany zaledwie ponad 100 razy – co czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym, a jego oglądanie jest prawdziwą „uroczystością”.

Inspiracją do stworzenia spektaklu był film Thomasa Vinterberga „Festen”.

 

Komentarze

Przed Państwem…

DSC_0134

Katarzyna Kołodziejczyk – MIKROCIAŁO (galeria)

Artysta: Katarzyna Kołodziejczyk
Ma 24 lata i obecnie studiuje na pierwszym roku magisterskim na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Instytucie Edukacji Artystycznej. Jej życiem zawsze był rysunek i linia. Na studiach odkryła grafikę warsztatową i choć na początku nie była do niej przekonana, wgłębiła się w nią i dyplom wykonała w jej pracowni. Poza studiami zajmuje się ilustracją komiksową i ilustracją.

O projekcie MIKROCIAŁO 
Książka MIKROCIAŁO to moja praca licencjacka obroniona z wyróżnieniem w 2015 roku na Akademii Pedagogiki Specjalnej na Edukacji Artystycznej.

Jest to moja własna książka botaniczna, będąca swego rodzaju osobistym i wyimaginowanym światem zapisanym w technice akwaforty. Zawsze niezwykle kochałam wszelkiego rodzaju formy roślinne i używałam ich w swoich pracach, aby przedstawić moją wrażliwość i kobiecość. Szczególną radość odkryłam, w wypartych poprzez czas i technikę, schematycznych rysunkach z podręczników botanicznych.

Swoją pracę nad książką rozpoczęłam poprzez inspirację, a później studium dawnych czarno-białych ilustracji botanicznych. Moją szczególną uwagę zwróciły przedstawienia komórek i tkanek roślinnych. Zafascynowałam się prostotą ilustracji, mających charakter czysto naukowy. To na nich właśnie skupiłam swoją uwagę. W poszukiwaniu inspiracji, dotarłam do wielu zapomnianych i niszczejących już książek botanicznych, mających od 50 do ponad 150 lat.

Poprzez wykreowane przeze mnie komórki, zaczęłam zapisywać w małym notatniku moje uczucia, jak i towarzyszące mi osoby z ich historiami. Każda komórka stała się moim tworem, jaki przedstawia mnie, bądź osobę jaką napotkałam na swojej drodze. Wszystko to jednak pozostało w sferze mojego wewnętrznego świata, tajemnicy. Poprzez rysunki szczelnie zamykałam swoje uczucia i myśli. Moje prace specjalnie układałam i projektowałam przed wykonaniem matrycy, aby każda strona była przemyślana i nieprzypadkowa. 

Ilustracje są czarno-białe i charakteryzują się delikatną, płynną linią. Technika akwaforty dała mi najlepszy sposób podkreślenia wyraźnej czarnej linii i białego, idealnego tła. Idealizacja w mojej pracy była dla mnie nad wyraz ważna. Chciałam, aby książka była niezwykle czysta i sterylna, starałam się też, aby każda grafika była perfekcyjnie odbita.

Stron wykonanych w technice akwaforty jest łącznie 28. Matryce miały wymiary formatu A6. W pracy pojawiają się też strony gdzie nałożone zostało tło w formie bardzo szczegółowych akwafort. Tła te mają sprawiać wrażenie ruchu w kontraście do samych komórek, które są nieruchome, jakby zatrzymane w czasie.

W książce pojawiają się także kalki. Kalek jest łącznie pięćdziesiąt. Mają one za zadaniu zaburzyć delikatną formę mojego rysunku, dlatego też na kalkach znajdują się proste linie i geometryczne formy. Dodatkowo, gdyby rozszyć książkę, kalki ułożyłyby się w pełne figury i formy. Każda kolejna kalka jest częścią układanki lub kolejnym rytmem linii pojawiającej się na poprzedniej stronie. W zbiorze kalek pojawiają się też moje autorskie teksty zapisane Antykwą Półtawskiego. Antykwa Półtawskiego to archaiczny już krój pisma zaprojektowany przez Adama Półtawskiego. Jest to pierwsza ruchoma czcionka, stworzona specjalnie dla języka polskiego.  

Książkę szyłam i składałam osobiście. Strony z odbitymi na specjalnym papierze grafikami, przeplatają się z kalkami. Książka zszyta została stylem japońskim. Okładka posiada wytłoczony napis przy pomocy ruchomej czcionki.

Nad moją pracą artystyczną czuwał prof. dr. Jarema Drogowski.
Moją pracą teoretyczną opiekowała się Pani dr. Magdalena Janota-Bzowska.
Ruchomych czcionek uczył mnie (i dzięki niemu odkryłam Antykwę Półtawskiego) Pan Robert Chwałowski z Kwiaciarni Grafiki.
Sztuki introligatorskiej uczył mnie Pan Michał Chojecki.

Katarzynę można znaleźć na:
Facebooku
Tumblr
Digart

Komentarze
Komentarze do:

"10"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję