Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

1

Przestrzeń
#1

Pierwszy numer jest jak pierwsze wrażenie. Wystarczy zaledwie chwila, aby ocenić go pozytywnie lub negatywnie. Jako redakcja jesteśmy tego świadomi: zdajemy sobie sprawę z krytyki, z wytykania palcami, zarzucania nam braku profesjonalizmu. Czy to jednak ma nas powstrzymać? Niektórzy z nas stawiają pierwsze kroki w roli redaktorów, ale wielu ma już za sobą doświadczenie w tym temacie. Jesteśmy różni, odmiennie piszemy, każdy ma swój unikalny styl – mimo to stanowimy zespół, który chce osiągnąć wspólny cel. Właśnie rozpoczynamy naszą podróż.

Przecinam więc wstęgę, otwieram szampana i oddaję w Twoje ręce, drogi czytelniku, pierwsze wydanie magazynu Przestrzeń!

Piszemy w nim o spełnianiu marzeń, rozwoju osobistym, ale też prokrastynacji. Zastanawiamy się, dlaczego zmiana nie jest procesem łatwym, a noworoczne postanowienia zostają zapomniane już z końcem stycznia. Przyglądamy się polskiej niszowej scenie muzycznej, zaglądamy do kin i książek o rozwoju. Zatrzymujemy się nad złożonością sztuki współczesnej. Poznajemy postać Wacława Niżyńskiego i rozmawiamy z Julią Gruszecką, która z wielkiej pasji uczyniła własną markę - Magic.Mug. Schodzimy także do pewnej warszawskiej piwnicy, gdzie co poniedziałek rozbrzmiewa jazz.

Zapraszam do lektury!
Redaktor naczelna
Joanna Niedziela

Droga przez las

las

fot. Magazyn Przestrzeń

 

Spełnianie marzeń jest jak droga przez las – mimo trudów wędrówki w końcu dojdziemy na słoneczną polanę. 

Komentarze

Masz marzenie? Działaj!

„Cuda nigdy nie wydawały mi się absurdem: absurdalne jest to, co je poprzedza, i to, co następuje po nich” J. Cortazar Gra w klasy

Będąc w szkole podstawowej, chodziłam na dodatkowe zajęcia z języka angielskiego. Ulubionym i bazowym pytaniem wielu nauczycieli była kwestia przyszłego zawodu. Wszyscy, jak jeden mąż wykrzykiwaliśmy journalist, doctor lub lawyer, ponieważ te słowa były nam najlepiej znane na podstawowym poziomie języka. Moją odpowiedzią zawsze był dziennikarz. Kiedy teraz o tym myślę, uśmiecham się cicho w duchu. Od beztroskiego okresu szkoły podstawowej minęło wiele lat. Jako swój kierunek studiów wybrałam psychologię, która jest moją wielką pasją. Pozwoliła mi ona jednak spełnić dziecięce marzenie o zostaniu journalist i założeniu własnego magazynu.

marzenia

graf. Urszula Zabłocka

Wpisuję w internetowy Słownik Języka Polskiego PWN słowo marzenie. Ukazują mi się następujące wyniki: „powstający w wyobraźni ciąg obrazów i myśli odzwierciedlających pragnienia, często nierealne”, „przedmiot pragnień i dążeń”, „ciąg myśli i wyobrażeń powstających podczas snu”. Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że druga definicja wydaje się najbardziej użyteczna na potrzeby tego artykułu. Współczesny świat bombarduje nas z każdej strony informacjami na temat przedmiotów i usług, o których „marzymy”, choć jeszcze nie mamy o tym pojęcia. Zadajmy sobie więc jedno proste pytanie: czego tak naprawdę chcemy i jak możemy to pragnienie urzeczywistnić?

Bądź odpowiedzialny 
Pierwszą, i chyba najistotniejszą kwestią jest zdanie sobie sprawy z tego, że to właśnie my odpowiadamy za swój los. Nie ma tu nic odkrywczego. Jest to jednak prawda, o której się powszechnie zapomina, bo wiąże się z odpowiedzialnością. Tu pojawią się wątpliwości: jeśli chcę tego dokonać, muszę wyjść z bezpiecznej strefy komfortu, a potem wziąć odpowiedzialność za swój wytwór, czymkolwiek on będzie. Siedząc jednak pod ciepłym kocem z kubkiem herbaty, możemy doczekać się jedynie wystygnięcia trzymanego napoju. Potrzebna jest więc odwaga do dokonania zmiany, ale też umiejętność uczenia się na własnych błędach i przyznawania się do nich. Ponadto mamy błędne przekonanie, że nasz czas na ziemi jest nieskończony i nie musimy się spieszyć. Życie jest kruche i nie wiemy ile lat, miesięcy czy dni nam jeszcze pozostało. Jeśli chcemy czegoś dokonać, najlepiej zacząć działać natychmiast.

Ale ja nie chcę zmian
Zmiana jest kolejnym odpychającym elementem na naszej drodze. Stanowi ona proces, a to znaczy, że będzie trwać przez jakiś czas. Nie jest to jednak proces łatwy. Zaburza nasz wewnętrzy spokój, napawa lękiem, zmusza do zmiany nawyków i wyjścia z bezpiecznej strefy komfortu. Wszystko, co nowe i nieznane jest dla nas zagrażające. Trzeba się jednak przełamać i zaryzykować. Możemy odczuwać smutek, przygnębienie, niepokój czy też zaprzeczać powstałej sytuacji. Kiedy jednak wyjdziemy z metaforycznego dołka, będzie już tylko lepiej. Zmiana, której pragniemy niesie za sobą dużo pozytywnych emocji.

Jak?
Czy w ogóle możliwe jest spełnianie swoich marzeń? Oczywiście! Najpierw jednak trzeba zrobić ich bilans – spytać samego siebie czy moje marzenie jest nadal aktualne, ale przede wszystkim, czy jest realne i moje własne. Nie nauczymy się latać bez skrzydeł, nie będziemy żyć pod wodą bez skrzeli, dlatego wykonalność marzenia jest głównym czynnikiem jego wyboru lub odrzucenia. Mamy więc marzenie, ale co dalej? Warto zaplanować i spisać serię małych kroków wraz z terminami ich realizacji, które nas do niego doprowadzą. Są to pośrednie cele zbliżające nas do mety. Najważniejszą kwestią jest samo działanie, a to często ciężka i mozolna praca. Jednak na końcu drogi czeka na nas upragniona nagroda. Nie możemy także zapominać, aby mocno wierzyć, że nam się uda. 

Po co?
Marzenia dodają sensu naszemu życiu, są powodem, dla którego wstajemy rano z łóżka, zachęcają do działania. Poczucie sprawstwa, kontroli i spełnienia odbija się też korzystnie na naszym zdrowiu psychicznym. Można powiedzieć, że spełnianie marzeń to po prostu robienie swojego i podejmowanie ryzyka. Nawet jeśli się nie uda – próbowaliśmy i z tego powodu już jesteśmy na wygranej pozycji, zdobyliśmy cenne doświadczenie, nauczyliśmy się czegoś na błędach i możemy iść dalej z podniesioną głową. 

 „To Ty rozpalasz swój ogień. Jesteś wolnym człowiekiem. Twoja przyszłość jest w Twoich rękach. Czas ucieka i grzechem jest nie uczestniczyć w swoim życiu” Jacek Walkiewicz z listu do swojego dziecka w książce Pełna MOC Możliwości

 Miej marzenia. Rób swoje. Ciesz się życiem. Trzymam za Ciebie kciuki!

Komentarze

O zmianie i rozwoju. Osobiście i profesjonalnie

zmiana_i_rozwoj

graf. Urszula Zabłocka

 

Panta rei… i tak od zawsze

To, prawdopodobnie, znane stwierdzenie Heraklita jest bardzo brzemienne w skutkach. Już nasi przodkowi zauważyli, że w życiu wszystko płynie i zmienia się. Płynął czas, wraz z jego upływem zmienialiśmy się też my. Dawniej jednak ta zmienność była bardziej przewidywalna i łatwiejsza do okiełznania. Wiadomo było, że jak przychodził czas żeby zasiewać pola, to tak też się robiło, a kiedy przychodził czas zbiorów, to rolnicy zbierali. W życiu też zachodziły różne zmiany i przyjmowaliśmy w związku z tym różne role, na początku od bycia dzieckiem, później mężem/żoną, wybierało się fach (jeden z niewielu), a na końcu, jako starsza osoba, poświęcało się czas na opiekę nad dziećmi. Każda rola miała jasno określone zadania i była pożyteczna dla grupy, z którą się żyło. Taki rytm dawał poczucie, że coś można łatwo zaplanować na najbliższy czas, ale też na całe życie, a dzięki temu można czuć się bezpiecznie i stabilnie.

Teraz wszystko jest bardziej skomplikowane. Żyjemy w świecie, w którym zmienność pędzi jak roller coaster, a od tego łatwo o zawrót głowy. Obecnie możemy przyjmować jednocześnie całą masę różnych ról, czasami nawet sprzecznych i nie do końca jasnych. Jak je ze sobą godzić, żeby nie zwariować i jednak pozostać sobą? Rzeczywistość bombarduje nas setkami informacji w każdej chwili. Które z nich uznać za istotne?

Cały czas otwierają się przed nami różne możliwości. Zmienić pracodawcę czy zostać lojalnym? Wybrać się na wakacje na Mazury czy lecieć za granicę? Zachować się asertywnie czy ulegle? Wybrać tę osobę na resztę życia czy nie? Jak nie stracić zmysłów przy takiej różnorodności wyboru?

Na te i wiele innych podobnych pytań każdy z nas musi w pewnym sensie znaleźć swoją własną odpowiedź. Kiedyś rzeczywistość była bardziej jak płynący strumyk, a obecnie stała się rwącym potokiem przypominającym spływ typu wild rafting, podczas którego płynie się górskim, ostrym potokiem z wykorzystaniem pontonu. Ta dyscyplina wymaga nie lada umiejętności. Kiedyś zmienność i podróż przez rzeczywistość wyglądały bardziej jak spływ kajakowy Biebrzą – były spokojne, przewidywalne i podlegały kontroli.

Rozwój natomiast, to świadoma decyzja – dokąd chcę zmierzać, jaki jest mój cel i co po drodze muszę osiągnąć, żeby tam dotrzeć. To trochę jak planowanie dłuższej trasy samochodem – planuję cel, ale też chcę wiedzieć przez jakie miasta będę jechać, gdzie zjem dobry posiłek, a gdzie mogą czekać mnie potencjalne utrudnienia na drodze.

Kiedyś możliwych celów było mniej, teraz liczba możliwości jest wręcz przytłaczająca, a do tego na danym etapie może się zmieniać. Dawniej wiadomo było, że będę wykonywał jedną pracę przez całe życie, miał tę samą żonę i dzieci, to samo miejsce zamieszkania.

Wybierając się w podróż mamy do pokonania różne odcinki wyznaczonej trasy
Myślę, że podobnie jest w obecnej rzeczywistości – wyznaczamy sobie zadania do realizacji, określamy, co jest nam potrzebne, żeby wykonać postawione zadanie, ustalamy kiedy jest jego koniec, później trochę odpoczywamy i bierzemy się za kolejne zadanie. Taki sposób patrzenia pozwala mi myśleć o stałości w tym wszystkim, co tak szybko się zmienia. Kiedy wykonuję bieżące zadanie, to na nim się koncentruję, ale to też pozwala mi bardziej adekwatnie reagować na to, co dynamicznie się pojawia. Wymaga to również otwartości umysłowej oraz emocjonalnej. Aby zmierzyć się z kolejnym zadaniem muszę być gotowy, żeby cały czas uczyć się i zdobywać wiedzę, która przede wszystkim płynie z doświadczenia i uważności na to, co przeżywam angażując się w różne sytuacje.

Co nami kieruje (w kontekście zmiany i rozwoju)?
Upraszczając można powiedzieć, że ludźmi kierują dwa podstawowe zespoły sił w reakcji na zmianę.

Jedne to obawy, niepewność, dezorientacja, obrona i chęć utrzymania obecnego stanu rzeczy. Dobrze to widać na przykładzie wdrażania w firmie nowych rozwiązań, wtedy można usłyszeć od pracowników: „po co to wszystko?”, „tak jak było, było dobrze.”, „to na pewno się nie uda.”. Są to naturalne i bardzo cenne reakcje.

Jednak, gdybyśmy pozostali tylko przy tych bardzo cennych reakcjach, to niestety stalibyśmy w miejscu. Dlatego należy zwrócić swoją uwagę w kierunku drugiego zespołu sił:

  • ciekawości
  • otwartości 
  • zaufania do tego, co przyniesie nam nowa sytuacja, czego może nas nauczyć

Sztuką jest umiejętnie balansować między jednym i drugim
W firmie można usłyszeć głosy pełne obaw i niepewności w związku z zachodzącymi w niej zmianami, ale z całą pewnością znajdą się i tacy, którzy z entuzjazmem powiedzą „jak dobrze się dzieje!”, „ciekawe, co dobrego z tego wyjdzie”.

Dla mnie osobiście ważną pointą jest to, że abym mógł się rozwijać, potrzebuję bezpieczeństwa. Dobrze znam to z osobistego życia, bo trudno byłoby mi iść w kierunku rozwoju, gdybym nie znajdował oparcia i poczucia bezpieczeństwa w zaufaniu do siebie, moich przyjaciołach czy rodzinie.

Ciekawi mnie czy czujecie to podobnie?

To, co łączy nas wszystkich: zdolność do uczenia się, żeby radzić sobie ze zmianą
Skoro od najdawniejszych lat żyjemy w ciągłej zmianie, to „mądra matka” natura i jej „siostra ewolucja” musiały nas wyposażyć w jakieś narzędzie, które pozwoli dostosować się do takiej rzeczywistości i radzić sobie z nią. Mam na myśli zdolność do uczenia się przede wszystkim w oparciu o własne doświadczenie.

Oznacza to, że uczę się najskuteczniej, kiedy coś robię i później zastanawiam się nad tym. To tak, jak po zakończeniu projektu, kiedy siadam razem z moim zespołem i zastanawiamy się, co nam pomogło, czego dowiedzieliśmy się o sobie nawzajem i czego ja dowiedziałem się o sobie, co przeszkadzało, co trzeba usprawnić. Nie nauczę się zarządzać, czytając książki, muszę zacząć to robić, obserwować efekty, reagować i udoskonalać.

W prehistorii ta zdolność pozwoliła naszemu gatunkowi przetrwać, ponieważ umiejętność uczenia się i wykorzystywania efektów nauki do wytwarzania nowych rozwiązań zwiększała szansę na przetrwanie – a to brzmi jak innowacyjność! Przenosząc to na pole zawodowe, mogę trwać stale przy tych samych rozwiązaniach i liczyć, że uda mi się utrzymać na powierzchni i z całą pewnością czasami to się udaje. Mogę też aktywnie uczestniczyć w rynku, przyglądając się, jakie zmiany zachodzą, mogę korzystać z wiedzy i umiejętności osób najbliższych – po to, żeby móc obrać kierunek – czasem wręcz niespodziewany, ale pozwalający zwiększyć swoje szanse na przetrwanie. Mam takie głębokie przekonanie poparte doświadczeniem zawodowym, że ważna jest zdolność balansowania między potrzebą zachowania stałości, dzięki której wiemy, jakie wartości chronić i kiedy to robić, a z drugiej strony ciekawością i otwartością, które pozwalają nam wychwytywać szanse i przemieniać je na coś dobrego dla siebie.

Jednak postawa otwartości i ciekawości w stosunku do zmiany nie jest automatyczna, raczej to kwestia świadomej decyzji i pracy. W przypadku różnych organizacji, to praca na poziomie pojedynczych osób, zespołów i całej firmy.

Co wzmacnia taką postawę?
Wzmacnianie takiej postawy niewątpliwie wymaga pracy nad sobą w różnych obszarach:

  • budowanie pewności siebie i adekwatnej samooceny – mam przekonanie do własnych działań, ale wiem, że mogę się mylić,
  • opieranie własnego rozwoju na mocnych stronach – zamiast skupiać się tylko na brakach (dom buduje się na solidnych fundamentach, a nie na dziurach),
  • istotna jest świadomość i akceptacja takich cech, które wymagają jeszcze pracy –na przykład oddawanie odpowiedzialności, odpuszczanie nadmiernej kontroli, akceptacja własnych słabości,
  • ważna wydaje się również świadomość i zdolność do korzystania ze wsparcia bliskich osób.

Korzystanie z wewnętrznego kompasu – czy emocje mają znaczenie?
No właśnie?! Czy mają?! Odpowiedź wydaje mi się oczywista: czy tego chcę czy nie, moje emocje są ze mną wszędzie (w zasadzie towarzyszą nam w każdej sytuacji)! Dobre pytanie brzmi zatem: jak one mogą mi służyć?

Dla mnie, jako człowieka oraz osoby, która zawodowo zajmuje się wspieraniem rozwoju innych na różnych poziomach i w różnych obszarach (psychoterapia, coaching, treningi), świadomość i akceptacja własnych emocji są bardzo ważne. To emocje są moim wewnętrznym kompasem, który mówi mi dokąd zmierzam i co jest dla mnie ważne, a co powinienem odrzucić jako nieprzydatne. Wyobraźcie sobie, co zaczyna się dziać, kiedy ten kompas jest rozregulowany lub w ogóle nie mam do niego dostępu. Zaczynam działać na oślep, szamoczę się w bezradności, płynę w nieznanym kierunku, mogę poważnie uszkodzić inny okręt-człowieka lub nawet zatopić swój (siebie samego). Tę metaforę można zastosować do pojedynczych osób, ale też do grup i zespołów. Skoro ja odrzucam swoje emocje, to one muszą znaleźć gdzieś ujście. Mogę wybuchać długo skrywaną złością lub wręcz przeciwnie, tłamsić ją jeszcze bardziej i w związku z tym wycofywać się z relacji z innymi, a to i tak są najlżejsze konsekwencje unikania własnych emocji (jednak o poważniejszych stanach nie chcę tutaj pisać). Jeśli kultura danej grupy lub zespołu nie robi miejsca na emocje, to relacje w niej będą sztucznie miłe i napięte jak cięciwa. Nie będzie w niej prawdziwej wymiany na temat obecnej sytuacji i przyszłości, a to prowadzi do popełniania błędu, obierania błędnych kierunków lub w ogóle zatonięcia. Na moim polu zawodowym często widzę, jak ludzie pozbawiają się tego ważnego źródła informacji.

Dopiero wyposażeni w takie narzędzia, jak: świadomość i akceptacja swoich:

  • mocnych stron i punktów oparcia,
  • ograniczeń,
  • emocji oraz wsparcia w najbliższych,

możemy wyruszać w gąszcz otaczających nas zmian i przedzierać się przez dżunglę informacyjną, w jakiej żyjemy.

Człowiek jutra – a może to jutro już jest dzisiaj?
Na zakończenie chciałbym przytoczyć tutaj przemyślenia jednego z moich Mistrzów na temat tego, czym charakteryzuje się osoba dobrze przygotowana do życia w takiej rzeczywistości, jaka nas otacza. Jego sposób myślenia o relacjach z innymi, poglądy na porozumiewanie się między ludźmi są mi osobiście bardzo bliskie.

Carl Rogers był wybitnym amerykańskim psychoterapeutą, jednym z twórców tak zwanej psychoterapii humanistycznej. Działał również na rzecz organizacji, społeczeństw i  narodów, za co w 1987 roku został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Jednak jakkolwiek nazwać to, czym się zajmował – przede wszystkim wspierał niezliczoną ilość osób w osobistym rozwoju i wzrastaniu.

Rogers wymienił kilka cech osoby otwartej na zamianę i rozwój, oto niektóre z nich:

  • otwartość – na świat zewnętrzny i wewnętrzny. Są to osoby otwarte na nowe perspektywy, nowe idee i pojęcia;
  • autentyczność – dla Rogersa ta cecha mówi o tym, że takie osoby doceniają komunikację jako środek szczerego przekazu. Rezygnują z manipulowania i zwodzenia na rzecz budowania otwartych relacji, opartych właśnie na autentyczności;
  • pragnienie intymności – to takie osoby, które poszukują między innymi nowych form komunikacji we wspólnocie: komunikacji werbalnej i nie werbalnej, uczuciowej i intelektualnej. Umożliwiają innym porozumiewanie się na wiele różnych sposobów;
  • świadomość procesu – ta cecha mówi o tym, że osoba jest w pełni świadoma, że jedyne, co jest pewne w życiu to zmiana; jest świadoma tego, że zawsze jest w trakcie tego procesu. Otwiera się na to z zaangażowaniem i z radością go przyjmuje;
  • troska – osoba jest gotowa do wspierania innych w potrzebie. Taka pomoc jest łagodna i nienarzucająca;
  • antyinstytucjonalizm – jednostka nieufnie podchodzi do bardzo ustrukturalizowanych instytucji, które są sztywne oraz zdominowane przez biurokrację. Takie osoby są przekonane o tym, że instytucje powinny być dla ludzi, a nie odwrotnie.

Zdaję sobie sprawę, że nie posiadamy tych wszystkich cech naraz, ale uważam, że warto jest dążyć do rozwijania ich w sobie – właśnie po to, żeby z większą łatwością korzystać z tego, co przynosi nam codzienna rzeczywistość. Wydaje mi się, że obecnie podstawowym wyzwaniem jest to, jak wychodzić naprzeciw zachodzącym zmianom i motywowanie siebie nawzajem do brania odpowiedzialności za swój proces uczenia się. Jednak ludziom nie można narzucić tego, aby chcieli się uczyć. Ludzie potrzebują, aby stworzyć im warunki do uczenia się, a resztę zrobią sami przy wsparciu empatycznego i uważnego towarzysza.

Komentarze

Postanowienia (nie tylko) noworoczne

Początek roku zawsze skłania nas do refleksji. Zastanawiamy się, co w naszym życiu nie do końca wygląda tak jak powinno? Jak możemy to poprawić? Co możemy w sobie zmienić? Efektem tego bywają noworoczne postanowienia. Nad tym tematem chciałbym się zatrzymać.

Od dłuższego czasu zauważam w ludziach dwie skrajne postawy. Jedna grupa ludzi twierdzi, że Nowy Rok to dobry czas na przemyślenia i zrobienie postanowień. Jest to dla nich nowy początek, czas rozliczeń. Niestety, bardzo często kończy się tylko na postanowieniach. Wir codziennej pracy, obowiązki, lenistwo – to wszystko potrafi niweczyć wszelkie próby reformy własnego życia. Z kolei druga grupa ludzi twierdzi, że nie warto robić żadnych postanowień na Nowy Rok, będąc zdania, że lepiej na bieżąco starać się poprawiać w naszym życiu to, co tej poprawy wymaga. Tutaj kończy się to czasem tak, że z tych samych powodów – nadmiaru pracy, obowiązków czy z lenistwa – nie podejmujmy na samym początku odpowiedniej refleksji, która jest fundamentalna i potrzeba poświęcić na nią trochę czasu. Zanim się obejrzymy, mijają dni, tygodnie i miesiące. I wtedy przychodzi dopiero ten moment, kiedy uzmysławiamy sobie, że to nie tak miało wyglądać.

Zatem, jak powinno to wyglądać? Uważam, że te dwie skrajne postawy najlepiej jest połączyć. Najważniejszą rzeczą jest rzeczywista chęć zmiany w naszym życiu. Aby to osiągnąć, potrzebny jest czas i refleksja, które pozwolą nam powolutku się zastanowić, co jest w danej chwili problemem, co chcemy poprawić. Trzeba umieć też zaobserwować schematy, w które wchodzimy i którymi się kierujemy. Często to właśnie w nich leży problem i to je należy zreformować w pierwszej kolejności. I rzeczywiście – Nowy Rok jest dobrym momentem na tego rodzaju refleksję. To czas, kiedy w jakimś sensie zaczynamy od nowa. To punkt naszego ‘startu’. Ale co zrobić, by zaraz nie zrezygnować z przedsięwziętych postanowień? Warto skrupulatnie je weryfikować i powtarzać nasz ‘start’ w kółko, na bieżąco, tyle razy, ile to będzie potrzebne i z częstotliwością, jaką sami uznamy za stosowną. Dla jednych ‘start’ będzie zaczynał się każdego nowego dnia, dla innych na początku każdego tygodnia, a dla jeszcze innych na początku każdego miesiąca. Gdy pod koniec dnia, albo tygodnia czy miesiąca, zweryfikujemy nasze postanowienie i uznamy, że nie poszło nam najlepiej, to nie należy się zniechęcać. Warto się wtedy zastanowić, dlaczego się nie udało oraz co można poprawić i wówczas wrócić na nasz ‘start’.

Oczywiście, nie musimy czekać na Nowy Rok, by zastanowić się nad naszym życiem. Z pewnością, jest to bardzo dobra okazja na tego typu rozważania, ale rzecz jasna – nie jedyna. Od nas samych tylko zależy, czy będziemy chcieli znaleźć i poświęcić czas na swój własny rozwój i weryfikować skrupulatnie nasze osiągnięcia. Na pewno warto spróbować. Tyle razy, ile będzie potrzeba.

Komentarze

O prokrastynacji, perfekcjonizmie, oporze i potrzebach fizjologicznych

Kiedy dostałam informację o planach prowadzenia magazynu internetowego o tematyce psychologiczno-artystycznej, od razu wiedziałam, że będę chciała się zaangażować w ten projekt. W końcu skończyłam psychologię, zawsze dużo czytałam i miałam „lekkie pióro”.

Myślałam więc, że napisanie ciekawego artykułu nie stanowi dla mnie większego problemu. W końcu tyle jest tematów do poruszenia… Po głowie krążyły mi różne pomysły: może coś o filozofii minimalizmu? A może zdam relację z pracy w szpitalu psychiatrycznym? A może o postrzeganiu czasu? Nie potrafiłam się zdecydować. Czułam, że ten pierwszy artykuł musi być hitem! Nie mogę go napisać od niechcenia. Nie mogę zawieść siebie i Asi (redaktor naczelnej), która jest dla mnie dużym autorytetem, jeśli chodzi o kwestie sumienności oraz wykonywania powierzonych zadań na 100%. Wielokrotnie (uwaga: od miesiąca!) zasiadałam przed laptopem, by stworzyć swoje idealne dzieło, z którego będę dumna i wszyscy dookoła będą je czytać z zapartym tchem. Tak… Pisałam kilka zdań… wymazywałam, po to, by za moment napisać znów to samo. Zapisywałam, otwierałam nowy dokument i tworzyłam nowy tekst na zupełnie inny temat – z nadzieją, że może tutaj poniesie mnie wena. I? Chyba już wiecie. Do dzisiaj nie udało mi się dokończyć żadnego z nich! Kiedy dostaliśmy informację od naczelnej, że pierwszy numer ruszy niebawem, zapewniałam ją, że wszystko mam pod kontrolą i prześlę jej swój tekst do końca tygodnia, zgodnie z deadlinem. Skłamałam. Spanikowana, bo właśnie dziś upływa deadline, otworzyłam swoje półprodukty z nadzieją, że któryś z nich okaże się jednak warty kontynuacji i powstanie „coś sensownego”. Z każdym kolejnym stuknięciem w klawiaturę czułam coraz większy opór.

Może wybrałam nieodpowiedni temat? Ale jak to? Przecież to mnie interesuje! Więc w czym problem? Nagle mnie olśniło! Sama siebie ograniczyłam! Wyznaczyłam sobie ramy tematyczne, zarysowałam symboliczny krąg, który tylko trzeba wypełnić literkami, całkowicie ignorując własne uczucia! Te, które napływają w tej chwili… Chciałam, by artykuł zawierał konkretne, merytoryczne informacje, by stanowił wartość dla czytelnika, pomijając całkowicie własną swobodę, luz, radość tworzenia, radość pisania, radość ze słuchania stukania w klawiaturę, radość z wpatrywania się w białą stronę w Microsoft Wordzie, która z każdym momentem zapełnia się czarnymi znakami. Skoncentrowana na formie i treści, pełna obaw wobec reakcji czytelników na moje „wypociny”, zapomniałam, dlaczego tak naprawdę chcę to robić!

W codziennym życiu mam tak samo. Stawiam sobie cele, zapisuję je na kartce, codziennie przypominam sobie, dlaczego zależy mi, aby je osiągnąć. Stosując różne metody oraz narzędzia, poszukuję motywacji. Pytanie: po co? Jeżeli lubię coś robić, nie potrzebuję sposobów, by zacząć to robić. Po prostu to robię. Po co mam wyznaczać cele, które nawet nie są moje. Choć to banalne i oczywiste, dlaczego tak często to robię? Jaki jest kierunek rozwoju osobistego? Czy ma być to przyjmowanie „wysokich standardów” z otoczenia i usilne zmaganie się z samym sobą by je zrealizować? Czy może odkrycie prawdy o sobie i pokazanie jej światu? Te pytania brzmią tendencyjnie, są tendencyjne i mówiąc szczerze, a raczej pisząc szczerze, wiem, że gdzieś na końcu głowy mam tyle myśli, które pragną ujrzeć światło dzienne, ale czuję, że chce mi się spać. Więc dobranoc czytelniku (właściwie nie wiem, o jakiej porze dnia czytasz ten tekst, więc chyba „dobranoc” mówię samej sobie)!

P.S. Tytuł dodałam na koniec, bo do końca nie wiedziałam, co tam zmaluję. I chyba dlatego życie jest tak fascynujące – nigdy nie wiemy co przyniesie kolejna chwila, jeśli tylko pozostawimy wolną przestrzeń na niezaplanowane działanie.

Komentarze

Biblioteka rozwoju

Stwórz siebie!
Create Yourself to hasło przewodnie książki Success and Change znanego trenera, nauczyciela i psychologa Mateusza Grzesiaka. Autor zauważa w niej problem, że wielu ludzi nie rozwija w pełni swojego potencjału, ponieważ żyje według pomysłu, który miał na nich ktoś inny. Na szczęście zawsze jest dobry moment, aby obudzić się z letargu i zacząć tworzyć siebie na nowo. W tym celu musimy nabyć jedną podstawową umiejętność – umiejętność kontroli swojego umysłu. Dopiero wtedy, kiedy będziemy świadomi swoich nawyków, ograniczeń czy toksycznych relacji, możemy rozpocząć proces zmiany. Dzięki książce Mateusza Grzesiaka zaczniemy wpływać na nasz sposób myślenia, aby kreować wymarzone życie, w którym znikną wcześniejsze przeszkody. Nauczymy się jak wpływać na rzeczywistość i planować swoją drogę prowadzącą do upragnionego sukcesu.

Success and Change to książka, którą czyta się z zapartym tchem. Autor ma lekkie pióro i dużo cennej wiedzy popartej doświadczeniem. Mogę szczerze powiedzieć, że to jedna z lepszych książek na temat zmiany i samorealizacji, jaką czytałam. Naprawdę motywuje!

Success and Change Mateusz Grzesiak
Wydawnictwo HELION

Success and change

 

Najważniejsze życiowe pytanie
Coaching obecnie cieszy się coraz większym zainteresowaniem i stale się rozwija. Jarosław Gibas w swojej książce Życie. Następny poziom. Coaching transpersonalny przedstawia go jako podejście obejmujące zarówno aspekt fizyczny, psychiczny, jak i duchowy człowieka. Dzięki holistycznemu podejściu coach jest w stanie upewnić się czy klient rzeczywiście spełnia własne, a nie cudze marzenia. Tylko w takiej sytuacja zmiana w człowieku jest możliwa i trwała. Coach jest niczym przewodnik dla swojego klienta – stara się go naprowadzić na właściwą drogę. Jednak kierunek, jaki obierze klient, zależy już tylko od niego samego.

Książka Życie. Następny poziom. Coaching transpersonalny pokazuje, że bez integracji i spójności z własnymi potrzebami i marzeniami zmiana nie jest możliwa. Nie możemy kierować się tym, co zaplanowali dla nas inni. To nasze własne życie i musimy nauczyć się nim zarządzać. Dużą wartością książki jest holistyczne spojrzenie na naturę człowieka. Dopiero kiedy rozważymy każdy z trzech aspektów (fizyczny, psychiczny, duchowy), będziemy mogli odpowiedzieć na najważniejsze pytanie – kim chcemy być, czego pragniemy w życiu dokonać.

Życie. Następny poziom. Coaching transpersonalny Jarosław Gibas
Wydawnictwo HELION

COATRA

 

Bądź kreatywny
We współczesnym świecie kreatywność jest jedną z najbardziej pożądanych zdolności na rynku pracy. Bycie twórczym to niemała zaleta, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym. Co jednak zrobić, jeśli nie wiemy, jak ugryźć tę kreatywność, która jest dla nas czarną magią? Z pomocą spieszy nam David Cox ze swoją książką Kreatywne myślenie dla bystrzaków. Autor nie tylko wprowadza nas w teoretyczne meandry zagadnienia, ale przede wszystkim skupia się na jego stronie praktycznej. Podpowiada nam, jak możemy zacząć prowadzić bardziej kreatywne życie. Daje narzędzia i sposoby na rozbudzenie swojego twórczego potencjału, przedstawia pomocne techniki rozwiązywania problemów. Dzięki tej pozycji spuścimy swoją wyobraźnię ze smyczy i zaczniemy patrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy.

Kreatywne myślenie dla bystrzaków to pozycja dla ludzi dociekliwych i chcących się rozwijać. Jeśli kreatywność nie jest naszą mocną stroną, książka Davida Coxa z pewnością powinna znaleźć się na naszej zakupowej liście.

Kreatywne myślenie dla bystrzaków David Cox
Wydawnictwo HELION

GITBY3_okladka

Komentarze

Słowa malowane na porcelanie

Istnieją marzenia i pasje, których właściciel nie odłożył na zakurzoną półkę i nie spakował do tekturowego kartonu z napisem: na później. Istnieją ambicje i namiętności, których posiadacz nie puścił wolno, by snuły się po świecie jako bezimienne ani nie zostawił na poboczu asfaltowej jezdni, by umierały gdzieś na obrzeżach miasta… zupełnie zapomniane. Istnieją cele, sny i zamiłowania, o które ktoś zadbał. Podarował im swój czas, nadał wartość i kierunek, stworzył sylwetkę. Osobiście zaprojektował, namalował, wykroił według zaleceń serca i gustu. Regularnie dokarmiał uwagą i zaangażowaniem. Całość pewnym ruchem przewiązał odwagą i wiarą w sukces. Tak powstały małe dzieła sztuki, które dzisiaj współtworzą porywający świat Magic.Mug. Tak powstała tętniąca pasją przestrzeń kreowana przez właścicielkę marki i moją rozmówczynię – Julię Gruszecką. Zapraszam do lektury, dzięki której poznasz bliżej tę utalentowaną dziewczynę. Niech szlaki, które przetarła staną się inspiracją dla rozwoju nawet najbardziej nieśmiałych marzeń… Bo warto.

magic.mug 1

fot. Julia Gruszecka

 

Ania Jędrych: Julka, zacznijmy od kwestii najważniejszej. Czym jest dla Ciebie Magic.Mug?
Julia Gruszecka: Przede wszystkim pasją, która przerodziła się we własną firmę. To nieustanna zajawka, nowe pomysły, które na bieżąco realizuję. Coś, w czym się spełniam i jestem odpowiedzialna za każdy detal. W tym momencie Magic.Mug to  jedna z ważniejszych rzeczy, które posiadam.

 AJ: Magic.Mug to dla innych …
JG: Pomysł na niepowtarzalny prezent – każdy ma możliwość bycia jego współtwórcą. To nie tylko kubki, ale wszelkie porcelanowe naczynia, na których wymalowane są zabawne hasła, ważne teksty przywołujące wspomnienia, ukochane zwierzątka czy śmieszne grafiki, które mają symboliczne znaczenie.

 AJ: Kiedy zaczęła się Twoja „przygoda” z Magic.Mug? Pamiętasz swój pierwszy kubek?
JG: Pierwsze kubki powstały cztery lata temu i zostały stworzone z myślą o najbliższych. Jednym z nich był ogromny kubek w aniołki dla dziadka, który jest fanem picia herbaty w dużych filiżankach. Prezent okazał się strzałem w dziesiątkę i zachwycił wszystkich. Kolejne z ważnymi hasłami stworzyłam dla przyjaciół. Minęły prawie dwa lata zanim postanowiłam założyć fanpage na Facebooku i zająć się tym zupełnie na serio.

 AJ: Skąd w ogóle pomysł na malowanie porcelany?
JG: Swojego czasu poszukiwałam prezentu, który byłby bardzo osobisty a zarazem nowoczesny, o prostej formie. Ponieważ nic takiego nie znalazłam, zabrałam się do malowania i tak powstał mój pierwszy kubek.

 AJ: Długo zastanawiałaś się nad tym, jak nazwać swoje „porcelanowe dziecko”?
JG: Pomysł na nazwę marki zrodził się spontanicznie. Zaproszenie na lokalne targi spowodowało, że musiałam nadać jakąś nazwę swoim produktom i tym samym zrobić im pierwsze mało profesjonalne zdjęcia.

magic.mug 2

fot. Julia Gruszecka

AJ: Samodzielnie projektujesz wszystkie grafiki, które malujesz na kubkach?
JG: Zgadza się. Grafiki, które tworzę, powstają pod wpływem rozmaitych inspiracji, ale realizuję również pomysły moich klientów.

 AJ: Skąd więc najczęściej czerpiesz inspiracje?
JG: Inspiracje znajduję właściwie na każdym kroku. Uwielbiam designerskie blogi, Tumblr, Instagram czy magazyny modowe. Jestem knajpowym szperaczem – wynajduję nowe miejscówki, klimatyczne kawiarenki, ciekawe punkty na mapie Lublina, Warszawy czy innych miast, które czasem odwiedzam. Kocham podróże! Przynoszą całe mnóstwo nowych pomysłów – szczególnie Azja J

 AJ: Każdy magic.mug malujesz ręcznie. Ile czasu zajmuje Ci przygotowanie jednego porcelanowego kubka?
JG: Bywa bardzo różnie. Zależy to głównie od rodzaju zamówienia, hasła i nastroju. Z dnia na dzień dochodzę do coraz większej wprawy.

AJ: Lubisz to, co robisz?
JG: Oczywiście! Uwielbiam to, co robię i naprawdę każdemu tego życzę.

 AJ: Julia, śmiało można dziś powiedzieć, że stworzyłaś własną markę. Wiele musiałaś poświęcić, aby znaleźć się w tym miejscu, w którym aktualnie jesteś? Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?
JG: Nie nazwałabym tego poświęceniem. Magic.Mug jest swego rodzaju przygodą. Postanowiłam spróbować robić coś, co przynosi mi ogromną frajdę i nie musiałam z niczego rezygnować. Aktualnie jestem na etapie tworzenia sklepu internetowego, jego oferty – dopracowuję i ulepszam wszelkie szczegóły. Co na dzień dzisiejszy uznaję za największe osiągnięcie? Sam fakt tego, że mogę nazwać niewinny projekt moją firmą. Oczywiście dumna jestem też z wszelkich wyróżnień oraz możliwości ukazania tego, co robię w prasie. Wzmianka na mój temat pojawiła się w Glamour, KMAGu, Hot Modzie. Byłam też gościem audycji radiowej. Oprócz tego wiele satysfakcji sprawiło mi zaproszenie do wzięcia udziału w roli eksperta w dyskusji  dotyczącej samoprojektowania organizowanej przez Marketing Modowy oraz markę Demish.

AJ: Masz jeszcze jakieś pasje poza Magic.Mug?
JG: Tak, jak już wspominałam – fascynują mnie podróże, uwielbiam poznawać nowe miejsca i gromadzić zdjęcia z każdego wyjazdu. Tworzę mapy myśli, interesuje się technikami szybkiego zapamiętywania i uczenia się. Ostatnio zaczęłam też próbować swoich sił z grafiką.

 AJ: Niedawno skończyłaś studia psychologiczne. Wiążesz w jakiś sposób swoją przyszłość zawodową z psychologią?
JG: Jasne, psychologia jest świetnym kierunkiem, który dużo wniósł do mojego życia i bardzo mi pomaga w prowadzeniu firmy. Na pewno wrócę do niej jeszcze, planuję studia podyplomowe. Do tej pory myślałam o coachingu, wszystko przede mną. Teraz mam swój moment, który chcę wykorzystać. Biorę udział we wszelkich szkoleniach, warsztatach, by pogłębiać swoją wiedzę i poznawać nowych ciekawych ludzi.

 AJ: Podpowiedz nam i naszym czytelnikom: gdzie aktualnie można kupić bądź zamówić wymalowany przez Ciebie kubek?
JG: Magic.mugi można zamówić na Facebooku lub za pośrednictwem maila yourownmug@gmail.com. Niedługo rusza sklep internetowy. Poza tym, stacjonarnie w Warszawie kubki można dostać w kawiarni LaVanille, limitowaną serię w butiku Horn and More. W Lublinie zapraszam do sklepu Loue.

magic.mug 3

fot. Julia Gruszecka

AJ: Jakie przesłanie wymalowałabyś na kubku osoby, która podobnie jak Ty, ma wielką pasję/ marzenie i chciałaby je urzeczywistnić?
JG: Rób to, co kochasz.

AJ: Julka, bardzo dziękuję, że zechciałaś podzielić się z nami swoją piękną pasją. Powodzenia w spełnianiu kolejnych marzeń. PRZESTRZEŃ kibicuje!
JG: Również dziękuję!

Do tego, co opowiedziała Julia Gruszecka, nie sposób dodać większej ilości wartościowych słów. Rozmowa z ludźmi takimi, jak Ona, jest przygodą, niecodziennym doświadczeniem, które ciekawi, przyciąga i samo w sobie staje się inspiracją – do życia, poznawania, tworzenia, do sięgania dalej, wyżej i ciągle po więcej. Rozbudza wszystkie zapomniane pasje, które jeszcze tlą się w człowieku. I rozpala te, które nadal dojrzewają w zaciszu naszych zamiarów i oczekiwań, w cieniu wielu obaw i lęków. Niech z odwagą ukazują się światu. Zasługują na to. Ty na to zasługujesz. Praca, która jest pasją, nie wymaga poświęceń. Wymaga mobilizacji, wiary i odwagi, by ją realizować, wciąż rozwijać i pielęgnować. Pasja potrzebuje Ciebie, by się ziścić. Ty zaś potrzebujesz marzeń i pasji, aby czerpać radość z życia. I nigdy nie jest na to za późno.

Julię Gruszecką i jej Magic.Mug możecie znaleźć na:
Facebooku
Instagramie
Tumblr

Tym wywiadem, drogi czytelniku, i ja otwieram pewien nowy rozdział w swoim życiu, spełniam wielkie marzenie, urzeczywistniam pasję. Ty stajesz się jej częścią. Dziękuję

Komentarze

Mistrz sztuki, która nie daje się złapać

Kochał wszystkich, ale nikt nie kochał jego. To uczucie pojawiło się dopiero kilkadziesiąt lat po jego śmierci, kiedy wypełnione po brzegi widownie największych oper zaczęły oklaskiwać nie tancerzy odtwarzających Święto Wiosny, ale jego – który chciał powiedzieć ludziom, że jest Bogiem.  

waclaw_nizynski

graf. Urszula Zabłocka

Nie pozostawił po sobie potężnych płócien osiągających na aukcjach próg kilkunastu milionów dolarów, maszynopisów przedrukowywanych w tysiącach egzemplarzy czy partytur wykonywanych przez największe światowe orkiestry. Gdyby jednak zachowały się jego baletki, traktowane byłyby jak bezcenna narodowa relikwia.  Miał tego pecha, że okazał się mistrzem ulotnej dziedziny sztuki – nie mógł oczarować sobą kolejnych pokoleń.  A może raczej miał to szczęście, że stał się nieśmiertelną legendą, której służy czas i której wirtuozeria nie zostanie przez nikogo zakwestionowana. Złote dziecko, perfekcjonista, doskonałość, do której nikt się nie zbliżył – podziwiana, oklaskiwana, ale niezrozumiana. Pisał o sobie, że jest cudakiem, klaunem którego zadaniem jest dostarczać rozrywki, robić to, za co zapłaciła światowa śmietanka – rozśmieszać, bawić, nie wychodzić poza schematy.  Chciał tańczyć „dlatego, że czuje, a nie dla tego, że na niego czekają”. Uciekając ze świata, w którym tak źle był rozumiany, trafił do miejsca, gdzie nikt nie uważał go już za Boga, lwa salonowego, celebrytę. Stał się kolejnym, smętnym, anonimowym, ubranym w flanelową piżamę pacjentem szpitala psychiatrycznego i takim pozostał przez trzydzieści lat, aż do śmierci. Panie i Panowie, przez Państwem Wacław Niżyński.

Nie słuchaj melodii, śledź rytm
Dziś okrzyknięty byłby mistrzem performance i prekursorem nowej fali, ale ówczesna mu epoka uznała go za wirtuoza, któremu co prawda nikt nie odmówi perfekcyjnych umiejętności i doskonałej techniki, ale który nie ma pojęcia o sztuce baletu. Kiedy wiernie, bez żadnej dyskusji i cienia refleksji odtwarzał wizje choreografa, oklaskiwano jego geniusz. Kiedy jednak rozpoczął swoją krucjatę bezmyślnego i machinalnego powtarzania tanecznych schematów – brawa ucichły, a jego los powierzono psychiatrom. To, że został odrzucony przez współczesną mu publikę i zrozumiany dopiero po śmierci nie uwiarygodnia jego geniuszu, sugeruje raczej, że pojawił się na scenie kilkanaście lat za wcześnie, kiedy szczelnie zamknięty świat sztuki nie był w stanie tolerować łamiących konwenanse wizji szalonego indywiduum.

Coco Chanel, która w 1913 roku, podczas premiery „Święta Wiosny” zasiadała na widowni paryskiej opery, opowiadała, że zszokowana była nie tyle samą sztuką, ile tym, co działo się później. Choreografia Niżyńskiego podzieliła francuską elitę do tego stopnia, że miało dojść do rękoczynów. Co takiego zrobił dwudziestoczteroletni Wacław, że dystyngowani biznesmani, ludzie polityki, wykształceni amatorzy teatru, nie zwracając uwagi na swoje drogie fraki, skakali sobie do gardeł? Swoją pracą złamał wszystkie żelazne zasady baletu. Zamiast melodyjnych dźwięków Debussy’ego, orkiestra odtwarzała takty libretto Strawińskiego, w którym rytm wysuwał się na pierwszy plan, przyćmiewając melodię (a niekiedy całkowicie ją ignorując). Stroje niczym nie przypominały obcisłych trykotów podkreślających anorektyczną sylwetkę tancerzy – klasyczny krój zastąpiły luźne łachmany, które w zespół z przerysowanym makijażem zamieniającym twarze w maski przeobraziły baletmistrzów w szmaciane kukiełki. Największe oburzenie wywołała jednak sama choreografia. Niżyński chciał gestami opowiedzieć historię prasłowiańskiego obyczaju, pogańskiego Święta Wiosny, rytuału, który kończy śmierć młodej dziewczyny, dlatego ruchy tancerzy miały być tak samo pierwotne, jak charakter obrządku. Żadnych perfekcyjnych allongre, arrondi, battu. Stopy baletmistrzów skierowane były do wewnątrz, dokładnie na przekór tradycyjnemu ułożeniu, ciała powyginane w nienaturalnych pozach, deformujących wręcz sylwetkę. Na dokładkę każdy tancerz został solistą – wszyscy wykonywali chaotyczne podskoki (które ponoć trenowali do upadłego) i sprawiali wrażenie, że tańczą każdy sobie, nie bazując na jakimkolwiek schemacie. Wulgarna tematyka, ciężka, przytłaczająca muzyka, gwałtowne i ostre ruchy, kostiumy jak z przedszkolnej inscenizacji rzucone w ramiona publiczności wiernej swoim klasycznym gustom zostały w zasadzie jednomyślnie skrytykowane i odrzucone – poza kilkoma głosami aprobaty, praca Niżyńskiego nie doczekała się wówczas określeń innych jak absurdalna, ordynarna, skandaliczna. Co popchnęło młodego, introwertycznego tancerza do rozpoczęcia rewolucji w sztuce i określenia na nowo granic estetyki? Geniusz, wizjonerstwo czy próżność podszyta głupotą?

Nie sposób zrozumieć złożonej osobowości Niżyńskiego (a co za tym idzie – jego sztuki) bez lektury – trudnej i żmudnej – jego dzienników. Pisane nieprzerwanie przez sześć tygodni po ostatnim publicznym występie, poprzedzają jego wyjazd do Szwajcarii, który miał być cudowną terapią coraz mocniej zatracającego się w chorobie psychicznej tancerza. W rzeczywistości podróż okazała się początkiem trzydziestoletniej tułaczki po szpitalach psychiatrycznych. Czy to wpływ schizofrenii, paranoicznego pragnienia doskonałości, niekończącej się zabawy z granicami tożsamości (a może wszystko na raz) – trudno rozstrzygać z tak odległej perspektywy. Ta niejasność sprawia jednak, że obraz Niżyńskiego staje się jeszcze bardziej intrygujący. 

Bóg tańca, wariat, rewolucjonista, ignorant
Sztuka nieczęsto miała do czynienia z kimś tak wybitnym, ale i tak niejednoznacznym. Urodzony na terytorium Cesarstwa Rosyjskiego, mówiący po rosyjsku, uważał się za Polaka. Po odejściu ojca Niżyńskiego – Tomasza, warszawskiego baletmistrza – matka Wacława, Eleonora (również polska tancerka) zdecydowała się na przeprowadzkę z Kijowa do Petersburga. Pozornie nieistotna zmiana miała kolosalny wpływ na dzieje baletu – to w petersburskiej szkole jedenastoletni Niżyński rozpoczął naukę tańca. Zadebiutował siedem lat później, na deskach Teatru Maryjskiego – chudziutki osiemnastolatek o niesłychanej technice, partnerujący osławionej Matyldzie Krzesińskiej. To musiało zachwycać. Czy ośmielony aprobatą z jaką przyjmowano jego taniec czy znudzony obowiązującymi standardami, kilka lat później, podczas występu w Petersburgu, Niżyński pokazał się publiczności w mocno opinającym ciało trykocie i króciutkiej kurtce – taki gest skutkował zwolnieniem z teatru, ale okazał się niespodziewanie początkiem najowocniejszej i najtrudniejszej relacji w jaką miał się zaangażować.  

Jest człowiekiem złym i lubi chłopców
Sergiusz Diagilew zapraszając Niżyńskiego do swojego zespołu baletowego doskonale zdawał sobie sprawę, jak dobrego dobija targu. Zyskiwał nie tylko doskonałego tancerza, ale i wrażliwego, pochłoniętego pracą i całkowicie oddanego dążeniu do perfekcji człowieka. Sam Niżyński zyskał nie tylko nowego pracodawcę – Diagilew okazał się jego najważniejszym mentorem, partnerem, sponsorem i kochankiem. Rosyjski impresario baletowy potraktował Niżyńskiego jako swój najważniejszy projekt  i dokumentnie zaangażował się proces stwarzania jego legendy. Warsztatowo nie miał mu zbyt wiele do zaoferowania – nastoletni Wacław przewyższał go umiejętnościami, technika wymagała nieznacznego doszlifowania. Diagilew zamienił zatem scenę na wąskie biblioteczne alejki i głuche muzealne korytarze, uparcie kontynuując plan wielopoziomowego rozwoju Niżyńskiego. Chciał mieć (w swojej grupie baletowej, podczas obiadów ze śmietanką towarzyską, w swoim łóżku) nie tylko genialnego tancerza, ale i obytego intelektualistę zachwycającego  intrygującymi uwagami. Wykazał się takim samym talentem tworzenia, co destrukcji. Inspirował Niżyńskiego (jak choćby podróżą do Grecji, gdzie widok antycznych malowideł był impulsem do stworzenia chorografii „Popołudnia Fauna”), wprowadził w świat wpływowych osobistości (a później uczynił jego częścią), forsował jego nowatorskie – wtedy uważane za dziwne i absurdalne –  wizje baletu. Nie można mu odmówić znaczącego wpływu jaki miał na twórczość Niżyńskiego. Jednak podczas gdy w teatrze był zapatrzonym w swoje odkrycie otwartym artystą, poza nim stawał się wymagającym bezwarunkowego posłuszeństwa, histerycznie zazdrosnym malutkim człowieczkiem. Otwierał nowe drzwi, ale katował swoją paranoją. Pobudzał do przełamywania form, ale tłumił indywidualizm wykraczający poza ściany teatru. Wierny partner i bezwzględny tyran. Tak samo zachwycający, jak odrzucający. Z nikim innym Niżyńskiego nie łączyła tak silna więź – nikt inny nie rozwijał go w takim samym stopniu, jak niszczył.

Mając trzydzieści lat, Bóg tańca był perfekcjonistą ogarniętym manią doskonałości, przekraczającym granice samego siebie. Pracoholikiem podporządkowującym wszystko tańcu – od planu dnia, po składniki diety. Przekonanym o swoim geniuszu artystą i skrajnie introwertycznym, niedojrzałym chłopcem. Mężem kobiety, którą tak samo mocno kochał, jak nie mógł znieść jej obecności. Kochankiem porywczego i paranoicznie zazdrosnego, ale wpływowego mężczyzny. Tancerzem, na cześć którego piano peany i siejącym przerażenie, chaotycznym schizofrenikiem. Takich skoków – od doskonałości do chaosu, od piedestału do podstaw, od pewności do zagubienia – nie zniósłby nikt wrażliwszy niż drewniany kołek.

Sto lat temu jego wizje wywołały największe w historii teatru tańca skandale. Dziś widziane są jako początki sztuki nowoczesnej, pomost między klasyką a nową estetyką. Niżyński kochał wszystkich, ale nikt nie kochał jego. To uczucie pojawiło się dopiero kilkadziesiąt lat po jego śmierci, kiedy wypełnione po brzegi widownie największych oper zaczęły oklaskiwać nie tancerzy odtwarzających Święto Wiosny, ale jego – który chciał powiedzieć ludziom, że jest Bogiem.

Komentarze

Zręczne samounicestwienie (Urszula Zabłocka)

ulawierszularece1

ularece

ularece2

Artysta: Urszula Zabłocka

Komentarze

Kill Yr Idols

Kiedyś Frank Zappa powiedział, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze. I pewnie miał dużo racji. Im dłużej próbowałem pisać o muzyce, tym dłużej dochodziło do mnie, że kiedy już wypełni się grzecznie rubryki pod tytułem „podobne do…”, „wyprodukowane jak…”, „teksty o…”, „kojarzy mi się z…”, zostaje niewiele do powiedzenia. Z drugiej strony, jest na świecie zatrzęsienie kompletnie pięknych świrów, którzy po spędzeniu z Tobą jednego popołudnia z laptopem, potrafią uświadomić Ci, że właściwie nic nie wiesz, bo np. francuskie screamo okazuje się studnią bez dna, a Ty znasz tylko Amandę Woodward. Do „Przestrzeni” będę pisał o tym, co nowego widziałem na żywo i co ciekawego wydano ostatnio. Do dzielenia się swoimi typami będę też zapraszał inne osoby w różny sposób związane z muzyką niezależną.

Płyty 

Nowa Ziemia – Sceneria
Jeśli znamy twórczość Bartosza Borowskiego zanim zadebiutował 1926, albo z (świetnych, moim zdaniem niedocenionych) płyt z Michałem Miegoniem, nowy nabytek jego wytwórni „Music Is The Weapon” nie powinien dziwić. W „czarnej wardze” na bazie walcowatego, przesterowanego quasi-bluesowego motywu narasta historia post-rockowa – z minuty na minutę coraz bardziej niepokojąca, atakująca dysonansami. Jest to najbardziej wyrazisty fragment płyty. Co nie znaczy, że najlepszy, bo „Scenerię” łyka się jednym haustem ze względu na niepokojący klimat. Do takich płyt oprawa wizualna powstaje sama. Dla mnie to będą jakieś zamglone peryferia miast, kiedy po zabawie, na której nie zdarzyło się zupełnie nic, wracasz zrezygnowany do chaty. Słyszałeś złe rzeczy o tej dzielnicy, ale jakoś dochodzisz do tramwaju bez uszczerbku na zdrowiu. Jeśli lubicie gitarzystów grających smyczkami na niżej strojonych gitarach niż te w Sigur Ros, trzaski, sprzęgi i przestery, to warto spróbować.

SHAME. – S/T
Sailor’s Grave, Right?, The Lowest, Death Row – jeśli widziałeś parę plakatów warszawskich gigów około hardkorowych z ostatnich lat bardzo możliwe, że widziałeś kilka tych nazw. Nazw, z którymi są związani założyciele SHAME. W stosunku do poprzednich dokonań akcent położony jest bardzo mocno na najlepszą tradycję modern/melodic hardcore. Ze staroci Verse, ze względnych świeżynek La Dispute. Można by psioczyć, że takich epek pewnie było i pewnie będzie na pęczki. Problem tkwi w tym, że trudno oceniać taką muzykę „na chłodno”. Szczególnie, kiedy ma się w składzie tak dobrego wokalistę, niosącego ten zbiór numerów zarówno pod względem emocjonalnym (od klasycznie hardcore’owego skandowania w „Lost Generation” po rozedrganą melodeklamację w „Mending Wall”), jak i tematycznym (bardzo fajne, ukierunkowane na konkretną tematykę liryki). Obok dokonań Beavera, Marksmana i Lie after lie kolejny dowód na to, że dobrze się dzieje w polskim emocjonalnym graniu.

Koncerty 

10.01 – PR8L3M w Hydrozagadce
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo czekałem na jakiś koncert. Bilety w samarkach zostały wyprzedane kilka dni przed koncertem. Ci, którzy się zagapili mogli liczyć na szczęście i cenę kilkakrotnie przebijającą tę wyjściową. Taki tłum w Hydrozagadce widziałem chyba tylko na koncercie The Brian Jonestown Massacre i to tłum na maksa zróżnicowany, od typków, którzy na gigach Firmy mogliby liczyć na bęcki po kibiców Legii intonujących „mam tak samo, jak ty…”. To chyba jedna z niewielu sytuacji, kiedy mógłbym się z nimi zgodzić, bo „Art Brut” PR8L3M-u to zdecydowanie najlepszy nielegal od dawna. Nie sądzę, że nazwanie go już dziś klasycznym byłoby dużą przesadą. Chóralnie odśpiewywane refreny i atmosfera święta, której nie popsuła nawet awaria nagłośnienia przy ostatnim numerze. Niepodrabialny flow i storytelling Oskara oraz beaty, na których DJ Steeze odkurza zapomniane gwiazdy polskiej piosenki lat 70-tych i 80-tych, to dawka świeżości, której brakowało na polskiej scenie hip-hop od bardzo dawna. Dobrze wiedzieć, że na żywo nic się w tej materii nie zmienia. 

19.01 – Cirocki / Żurowski / Olter w Eufemii
Osoby, które w miarę na bieżąco obserwują warszawską scenę improwizowaną, prawdopodobnie kojarzą te nazwiska. Dla niezorientowanych – krótka ściąga. Miłosz Cirocki – wokalista i gitarzysta Złotej Jesieni, wokalista Trzebiatowa, gitarzysta, improwizator znany z niezliczonych ilości kolaboracji nienazwanych i kilku nazwanych – między innnymi The Lounge Ryszards i Retards Trio. Aleksander Żurowski i Teo Olter razem tworzą Nietakt, a osobno udzielali i udzielają się w niezliczonej ilości współprac bez nazwy i takich składach, jak Pokusa i Trio DeJaneiro. Kompletnie luźnym skojarzeniem odnośnie tego, co działo się tego wieczoru w Eufemii była ścieżka dźwiękowa do filmu Piotra Szulkina „Wojna Światów – Następne stulecie” z 1981 roku. Produkował się tam zespół The Instant Glue, czyli kosmiczne alter-ego tytanów polskiego prog-rocka z SBB. Takie skojarzenia wzbudzają moog’owskie brzmienia, w których gustuje Aleksander Żurowski razem z Teo Olterem nadający główne motywy i rytmiczne struktury. Struktury, które przecina swoimi chaotycznymi noise’owymi partiami gitarowymi Miłosz Cirocki. Bardzo dobry, zwarty koncert i mam nadzieję – początek dłuższej współpracy.

Komentarze

O Oskarach

Symbol Oscara na okładce filmu, z dodaną małym drukiem informacją o nominacji, bądź większym – o wygranej, jest nie tylko nagrodą, ale i świetną kampanią marketingową, czy też wskazówką dla szukających „dobrego filmu na wieczór”. Analogicznie i ja z trzech powodów – chęci oceny, skuszona nominacją, ale i szukając czegoś, co może być interesujące, zmierzyłam się z filmami nominowanymi do zaszczytnej nagrody. Umniejszamy znaczenie Oscara, przynajmniej tego przyznawanego dziś. W natłoku komentarzy, trudno jednak oddzielić rzetelną krytykę od tęsknoty za tym, co było kiedyś. W końcu lody z dzieciństwa wydają się być słodsze, niż te, które można dzisiaj kupić w podobnej budce na Starówce. Można więc rozprawiać o słuszności nagrody czy nominacji, co nie zmieni jednak faktu, że zwycięstwo w pewien sposób wynosi film na piedestał.

oskary

graf. Urszula Zabłocka

Wśród tegorocznych nominacji, doceniony został jedenastoletni wysiłek aktorów i twórców „Boyhood-u”. Poznajemy świat Masona, na początku 5-letniego, na końcu 18-letniego chłopca. Do tego świata należy jego matka (i jej zmieniający się partnerzy), rodzeństwo (siostra i to przybrane, po drugim ślubie matki) oraz cała masa wydarzeń, jakie ma większość ludzi w tym okresie życia. „Boyhood” nie jest klasycznym filmem ze zwrotami akcji, problemem, który rozwiąże się przed napisami końcowymi. „Boyhood” do niczego nie zmierza, co choć brzmi ostro, nie umniejsza filmowi wartości. Bohater dorasta z każdą minutą, na naszych oczach aktorzy są coraz starsi – słodkie dzieci przestają być słodkie, tyją i chudną, zmieniają przyzwyczajenia, podobnie jak ich rodzice. Kinomani przyzwyczajeni do tradycyjnych filmów mogą być zawiedzeni. Kiedy zaczynamy interesować się jakimś fragmentem życia bohaterów, ten umyka nierozwiązany. Reżyser boleśnie nie pokazuje nam skutków trudnych wydarzeń (np. przemoc w rodzinie), stawia nas w roli podglądacza, jednocześnie przyspieszając akcję o kolejny rok, zaraz po scenach, które nas zainteresowały. Oczywiście skutków możemy się dopatrywać w ewentualnych zachowaniach i decyzjach bohaterów. Czy jest to oryginalne? Na pewno. Doceniając jedenaście lat pracy i trzy godziny filmu, trudno jednak nie czuć niedosytu… akcji. Ale może właśnie takie, zwyczajne i nudne jest nasze życie?

Na pewno zastanawiające są psychologiczne skutki, czy też konsekwencje jedenastoletniego zaangażowania w tworzenie filmu. Choć zdjęcia trwały tylko 39 dni, trudno wątpić, że aktorzy nie czuli zobowiązania przez jedenaście lat. Córka reżysera, która wcieliła się w rolę siostry Masona, chciała zresztą, aby jej postać została uśmiercona. Postać jednak do końca miała się dobrze. A jak czuła się sama aktorka?

Upływający czas jest także motywem przewodnim „Teorii wszystkiego”, czyli kolejnej oskarowej nominacji. Historia wybitnego fizyka, Stephena Hawkinga, rozpoczyna się od jego uniwersyteckich sukcesów i zauroczenia przyszłą żoną. Pierwszy zwrot akcji to wyrok – choroba, która w ciągu dwóch lat ma zakończyć się śmiercią. Aktorzy są postarzani w tradycyjny sposób, systematycznie postępuje także choroba głównego bohatera (który oczywiście żyje do dziś) i miłość do żony. Nie jest to jednak film o słynnej „krótkiej historii czasu”, ale jest on długą historią czasu miłości Hawkinga i Judy. Jest historią czasu choroby, poświęcenia, przełamywania barier. I nie jest to także przełamywanie barier, które znamy z tkliwych dzieł o chorych, czy w jakikolwiek sposób społecznie zmarginalizowanych osobach. Stephen Hawking jawi nam się jako człowiek, który może chcieć rozwieść się z żoną, człowiek o niesamowitej inteligencji i dużej ironii, człowiek, który przyjmuje pomoc, zachowując dumę. Film jest wspaniałym studium psychologicznym relacji międzyludzkich, poświęcenia i dojrzałości. Duży plus za grę głównego bohatera i fakt, że reżyserowi udało się uciec od hollywoodzkiej wzniosłości.

And the Oscar goes to…  (Uwaga, spoiler!)

Mój problem z Birdmanem jest prosty i znany każdemu miłośnikowi kina. Nie mogę odmówić Birdmanowi wartości, a jednak nie przypadł mi on zupełnie do gustu. Ale od początku – mamy oto aktora, dawną, blaknącą gwiazdę, która chce udowodnić sobie, że może wrócić do czasów dawnej świetności. Ambicje są jednak dużo większe niż u szczytu sławy – pan Bird zamierza zostać aktorem teatralnym. Tło jest iście celebryckie – aktor jest samotny, nie radzi sobie z wychowaniem córki (skądinąd uzależnionej od narkotyków), nie stroni od alkoholu, snuje wizje o zwycięstwie i uparcie dyskutuje ze swoim dawnym „ja”. Kolejne minuty to kolejne próby – te teatralne, jak i próby mierzenia się z ambicją, słabościami, zdaniem innych i zwątpieniem. Całość zwieńczona spektakularnymi ujęciami, masą kolorów (zestawioną z szarymi korytarzami teatru), muzyką rodem z filmów o wszelakich –manach. Niepowodzenie prób teatralnych, jak i tych życiowych znajduje ujście w premierze spektaklu. W wyniku zamierzonej zamiany broni (ze sztucznej na prawdziwą), aktor znów staje się wizualnie Birdmanem, dzięki gipsowi nałożonemu na nos. Chybiony strzał ratuje bohatera przed śmiercią i skutkuje tym, o czym marzył – pochlebnymi recenzjami. Kicz, zepsucie i komercja zataczają koło – starzejący się aktor uciekający przed brzemieniem dawnej gwiazdy popkultury znów się nią staje. Próba samobójcza urasta do rangi poświęcenia, chęci zmaksymalizowania realizmu i wybitnej kreacji. Historia aktora staje się historią socjologiczną, ukazuje, jak bardzo społeczeństwo pragnie krwi. Nawet kosztem życia. Co więc mnie w tej historii drażni? Warstwa estetyczna, rola Michaela Keatona (chwalonego, ale nie wygranego!), a może po części także i prawda o każdym z nas.

Komentarze

Muzea sztuk brzydkich

Polska sztuka współczesna przez lata próbowała przebić się przez mur sceptycyzmu. Rodzimi artyści szerzej znani i doceniani byli za granicą, podczas gdy w Polsce ich prace traktowano zwykle jako nieśmieszny żart (w najlepszym przypadku jako prowokację dla samej prowokacji), cenzurowano, a później robiono wokół nich czarny PR. Nazwisko Kozyry (Katarzyny, nie Roberta) budzi w siedmiu na dziesięć przypadków skojarzenia negatywne, chociaż tylko jedna osoba potrafi wymienić jakikolwiek tytuł jej pracy. Mas media stworzyły z niej naczelną skandalistkę naszego swojskiego podwórka – przestała być inteligentną kobietą z pomysłem na swoją sztukę, a stała się operującą tandetą dziewczyną nie wiadomo skąd. Nie należy mieć złudzeń, że nad realnym sensem prac Kozyry zastanawia się znikomy odsetek populacji – nie wszyscy muszą być wyrafinowanymi znawcami obecnych wydarzeń artystycznych. Ale o ile  krytykę prac Kozyry czy Rajkowskiej rodzi zwykle niewiedza i bezrefleksyjne powielanie utartych opinii, o tyle historia Zbigniewa Libery jest nieco bardziej skomplikowana.

Na fali miażdżącej krytyki jego obóz koncentracyjny zbudowany z klocków LEGO wycofany został z prezentacji w polskim pawilonie na Biennale w Wenecji. Biorąc pod uwagę chłodne przyjęcie z jakim prace Libery spotykały się wśród przeciętnych Kowalskich, nie byłoby w tym nic szczególnie zadziwiającego. Psikus polegał na tym, że recenzentem nie był przeciętny Kowalski, ale elita intelektualna i artystyczna śmietanka. Jeżeli za plecami artysty, którego prace są cenzurowane, nie pojawia się gro wpływowych twórców, swoją wiedzą i autorytetem odbijających piłeczkę ignorancji, to czy dziwić powinien powszechny, lekceważący stosunek do sztuki współczesnej?

Dlaczego przed muzeami i galeriami sztuki współczesnej nie ustawiają się kolejki?
Tym, co odróżnia sztukę współczesną od obrazów da Vinci i rzeźb Michała Anioła, jest złożoność procesu ich postrzegania i interpretowania. Żeby uchwycić sens Śniadania na Trawie, wystarczy zmysł wzroku, czasami wzbogacony o lekturę genezy powstania i biografię autora. Bez względu na wiek, płeć, narodowość wszyscy zgodnie przyznajemy, że Ostatnia Wieczerza jest dziełem pięknym i wybitnym – nie trzeba legitymować się tytułem doktora historii sztuki żeby opowiedzieć o tym, co przedstawia (i świetnie trafić w interpretacyjny klucz). Materiał, jaki dostarczają artyści współcześni jest na tyle problematyczny, że wychodzi poza ramy standardowej percepcji. Tu oczy pełnią funkcję biernego odbiornika, bo dojście do sedna wymaga przede wszystkim wiedzy teoretycznej i kontekstualnej. Współczesne performance nie są tak ładne jak adaptacja Mistrza i Małgorzaty w Teatrze Wielkim, ale nie o ładność tutaj chodzi. Estetyka nie tylko nie jest już wartością obiektywną, ale w ogóle przestaje mieć znaczenie. Znaczenie ma teraz sens.

Muzeum sztuki brzydkiej
Nie będzie kształtnie, składnie i ładnie, ale wydarzenia, jakie w najbliższych miesiącach przygotowały polskie galerie i muzea sztuki współczesnej są tak zróżnicowane, że trudno nie wziąć udziału w choćby jednym z nich. Warszawska Zachęta od 7 marca gości kanibali – takich, którzy zjadają prace innych. Tak jak wojownicy Kuru po wygranej walce delektowali się sercem rywala w nadziei, że staną się podwójnie silni, tak gro artystów chętnie pałaszuje cudzą sztukę (bynajmniej nie mięsa) licząc, że staną się podwójnie znani i doceniani. Granica między inspiracją a przywłaszczeniem w zasadzie nie istnieje. Odkąd Duchamp rozpoczął erę ready-mades, nowego znaczenia nabrało kopiowanie, remiksowanie i powielanie. Jakkolwiek podobne do oryginału, Mona Lisa z domalowanymi wąsikami, pisuar podpisany jako fontanna, puszki zupy Campbella czy pudełka Brillo odtworzone w skali 1:1 to dziś klasyki. Ustawione w galeryjnych wnętrzach, opatrzone nazwiskiem autora i długą kuratorską notką, nabrały nowego znaczenia – z przedmiotów użytkowych awansowały na pozycję muzealnych eksponatów. Nadawanie obiektom znalezionym na chodniku czy w garażu nowych konotacji w związku z włączeniem ich do kanonu sztuki sprawia, że taki świadomy artystyczny transfer zyskuje walor działania prekursorskiego i jest wartościowy już sam w sobie. Nie można odmówić pionierskiego charakteru rzeźbom Jeff’a Koons’a, na pierwszy rzut oka przypominających balonikowe zwierzątka powiększonych rozmiarów. Wątpliwości co do oryginalności pracy pojawiają się wtedy, gdy artysta powiela schematy innego autora, niewiele wnosząc do ich kształtu, ale sygnując swoim nazwiskiem.  Wolność to twórcza czy już kradzież?

Smacznego
Ogromne plakaty w przejściu podziemnym między Marszałkowską a Alejami Jerozolimskimi wychodzą z propozycją spędzenia marcowego popołudnia z Natalią LL. I słusznie, bo Natalia to kobieta, którą warto poznać. O niezapomniany klimat spotkania zadbają przestronne wnętrza Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie,  utwory Wagnera i oczywiście sama Natalia. To aktywna od lat ’60 legenda polskiej sztuki konceptualnej, matka współczesnego ruchu feministycznego. Jej fotografie nie mają nic wspólnego z sielankowymi zdjęciami kaczuszek w stawie czy rosy na płatku koniczyny – biją erotyzmem, ocierając się o pornografię. Klarowne w przekazie, ale o nieoczywistym znaczeniu. „Sztuka konsumpcyjna” i „sztuka postkonsumpcyjna” to prace, które przypieczętowały pozycję Natalii LL jako jednej z najbardziej wpływowych światowych artystek. Założenie było proste – uwieczniać standardowe, podejmowane codziennie czynności. To też robią przedstawione na fotografiach kobiety – jedzą kisiel, żują banana, piją mleko. Z pozoru niewinne, stylizowane na grzeczne uczennice, z grzywką i blond włosami związanymi w kucyki, operują jednak ustami w taki sposób, że trudno nie interpretować ich działań w kategoriach prowokacji. Na pozór standardowe procedury, przedstawione w nietypowym kontekście nabierają zgoła odmiennego znaczenia – powszechny rytuał staje się erotyczną grą. Prace Natalii LL stanowią dla odbiorcy intelektualne wyzwanie. Żeby docenić ich wartość należy z jednej strony sięgać poza ramy standardowej percepcji, która ignorując symboliczne znaczenie każe widzieć parówkę czy szklankę kefiru w kategoriach banalnych przedmiotów codziennego użytku, z drugiej – powstrzymać się od pochopnych interpretacji ich dwuznacznego charakteru.  

Cierpliwość będzie nagrodzona
Sztuka współczesna wciąga odbiorcę w grę, której zasady nie są proste. Z jednej strony daje intelektualny wycisk, z drugiej – jest tolerancyjna i otwarta na propozycje. Cierpliwość szczodrze nagradza – przeżyciami, których doświadczenie nie byłoby możliwe w żadnych innych okolicznościach. Żeby po spotkaniu z nią móc powiedzieć, że okazało się w jakikolwiek sposób wartościowe (nikt nie chce spędzić dwóch godzin w Zachęcie tylko po to, żeby uznać je za marnotrawstwo czasu), nie trzeba wcześniej przebić się przez stertę publikacji dotyczących współczesnych kierunków artystycznych. Jakkolwiek rozwinięcie swojej wiedzy teoretycznej jest istotne dla dotarcia do sedna, o tyle kluczowa jest otwartość na nowe doświadczenia. Postawa z rodzaju „i tak nie będzie mi się podobać to, co zobaczę” nawet najbardziej wyedukowanego odbiorcę wzbogaci tylko o ból głowy. Dzieła prezentowane w centrach sztuki współczesnej nie są ewidentne i proste w odbiorze. Jednak to, co wydaje się rzucaniem kłód pod nogi i bezsensownym zacieraniem znaczenia, w rzeczywistości stanowi najcenniejszy walor. Niekiedy kosztem oczywistej estetyki i niezakłóconej niczym uczty dla oka, sztuka współczesna jest źródłem znacznie głębszych przeżyć – satysfakcji z odkrywania istoty tego, co niejednoznaczne.

Komentarze

Niech jazz zbawi świat

„Pierwszy raz zdarzyło mi się to w styczniu. Arktyczny mróz, minus dwadzieścia, śnieżyca, mrok, poniedziałek. Skrzętnie schowane małe podwórko w centrum Warszawy, zmrożona kałuża lodu przed wejściem, strome schody w dół. Schodzi się i nagle człowiek ląduje w innym świecie. Pierwsze uderza ciepło, potem dym papierosów, gwar ludzi. Kiedy już minie dziewicze wrażenie, umysł trochę trzeźwieje od nadmiaru wrażeń – nadchodzi najgorsze, bo najbardziej zgubne w tym miejscu. Do uszu biednego tułacza zaczyna napływać jazz. Nie jakiś tam jazz puszczony z płyty, ale jazz prawdziwy, grany ze sceny przez muzyków o niemałym talencie. Jazz nagi w swej okazałości, głośny, pełen pasji, sekundowych pauz, solówek. I nie jest to zapewne wydarzenie dla ludzi o lekkim guście i  ograniczonej wyobraźni, bo nienasycenie trzeba czymś dopełnić, dopowiedzieć zanim zwariuje się w oczekiwaniu na kolejny poniedziałek… kiedy znów będzie można się zachłysnąć.”

jazz

Te słowa napisałam na swoim blogu po tym, gdy pierwszy raz uczestniczyłam w poniedziałkowym Funk&Jazz Jam Session w klubie Barometr (dawniej Dobra Nocka) w Warszawie. Jest to wydarzenie cykliczne, które w czerwcu 2014 roku świętowało swoje trzecie urodziny. Schemat jest zazwyczaj ten sam – na początku rozgrywają Marcin Pendowski (bas), Michał Sołtan (gitara), Marcin Kajper (saksofon tenorowy) oraz Tomasz Waldowski (perkusja). Z czasem na scenę zapraszani są śmiałkowie, chętni spróbować swoich sił: instrumentaliści oraz wokaliści. Jest to impreza typu jam session, co oznacza, że wykonawcy improwizują na temat popularnych standardów jazzowych lub zaproponowanej tonacji. Muzycy urozmaicają swoje partie, przez co wynik końcowy nigdy nie jest z góry przesądzony. Proces twórczy dzieje się na naszych oczach, a powstająca muzyka jest nieprzewidywalna, ma własne życie i kształt. Widz nie jest tu biernym słuchaczem, ponieważ musi dać się wciągnąć, być uważnym, śledzić rozwój wydarzeń. Można także spróbować swoich sił na scenie i stać się częścią tego niezwykłego wydarzenia.

Podczas ostatniej wizyty na poniedziałkowym jazzie, zaintrygowana i zafascynowana postanowiłam poszukać odpowiedzi na pytanie, jak to wszystko się zaczęło. W czasie przerwy udało mi się złapać Marcina Pendowskiego i chwilę z nim porozmawiać. Spytałam o początki i o znaczenie, jakie ma dla nich to cykliczne wydarzenie. Marcin mówił, że ich drogi z chłopakami w pewnym momencie się zbiegły, poznali też Janusza Piątka (współpracował wtedy z klubem Time Cafe, potem Dobra Nocka, Barometr) i tak zrodził się pomysł, aby zapoczątkować jamy. Głównym ich celem jest propagowanie jazzu: „Jazz nie jest muzyką łatwą, jest dla osób wrażliwych i inteligentnych, myślę jednak, że jazz może zbawić świat i mocno w to wierzę. Póki nie zabraknie mi tchu będę robił wszystko, aby go rozpowszechnić” wyjaśniał Marcin. Opowiadał o tym, że jamy dają im możliwość wytworzenia intymnych relacji na scenie, są dzięki temu jak jedna wielka jazzowa rodzina, która wspiera się we wspólnym celu. Poza Funk&Jazz Jam Session mają na co dzień inne projekty (Marcin Pendowski współpracuje m.in. z Moniką Borzym, Fish Emade i The Positive, Tomasz Waldowski m.in. z zespołem LemOn, Marcin Kajper z kompozytorem i wokalistą Rayem Wilsonem, Michał Sołtan jest liderem Imagination Quartet), ale jamy są dla nich okazją wypróbowania własnych utworów i zobaczenia jaki jest ich odbioru wśród publiczności. Zazwyczaj muzycy improwizują na zadany temat, a powstający utwór często grają po raz pierwszy. Spytałam jak to możliwe, że tworzą coś tak niezwykłego i spójnego, że to w ogóle ma rację bytu: „Trochę już się znamy – siebie nawzajem oraz własne style. Mamy też pewną wprawę i warsztat, który umożliwia nam rozmawianie na scenie za pomocą instrumentów. Dziś na przykład zadałem temat, którego wcześniej nie graliśmy i nigdy nie ćwiczyliśmy, ale zazwyczaj poruszamy się wokół znanych standardów jazzowych czy pewnych motywów. W jam session chodzi właśnie o improwizację, potrafimy się też przy tym dobrze bawić. Czasem efekt końcowy zależy od naszego samopoczucia i humoru, jednak jamy dają nam przede wszystkim poczucie wolności”. Muzycy mają świadomość, że jazz jest muzyką trudną, obecnie nieciesząca się zbyt dużą popularnością. To jednak nie powstrzymuje ich przed robienie tego, co kochają i w co mocno wierzą. „Mam wszystko, czego mi potrzeba, jestem w stanie utrzymać rodzinę” podsumowuje Marcin. W 2014 roku miał premierę jego debiutancki album pod tytułem „Pendofsky”, który jest mieszanką funky i jazzu.

funk&jazz jam session

Obecnie Funk&Jazz Jam Session odbywa się w Piwnicy po Harendą na Krakowskim Przedmieściu 4/6  w każdy poniedziałek od godziny 20.30.

Płyta Marcina Pendowskiego jest do posłuchania tutaj.

Pendofsky

Komentarze
Komentarze do:

"1"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję