Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Lubię pisać pod wpływem impulsu – wywiad z Marcinem Orlińskim

14466190_10209716324018217_1246728005_o

fot. Inka Radomska

Paweł Majcherczyk: Ostatnio robił Pan z żoną porządki w swojej bibliotece. Jak to wyglądało?
Marcin Orliński: Porządki to mało powiedziane, zrobiliśmy prawdziwą rewolucję. Od dziesięciu lat mieszkamy w kawalerce i dotąd mieliśmy tylko dwa regały na książki. A książek przybywało. Z jednej strony dużo kupowaliśmy, z drugiej – dostawałem z wydawnictw egzemplarze recenzenckie. Ustawialiśmy je więc najpierw na jednym biurku, potem na drugim, następnie na stole obok biurka, pod stołem, a wreszcie także pod ścianami. Mieszkanie zarosło książkami. Podejrzewam, że jeszcze kilka lat i musielibyśmy kopać między nimi korytarze, żeby się dostać do kuchni albo łazienki. Zmiany były więc konieczne. Kupiliśmy cztery nowe regały, a stare przestawiliśmy w inne miejsce.

PM: Czy podczas porządków udało się znaleźć jakąś książkę, która wywołała wspomnienia? Albo która była pewną inspiracją?
MO: Podczas sprzątania odkryliśmy książki, o których istnieniu zapomnieliśmy. Kurzył się jakiś Redliński oparty o Głowackiego, a pod Nowakiem skrywał się Baczyński. Czy jakaś książka wywołała szczególne wspomnienia? Chyba nie. Znalazłem natomiast kilka książek o wartości historycznej, np. tom 3 dzieł zebranych Konopnickiej z 1887 roku. Dostałem tę książki od cioci kilka lat temu. Trafiłem też na dzieła wybrane Nietzschego z 1930 roku, wydrukowane piękną gotycką czcionką.

PM: Ile książek liczy pańska biblioteka?
MO: Najwięcej mamy książek poetyckich – tomów wierszy, wyborów, wierszy zebranych i antologii. Okazało się, że jest ich ponad 500. Drugie miejsce zajmuje proza: powieści i opowiadania. Doliczyłem się ich ok. 300. Do tego dochodzi ok. 200 książek z zakresu filozofii, historii filozofii i szeroko rozumianego eseju, ok. 200 książek dla dzieci i podręczników do etyki, z których Magda korzysta jako nauczycielka, ok. 100 – z zakresu krytyki literackiej i historii literatury, kilkanaście pozycji z zakresu reportażu i kilkanaście słowników. Wychodzi ponad 1300 książek i sto kilkadziesiąt czasopism literackich. Znam ludzi, którzy mają kilka razy więcej, ale jak na małe mieszkanie jest to jednak sporo.

PM: Ostatnio podczas spotkania autorskiego w Muzeum Literatury opowiedział Pan o swojej rozmowie z pewnym młodym poetą. Wnioski po tej rozmowie były takie: żeby zrozumieć współczesną poezję, należy znać historię literatury. Czyli nie tylko znać współczesnych poetów, ale należy znać także m.in. Skamandrytów czy przedstawicieli Nowej Fali.
MO: Wielu młodych autorów nie zna klasyki albo uważa klasykę za mało interesującą. Myślę, że jest to błąd. Bez kontekstu, jaki stanowi historia literatury, nie powstałyby dzieła współczesne. Literatura to jeden wielki dialog i żeby go zrozumieć, trzeba czytać nie tylko Sosnowskiego i Honeta, ale również Morsztyna, Norwida, Peipera, Leśmiana, Nowaka i Ważyka. Ze zdziwieniem zauważyłem, że młody autor, z którym rozmawiałem podczas finału konkursu poetyckiego, nie czytał nigdy Miłosza. Znał natomiast doskonale wiersze swoich rówieśników. Oczywiście zdarzają się samorodni geniusze, tacy Nikiforowie poezji, którzy nie znają tradycji literackiej, a do pisania wystarcza im talent czy słuch językowy. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że pewne lektury trzeba mieć za sobą, jeśli się chce naprawdę dobrze pisać.

PM: Czy znajomość klasyki jest również potrzebna krytykowi?
MO: Myślę, że na krytyku – jeszcze bardziej niż na pisarzu – ciąży obowiązek znajomości zarówno klasyki, jak i literatury współczesnej. Wiadomo, że nie da się przeczytać wszystkiego, ale warto czytać jak najwięcej. Tylko wtedy można sobie wyrobić gust i „na ostrość wzrok nastroić”, jeśli wolno mi w tym kontekście sparafrazować Brodskiego.

PM: Wcześniej pisał Pan wiersze surrealistyczne, teraz dominuje „pozorna” banalność. Mówię „pozorna”, gdyż te wiersze są napisane dosyć prostym językiem, ale jest w nich ogromna siła emocjonalna. Dlaczego wybiera Pan dzisiaj tę formę?
MO: „Banalność” to niefortunne określenie. Domyślam się, że nawiązuje Pan do pojęcia „banalizmu”, którym posługiwali się krytycy w odniesieniu do poezji pokolenia „brulionu”. W latach 90. Paweł Dunin-Wąsowicz zauważył, że niektórzy młodzi autorzy piszą w nudny sposób o nudzie życia. Ta strategia liryczna jest mi obca. Uważam, że dobry pisarz powinien wiedzieć, co należy wyłowić z rwącego nurtu rzeczywistości, a co pominąć. Nie wszystko nadaje się na literaturę. Z „brulionem” łączy mnie natomiast fascynacja językiem potocznym i doświadczeniami codzienności. Bo przecież nie trzeba za wszelką cenę komplikować języka, mnożyć znaczeniowych labiryntów czy tworzyć estetycznych konstrukcji. Utwór poetycki może przybrać formę notatki z dziennika czy krótkiego felietonu. To poetyka, która ma już pewną tradycję. Wcześniej w podobny sposób pisali m.in. poeci Nowej Fali czy niektórzy Skamandryci. Ta forma jest mi ostatnio najbliższa.

PM: W wierszu Edukacja odczytujemy pewną niechęć do szkoły, hipokryzję nauczania, moralności. Stanisław Ignacy Witkiewicz odbierał nauczanie indywidualne, gdyż jego ojciec uważał, że szkoła zabija indywidualność. Jaką formę edukacji Pan by zaproponował?
MO: Tradycyjna szkoła, a kończyłem państwową podstawówkę i państwowe liceum, rzeczywiście zabija indywidualność. To trochę jak w tym komiksie, który krążył kiedyś po sieci. Ptak, małpa, pingwin, słoń, ryba, foka i wilk stoją w szeregu. Siedzący przed nimi egzaminator mówi: „Żeby było sprawiedliwie, każdy z was otrzymuje to samo zadanie – wspiąć się na drzewo”. Tak to właśnie wygląda w przypadku tradycyjnego systemu nauczania: ocenia się wszystkich według jednej miary. Do tego dochodzi absurdalny program nauczania. Kiedy kończyłem liceum, wiedziałem, jak rozmnaża się pantofelek, a nie miałem pojęcia, czym są podatki albo jak działa prawo pracy. Nauczanie powinno być więc bardziej zindywidualizowane, nastawione na rozwijanie talentów i zainteresowań, a także bardziej dostosowane do wymagań współczesnego świata.

PM: W Zabiegach pisze Pan: „Teraz myślę, że nuda to nie brak zajęcia. To rodzaj melancholii” – zdanie filozoficzne. W innym miejscu czytamy:  „Co mnie nie zabije, to mnie wpędzi w depresję” – zdanie psychologiczne. Czy pisanie jest dla Pana pewną formą autoterapii?
MO: Tak, pisanie może być formą autoterapii. Jako pisarz korzystam z różnych dziedzin: filozofii, psychologii, antropologii, socjologii, a nawet fizyki i astronomii. Interdyscyplinarność jest w pewnym stopniu w ten zawód wpisana. Dodam, że wątek melancholii, by użyć literackiego określenia, czy też depresji, by skorzystać z terminu klinicznego, powróci w mojej nowej książce poetyckiej, która ukaże się w 2017 roku. Jest to również główny temat powieści, nad którą właśnie pracuję.

PM: Pana ulubieni polscy pisarze to…
MO: Jeśli chodzi o współczesną poezję, to ostatnio lubię czytać Martę Podgórnik, Bohdana Zadurę i Marcina Świetlickiego. Jeśli chodzi o klasykę, bardzo lubię wspomnianych poetów Nowej Fali, zwłaszcza Stanisława Barańczaka, Ryszarda Krynickiego i Juliana Kornhausera. Tak, chyba można ich już nazwać klasykami. Ważnym punktem odniesienia jest dla mnie Tadeusz Różewicz. Kto wie, czy to nie największy poeta powojenny. Proza? Janusz Rudnicki, Andrzej Stasiuk, Dorota Masłowska, Wit Szostak, Ziemowit Szczerek… Czytuję też reportaże. Zaczęło się dawno temu od Kapuścińskiego. Ze współczesnych autorów bardzo cenię Mariusza Szczygła, nie mogę się też doczekać nowej książki Małgorzaty Rejmer. No i ostatnia dziedzina, czyli filozofia, choć może od niej – choćby ze względu na wykształcenie – powinienem zacząć. Bliska jest mi twórczość Friedricha Nietzschego, Martina Heideggera, Richarda Rorty’ego. Przez pewien czas fascynował mnie poststrukturalizm, a zwłaszcza modny Jacques Derrida. Ale wracam też czasem do klasyków, np. do Marka Aureliusza.

PM: I ostatnie pytanie, nieco humorystyczne, jakie ma pan „tętno”, pisząc wiersze? Czy lepiej one wychodzą po silnych przeżyciach czy w pełnym spokoju?
MO: Lubię pisać pod wpływem emocjonalnego lub intelektualnego impulsu. Bliskie jest mi jednak podejście Ernesta Hemingwaya, który podobno radził: „pisz pijany, redaguj na trzeźwo”. Tę maksymę należy oczywiście potraktować z przymrużeniem oka i symbolicznie. Ja ją rozumiem w następujący sposób: pisz pod wpływem emocji, zapisuj wszystkie, nawet najdziwniejsze myśli, które akurat przychodzą ci do głowy, zajrzyj w otchłań, poddaj się szałowi pisania. Kiedy jednak będziesz poprawiał tekst, bądź wobec niego krytyczny. Spójrz chłodnym okiem na to, co napisałeś. Wyrzuć wszystko, co płytkie, trywialne, artystycznie nieciekawe. Być może z dziesięciu zdań zostanie jedno, ale to właśnie będzie literatura.

Marcin Orliński (ur. 1980) – poeta, prozaik, krytyk literacki. Laureat Nagrody im. Adama Włodka za rok 2015. Wydał tomy wierszy Mumu humu (Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010), Drzazgi i śmiech (Poznań 2010), Tętno (Łódź 2014), zbiór krótkich utworów prozatorskich Zabiegi (Poznań 2014) oraz książkę krytycznoliteracką Płynne przejścia (Mikołów 2011). Oficjalna strona poety: www.marcinorlinski.pl

Komentarze
Komentarze do:

"Lubię pisać pod wpływem impulsu – wywiad z Marcinem Orlińskim"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję