Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Jutro nie będzie fajerwerków

Wysoki, przesadnie szczupły i kruchy mężczyzna otwiera oczy. Spokojnie, bez nagłego zrywu, zaprzyjaźnia się z bezczelnie wkradającymi promieniami słońca. Nie zasypia do pracy, nie wścieka się na brak śniadania, nie potrzebuje myć zębów, suszyć włosów i ubierać spodni w tym samym czasie. Dziwny jest, spokojny jakiś, wyzbyty miejskich natręctw. Paterson. Wychodzi. Godzinami kieruje autobusem. Pisze wiersze. Wraca. Całuje żonę. Wychodzi z psem. Śpi. Znowu otwiera oczy. I tak przez siedem dni w tygodniu.

Kadr z filmy „Paterson”, fot. materiały prasowe

Nowy film Jima Jarmuscha to pochwała codzienności w skromnym wydaniu. W Patersonie unaoczniają się noworoczne pragnienia: spokój, dystans i docenianie najmniejszego buldoga na ziemi. Główny bohater staje się wcieleniem miejskiego flaneura, włóczęgi, złodzieja rozmów ze ślepych uliczek. Jarmusch zrezygnował z wielowątkowego filmu drogi na rzecz bohatera drogi. Wyodrębnił jedno miasteczko, a w nim nadzwyczaj pogodzonego z życiem mężczyznę, dla którego „roztargnienie to poezja w uczynkach”. Poezji akurat w Patersonie nie zabrakło.

Akceptacja wyraża się poprzez przyjmowanie wszystkiego, co do nas przychodzi. Nie ma w niej walki i popadania w emocjonalne skrajności, czyli tego, co w bohaterach dynamicznych najlepsze. Jarmusch wybiera na przewodnika po swojej fabularnej opowieści amatora, będącego jednocześnie miłośnikiem. Paterson ceni sobie poranki, popołudnia i wieczory z taką samą dozą egzaltacji. Jego wyobraźnia zapala się od zasłyszanego słowa. W autobusie, miejskim barze czy parku przy wodospadzie. Uśmiecha się na widok znanych i nieznanych pasażerów. Na codzienne narzekania kolegi z pracy reaguje ciągle tym samym, spokojnym kiwnięciem głowy. Nawet, gdy w barze dochodzi do sprzeczki, to właśnie Paterson ratuje obecnych tam od wystrzału z broni nieszczęśliwie zakochanego Romea. Jarmusch kreuje bohatera w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tym razem Superman nie lata, ale za to pisze zgrabne wersy w tajemnym notesie.

Najpełniejszy wymiar akceptacji pojawia się w relacji z jego małżonką, piękną, energiczną i poszukującą talentu Laurą. Spokój Patersona wydaje się być wystawiony na próbę z każdym powrotem do domu. Nowe, przesolone dania, kolejny, bezmyślny remont mieszkania, tonącego w jaskrawych wzorach, kupno niepotrzebnej gitary. Laura to ucieleśnienie kreatywności rozpalającej głowę od środka. Jarmusch ubiera bohaterskiego przyjaciela w ogromne podkłady dystansu. Gdy wymyślone danie jest za słone, wypije kilka szklanek wody, uśmiechnie się i podziękuje. Gdy mieszkanie przybierze wściekłe wzory bieli i czerni, pochwali żonę za kreatywność, której on przecież nie posiada. Gdy pies zniszczy jego tajemny notes z wierszami, otworzy kolejny i zacznie pisać. Po długim dniu na prośbę Laury odkurzy tomik ulubionego poety i przeczyta jej o „zimnych i słodkich śliwkach w lodówce”. Brzmi jak banalnie ukartowany melodramat, jednak takie sceny przefiltrowane przez umysł Jarmuscha stają się kwintesencją współczesnego włóczęgi.

Nie spotykają go barwne i dzikie historie jak Szalonego Kapelusznika z Truposza. Postać z filmu Jarmuscha, odgrywana wtedy przez Johnego Deepa, ciągle zmienia miejsce. Omyłkowo zostaje wzięta za ucieleśnienie poety Williama Blake’a, którego zaczyna ścigać przeznaczenie. Dzięki Szalonemu Kapelusznikowi Jarmusch rozprawia się z motywami zaczerpniętymi z kina drogi. Zwykły księgowy zostaje w przeciągu kilku chwil poszukiwanym mordercą, musi więc uciekać. Ku wolności, niezależności i spełnieniu. Niczym beatnik na amerykańskiej autostradzie, ale wyzbyty poetyckiego majestatu. William Blake, Szalony Kapelusznik, księgowy – główny bohater Truposza, który akceptuje przyspieszony bieg wydarzeń i przymila się do niego. Wyciąga broń, strzela, zabija. Po co? By zostawić autograf widzom. By przejść duchową inicjację pod wpływem towarzysza Indiania. I na koniec, by odpłynąć, razem z tabaką przy sercu.

Unoszący się spokój z Truposza wkradł się i do Patersona. Jarmusch umieścił bohatera w zamkniętej przestrzeni, wyzbywając doświadczania nagłych zwrotów akcji. Obsadził go w roli przewodnika, oprowadzającego po doskonale znanych mu terenach. Ranek z kochającą żoną, południe z mieszkańcami miasta, a wieczory w przydrożnym barze. Paterson to zarówno nazwa miasteczka, imię bohatera, jak i tytuł tomiku Williama Carlosa Williamsa. Pod zarzuconą kurtyną błogości kryje się jednak „patersonowski smutek”. Właściciel baru samotnie grający w szachy, nieszczęśliwy aktor, odgrywający rolę miejskiego Romea, japoński turysta, obserwujący wodospady. Smutek staje się przyjazny, urokliwy, a to za sprawą wrażliwości Patersona.

Tak jak i w filmach drogi, wędruje on codziennie w poszukiwaniu przygód. Pojawiają się one znienacka pod postacią spotkania z turystą, kiermaszu babeczek żony czy odnalezionego pudełka zapałek. Te ostatnie nie służą do odpalania fajerwerków, a do codziennego podtrzymywania atmosfery miasta.

Komentarze
Komentarze do:

"Jutro nie będzie fajerwerków"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję