Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Ile psa w grafomanie?

Czym byłby świat bez fochów! Chciałoby się powiedzieć, że o wiele przyjemniejszym miejscem, ale jakże nudnym! Dzięki nim są takie momenty, w których człowiek ma ochotę się pośmiać. Poruszmy więc problem tzw. autorskiego focha lub – posługując się nowoczesnym, internetowym językiem – ałtorskiego focha.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Wszyscy doskonale wiemy, że wirtualny świat jest pełen twórców dobrych i tych, którzy nie do końca zdają sobie sprawę ze swoich umiejętności pisarskich. Na samym początku zaznaczam – jestem tylko cichą i wycofaną autorką, która z zadumą obserwuje spory współczesnych literatów i ich pochodnych… Do rzeczy.

Od mniej więcej dwóch lat stale oglądam batalię autorów, którzy są pewni, że ich dzieło jest potencjalnym bestsellerem, bo portal okazjeinfo wyróżnił ich powieść na łamach swojego serwisu. Piszący pewniacy charakteryzują się wieloma pokrewnymi, a wręcz takimi samymi cechami. Można wyszczególnić kilka rodzajów.

Przede wszystkim mamy do czynienia z buldogiem. Buldog, drodzy państwo, bardzo dużo krzyczy, bardzo dużo ironicznej śliny kapie mu z pyska i brudzi swoją kulawą polszczyzną wszelakie facebookowe grupy, w których promuje się literaturę, zwłaszcza polską. O ile buldogi do najbrzydszych, według mnie, psów się nie zaliczają, o tyle ludzkie buldoczenie jest totalnie passe, gdyż bawi jedynie postronnych i w końcu skutkuje wyrzuceniem takowego autora z grupy. To jednocześnie jest koniec cudownego kabaretu…

Warte wspomnienia są też córeczki mamusi i tatusia – yoreczki –  osławione w szkolnych gazetkach i zapraszane na środek sali gimnastycznej, gdy już pudło z pięćdziesięcioma książkami za pieniądze rodzicieli zapuka do ich drzwi. O, te to dopiero, drodzy słuchacze, potrafią przywalić mądrościami o świecie. Tak lubią obszczekać przechodzących, że aż głowa mała. One tyle przeszły, że aż powieść musiały napisać w gimbazie, a wydać w liceum, bo przecież życie straszne i boli. Szczekamy więc do dorosłych, oni powinni nas słyszeć. My, małe yorki, co mają problem z odmianą przez przypadki i z przecinkami w zdaniach wielokrotnie złożonych, jesteśmy przecież kopalnią mądrości i wartości. I wydajemy. Za tatusiowe, ciężkie pieniążki.

Gwiazdki małego formatu, istne labradorki, robią furorę w tym momencie. Są najczęściej autorkami powieści obyczajowych, również wydanych w większości w systemie vanity. Wiadomo, to przecież najłatwiejszy sposób na fejm. Autorki te mają tysiaka polubień na fb i grono zabójczych wielbicielek – dosłownie – przekonała się o tym najbliższa mi osoba, która z dobrego serca chciała dopomóc przy kulawej interpunkcji. Same wcale nie są takie przyjazne, jak pokazują nam filmy familijne. Kąsają nieźle postami, wyzywając swoich oprawców, co śmią obrazić ich twierdzeniami o nieznajomości języka polskiego. Z dobrej woli, z dobrego serca. Nie ma mowy. Labrador to pies myśliwski – upolować musi takiego bażancika, co mu nad tekstem skrzeczy.

W końcu ostatni, którzy według mnie zasługują na wypominki (listopadowo się nam zrobiło, ale lepsza zimna jesień, niż mróz stulecia), to kryptomęczennicy. Ci, którzy wierzą, że każda życzliwa rada jest atakiem, bolesnym i zdradliwym. Typowe mieszańce – starsi i młodsi. Szczeniaki piszczące o wszystkim. Zbiorowy lincz, który owym linczem nie jest, możemy przyrównać do pewnej sytuacji. Oczywiście, by rozjaśnić nieco sytuację czytelnikom, którzy nie mieli z nim do czynienia – ów lincz opiera się na konstruktywnej krytyce, która nie ma podtekstów ze słodzeniem – dlatego też jest traktowana jako kara sroga i niesprawiedliwa.    

Od kilku dni mam w domu szczeniaka, wiecie, maluch. Dość, cholera, inteligentny. Dziś zasikał mi podłogę, chociaż uczymy się tego od początku, że przecież mata (metr na metr) rozłożona, ale nie – on na podłodze, przy miskach. Ja stałam na korytarzu, coś tam robiąc, a on – zamiast przecież dobrze wykonać swoje powinności, skoro już mu się chciało – przyniósł mi w zębach ścierę, popiszczał przerażająco, że on taki biedny, i poszedł się bawić dalej. Pytania?

Nie mam żadnych.

 Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Angelina Caligo

Komentarze
Komentarze do:

"Ile psa w grafomanie?"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję