Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Balansując na granicy dwóch światów – wywiad z Januszem L. Wiśniewskim

Człowiek, który w swoim życiu odnajduje przestrzeń zarówno dla świata nauki, jak i świata emocji. Autor kojarzony z głośną powieścią Samotność w Sieci, którą uważa za tatuaż na czole, nieustannie chcąc się go pozbyć. Od niej jednak wszystko się zaczęło. Pytany, dlaczego nie porzuci świata nauki odpowiada, że nie potrafi zrezygnować z tego uczucia, kiedy pisząc kilkadziesiąt tysięcy linii kodu w różnych językach programowania, nagle to wszystko zaczyna działać. „Program robi to, co chce autor. Nie trwa to jednak długo, ponieważ po dziesięciu minutach wyskakuje pierwszy błąd, a następne pół roku jest szukaniem kolejnych. Jednak uważam, że dla tych dziesięciu minut warto żyć.” – mówi Wiśniewski. Dlaczego więc dodatkowo pisze jeszcze powieści? O jego najnowszej książce Siedem lat później, przyjaźni z Dorotą Wellman, łączeniu paradoksalnych światów i roli emocji w życiu rozmawiamy z Januszem Leonem Wiśniewskim.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń, spotkanie autorskie 10.09.2016 w Warszawie; Arkadia – Salon Empik

Joanna Niedziela: Jakie są pana refleksje po przeprowadzeniu rozmowy z Dorotą Wellman, na podstawie której powstała książka Siedem lat później? Jakie wartości ze sobą niosła?
Janusz Leon Wiśniewski: Nie wiem jakie wartości niosła dla Doroty Wellman, chociaż z uwagi na czułą przyjaźń jaka jest między nami myślę, że była zadowolona. Dla mnie natomiast rozmowa stanowiła przede wszystkim możliwość spotkania Doroty, którą bardzo cenię i tak jak jest napisane na okładce książki – to ja wolałbym ją przepytywać. Nieustannie ją do tego namawiam, jednak ona nie chce się zgodzić, może jeszcze nie dojrzała do tej decyzji. Poza tym, miałem możliwość spędzenia z nią sporo czasu i to w niezwykłej atmosferze, bo w jej domu. Niesamowite jest jak Dorota Wellman przerywa rozmowę, idzie do kuchni i przygotowuje moje ulubione śledzie ze śmietaną. Wpuściła mnie do swojego świata, co była dla mnie dużą wartością. Tematy, które poruszała sprawiły, że dokonałem retrospekcji swojego życia. Spojrzałem na pewne wydarzenia bardziej dokładnie, ponieważ Dorota wierci dziurę w brzuchu i nie pozostawia żadnych pytań bez odpowiedzi. Dokonałem refleksji także nad życiem prywatnym. Normalnie o nim nie opowiadam, ale Dorota jest takim człowiekiem, któremu ciężko o tym nie powiedzieć. Dużo dowiedziałem się także o niej, to kobieta o ogromnej erudycji. Niestety te informacje nie zostały w książce zamieszczone. Często mówiliśmy do siebie nie wyłączając dyktafonów, jednak zostały opublikowane tylko te fragmenty, które dotyczyły mnie. Taki był zamysł książki. Dla mnie to było refleksyjnie przeżycie, zatrzymanie się, spojrzenie na siebie, na swoją przyszłość i na to, co robię.

Marta Łusakowska: Prawie jak sesja u terapeuty?
JLW: Zdecydowanie jak u terapeuty, ale miłego, wesołego i gadatliwego! Prawdziwi terapeuci siadają przeważnie w rogu i ich zadaniem jest traktowanie człowieka jako klienta. Nawet nie pacjenta, żeby się broń Boże nie poczuł chory, nawet jeśli rzeczywiście jest. Naprowadzają go pewnymi, ale oszczędnymi słowami na problem. Natomiast jeśli Dorota Wellman jest psychoterapeutką, to jest psychoterapeutką niezwykle optymistyczną. Po sesji z nią człowiek wychodzi radosny. 

JN: W książce często pojawia się wątek dotyczący emocji. Jaką rolę odgrywają one w pana życiu? Czy są ważniejsze od logicznego myślenia? Warto zauważyć, że emocje są obecnie spychane na drugi plan, wstydzimy się ich.
JLW: Żyję trochę „schizofrenicznie”, bo przez większą część dnia zajmuje się logicznym myśleniem. Pracuję w instytucie naukowym, który jest korporacją i produkuje software, udostępnia bazy danych związków chemicznych. Dlatego wymagana jest w mojej pracy koncentracja i logiczne myślenie. Być może z tego wynika pewien głód emocji i rozmowy, który pojawił się już dawno, bo w 2001 roku. Wtedy ukazała się moja pierwsza książka Samotność w Sieci będąca rodzajem psychoterapii. Do psychoterapeuty nie chodzę, ponieważ nie lubię rozmawiać o sobie przed północą (śmiech). Doszedłem więc do wniosku, że jeśli będę rozmawiał sam ze sobą poprzez pisanie książki, będzie to o wiele tańsze, ale bb i efektywniejsze. Doznałem uczucia porzucenia przez ważną dla mnie kobietę, nasze cele zaczęły się rozmijać. Zacząłem spisywać swoje emocje. Dlatego ta książka jest smutna i wielu ludzi doprowadziła do łez, ale jednocześnie jest podtrzymująca na duchu. Ludzie lubią czytać o tragediach innych, bo dzięki temu mogą się zdystansować do własnych przeżyć.

MŁ: Pisał pan Samotność w Sieci z zamiarem wydania czy jedynie dla siebie?
JLW: Absolutnie nie z zamiarem wydania. To była książka do elektronicznej szuflady we Frankfurcie. Nie byłem tak arogancki, aby myśleć, że ktoś wyda człowieka o nazwisku tak niesamowicie powszechnym jak Wiśniewski, mieszkającego w Niemczech, nieistniejącego w Polsce od tylu lat, niemającego w biografii żadnego elementu literackiego poza maturą z języka polskiego.  Był to rodzaj pamiętnika, który pisałem w biurze, aby przypadkiem nie przeczytała tego żona. Potem jednak zdecydowałem się wysłać fragment tekstu do krytyka literackiego – Leszka Bugajskiego, który był doradcą magazynu Playboy. Jeszcze wtedy publikowano w nim teksty. Playboy był prawdopodobnie jedyną gazetą w tamtym czasie, w której autorzy mogli zadebiutować w tak wpływowy sposób na ogólnopolską skalę. Leszek zaproponował mi publikację. Początkowo się broniłem, bo byłem wykładowcą na Pomorskiej Akademii Pedagogicznej i bałem się, co pomyślą o tym moje studentki. Jednak tekst ukazał się. Nosił anglojęzyczny tytuł Chat i był to fragment Samotności w Sieci. Później Leszek Bugajski zaczął mnie namawiać, abym wydał cały tekst. Znalazłem więc w Internecie listę polskich wydawnictw od A do Z i zacząłem rozsyłać zbindowane egzemplarze. Odezwały się dwa wydawnictwa, a dokładnie jedno. Było to Wydawnictwo Czarne, które z tą książką nie powinno się w ogóle kojarzyć, bo to jest zupełnie inny typ literatury. Tekst dotarł do Andrzeja Stasiuka, który swoją drogą nadal pracuje w tym wydawnictwie. Podobno wziął go, zamknął się z nim i butelką wódki w pokoju. Popłakał się parę razy, a rano napisał na tekście swojej żonie Monice Sznajderman – szefowej wydawnictwa – „wydajemy”. Ponieważ nie chcieli podjąć tego ryzyka sami, byłem przecież nieznanym informatykiem z Frankfurtu, zadzwonili do Prószyńskiego. Tak się składa, że szefem był tam ojciec chrzestny córki Stasiuka. Postanowili więc wydać tę książkę razem. To jest dziwna książka również pod tym względem, że na jej pierwszej okładce widnieją loga dwóch wydawnictw, co jest bardzo rzadkie.

MŁ: Jak było z kolejnymi książkami? Czy w ich wydaniu rolę odgrywały także emocje, a może chłodne kalkulacje, że to się po prostu opłaca?
JLW: Ja tak naprawdę myślałem, że to jest pierwsza i ostatnia książka. Moja przewaga nad innymi autorami w Polsce polegała na tym, że nie musiałem pisać, aby zapłacić czynsz. Mi płacono bardzo dobrze za pisanie, ale czego innego – programów komputerowych. Na swoją bagietkę, czerwone wino, czynsz oraz wycieczki córek zawsze miałem. Pieniądze nie stanowiły więc motywacji. Aspekt finansowy nie grał więc żadnej roli, ale faktycznie grały rolę emocje. Podczas pisania tej książki przeżyłem ich wiele. Była ona dla mnie rodzajem katharsis nad moim nieudanym życiem, właśnie emocjonalnym. Okazuje się, że ten Janusz Leon Wiśniewski, znawca duszy kobiet, którego chciałyby poślubić i teściowe, i córki, sam ma ogromny dylemat z kobietami. To było tym, co mnie poruszyło i wstrząsnęło. Ta psychoterapia miała właśnie taki skutek. Potem ta książka stała się strasznie popularna, niemalże kultowa. Półtora roku później zadzwoniła do mnie pani z Wydawnictwa Prószyński i powiedziała „panie Januszu, czas wydać kolejną książkę”. Zapytałem się więc zdumiony „o czym?”, a ona odpowiedziała „o czymkolwiek”. Gdybym napisał książkę kucharską to prawdopodobnie też by się sprzedała. Miałem w zanadrzu emocjonalne teksty o kobietach, które pisałem kiedyś pogrążony w smutku. Wydaje mi się jednak, że gdyby zostały wydane przed Samotnością w Sieci, nie zdobyłyby popularności. Moim zdaniem są one jednak dużo lepsze niż te w Samotności. Ukazały się w zbiorze Zespoły napięć, który był moją drugą książką, wydaną w 2002 roku. Uważam, że są to moje najbardziej emocjonalne teksty. Trudno je obecnie dostać, ale można je przeczytać w zbiorze Kulminacje, który niedawno się ukazał. Paweł Szwed z Wydawnictwa Wielka Litera wpadł na pomysł, aby te moje teksty skonfrontować z tekstami polskich pisarek. Na każde moje opowiadanie, odpowiedziała więc kobieta. Była to reakcja na męskie spojrzenie na bardzo kobiecie sprawy. Książka Zespoły napięć miała się początkowo nazywać Menstruacja, ponieważ w każdym opowiadaniu jest wątek menstruacyjny, ale w sensie psychologicznym. O jej roli w życiu kobiety, a więc np. pierwsza menstruacja, ostatnia menstruacja, brak menstruacji z powodu ciąży, menstruacja, która spowodowała, że Hitler nie skonsumował małżeństwa z Ewą Braun. Wydawnictwo jednak się na ten tytuł nie zgodziło, bo jak wyglądałaby kobieta czytająca taką książkę w tramwaju? Wracając do pani pytania – zauważyłem, że mam te emocje, przeżywam je pisząc, wzruszam się, często płaczę nad tekstami. Interesuję się emocjami i znam się na nich w sensie biochemicznym. Doskonale wiem, dlaczego mamy depresję, czujemy smutek, jakie procesy zachodzą wtedy w naszym mózgu i jakie substancje są za to odpowiedzialne. Staram się te informacje wplątać w książki i tłumaczyć miłość jako chemię.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

MŁ: Udaje się więc panu łączyć świat wyobraźni i uczuć ze światem nauki.
JLW: Kiedy ukazała się Samotność w Sieci, niektórzy moi koledzy ze świata nauki byli zdegustowani. Mówili „jak można zajmować się czymś tak niepoważnym, jak literatura”. Kiedy mój pierwszy doktorant miał obronę pracy, kolega chemik będący jej recenzentem podszedł do mnie w czasie rautu doktorskiego i powiedział „Janusz, ja myślałem, że ty jesteś poważnym człowiekiem, a ty powieści piszesz” (śmiech). Osobiście nie widzę jednak w tym żadnego paradoksu czy dysonansu. Być może potrzeba taka wynika z deficytu emocji, jaki pojawia się w życiu naukowca przy nadmiarze logicznego myślenia. Poza emocjami, które przeżywam, dodatkowo bardzo dużo się uczę. Pisząc książkę Bikini przeczytałem niemal wszystkie podręczniki dotyczące historii II wojny światowej. W przypadku pozycji Miłość i inne dysonanse wysłuchałem niemal każdej istniejącej opery, poznałem historię muzyki. Z kolei pracując nad książką Grand dotarłem do ogromnej ilości archiwów. Nauczyłem się rzeczy, których bym się nigdy nie nauczył poprzez klapki na oczach związane z informatyką. Mam podwójne życie, dwa tory. Z jednej strony jest to dość bolesne, dlatego że trzeba je łączyć przez 24 godziny, ale z drugiej strony wygodne. Mogę przyjeżdżać na zupełnie inną zwrotnicę. Teraz jestem tutaj jako autor, ale jutro przelecę Odrę i będę naukowcem, o którym prawie nikt nie wie, że pisze powieści. Bardzo się starałem, aby nie były one wydawane w Niemczech, mimo że pojawiły się w 19 innych językach. Ubolewały co prawda nad tym moje córki. Przyjeżdżam tam i jestem kimś innym. Przez osiem lat nikt nie wiedział, że piszę książki.

MŁ: Chce pan, aby tak zostało?
JLW: Nie, teraz już inaczej do tego podchodzę. Szczególnie zależy mi, aby wydano Bikini. Jest to książka o bombardowaniu Drezna, miłości w czasie II wojny światowej, jest w niej dużo elementów polsko-niemieckich.

JN: Czy jest szansa, że za siedem lat powstanie kolejna pana książka z Dorotą Wellman?
JLW: Bardzo bym chciał, tylko najpierw coś musi się wydarzyć, abyśmy nie zanudzili naszych czytelników (śmiech). Chcę wrócić do Polski po prawie 30 latach emigracji, więc to będzie ogromna zmiana. Na ten temat można by napisać książkę – o historii powrotu. Byłby to też pretekst, aby częściej przebywać w pobliżu Doroty Wellman, słuchać jej historii, a może nawet wybrać się z nią do Grecji, gdzie jeździ co roku na miesiąc wakacji.

JN: Czy w kolejnej książce będzie pan przekonywał panią Dorotę do zamiany miejsc?
JLW: Nieustannie ją przekonuję. Gdyby tylko się zgodziła, to nawet sam bym za nią spisał to, co by powiedziała. Ona jednak bardzo dba o swoją prywatność i ja nigdy bym tego nie uczynił bez jej zgody. Może kiedyś Dorota zgodzi się na taką rozmowę, kiedy to ja będę zadawał pytania, a ona mi będzie opowiadać i to jej opowieści będziemy słuchać.

Komentarze
Komentarze do:

"Balansując na granicy dwóch światów – wywiad z Januszem L. Wiśniewskim"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję