Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

Przeglądaj cały numer

Recenzja książki: Udawajmy, że to się nie wydarzyło

Co się właściwie miało wydarzyć w życiu czterdziestotrzyletniej blogerki i mamy, Amerykanki wychowanej w Texasie, zakompleksionej i niestabilnej psychicznie? Odpowiedź jest dziecinnie prosta: tyle samo, co w życiu każdego przeciętnego człowieka. Z jednym wyjątkiem; autobiografia napisana w odpowiedni sposób, czyli z pewną dozą (wiadrem) dystansu i mocno absurdalnego poczucia humoru, nie tylko nada się do druku, ale nagle trafi na półkę bestsellerów New York Timesa, a sama autorka doczeka się kolejnej, równie poczytnej pozycji. Wydawać by się mogło, że życiorysy czyta się w hołdzie dla znanych i wybitnych postaci –  zasługują na nie podróżnicy, weterani lub ofiary wojny, a sami pisarze, jeśli umieszczają wątki autobiograficzne, to zazwyczaj, jako inspirację dla wyrażenia myśli o wiele dla nich istotniejszych. Jenny Lawson najwyraźniej zupełnie nie kierowała się tym tropem. W Udawajmy, że to się nie wydarzyło bardzo dokładnie, nieraz groteskowo, nieraz intymnie, opisała swoje dzieciństwo sielskie anielskie w stanie Teksas i swoją młodość durną i górną, aż w końcu wiek żeński, wiek klęski [1].

Nawet jeśli wiersz [Polały się me łzy czyste, rzęsiste] Adama Mickiewicza nie do końca kojarzy z życiem Amerykańskiej blogerki, to pozostaje w klimacie niezadowolenia. Od pierwszych stron książki czytelnik doświadcza ciągłej autokrytyki, nieraz przekonywany jest, aby książkę odłożył, a do Jenny Lawson nigdy więcej się nie zbliżał. Trzeba to autorce przyznać, że do mistrzostwa doprowadziła tak popularny ostatnio “roast”, tyle że w formie literackiej, co stanowi ciekawą kontrę do wspomnianych już tradycyjnych biografii. Czytelnik poznaje osobiste życie autorki, która wyjawia je bez żadnych sekretów, z pełną swobodą, a nawet niedbałością. Życie rodzinne, problemy psychiczne, życie zawodowe czy ciąża, poród i macierzyństwo, przygody z narkotykami? Jenny Lawson nie oszczędza czytelnika. Swój monolog prowadzi w sposób chaotyczny, z całym bogactwem stylistycznego inwentarzu: od apostrof, przez dyskusje z korektorką, liczne przekleństwa, podpunkty, aż po nieskończone retrospekcje przechodzące w kolejne rozdziały czy długie przypisy polemizujące z tekstem. W monologu Lawson na pewno nie brak dynamiki, a może i nawet chaosu, momentami przypominającego strumień świadomości, co jest zarówno wadą, jak i zaletą książki. Autorka zdecydowanie nie wstydzi się, ani swojego życia, ani tego jak myśli, nawet jeśli miałyby być poza panującymi konwencjami i choć można jej zarzucić wiele literackich niedoskonałości, to wszystkie wspomniane elementy sprawiają, że autobiografia niesie jedno, bardzo wyraźne przesłanie, tym, że nikt nie jest idealny.

W obliczu ponadczasowej tendencji do nadmiernego dbania o swój wizerunek, książka Jenny, spontanicznej, nieporadnej, ale odnoszącej sukcesy, autoironicznej i zabawnej blogerki, to dobry sposób, aby nauczyć się zdystansować i chociaż udawać, że wokół nas naprawdę nic (złego) się nie wydarzyło.

[1] Po lekturze książki można odnieść wyraźne wrażenie, że autorka jest feministką i prawdopodobnie nawet za Adamem Mickiewiczem nie powtórzyłaby “na mój wiek męski, wiek klęski”.

Udawajmy, że to się nie wydarzyło, Jenny Lawson
Wydawnictwo Czarne

Komentarze
Komentarze do:

"Recenzja książki: Udawajmy, że to się nie wydarzyło"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję