Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

23

Przestrzeń #23

Ile razy słyszeliście, że nowy rok jest jak niezapisana kartka papieru? Czy to jednak oznacza, że trzeba ją jak najszybciej zapełnić nierealnymi postanowieniami? Z pewnością dla wielu z nas zmiana daty w kalendarzu jest czynnikiem motywującym, który popycha do stawiania sobie celów. Nie jest jeszcze tak źle, jeśli są one mierzalne, realne, określone w czasie i podzielone na mniejsze etapy. Tak jednak zdarza się bardzo rzadko, a same zapiski ograniczają się do sformułowań „schudnę”, „znajdę pracę”, „zacznę więcej zarabiać”. A gdyby tak wejść w nowy rok z otwartym umysłem na nowe doświadczenia i dużą dozą akceptacji? Akceptacji nie tylko tego, że nie wszystko nam się uda, ale i tego, co nam się przytrafia. Dzięki temu wyciągniemy wnioski z błędów i będziemy otwarci na nowe możliwości, których wcześniej nie zakładaliśmy.

Z tego powodu w styczniowym numerze Magazynu Przestrzeń piszemy właśnie o akceptacji. Zastanawiamy się jak wykreować zupełnie wystarczająco dobry rok. Podpatrujemy, jaki wpływ na rozwój dziecka i jego późniejsze życie może mieć nadmierna kontrola rodzicielska. Przedstawiamy najnowsze wydanie podręcznika dotyczącego analizy transakcyjnej, z którego mogą skorzystać nie tylko profesjonaliści, ale też osoby zainteresowane rozwojem osobistym. Dowiadujemy się czym jest poliamoria i dlaczego wymaga tak wiele wzajemnej akceptacji od osób będących w takim związku. Rozmawiamy z Ewą Kleczkowską, autorką pewnego inspirującego kalendarza, który pobudza do kreatywności. Piszemy o drodze wolnego ducha, a więc akceptacji bycia freelancerem.  Poznajemy moc ziół i przepisy na naturalne kosmetyki. Kontynuujemy cykl  Przestrzeń dla rozwoju związku, w którym zachęcamy blogerów do dzielenia się swoimi odpowiedziami na pytania z gry Jupitajnia Couple i podpatrujemy życie par. Otwieramy także nowy dział kuchennych synestezji! 

Zastanawiamy się, jak możemy nauczyć się akceptacji, o której tak głośno mówi się we współczesnym świecie pełnym dyskryminacji i przemocy. Poznajemy historię Malake w ramach cyklu Dziewczyny z Jerozolimy Wschodniej. Przyglądamy się poetyckiemu wizerunkowi miasta według Jima Jarmuscha w filmie Paterson, którego główny bohater, artysta i włóczęga, o akceptacji wie naprawdę dużo. Recenzujemy autobiografię ironicznej i zabawnej blogerki – Jenny Lawson, a także opowieść o długiej drodze do domu. Poznajemy laureatkę konkursu Przestrzeń dla poetów – Igę Zakrzewską-Morawek. Artystą numeru jest Filip Handzel.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Wystarczająco dobry rok

Nowy rok to nadzieja na NOWE, które dla każdego może mieć inny smak: lepszej pracy, nowej miłości, przypływu pieniędzy, lepszego zdrowia, dalekich podróży. Nowy rok – symbol początku – skłania do podejmowania postanowień i zobowiązań, w oczekiwaniu na pomyślność losu. Ale mija styczeń, potem luty, przyzwyczajamy się do nowej daty i orientujemy się, że to już nie jest nowy tylko zwykły stary rok, a życie wygląda podobnie jak w poprzednich latach. Robi się smutno…

graf. Karolina Lubaszko

A może za dużo od siebie wymagamy? Może pokładanie nadziei w zmianie daty jest bezpodstawne? Narzucamy sobie zbyt trudne postanowienia i zbyt dużo oczekujemy? Jakby jakaś magiczna moc miała odmienić nasze życie. Może wystarczy po prostu dobry rok, w którym pogłębimy relacje z bliskimi, pojedziemy w jedną, choćby niedaleką podróż, a poza tym przeżyjemy sporo zwykłych dni? Może to, co najważniejsze ukryte jest w naszej codzienności? Tak naprawdę ile przełomów w życiu przechodzimy i czy faktycznie lubimy te przełomy? Czy łatwo jest nam dostosować się do zmian, jakie niosą wielkie wydarzenia i czy potrafimy cieszyć się tymi dobrymi? A jeśli tak, to jak długo? Czy nie jest tak, że bardzo szybko oswajamy się z dobrą zmianą i niemalże natychmiast chcemy kolejnego NOWEGO. Stale wiążemy się z pragnieniem czegoś, czego jeszcze nie mamy.

Zamiast wyjątkowego, pełnego samej pomyślności, zdrowia i słodyczy, czyli całkiem nierealnego, wykreujmy sobie sami wystarczająco dobry rok! Rok, w którym być może poniesiemy porażkę, być może zachorujemy, być może stracimy jakieś pieniądze, być może pokłócimy się z przyjacielem lub mężem, być może poniesiemy ogromną stratę, ale poza tym przeżyjemy wiele wystarczająco dobrych dni. Wystarczająco dobrych, by cieszyć się życiem.

Jak zacząć taki rok? Można od prostych rzeczy

 

Dostrzec zwykły dzień.

Na szczęście są zwykłe dni! Zwykłe bezpieczeństwo, śniadanie, ciepło w domu, mały sukces w pracy, miło spędzony wieczór. W taki zwykły dzień ucieka nam autobus, złości nas klient albo szef, nie wystarcza nam czasu na zrobienie czegoś ważnego, ale i tak to jest naprawdę dobry dzień.

Dostrzec zwykłych ludzi.

Mężowie i żony, dzieci, przyjaciele, znajomi z pracy. Czy naprawdę ich dostrzegamy? Jakie oni mają marzenia? Jakie słabości? Co ich porusza? Co boli? Kiedy są silni? Kiedy są słabi?

Jak wyglądałoby życie bez zwykłych ludzi wokół nas?

Zwyczajnie wyspać się.

Choć raz w tygodniu położyć się wcześnie i nie żałować sobie snu. Wyleżeć się w łóżku w sobotni poranek, odpuścić sprzątanie, śniadanie na mieście, zakupy. Po prostu wyspać się.

Nakarmić siebie.

Raz na jakiś czas ugotować sobie i najbliższym smaczny i piękny posiłek. Zjeść go w spokoju. Zamknąć oczy i delektować się smakiem tego, co jemy i faktem, że potrafimy zrobić coś takiego. Prosta i zwykła potrawa może urosnąć do rangi przyjemności dnia.

Zwyczajnie odpuścić.

Ciekawe, co się stanie, gdy choć raz odpuścimy? Zatrzymamy gonitwę myśli i przestaniemy zadręczać się tym, na co i tak nie mamy wpływu. Odpuszczamy i czekamy całkiem świadomie na to, co się wydarzy.

Przeczytać książkę.

Niewyszukana, prosta przyjemność, ale jakie to wspaniałe uczucie, zamknąć ostatnią stronę wciągającej książki!

Wyrzucić jedną niepotrzebną rzecz.

Mnóstwo ich jest. Rzeczy, które nigdy nie były potrzebne, a są z nami od dawna. Może ktoś inny ich potrzebuje, a może ich czas już się skończył? Niech nas nie obciążają, nie zabierają energii i miejsca.

Zrobić rzecz niezwykłą.

Choć raz. Coś, czemu nadamy wartość, z czego będziemy dumni i co wywoła uczucie mrowienia w brzuchu. Napisać zwykły list na papierze i wysłać go pocztą w kopercie ze znaczkiem i adresem. Ugotować potrawę z dzieciństwa. Jej wspomnienie powróci, gdy poczujemy znajomy zapach, znajomy widok. Kiedyś babcia, mama, ciocia robiły to często i z tego składała się nasza codzienność, a dziś to już tylko odległe wspomnienie. Zrobić komuś prezent bez okazji, pięknie opakowany z kokardą i w ozdobnym papierze.

Myśleć sercem.

Komentarze

Żyć po swojemu!

Człowiek od najmłodszych lat swojego życia dąży do samodzielnego doświadczania świata. Trzyletnie dziecko pragnie wszystko robić samo, sprawdzając się w pokonywaniu nowych przeciwności i wyzwań. Mądry rodzic pozwala swojemu dziecku na próbowanie, nie wyręcza. Wiedząc, że tylko w taki sposób dozna ono poczucia sprawstwa, a w przyszłości będzie ćwiczyć cierpliwość w dążeniu do osiągania sukcesów większych czy mniejszych.

graf. Arkadiusz Jankowski

Żyjąc życiem dziecka – nadmierna kontrola

Wśród toksycznych rodziców wyróżnionych przez Susan Forward w książce pt. „Toksyczni rodzice” znajdują się kontrolerzy. Są to rodzice, którzy swoje życie całkowicie poświęcają dziecku. Robią to tak usilnie, że dziecko staje się sensem ich istnienia, a moment opuszczenia gniazda rodzinnego jest największą traumą. Niestety ich oddziaływanie jest o wiele trwalsze, dlatego pozorna rozłąka nie jest w stanie zniwelować ich wpływu na życie dziecka. Dla kontrolerów nadmierny nadzór jest synonimem władzy rodzicielskiej. Rodzice ci nie potrafią pozwolić dziecku na samodzielność, gdyż grozi to możliwością popełnienia błędu. Efektem swobody w podejmowaniu decyzji i działaniu będzie cierpienie dziecka, które jest największym ciosem dla idealnego rodzica. Życzeniowe unikanie przez kontrolera trudnych sytuacji, z którymi miałoby się zmierzyć dziecko powoduje u niego potęgowanie bólu spowodowanego brakiem poczucia sprawstwa. Ciągła kontrola jest tożsama z poświeceniem całej swej energii dziecku. Z tego względu jakakolwiek próba samostanowienia o sobie przez pociechę będzie traktowana jako bunt, który należy spacyfikować, ponieważ rysuje to perspektywę porażki umiejętności wychowawczych.

Podcięte skrzydła

Dziecko, które nie otrzymało możliwości popełniania własnych błędów, jako dorosły będzie miało duże problemy z przejęciem inicjatywy i wzięciem odpowiedzialności za własne życie czy swojej rodziny. Charakterystyczną postawą dla takiego człowieka jest wyuczona bezradność i nieprzystosowanie do wymagań stawianych przez życie. Problemy dorosłego dziecka kontrolujących rodziców potęgują się wzmacniane frustracją i żalem za utraconą możliwością kierowania własnym życiem oraz podejmowania samodzielnych decyzji. Wszystkie lęki, gniew, brak wiary w siebie, bezradność, niezaradność pielęgnowane przez lata przekładają się na jego relacje z innymi ludźmi. W ten sposób dzieci kontrolerów nie potrafią samodzielnie się od nich uwolnić, często nawet po śmierci rodziców, gdyż przekonania utwierdzone przez lata są zbyt silne.

Pozwól mi się mylić!

Niewiele rzeczy może się równać z poczuciem satysfakcji i spełnienia. Pierwsze samodzielne zawiązanie sznurowadeł, pierwsza poprawiona jedynka, pierwszy występ na szkolnej akademii, pierwsze upieczone ciasto, pierwszy wybór studiów, pierwsza prawdziwa miłość, pierwsza praca, pierwszy maraton… i wiele innych czynności, których wykonanie spowodowało, że poczuliśmy się spełnieni, lepsi, pewni siebie, skuteczni, wolni. Wszystkie trudności, błędy, porażki, jakie nas spotykają, uczą przede wszystkim tego, jacy jesteśmy. Pozbawieni trudnych doświadczeń, wychowywani pod kloszem tracimy możliwość poznania własnych możliwości.

Akceptacja

Nie ma idealnych rodziców! Zapewnienie właściwego poziomu kontroli, wsparcia, akceptacji, wymagań, poczucia bezpieczeństwa, miłości itd., jest niezwykle trudnym zadaniem, które nieraz może wydawać się syzyfową pracą. Ważne jest to, aby uzmysłowić sobie, w jaki sposób skrajne postawy rodzicielskie wzniecają zamęt w życiu dziecka, kładąc się cieniem na jego dorosłe życie. Patrząc na dziecko watro zdobyć się na odwagę i pozwolić mu stawiać samodzielne kroki, akceptując jego dążenia i plany. Rodzic wspierając dziecko z odpowiedniej odległości, daje mu przestrzeń do manewrów, wzlotów i upadków. Akceptując niezależność dziecka, jako odrębny byt, rodzice są w stanie pozwolić sobie na błędy, porażki, a przede wszystkim na życie własnym życiem.

 

Komentarze

Recenzja książki: Analiza transakcyjna dzisiaj

Kiedy Eric Berne w latach 60-tych stworzył analizę transakcyjną, w psychologii dokonała się mała rewolucja. Oto powstała teoria, która nie tworzyła skomplikowanych nazw, a w swojej prostocie miała być zrozumiała dla przeciętnego Kowalskiego, dzięki czemu mogła stać się uniwersalna. Jakkolwiek idea nie byłaby słuszna, to jednak jej spopularyzowanie nie obeszło się bez pewnego chaosu w nazewnictwie – każdy użytkownik analizy, czy to był psycholog, trener, czy sprzedawca, dostosowywał język do swojego środowiska. Po latach upowszechniły się pewne nazwy, które jednak rozmywały się z pierwotnym znaczeniem. Funkcjonowało też kilka określeń na to samo zjawisko, w różnych interpretacjach to samo określenie znaczyło zupełnie co innego. Nadszedł więc czas by po 40 latach funkcjonowania analizy transakcyjnej podsumować dotychczasową wiedzę i wprowadzić porządek w nazewnictwie. Takiego zadania podjęli się twórcy recenzowanego podręcznika. 

Książka ta to nie lada gratka dla wszystkich zainteresowanych analizą. Przede wszystkim jest to pierwszy tak kompleksowy podręcznik w jasny sposób opisujący omawiane treści. Obszernie tłumaczy najważniejsze pojęcia, w przejrzysty sposób podsumowując dorobek praktyków.  

Czym jest analiza transakcyjna? To koncepcja psychologiczna opisująca interakcje międzyludzkie nazywane transakcjami. Ludzie komunikują się ze sobą z trzech poziomów zwanymi stanami ego: Dziecka, Dorosłego i Rodzica. Stan Dziecka wyraża nasze potrzeby, pragnienia, zachcianki. To wszystkie dziecinne zachowania, które powtarzamy w dorosłym życiu. Stan Rodzica to nasze przekonania, powinności, zasady. Dorosły to stan podejmowania decyzji, czerpie on z Rodzica i Dziecka, szuka kompromisu między tym, co chcemy, a tym, co powinniśmy.

Kiedy rozmówcy są wobec siebie komplementarni, np. oboje pozostają na tym samym poziomie ego lub jeden z nich przyjmuje stan Rodzica, a drugi Dziecka, to wtedy mówimy, że ich komunikacja jest równoległa. Życie jest jednak bardziej złożone, a komunikacja bardziej skomplikowana. Konflikty pojawiają się wtedy, gdy jedna osoba pozostaje w innym stanie ego niż oczekuje tego rozmówca. Przykład? Teściowa w stanie Rodzica daje wskazówki świeżo upieczonej mamie oczekując, że ona wejdzie w stan Dziecka i przyjmie jej rady z wdzięcznością. Ta jednak w stanie Dorosłego odsuwa teściową. Brzmi znajomo? A transakcje bywają jeszcze bardziej skomplikowane.

Jednak analiza transakcyjna nie sprowadza się tylko do opisu komunikacji. Ważną część teorii zajmuje skrypt życiowy, czyli napisany przez naszych rodziców scenariusz życiowy. Więcej o analizie nie napiszę – resztę znajdziecie w książce. 

Po lekturze książki będziemy wiedzieć jak rozpoznać swój własny skrypt życiowy, dlaczego warto z niego zrezygnować i jak to zrobić, czym są gry i rytuały, co jest przeciwieństwem otwartej komunikacji. Dowiemy się dlaczego dzieciństwo tak mocno odcisnęło na nas swoje piętno, sprawdzimy czy już na zawsze musimy pozostać więźniami czyichś oczekiwań. Znajdziemy drogę do wolności rozumianej jako wybór własnych zachowań, a nie narzucanego nam sposobu postępowania. Zrozumiemy, co stoi za naszym zachowaniem, poznamy siebie i przestaniemy ślepo wypełniać nie swój scenariusz na życie. 

Lekturę ułatwiają liczne przykłady, a także ćwiczenia. Książkę czyta się jak powieść, a nie jak podręcznik. Dodatkiem jest opisana historia analizy, a także propozycje wykorzystania jej w praktyce.

Książka powinna zainteresować nie tylko psychologów, trenerów czy sprzedawców, ale również każdego czytelnia zainteresowanego rozwojem osobistym, który chce lepiej zrozumieć siebie i innych.     

Analiza transakcyjna dzisiaj, Vann Joines, Ian Steward
Wydawnictwo Rebis

Komentarze

Seksualne konstelacje – poliamoria

Oczekiwanie społeczne dotyczy tradycyjnych potrzeb – potrzeby łączenia się w heteroseksualne pary traktujące swoją seksualność jako tabu (aby zanadto nie seksualizować przyszłości naszego narodu). Zawiera w sobie wierność, choć jej zachwianie łatwiej wybacza się mężczyznom niż kobietom.  Oczekiwanie społeczne nie pochwala rozwiązłości, choć i ta z jednych czyni macho, a z drugich rozpustnice. Jak to zwykle bywa czy rzecz dotyczy jednostki, czy społeczeństwa – rzeczywistość wygrywa z oczekiwaniami. Rzeczywistość pokazuje, że istnieją inne rozwiązania – seksualne konstelacje.

graf. Tomasz Opaliński

Odsłaniając tabu związku jako połączenia dwojga, należy odróżnić „standardowe” rozszerzenie relacji, czyli zdradę, od świadomego wyboru życia z wieloma osobami, czyli od poliamorii. O ile ta pierwsza jest złamaniem reguł, o tyle druga zakłada istnienie reguł niestandardowych. Poliamoria opisuje układ miłosny, intymny i seksualny między wieloma osobami. Pojęcie wielomiłości, pochodzi prawdopodobnie z lat 60., badać je zaczęto zaś w latach 90. Nie oznacza to jednak, że wcześniej nie tworzyły się układy angażujące więcej niż dwie osoby. W antropologii można spotkać się z francuskim pojęciem Ménage à trois (gospodarstwo domowe trojga) uważane za najstarszą alternatywną formę rodziny. Dwie osoby jednej płci i jedna przeciwnej żyły jak małżeństwo dzieląc obowiązki i łoże. Wskazuje się, że początkiem takiej relacji może być chęć odświeżenia związku, zburzenia rutyny i otwarcia się na nowe doświadczenia, jakie niewątpliwie można nabyć zapraszając trzecią osobę do świata stworzonej wcześniej intymności. Przykładów takich niestandardowych rodzin można szukać w historii – w Ménage à trois żyli m.in. Henryk II Walezjusz, Katarzyna Medycejska i Diana de Poitiers czy Wolter i małżeństwo markizów du Chatelet.

Drugi biegun wielości partnertów – hiperseksualność i promiskuityzm

Żyjąc w układzie poliamorycznym można mierzyć się z wieloma zarzutami. Wielomiłość brzmi ładniej, niż rozpusta, za którą wielu może uznać taki układ. Samo podejmowanie kontaktów seksualnych z wieloma osobami czy częste zmiany partnerów nie są dobrze odbierane. Należy jednak pamiętać o istnieniu dysfunkcji seksualnej, jaką jest hiperseksualność – nadmierny popęd seksualny i związany z nią promiskuityzm (kontakty seksualne pozbawione więzi uczuciowych, podejmowane z przypadkowymi partnerami). Hiperlibidemia może wynikać z niezdolności kontrolowania impulsów, choroby dwubiegunowej (w epizodzie manii) czy zaburzeń neurologicznych. W przypadku dysfunkcji seksualnych i norm w seksuologii w ogóle, przyjmuje się kryterium jakościowe (nie ilościowe), a więc w tym wypadku ilość odbywanych stosunków seksualnych i niemożność jej kontrolowania są przyczyną cierpienia osoby, która je podejmuje. Poliamoria nie jest więc zdradą, zboczeniem, dysfunkcją, parafilią czy orientacją seksualną (układ ten może tworzyć się zarówno wśród osób heteroseksualnych – pod pewnymi warunkami, jak i – najczęściej – biseksualnych czy homoseksualnych).

Wolność z zasadami

Poliamoria wymyka się ze wszystkich ram – związek miłosny może być oparty na układzie intelektualnym, dotyczyć seksualności części osób lub wszystkich zainteresowanych, może przyciągać nowe osoby spełniające dane kryterium (np. wzajemnej fascynacji, fascynacji swoją pracą twórczą) albo stanowić wieloletnią zamkniętą relację. Choć nie jest orientacją seksualną, również rama tego pojęcia zdaje się nie pasować do opisu takiego układu, bowiem każda z osób może identyfikować się z inną orientacją, a seksualna część związku może stanowić jedynie pewien rodzaj otwartości na doznania np. z osobą tej samej płci. Kluczową zasadą jest jednak zgoda wszystkich stron. Zasady zaczynają się tam, gdzie potrzeby – wspólne czy oddzielne randki, pojęcie zdrady, zachowania, które wzbudzają zazdrość to indywidualne kwestie konieczne do uzgodnienia. Jasne wytyczenie granic i równorzędność relacji wydają się być kluczem do przetrwania układu poliamorycznego.

Sercowe rozterki

Czy jesteśmy w stanie kochać wiele osób jednocześnie? Pytanie o miłość wydaje się być najtrudniejszym. Pojawienie się silniejszego uczucia do jednej z osób, zazdrość i poczucie odrzucenia to chyba najtrudniejsze przeszkody, jakie mogą stanąć do szczęścia w takiej relacji. W grupie łatwiej o bycie samotnym, bo trudniej o równowagę uczuć, którą przecież ciężko osiągnąć nawet w relacji dwojga ludzi. Naturalny egoizm, potrzeba bycia najważniejszym, najukochańszym i najbardziej pociągającym dla partnera to także cechy, których należałoby się wyzbyć. Kontrowersyjność poliamorii i jej sprzeciw wobec społecznych oczekiwań wynika z zaburzenia mono-normy, a więc normy uznającej monogamię za jedyny właściwy układ. Zarówno w sprawach seksuologicznych jak i miłosnych przyjąć należy jednak normę jakościową – poczucie osobistego szczęścia bez krzywdzenia innych. Rzeczywistość pokazuje, że drogi do jego osiągnięcia potrafią być różnorodne. 

Komentarze

Daj się zaINSPIrować! Wywiad z Ewą Kleczkowską, twórczynią INSPI Planner

Nie od dziś wiadomo, że sekretem najciekawszych pomysłów, ale i tym, co popycha do ich realizacji jest pasja. W przypadku Ewy było to zamiłowanie do planowania i organizowania, z którego zrodziła się potrzeba stworzenia plannera, jakiego nie było dotąd na rynku. Miał spełniać przede wszystkim jedno kluczowe zadanie – inspirować. Ewa Kleczkowska przekuła marzenie w czyn. Z pomocą innych kreatywnych kobiet stworzyła INSPIrational Planner. Na łamach Przestrzeni rozmawiamy z nią o jej autorskim kalendarzu, kulisach jego powstawania, sile pasji, a także o tym, jak INSPI Planner może pobudzić naszą kreatywność. 

Joanna Niedziela: Czym jest INSPIrational Planner?

Ewa Kleczkowska: INSPI Planner to przede wszystkim kalendarz pełen INSPIracji. Ubiegłoroczna edycja zawierała ich 120, po 10 na każdy miesiąc. W tym roku inspiracje przybrały formę motywacyjnych haseł, do których dołączyło ponad 70 cytatów wypowiedzianych przez wyjątkowe kobiety, takie jak: Coco Chanel, Brigitte Bardot, Venus Williams, Michelle Obama czy Martyna Wojciechowska.

JN: Co zainspirowało cię do jego stworzenia?

EK: Ja po prostu kocham kalendarze, plannery, notesy. Kocham je jeszcze bardziej, gdy są pięknie wydane, a biorąc je do ręki mam poczucie, że ktoś oddaje mi cząstkę siebie – swojego talentu. Nietrudno się zatem domyślić finału takiej miłości. Do wykonania INSPI Plannera zainspirowała mnie także Emily Lay – twórczyni Simplified Planner. W moim przekonaniu Emily wyprzedziła myśli tysięcy, a nawet milionów kobiet dając im planner, o którym nawet nie śmiały marzyć. Gdy amerykańskie dziewczyny organizowały swoje życie z fantastycznymi plannerami, u nas królowały te zwyczajne, sprzedawane masowo w księgarniach. Na szczęście świetnie nadrabiamy „zaległości”, a nasze rodzime projekty często prześcigają te zagraniczne. Bardzo się z tego powodu cieszę.

JN: Jaka jest historia powstania twojego plannera?

EK: Pozwól, że odpowiadając na to pytanie posłużę się zdaniem, które towarzyszy mi praktycznie od początku powstania idei plannera – INSPI Planner to w wielkim skrócie autorski projekt zrealizowany z pasji i potrzeby tworzenia. Banalne, prawda? Istniała więc pasja i bardzo silna potrzeba tworzenia. INSPI Planner był tylko kwestią czasu. Dodam jeszcze, że motywacja była podwójna, gdyż idea ‘tak zrobię to, wydam swój kalendarz!’ zrodziła się, kiedy spodziewałam się dziecka. Efekt – pierwsze INSPI Plannery wysyłałam na poczcie z kilkumiesięcznym synkiem na rękach. Nie było łatwo, ba, było nawet bardzo ciężko!  Należę jednak do typu kobiet, które się nie poddają.

JN: Co wyróżnia INSPI Planner? Do kogo jest kierowany?

EK: Tworząc INSPI Planner bardzo szczegółowo przeanalizowałam dostępne na rynku kalendarze. Jednego byłam pewna: ‘nic nie narzucać, tylko INSPIrować’. Stąd nazwa: INSPIrational Planner. W żadnym wypadku nie chciałam, aby INSPI Planner już po miesiącu wylądował na dnie szafki. Tak się niestety dzieje, gdy nasze oczekiwania wobec tego wymarzonego produktu nie zostają spełnione. Moim celem było stworzenie kalendarza, który poprzez swój prosty design i layout dnia, da każdej kobiecie szereg możliwości. Założenie to z sukcesem zrealizowałam. Nie narzucam żadnych rubryk do uzupełniania, które po kilku dniach niewypełniania mogą raczej irytować niż motywować.

Dla kogo jest zatem INSPI Planner? Dla kobiet. Czy jest dla ciebie? Nie wiem i nie boję się tego powiedzieć. Na stronie wydawnictwa staram się zawrzeć wszystkie niezbędne informacje pomagające w podjęciu decyzji: kupić czy nie kupić. Nie boję się też zadawać pytań. We wstępie INSPI Plannera pytam każdą jego nową właścicielkę między innymi o to, czy moja koncepcja kalendarza spełni jej wymagania. Uwierz, odpisują do mnie po kilku miesiącach! To niesamowite jak twoja praca potrafi kogoś uszczęśliwić, dać motywację i zaINSPIrować do działania.

JN: Co zatem znajdziemy w środku plannera?

EK: Zanim przystąpimy do codziennego korzystania z INSPI Plannera, warto wypełnić kilka pierwszych stron. Znajduje się wśród nich m.in. „indywidualna, roczna mapa inspiracji – celów”. Każdy dzień (oprócz weekendów) to jedna strona kalendarza, na której znajdziemy: harmonogram, listę zadań, notatnik oraz… twoje INSPIracje (miejsce u dołu każdej strony oznaczone serduszkiem). Ja przeznaczam je na zapis rzeczy/sytuacji, które wywołały u mnie szybsze bicie serca. Interpretacja dowolna.

JN: W jaki sposób INSPI Planner może pobudzić naszą kreatywność?

EK: Pierwszym miejscem w INSPI Plannerze, które zmusza nas (ale w ten przyjemny sposób) do kreatywności, jest strona poświęcona naszym INSPIracjom. To pusta kartka – przestrzeń, na której mamy za zadanie pisać, rysować, wklejać wszystko to, co pobudza nas do działania, sprawia przyjemność, co nas INSPIruje. Na kolejnych dwóch przekładamy INSPIracje na jasno określone cele. Zapytasz: dlaczego po prostu nie zaprojektowałaś strony z punktami od 1 do 10, w której każdy spisałby swojej zamierzenia? Bo lubię wychodzić poza sztywne ramy, kocham kreatywność, a nasze cele życiowe czy zawodowe to nie lista zakupów. Nie można ich tak po prostu napisać jeden pod drugim i kropka. Trzeba je zrozumieć, odkryć. Przykład: kochasz książki, w liceum pisałaś do szkolnej gazetki, wśród znajomych słyniesz z fantastycznych opowiadań przy ognisku, a twoja strona poświęcona INSPIracjom w INSPI Plannerze aż krzyczy „książka to moje życie”. To znak, że właśnie im powinnaś poświęcić swój najważniejszy cel. Może się to przełożyć na założenie bloga o książkach i nawiązanie współpracy z wydawnictwem pod kątem pisania recenzji wybranych tytułów lub pójście o krok dalej… napisanie własnej powieści. Nierealne? Tylko i wyłącznie w naszych głowach!

Ewa Kleczkowska – wizjonerka, która przekuła marzenie w czyn. Z wykształcenia kobieta ‚zarządzająca’, ale również spełniona narzeczona i mama. Planowanie i organizowanie od zawsze było wpisane w jej DNA. INSPI Planner powstał jako odpowiedź na Ten idealny kalendarz. Przy jego tworzeniu brały udział kobiety kreatywne i twórcze, których znakiem rozpoznawczym jest ich pasja.

Specjalnie dla czytelników Przestrzeni kod rabatowy na zakup INSPI Planner!

Kod rabatowy: INSPI30
Co zyskujesz: 30% rabatu na zakupy w całym sklepie z wyłączeniem produktów już przecenionych
Czas trwania: do końca stycznia 2017 r.
Komentarze

Droga Wolnego Ducha, czyli akceptacja bycia freelancerem

Freelancing to styl pracy dla wolnych duchów. Ale czy tak naprawdę te duchy są zupełnie wolne? Doświadczenie pokazuje, że często są obarczone czyimś niezrozumieniem ich stylu pracy, ciągłym wywieraniem presji, by zmieniły swoje nastawienie. Wśród freelancerów, ich rodzin i otoczenia brakuje akceptacji.

Źródło: unsplash.com

Wolne duchy wcale nie muszą zarabiać gorzej, niż w sytuacji, gdyby zobowiązały się pracą na etacie. Ich zajęcie nie jest też wcale mniej pożyteczne. Freelancerem nie zostaje się bowiem z przypadku i bez przygotowania. Mimo to praca freelancera często jest komentowana w sposób pobłażliwy, tak jakby miała być z zasady etapem czy rozwiązaniem alternatywnym.

Pracuję z freelancerami już kilka lat. Wspieram ich w tworzeniu i rozwoju marek, a co za tym idzie, tworzę strategię obecności w sieci, redaguję oferty i prezentuję sposoby na zwiększenie sprzedaży. (Więcej na temat mojej działalności możesz dowiedzieć się zaglądając na strony: Slowkariera i Kolibrowo)

Podczas pracy często dopatrujemy się powodów, dla których ktoś wybrał freelancing. Taka decyzja wymagała wewnętrznej wolności, świadomości kompetencji, takich jak samodyscyplina czy zdolności organizacyjne oraz chęci samorealizacji. To godna pochwały postawa. Dlaczego więc rodzi problemy z akceptacją?

Samoakceptacja bycia freelancerem

Samoakceptacja to postawa zaufania, wiary i szacunku do samego siebie. Nie zawsze freelancerzy mają zaufanie do swojej efektywności i pozytywną wizję następnego miesiąca. Jednak jeśli wypracowali w sobie szacunek do samego siebie, potrafią się cenić i nadawać wartość swojej pracy.

Wszystko zaczyna się w miejscu pracy freelancera, czyli w głowie. Jeśli nie czujesz wartości, jaka towarzyszy twojej pracy, środowisko też ci jej nie wytworzy.

Fakt, bardzo często bycie freelancerem jest rozwiązaniem na chwilę, bądź próbą zmierzenia się ze swoimi zdolnościami. Owszem, gdy wszystko weryfikujemy samodzielnie (zainteresowanie rynku naszymi usługami, własny talent do robienia czegoś) możemy doświadczyć kilku rozczarowań. To dobra okazja, żeby dać sobie prawo do pomyłek, błędu i odpoczynku. Praca w charakterze freelancera to lekcja docenienia własnego spojrzenia i zdolności. Dzięki takiej specyfice pracy mnożą się nam szanse by zaakceptować ograniczenia, poznać własne aspiracje i marzenia zawodowe. Praca we wspomnianym charakterze pozwala zdystansować się do własnych niepowodzeń, a to zasób na całe życie, niezależnie od tego, jakie później będziemy pełnili role

Akceptacja środowiska

Otoczenie często komentuje nasze wyboru wedle własnych. Pozostawia to w nas wrażenie, że nie potrafimy doścignąć „właściwych” postaw. Jak sobie z tym radzić? Unikać niekorzystnych porównań i przestać próbować dorównywać komuś, kto ma przecież inną przeszłość i inne motywacje, niż my sami. Sztuką jest dorosnąć do własnych wymagań, a nie do wymagań innych ludzi względem nas. Życie i praca w zgodzie ze sobą pozwala cieszyć się każdą sferą. Odzyskasz spokój, jeśli tylko będziesz stawiać cele na miarę swoich możliwości. Wsłuchuj się w swoje uczucia i jasno komunikuj je otoczeniu. W końcu inni przyzwyczają się, że z tobą nie ma co pogrywać i narzucać ci swoich wizji.

Zdrowy kompromis

Chcąc wykonywać swoją pracę zgodnie z założeniami, staraj się zrozumieć postawy, które cię otaczają. Należy pamiętać o innych ludziach, ponieważ niezależnie od tego, co tworzysz (rękodzieło, muzykę czy grafikę) tworzysz to dla innych. Ich odbiór twojego stylu pracy może okazać się cenną wskazówką. Zbytnia koncentracja na sobie grozi popadnięciem w narcyzm. Jeśli masz pełną świadomość własnych praw, samodzielnie podejmujesz decyzje i liczysz się z ich konsekwencjami, nie ma powodu byś tłumaczył/a się ze swojego życia zawodowego.

Jeżeli tylko zaakceptujesz wszelkie czarne scenariusze, np. w postaci kogoś, kto obśmieje twoją drogę życiową, akceptacja własnego wyboru jak i akceptacja reakcji na niego przyjdzie ci z łatwością. 

Komentarze

Naturalne ziołowe kosmetyki

Historia ziołolecznictwa sięga czasów przed naszą erą. Pierwsze wzmianki na ich temat można znaleźć w dokumentach pochodzących z Babilonii i Asyrii, jednak za kolebkę wiedzy lekarskiej na temat ziół uznawany jest starożytny Egipt. Także w późniejszych latach rośliny lecznicze cieszyły się niezwykłą popularnością. Osoby z różnych grup społecznych stosowały je jako medykamenty, których nie sposób było zastąpić czym innym. Gdy medycyna rozwinęła się w swojej technice i metodach badań, naukowcy i znawcy tematu rozpoczęli dokładne analizy ziół. Udowodnili to, co teraz je oczywiste – że rośliny mogą być naszym sprzymierzeńcem w dbaniu o piękno. Pozwalają w naturalny sposób (bez chemicznych środków i konserwantów zawartych w wielu współczesnych kosmetykach) zadbać o naszą cerę i ciało.

Które zioła mają dobroczynny wpływ na naszą urodę? Jak możemy je wykorzystać w codziennej pielęgnacji? Zapraszam na mój mały ranking roślin prosto z ogrodu Matki Natury.

A

Aloes

Zawiera w sobie mnóstwo aminokwasów. Pielęgnuje cerę dojrzałą i trądzikową. Jako roślina wzmacniająca naszą skórę nawilża, koi, działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i łagodząco. Jest również doskonałym lekiem wykorzystywanym przy poparzeniach słonecznych.

MGIEŁKA Z ALOESEM

Nawilżający aloes świetnie sprawdza się jako nawilżający spray w upały.

Do buteleczki z atomizerem wlewamy wodę destylowaną poł na pół zmieszaną z żelem aloesowym. Płynem wypełniamy butelkę do 2/3 wysokości pojemnika. Dolewamy kilka kropel olejku lawendowego. Na koniec dodajemy wyciąg z zielonej herbaty. Mieszamy. Przechowujemy w lodówce.

Arnika

Arnika pielęgnuje cerę naczynkową poprzez jej wzmacnianie. Chroni przed nadmiernym zaczerwienieniem. Kremy i żele z tą rośliną dbają o nogi i poprawiają krążenie żylne.

KOJĄCA I WZMACNIAJĄCA MASECZKA Z ARNIKĄ

Arnika regeneruje, maseczka pomaga w pielęgnacji cery naczynkowej.

Mieszamy ze sobą: 1 łyżeczkę arniki i nagietka, 125 ml wody destylowanej, 10 gram lanoliny, 3 gramy masła kakaowego, 10 mililitrów oleju z awokado, 25 mililitrów oleju ryżowego. Kwiaty zalewamy wrzątkiem i parzymy 10 minut. W tym czasie w kąpieli wodnej roztapiamy lanolinę i masło. Dodajemy olej i napar z kwiatami. Zdejmujemy z ognia i mieszamy do wystygnięcia.

B

Bratek polny

Wpływa na przemianę materii, czyli zapobiega zatrzymywaniu wody w organizmie. Wybiela cerę. Oczyszcza. Wspomaga leczenie trądziku w okresie dojrzewania, a także w wieku dojrzałym.

HERBATKA Z BRATKIEM W ROLI GŁÓWNEJ

To najlepsza propozycja dla osób chcących poprawić stan swojej skóry i oczyścić organizm z toksyn, które są winowajcami złej kondycji naszej cery.

Mieszamy 10 gram bratka, 5 gram pokrzywy i 5 gram skrzypu. Łyżeczkę mieszanki zalewamy wrzątkiem i odcedzamy. Pijemy codziennie wieczorem.

C

Chmiel

Chmiel ma bardzo silne właściwości bakteriobójcze. Odżywia i regeneruje. Działa na skórę poprzez napięcie i uelastycznienie. Dzięki zawartości hormonów roślinnych zapobiega przedwczesnemu starzeniu się cery.

PŁYN CHMIELOWY

Płyn chmielowy skutecznie wspiera i leczy w przypadku wypadania włosów.

Do jego wykonania potrzebne są: 1 litr wody, garść chmielu. Chmiel zalewamy wrzątkiem. Przykrywamy na 20 minut. Połowę płynu wcieramy we włosy na 15 minut przed myciem głowy, a 2 połowę dodajemy do wody, którą na końcu płuczemy włosy.

D

Dziurawiec

To specyficzne zioło, które działanie zostało dobrze poznane. Posiada właściwości ściągające. Leczy podrażnienia. Odnawia skórę.

N

 Nagietek

To zioło pobudzające procesy odnowy. Nawilża, pomaga przy przesuszonej skórze. Stosowany jest najczęściej jako płukanka oraz balsam do podrażnionej cery. Ułatwia bliznowacenie poparzonej skóry.

O

Owies zwyczajny

Popularny składnik kremów dla kobiet w wieku dojrzałym, ponieważ ma działanie odmładzające i zapewniające skórze świeżość i blask.

T

Tymianek to następne zioło, które idealnie może wspomagać walkę z  cellulitem. Również oczyszcza i wzmacnia naskórek.

Ż

Żywokost

To idealny środek do zmiękczenia bardzo szorstkiej skóry. Jest on najczęściej zalecany jako dodatek do kąpieli dający uczucie relaksu i nawilżający szorstkie partii skóry.

Ten skrótowy przegląd najpopularniejszych ziół wykorzystywanych w kosmetologii udowadnia, że stanowią one cudowne panaceum na problemy skórne. Pielęgnujmy nasze ciało i twarz naturalnymi roślinnymi skarbami. Zadbają one o nasze piękno skuteczniej niż drogeryjne kosmetyki pełne chemii i konserwantów.

Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Bernardeta Nosek
Copywriterka, blogerka, dietetyk, fanka pisania. Pasjonatka ziołolecznictwa i medycyny naturalnej. Prywatnie zakochana narzeczona, zapalona kociara, miłośniczka jazdy konnej. 

 

Komentarze

Przestrzeń dla rozwoju związku – Berenika Kosmala z bloga Lepiej myśleć niż nie

Przedstawiamy cykl Przestrzeń dla rozwoju związku, będący kolaboracją między Magazynem Przestrzeń i twórczynią gry Jupitajnia Couple – Agatą Pierzchałą, w którym zachęcamy blogerów do odpowiadania na trzy pytania z gry. Prowadzisz bloga i chcesz podjąć wyzwanie? Napisz do nas na kontakt@magazynprzestrzen.pl. Jupitajnia Couple to autorska gra coachingowa dla par, której głównym celem jest wzmocnienie bliskości między partnerami oraz poprawa komunikacji. Jupitajnia to zestaw kart z pytaniami poszerzającymi spojrzenie na relację, samych partnerów czy ich poglądy na ważne kwestie.

W tym miesiącu na pytania z Jupitajnia Couple odpowiada Berenika Kosmala – twórczyni bloga Lepiej myśleć niż nie.

Pytanie #1

Nie ma takiego pytania. Wychodzę z założenia, że im trudniejsze wydaje się zadanie jakiegoś pytania, tym bardziej powinnam je zadać. W naszym związku stawiamy na otwartość i szczerość, oboje wyznajemy zasadę, że gorzka prawda jest lepsza od najsłodszego kłamstwa. Osobiście zawsze bałam się zakochać w iluzji człowieka, w moim wyobrażeniu o nim, a nie w tym, kim rzeczywiście jest. Myślę, że prawdziwa miłość zaczyna się w momencie, gdy decydujemy się kogoś kochać dokładnie takim, jakim jest. A żeby do tego doszło, trzeba właśnie zadać wszystkie niewygodne pytania.

Pytanie #2

Przede wszystkim myślę, że udany związek powinien być dla nas bezpieczną przestrzenią, gdzie możemy bez skrępowania być sobą. To intymność i zaufanie. Myślę, że udany związek to także swego rodzaju kumplostwo i przyjaźń. To wyciąganie z siebie nawzajem dobrych rzeczy, rzeczy o których istnieniu niekiedy nie mieliśmy pojęcia. To wsparcie w trudnych chwilach, w chwilach zwątpienia i w chwilach podejmowania wyzwań. Udany związek to zrozumienie i całe mnóstwo cierpliwości. To też nieustanne wychodzenie sobie naprzeciw i szukanie kompromisów.

Pytanie #3

Z natury jestem punktualna i wszelkie podróże lubię mieć dobrze zaplanowane, a przede wszystkim lubię jak wszystko jest zaplanowane z odpowiednim wyprzedzeniem. Mój partner natomiast jest wiecznym śpiochem, czas traktuje dość płynnie i praktycznie zawsze wyjeżdżamy później, niż to sobie zaplanowałam.  Najważniejsze dla mnie stało się więc odpuszczenie zapinania wszystkiego na ostatni guzik. Uczę się w trakcie urlopu wrzucać tryb slow i delektować się spędzanym wspólnie czasem, bez narzucania nam jakichś sztywnych ram. Najważniejsze dla mnie jest wtedy skupienie się na TU i TERAZ.

 

Nazywam się Berenika i to jest moje zupełnie prawdziwe imię. Na co dzień żyję w trójkącie z kawą i szorstkim policzkiem mojego chłopaka. Jestem świeżo po studiach ogrodniczych. W międzyczasie zyskałam i zupełnie nagle straciłam pracę. Nie mam pojęcia co tak naprawdę chcę robić z życiem. Koncentruję się głównie na oddychaniu i niegubieniu skarpetek. Dwa lata temu w ramach postanowienia noworocznego założyłam bloga Lepiej myśleć niż nie, którego prowadzenie dało mi więcej satysfakcji, niż odebranie dyplomu inżyniera na absolutorium. Jeśli miałabym krótko określić o czym tak właściwie jest mój blog, to powiedziałabym, że jest o prowadzeniu myślącego trybu życia.

Komentarze

Recenzja książki: Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem

Oczywiście nie jest to recenzja postaci Macieja Nowaka, ale przeprowadzonego z nim wywiadu Mnie nie ma autorstwa Olgi Święcickiej. W tym wypadku trudno mówić o recenzowaniu książki – nie umniejszając Autorce, bo to, co przeczytałem nie jest do końca książką. To Maciej Nowak. I to nie byle jaki, bo taki, który wciąż wywierał na mnie ogromny pressing psychiczny, nieustającą potrzebę pogłębiania [większości] tematów, które poruszał. Prawie po każdej części, po każdym tycim atomie, jednym z setek atomów, z których składa się ta książka, udawałem się w małą podróż do źródła wiedzy, które pomoże mi rozszerzyć to, co właśnie zobaczyłem. A były to rzeczy niesamowite, frapujące, a czasem prozaiczne, ale zawsze ciekawe. Słowem galaktyka, supergromada i to nie taka, która składa się z miriadów gwiazd, tylko dziesiątek mikrokosmosów. One właśnie, wyłuskane rękami autorki, Olgi Święcickiej z osobowości przedmiotu tej wiwisekcji, czule, aby nie naruszyć jego struktury, zostają podane nam na tacy. Potem jak łakome dzieci sięgamy po jeden za drugim i szybko dostajemy czkawki, bo każdy z nich musimy zbadać. tak jak badałem je ja. Jednym słowem najlepszy z możliwych posiłków, właśnie taki, którego nie musimy zjadać dużo, aby się nasycić. Patrząc szerzej na to wszystko, mogę śmiało powiedzieć, że bardzo lubię film Jiro śni o sushi (i polecam go wszystkim, nie tylko fanom kulinariów). Kompozycyjnie przypominam mi on „Mnie nie ma” właśnie swoją atomową kompozycją, narracyjnie spajaną przez osobę starego mistrza Jiro. Jedną z cząstek elementarnych tego dzieła, tą która wywołała na mnie ogromne wrażenie, jest scena z dostawcą ryżu dziadka Jiro. Nie chciał on sprzedawać swojego plonu do “jakiegoś hotelu, o tu nieopodal” mówiąc, że jedynie stary mistrz wie, jak go przygotować. Niby tylko ryż, podstawowy składnik kuchni japońskiej, ale “hotelikiem” był tokijski Grand Hyatt. Tylko czułe dłonie są w stanie wyciągnąć z ryżu to, co najlepsze. Takie właśnie są dłonie Olgi Święcickiej. Widać, że zaklęta w książce osobowość Macieja Nowaka to na pewno nie dzieło przypadku, ani też zasługa tego, z kim był prowadzony wywiad-rzeka, a świadome działanie Autorki.

W końcu nawet carpaccio nie bierze swojego smaku z mięsa, którego użyjemy. Staje się delikatesem dzięki woli i warsztatowi samego kucharza.

 Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem, Olga Święcicka
Wydawnictwo Czarne

Komentarze

Trudna sztuka akceptacji

AKCEPTACJA – słowo klucz naszych czasów, tylko nie za bardzo wiadomo, do którego zamka pasuje.

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Zrozumienie czegoś, co jest zupełnie sprzeczne z naszymi poglądami, z powodzeniem można porównać do zdobycia najwyższego ze szczytów. Jest to nie tylko pokonanie samego siebie, ale i pokazanie całemu światu, że po prostu się da. Lubimy trwać w swoich przekonaniach, zakopywać się we własnych racjach i nieraz z niechęcią podchodzimy do tego, co nowe i nieznane. Jesteśmy tylko ludźmi. Warto sobie jednak przypomnieć, że mamy również wolną wolę i własny rozum. To dzięki tym narzędziom jesteśmy w stanie dokonywać wyborów.

INNY, NIE ZNACZY GORSZY

Ta prawda, przekazywana dzieciakom już w pierwszych klasach szkoły podstawowej, w późniejszych latach zdaje się samoczynnie zacierać. Lepszym staje się ten, który ma nowsze ubranie i telefon, a pozycję tego słabszego zajmują ambitne jednostki.

Fakt, można mówić, że dzieciaki bywają okrutne. Coś się dzieje jednak niedobrego, gdy przeciętny Jaś staje się Janem, a jego światopogląd nie rozwija się wraz z nim.

Na świecie istnieje naprawdę wiele organizacji pozarządowych działających na rzecz akceptacji. Ich liczba się wciąż zwiększa. Nasz kraj również walczy o równość i akceptację – to na pewno dobry sygnał. Zawsze byłam zdania, że najpierw należy zadbać o porządek na własnym podwórku, a potem dopiero pouczać swoich sąsiadów. Polska ma jeszcze wiele do zrobienia, choćby na gruncie akceptacji seksualnej czy etnicznej. Mam jednak wrażenie, że coś się zmieniło w tej kwestii. Polacy, w większości, wciąż bywają wrogo nastawieni do obcokrajowców, ale każdy pojedynczy akt przemocy wobec cudzoziemców jest zauważany i potępiany. Nienawiść nie jest już niedostrzegana.

INTERNET A AKCEPTACJA

Internet śmieje się, że świat nic więcej nie robi, oprócz umieszczania francuskiej flagi jako tła zdjęcia na Facebooku lub zapalania wirtualnych zniczy pokoju. Bez względu na to czy to prawda, czy jedynie szydercze docinki – w przestrzeni wirtualnej aż roi się od tzw. hejtu, czyli mowy nienawiści. Nazywam to w ten sposób, bo dla mnie nie jest to niczym innym, jak aroganckim obrażaniem nie tylko innych, ale i siebie.

Sprzeciwiamy się temu w mediach, aktywnie walczymy z nienawiścią, ale ona i tak jest wciąż obecna. Jak ją pokonać? Robiąc dobro – to powinna być odpowiedź na każdą ludzką krzywdę. Dobre uczynki/karma wracają, warto więc dać szczęście drugiej osobie, inwestować tym samym w siebie.

ZACZNIJ NAJPIERW OD SIEBIE

Akceptacja, to dla większości z nas proces wielostopniowy. Najpierw się z czymś bardzo nie zgadzamy, razi nas to do granic możliwości, aż w końcu dociera do nas, że albo chcemy coś z tym „bólem” zrobić, albo nie.

Jeśli naprawdę nie – nie ma sprawy, tkwij dalej w tej kuli pogardy i nienawiści. Stopniowo zostaniesz w niej sam, zapewniam cię. Jeśli jednak odpowiedź brzmi „tak, chcę to zmienić”, po prostu to zrób. Nieważne, jak zaczniesz – czy to poprzez zbieranie informacji, rozmowę, czy może konfrontację. Ważne, że kiedyś dotrzesz do punktu, w którym przyznasz przed sobą z dumą – tak, zrobiłem/zrobiłam cokolwiek, by się otworzyć i zaakceptować.

Komentarze

Dziewczyny z Jerozolimy Wschodniej – Malake

Album prywatny Malake

Imię: Malake
Wiek: 26 lat, panna

Tradycja to nie jedyna droga

Kiedy miała 21 lat zobaczył ją wychodzącą z autobusu. Potem wysłał swoją mamę do jej mamy, żeby się dogadać, co do pierwszego spotkania i zaręczyn. Ale dziewczyna nie zgodziła się. Nawet go nie kojarzyła. Nie wiedziała zupełnie kim jest.

Jeśli Malake miałaby kiedyś wyjść za mąż to chciałaby móc poznać chłopaka wcześniej. Nie należy do zwolenniczek „drogi tradycyjnej”. Podoba jej się koncepcja spotykania i randkowania w miejscach publicznych, chodzenia do restauracji, czułych rozmów przez telefon.

Rzeczywistość wygląda jednak trochę inaczej. Kiedyś z kolegą i koleżanką ze studiów poszła razem do centrum handlowego. Spojrzenia ludzi jednoznacznie sugerowały im, że przekroczyli granicę obyczajową tym wypadem.

Szkoła-dom, dom-szkoła

„Kiedy byłam młodsza – moje życie wyglądało tylko tak: szkoła-dom, dom-szkoła. Nie było niczego pomiędzy. Nie poznawałam niczego innego, innych ludzi” – poddaje refleksji swoje życie Malake.
W wieku szesnastu lat myślała trochę o tym, aby wydać się za mąż i to zmienić. Teraz, kiedy pracuje
i studiuje może się wreszcie bardziej otworzyć na świat – ma dużo więcej kontaktu z innymi ludźmi, dużo więcej inspiracji i dużo więcej pomysłów. „Nie masz na męża kandydata – to nie koniec świata!”- śmieje się Malake z przekonaniem.

Mężczyzna i kobieta

„Bądź jak mężczyzna! Będziesz miała dobre życie. Możesz robić i myśleć sama” – mawiał Malake ojciec. Sam nie otrzymał starannej edukacji. Dlatego zależało mu na rozwoju intelektualnym córki. To on namawiał ją do tego, by się uczyła i zarabiała pieniądze. Na przekór temu, co dzieje się w ich kulturze. Mężczyźni są postrzegani jako ci, o „rozsądniejszej głowie”. Kobiety nie mogą ochronić swojego ciała. Kiedy „coś złego” przytrafi się dziewczynie – to ją społeczeństwo będzie postrzegać jako złą, a hańba spadnie na dom jej ojca. Zdarzają się sytuacje, kiedy dziewczyna straci dziewictwo przed ślubem. „Wtedy wcale nie jest miło” – mówi Malake – „mogą ją nawet zabić.”. Na moje pytanie,
czy tylko dziewczynę odpowiada: „tak, bo tylko w niej ludzie widzą zło”. Taka jest praktyka.

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

Skromnie, ale wygodnie

Malake jest muzułmanką, która interesuje się i zgłębia swoją religię. Ale jak mówi – nie przestrzega wszystkiego. Nie zakrywa włosów – i choć jej rzeczy sięgają po ramiona i nogi – nie zakłada tradycyjnych luźnych sukien. „Pracuję, więc trudno byłoby mi nosić takie ubrania. Albo na przykład, kiedy chciałabym popływać, w jakim stroju miałabym to robić?! Cała zakryta? To byłoby niewygodne” – stwierdza.  Choć nie ukrywa również, że mama, która nosi się na modłę tradycyjną, chciałaby, aby córka bardziej upodobniła się w tym do niej. Presja społeczna robi swoje. Zdarza się, że społeczeństwo ostentacyjnie odwraca wzrok widząc Malake bez hidżabu. Wyrażają tym dezaprobatę dla jej „niestosownego ubierania się”. 

Świadomość jakości nad ilością

Gdyby Malake założyła rodzinę, chciałaby mieć maksymalnie trójkę dzieci. Mogłyby sobie pomagać
i liczyć na siebie. Na bliskowschodnie warunki „troje to nie dużo”. Są rodziny, które mają po dwadzieścioro czy piętnaścioro. Malake jednak tego sobie nie wyobraża: „chcę być zdrowa. Chcę dbać o swoje ciało – ono musi odpoczywać. Poza tym chciałabym mieć czas dla każdego dziecka
z osobna. Usiąść i porozmawiać. Przy dużej ilości dzieci to niemożliwe”.

Marzeniem Malake jest podróż do Wenecji. Chciałaby zobaczyć miasto na wodzie. Ale potem wrócić tutaj, do Jerozolimy. Stąd pochodzi. Tu się urodziła. Tu mieszkają jej przyjaciele, jej ojciec. To tu jest zapach, który rozpoznaje i kocha.

Komentarze

Jutro nie będzie fajerwerków

Wysoki, przesadnie szczupły i kruchy mężczyzna otwiera oczy. Spokojnie, bez nagłego zrywu, zaprzyjaźnia się z bezczelnie wkradającymi promieniami słońca. Nie zasypia do pracy, nie wścieka się na brak śniadania, nie potrzebuje myć zębów, suszyć włosów i ubierać spodni w tym samym czasie. Dziwny jest, spokojny jakiś, wyzbyty miejskich natręctw. Paterson. Wychodzi. Godzinami kieruje autobusem. Pisze wiersze. Wraca. Całuje żonę. Wychodzi z psem. Śpi. Znowu otwiera oczy. I tak przez siedem dni w tygodniu.

Kadr z filmy „Paterson”, fot. materiały prasowe

Nowy film Jima Jarmuscha to pochwała codzienności w skromnym wydaniu. W Patersonie unaoczniają się noworoczne pragnienia: spokój, dystans i docenianie najmniejszego buldoga na ziemi. Główny bohater staje się wcieleniem miejskiego flaneura, włóczęgi, złodzieja rozmów ze ślepych uliczek. Jarmusch zrezygnował z wielowątkowego filmu drogi na rzecz bohatera drogi. Wyodrębnił jedno miasteczko, a w nim nadzwyczaj pogodzonego z życiem mężczyznę, dla którego „roztargnienie to poezja w uczynkach”. Poezji akurat w Patersonie nie zabrakło.

Akceptacja wyraża się poprzez przyjmowanie wszystkiego, co do nas przychodzi. Nie ma w niej walki i popadania w emocjonalne skrajności, czyli tego, co w bohaterach dynamicznych najlepsze. Jarmusch wybiera na przewodnika po swojej fabularnej opowieści amatora, będącego jednocześnie miłośnikiem. Paterson ceni sobie poranki, popołudnia i wieczory z taką samą dozą egzaltacji. Jego wyobraźnia zapala się od zasłyszanego słowa. W autobusie, miejskim barze czy parku przy wodospadzie. Uśmiecha się na widok znanych i nieznanych pasażerów. Na codzienne narzekania kolegi z pracy reaguje ciągle tym samym, spokojnym kiwnięciem głowy. Nawet, gdy w barze dochodzi do sprzeczki, to właśnie Paterson ratuje obecnych tam od wystrzału z broni nieszczęśliwie zakochanego Romea. Jarmusch kreuje bohatera w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tym razem Superman nie lata, ale za to pisze zgrabne wersy w tajemnym notesie.

Najpełniejszy wymiar akceptacji pojawia się w relacji z jego małżonką, piękną, energiczną i poszukującą talentu Laurą. Spokój Patersona wydaje się być wystawiony na próbę z każdym powrotem do domu. Nowe, przesolone dania, kolejny, bezmyślny remont mieszkania, tonącego w jaskrawych wzorach, kupno niepotrzebnej gitary. Laura to ucieleśnienie kreatywności rozpalającej głowę od środka. Jarmusch ubiera bohaterskiego przyjaciela w ogromne podkłady dystansu. Gdy wymyślone danie jest za słone, wypije kilka szklanek wody, uśmiechnie się i podziękuje. Gdy mieszkanie przybierze wściekłe wzory bieli i czerni, pochwali żonę za kreatywność, której on przecież nie posiada. Gdy pies zniszczy jego tajemny notes z wierszami, otworzy kolejny i zacznie pisać. Po długim dniu na prośbę Laury odkurzy tomik ulubionego poety i przeczyta jej o „zimnych i słodkich śliwkach w lodówce”. Brzmi jak banalnie ukartowany melodramat, jednak takie sceny przefiltrowane przez umysł Jarmuscha stają się kwintesencją współczesnego włóczęgi.

Nie spotykają go barwne i dzikie historie jak Szalonego Kapelusznika z Truposza. Postać z filmu Jarmuscha, odgrywana wtedy przez Johnego Deepa, ciągle zmienia miejsce. Omyłkowo zostaje wzięta za ucieleśnienie poety Williama Blake’a, którego zaczyna ścigać przeznaczenie. Dzięki Szalonemu Kapelusznikowi Jarmusch rozprawia się z motywami zaczerpniętymi z kina drogi. Zwykły księgowy zostaje w przeciągu kilku chwil poszukiwanym mordercą, musi więc uciekać. Ku wolności, niezależności i spełnieniu. Niczym beatnik na amerykańskiej autostradzie, ale wyzbyty poetyckiego majestatu. William Blake, Szalony Kapelusznik, księgowy – główny bohater Truposza, który akceptuje przyspieszony bieg wydarzeń i przymila się do niego. Wyciąga broń, strzela, zabija. Po co? By zostawić autograf widzom. By przejść duchową inicjację pod wpływem towarzysza Indiania. I na koniec, by odpłynąć, razem z tabaką przy sercu.

Unoszący się spokój z Truposza wkradł się i do Patersona. Jarmusch umieścił bohatera w zamkniętej przestrzeni, wyzbywając doświadczania nagłych zwrotów akcji. Obsadził go w roli przewodnika, oprowadzającego po doskonale znanych mu terenach. Ranek z kochającą żoną, południe z mieszkańcami miasta, a wieczory w przydrożnym barze. Paterson to zarówno nazwa miasteczka, imię bohatera, jak i tytuł tomiku Williama Carlosa Williamsa. Pod zarzuconą kurtyną błogości kryje się jednak „patersonowski smutek”. Właściciel baru samotnie grający w szachy, nieszczęśliwy aktor, odgrywający rolę miejskiego Romea, japoński turysta, obserwujący wodospady. Smutek staje się przyjazny, urokliwy, a to za sprawą wrażliwości Patersona.

Tak jak i w filmach drogi, wędruje on codziennie w poszukiwaniu przygód. Pojawiają się one znienacka pod postacią spotkania z turystą, kiermaszu babeczek żony czy odnalezionego pudełka zapałek. Te ostatnie nie służą do odpalania fajerwerków, a do codziennego podtrzymywania atmosfery miasta.

Komentarze

Recenzja książki: Udawajmy, że to się nie wydarzyło

Co się właściwie miało wydarzyć w życiu czterdziestotrzyletniej blogerki i mamy, Amerykanki wychowanej w Texasie, zakompleksionej i niestabilnej psychicznie? Odpowiedź jest dziecinnie prosta: tyle samo, co w życiu każdego przeciętnego człowieka. Z jednym wyjątkiem; autobiografia napisana w odpowiedni sposób, czyli z pewną dozą (wiadrem) dystansu i mocno absurdalnego poczucia humoru, nie tylko nada się do druku, ale nagle trafi na półkę bestsellerów New York Timesa, a sama autorka doczeka się kolejnej, równie poczytnej pozycji. Wydawać by się mogło, że życiorysy czyta się w hołdzie dla znanych i wybitnych postaci –  zasługują na nie podróżnicy, weterani lub ofiary wojny, a sami pisarze, jeśli umieszczają wątki autobiograficzne, to zazwyczaj, jako inspirację dla wyrażenia myśli o wiele dla nich istotniejszych. Jenny Lawson najwyraźniej zupełnie nie kierowała się tym tropem. W Udawajmy, że to się nie wydarzyło bardzo dokładnie, nieraz groteskowo, nieraz intymnie, opisała swoje dzieciństwo sielskie anielskie w stanie Teksas i swoją młodość durną i górną, aż w końcu wiek żeński, wiek klęski [1].

Nawet jeśli wiersz [Polały się me łzy czyste, rzęsiste] Adama Mickiewicza nie do końca kojarzy z życiem Amerykańskiej blogerki, to pozostaje w klimacie niezadowolenia. Od pierwszych stron książki czytelnik doświadcza ciągłej autokrytyki, nieraz przekonywany jest, aby książkę odłożył, a do Jenny Lawson nigdy więcej się nie zbliżał. Trzeba to autorce przyznać, że do mistrzostwa doprowadziła tak popularny ostatnio “roast”, tyle że w formie literackiej, co stanowi ciekawą kontrę do wspomnianych już tradycyjnych biografii. Czytelnik poznaje osobiste życie autorki, która wyjawia je bez żadnych sekretów, z pełną swobodą, a nawet niedbałością. Życie rodzinne, problemy psychiczne, życie zawodowe czy ciąża, poród i macierzyństwo, przygody z narkotykami? Jenny Lawson nie oszczędza czytelnika. Swój monolog prowadzi w sposób chaotyczny, z całym bogactwem stylistycznego inwentarzu: od apostrof, przez dyskusje z korektorką, liczne przekleństwa, podpunkty, aż po nieskończone retrospekcje przechodzące w kolejne rozdziały czy długie przypisy polemizujące z tekstem. W monologu Lawson na pewno nie brak dynamiki, a może i nawet chaosu, momentami przypominającego strumień świadomości, co jest zarówno wadą, jak i zaletą książki. Autorka zdecydowanie nie wstydzi się, ani swojego życia, ani tego jak myśli, nawet jeśli miałyby być poza panującymi konwencjami i choć można jej zarzucić wiele literackich niedoskonałości, to wszystkie wspomniane elementy sprawiają, że autobiografia niesie jedno, bardzo wyraźne przesłanie, tym, że nikt nie jest idealny.

W obliczu ponadczasowej tendencji do nadmiernego dbania o swój wizerunek, książka Jenny, spontanicznej, nieporadnej, ale odnoszącej sukcesy, autoironicznej i zabawnej blogerki, to dobry sposób, aby nauczyć się zdystansować i chociaż udawać, że wokół nas naprawdę nic (złego) się nie wydarzyło.

[1] Po lekturze książki można odnieść wyraźne wrażenie, że autorka jest feministką i prawdopodobnie nawet za Adamem Mickiewiczem nie powtórzyłaby “na mój wiek męski, wiek klęski”.

Udawajmy, że to się nie wydarzyło, Jenny Lawson
Wydawnictwo Czarne

Komentarze

Recenzja książki: Lion. Droga do domu

Mały chłopiec, który rozpaczliwie chce wrócić do domu, rozgląda się po zatłoczonej ulicy. Wszechobecny tłum pozwala mu dostrzec jedynie wąską szczelinę między budynkami, gdzie przez chwile może się schować. W głowie kołacze mu się jedynie jedna myśl ,,Jak wrócić do domu?”

fot. Magazyn Przestrzeń, PG

Pociąg, który zmienił wszystko

Saroo jest chłopcem, który z jednej strony doświadczył strasznej tragedii, z drugiej zaś niezwykłego szczęścia. Jego życie pełne niespodziewanych zbiegów okoliczności i przedziwnych wydarzeń stało się inspiracją do napisania książki Lion. Droga do domu.

Przeżycia chłopca są niezwykłe i dramatyczne, jako pięciolatek wybiera się na wycieczkę z bratem, docierają na dworzec, pod jego nieobecność, zaspany Saroo wsiada do pociągu, który odmienia jego życie. Zagubiony i przestraszony dostaje się na ulice Kalkuty, jedno z największych miast Indii. Mały chłopiec walczy o przetrwanie wśród niebezpiecznych ulic, żebrząc o jedzenie i próbując przeżyć bez rodziny i bliskich. Kilka razy unika śmierci od utonięcia, dzięki bezinteresownej pomocy bezdomnego, jego wrodzony instynkt i spryt pomagają mu uniknąć niebezpieczeństw związanych z handlarzami żywym towarem, łowcami organów i alfonsów.

Mały chłopiec, który dzielnie znosi niewygody, znajduje również pomoc dobrych ludzi, dzięki którym odmienia się jego los. Za pomocą organizacji ISSA ma szanse na nowe życie w rodzinie adopcyjnej. Jego wielkie szczęście dopiero się zaczyna – trafia pod opiekę australijskiego małżeństwa i staje się ich synem.

Saroo i droga do domu

Rodzice Saroo pomagają mu oswoić się z nową kulturą, uczą języka, ale także nie pozwalają zapomnieć o dawnej ojczyźnie –  Indiach. Wycofany i ostrożny Saroo dopiero po kilku miesiącach opowiada swoją niezwykłą historie, która jeszcze nie raz ma wzbudzić zdziwienie i podziw dla odważnego pięciolatka, który przetrwał na ulicach Kalkuty.

Chłopiec staje się mężczyzną i mimo że czuje się Australijczykiem, nie zapomina o swoich korzeniach. Podejmuje żmudną i pełną niepowodzeń próbę odnalezienia dawnej rodziny. Z pomocą przybywają mu Internet oraz własne wspomnienia. Czy Saroo odnajdzie biologiczną matkę i spotka się z rodzeństwem?

Siła ludzkiej odwagi – Lion. Droga do domu

Trudno sobie wyobrazić przeżycia małego chłopca oraz trudności w odnalezieniu rodziny w Indiach. Książka Saroo Brierley’a pokazuje jak ludzka siła charakteru, wola przetrwania oraz upór pomagają osiągnąć nawet z pozoru niemożliwe rzeczy. Mały chłopiec, który w przeszłości utracił wszystko, pokazuje, że liczy się tu i teraz – a o to, co ważne, zawsze warto walczyć do końca.

Od 2 grudnia w kinach można oglądać film na podstawie książki Lion. Droga do domu.

Lion. Droga do domu, Saroo Brierley
Wydawnictwo Znak Literanova

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Iga Zakrzewska-Morawek

Źródło: unsplash.com

Poetka:  Iga Zakrzewska-Morawek
Z wykształcenia: filolog polski. Z zawodu: copywriter. Z zamiaru: muzykoterapeuta. W 2014 r., w ramach konkursu Blog Roku, wyróżniona przez Wydawnictwo Zielona Sowa nagrodą specjalną (propozycja wydania książki). W marcu 2016 r. ukazał się jej literacki debiut – Świat według Żunia. Od 2015 roku mieszkanka Wrocławia, z którego wyjeżdżać nie planuje. Chyba, że do Sydney.
 

EDYCJA

edytuję codzienność
głowy
resetuję pojemność
 
stałość zamieniam na zmienność
pobudzenie na senność
 
jeszcze na dość
teraz na złość
 
dzień na noc
ciało na koc
 
ciepło na chłód
zamach na rzut
 
łatwość na trud
realizm na cud
 
półmrok na brzask
szepty na wrzask
 
krok na skok
żale na bok
 
 

OBIEKTYWNIE

nacierasz mnie

selektywnie
 
maścią gestów
nieznacznych 
ociekających 
przypadkiem
 
i mówisz mi
obiektywnie
 
że miłość moja 
rumieńcem oblana
dziurę w ziemi 
czubkiem buta
 
wierci
ukradkiem
 
 

JEŚLI TYLKO

jeśli tylko się okażesz 
cierpliwym i porządnym 
panem
narysuję Ci kolację 
ze śniadaniem
pastelami
o drugiej nad ranem
 
i ołówkiem miękkim
szklankę herbaty Tobie 
naszkicuję 
i cytrynę woskiem pachnącą
(gdy mnie zdenerwujesz)
 
a gdy spać będziesz 
plecami do mnie odwrócony
to pędzelkiem ciepłą barwą nasyconym
na Twych plecach papierowych
kreślić będę wzory 
 
i do szklanki z herbatą 
i cytryną kwaśną
nieba kostkę wrzucać będę 
przejrzystego
 
dzisiaj
jutro
Komentarze

Przed Państwem…

Filip Handzel, galeria obrazów (6)

 
Artysta: Filip Handzel
Urodzony w 1994 roku. Student III roku na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie. Jest związany przede wszystkim z malarstwem asamblażowym. W swoich obrazach przedstawia głównie temat natury technologicznej wobec struktury biologicznej. Prace malarskie mają charakter nie tylko asamblażowy, ale także projektów instalacji. W Pracowni Obrazowania Cyfrowego realizuje prace w zakresie technologii VR. Uczestnik kilku wystaw zbiorowych w kraju i za granicą, nigdy indywidualnych. 
 
Przedstawione obrazy są jednym z przykładów malarstwa asamblażowego. Są czarne i melancholijne. Wydaje się, ze są przepełnione mrokiem, lecz ich tematyka jest ścisłe związana ze światem przyszłości technologii i ludzkości. Tworząc te prace inspirowałem się ideą transhumanizmu, czyli poglądu rozwoju ludzkości, która dzięki technologii i nauce będzie w stanie kontrolować swoje procesy ewolucyjne i zwalczać wszelkie ludzkie ograniczenia, w tym największego wroga w dziejach człowieczeństwa – śmierci. Procesy jakie obecnie odbywają się w dzisiejszym świecie, wyraźnie wskazują na kurs ulepszania gatunku homo sapiens. Wszyscy jesteśmy skazani na progres, lecz wystarczy jeden wielki błąd byśmy się znaleźli w regresie. Historia i droga jaką podążymy w przyszłości zależy całkowicie tylko od nas, zwłaszcza w mentalności wobec szybko rozwijającego i pędzącego ku nowoczesności świata. Wszystko jest w naszych rękach, postarajmy się więc nie popadać w skrajności. 
 
Filipa można znaleźć na:
Komentarze
Komentarze do:

"Wystarczająco dobry rok"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję