Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016

19

Przestrzeń #19

Człowiek lubi wracać do tego, co dobrze zna, ponieważ zapewnia mu to poczucie bezpieczeństwa. Zmiany, mimo że pełnią funkcję rozwojową, wiążą się z lękiem i koniecznością podjęcia wysiłku. Przyjemne jest przecież powracanie do znajomych miejsc, osób, schematów, smaków, zapachów – zarówno fizycznie, jak i tylko w wyobraźni.

Rozstając się, zazwyczaj oczekujmy szybkiego powrotu. Dlatego to właśnie o powrotach piszemy we wrześniowym wydaniu Magazynu Przestrzeń. Koniec kalendarzowego lata zmusza do dokonania powakacyjnych zmian. Radzimy więc jak się za nie zabrać. Wyruszamy w podróż, której celem jest odnalezienie naturalnej bliskości z nowo narodzonym dzieckiem. Powracamy do źródeł szczęśliwego życia, skupiając się na mocy szczerego śmiechu. Piszemy, jak może zmienić życie całej rodziny diagnoza autyzmu u naszej pociechy. Zastanawiamy się też, gdzie jest granica normalności a zaburzenia w dziecięcym zachowaniu na podstawie recenzji książki To normalne!. Przedstawiamy rozwojową grę dla par Jupitajnia, której celem jest poprawa komunikacji między partnerami. Powracamy także do marzeń o debiucie książkowym z garścią motywacyjnych rad. W dziale seksuologicznym odkrywamy prozdrowotne właściwości płynące z miłości fizycznej. Uświadamiamy sobie także, że w comiesięcznych wahaniach nastroju nie ma nic złego i staramy się zrozumieć zmiany zachodzące w organizmie kobiety w ciągu jej życia na podstawie recenzji książki Dlaczego bywam humorzastą zołzą. W dziale logopedycznym rozmawiamy z Katarzyną Czyżycką – logopedą i twórczynią znanego bloga Głoska.

W felietonach stawiamy pytanie o miejsce i znaczenie powrotów w życiu człowieka. Poznajemy krótką historię bohaterskiego korespondenta wojennego Juliena Bryana. Rozmawiamy z Januszem Leonem Wiśniewskim o jego najnowszej książce Siedem lat później, przyjaźni z Dorotą Wellman, łączeniu paradoksalnych światów i roli emocji w życiu. Poznajemy historię Sarah, która zdecydowała się po wielu pokoleniach powrócić do Izraela. Podpatrujemy, jak współcześni filmowcy wracają do kolorowego chaosu lat sześćdziesiątych. Rozpoczynamy cykl The Energy recording Sebastiana Skowrońskiego, będący monologiem artysty w energetyczno-emocjonalnej przestrzeni. Poznajemy twórczość poetycką Natalii Kwiecińskiej. Artystą numeru jest Karolina Lubaszko.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Czas powakacyjnych zmian

graf. Tomasz Opaliński

graf. Tomasz Opaliński

Wrzesień zawsze był dla mnie miesiącem powrotów. Po intensywnych wakacjach pełna entuzjazmu wracałam do rzeczywistości, w której czekały nowe zobowiązania. We wrześniu zawsze wierzyłam, że w tym roku będę uczyć się pilniej, będę aktywniejsza i we wszystkim lepsza. Nowe, jeszcze puste zeszyty symbolizowały nowy start, nową szansę, którą teraz z pewnością wykorzystam. W zeszytach jednak szybko pojawiały się braki, które sprawiały, że traciłam entuzjazm do pilnej nauki.

Dlaczego tak się działo? Co takiego powodowało, że mimo najlepszych chęci znów nam nie wychodzi? Nie możemy zerwać z nałogami, choć przecież chcemy. Nie umiemy przyzwyczaić się do wcześniejszego wstawania, choć byłoby to nam na rękę. Nie możemy zmotywować się do szukania nowej pracy, choć stara już nas męczy… Zagadnieniem skuteczności w zmianach zajmuje się cała gałąź psychologii, jaką jest psychologia motywacji. Cała armia coachów doradza nam, jak skutecznie wprowadzać zmiany w życie. Co takiego psychologia ma nam do zaoferowania w kwestii zmian?

Cele to twoi przyjaciele

To zdanie wisiało przed gabinetem, w którym prowadziłam terapię. Przypominało nam, że praca bez celu jest mało produktywna. Bez niego jesteśmy jak statek błądzący po wodach bez mapy. Jednak nie każdy cel przybliża nas do upragnionego lądu. Myśląc o nim pamiętajmy o kilku zasadach:

  • Najważniejsze jest, żeby cel był w zasięgu naszych możliwości. Może być trudny, ale niech pozostanie osiągalny. Pewna pani logopeda, nazwijmy ją Kasia, pracowała z niemówiącym autystykiem. Była mocno sfrustrowana – uważała, że jej praca nie przynosi żadnych efektów, ponieważ chłopiec po roku nadal nie mówił. Jaki błąd popełniła? Postawiła sobie zbyt odległy cel: chłopiec miał zaczął mówić. Cel był nie tylko zbyt odległy, ale przede wszystkim ignorował wszystkie sukcesy dziecka po drodze. Chłopiec przez ten rok nauczył się nawiązywać kontakt wzrokowy, wydawać proste dźwięki, skupiać uwagę na pomocach. Ale Kasia tego nie zauważała, będąc zbyt skupiona na dalekim i zbyt ambitnym celu.

  • W psychologii rozwojowej istnieje pojęcie strefy najbliższego rozwoju. To przestrzeń, która jest blisko nas, ale wykracza poza naszą strefę komfortu. Jest wystarczająco daleko, żeby zbliżając się do niej czuć wyzwanie, ale i na tyle blisko, aby mieć poczucie bezpieczeństwa. To właśnie w niej szuka się celów. Wyobraźmy sobie Kamila. To bardzo nieśmiały chłopak, który na samą myśl o wychodzeniu przed publiczność robi się czerwony, gwałtownie się poci i czuje pilną potrzebę schowania się gdzieś na końcu świata. Kamil chciałby coś zmienić w swoim życiu. Dość ma swoich nerwowych tików, chce stać się bardziej towarzyski. Cel, który zdecydowanie wykracza poza jego strefę najbliższego rozwoju to wygłoszenie przemówienia przed salą pełną ludzi. Gdyby nawet jakimś cudem Kamilowi udało się wytrwać do końca, to trauma, jaką by przeżył w związku z tym wydarzeniem sprawiłaby, że już nigdy więcej nie podjąłby żadnej próby związanej z byciem bardziej pewnym siebie. Lepiej będzie dla Kamila, gdy pomyśli o innym celu: może postanowić sobie zabrać głos na spotkaniu towarzyskim, na którym jest tylko kilka osób. Kiedy nabierze w tym wprawy, łatwiej będzie mu zabrać głos na zebraniu w pracy, a potem znów przesunąć swój cel o kolejny mały krok. 
           
  • Podziel cel na kawałki jak pizzę. Wyobraźmy sobie, że mamy zjeść pizzę w jednym kawałku. Nie wolno nam zostawić na talerzu ani jednego okruszka. Wszystko musi znaleźć się w naszej buzi. Nierealne? Podobnie jest, gdy nasz cel jest zbyt ogólny. Tak było z celem Kasi. Tak jest, gdy za cel wyznaczymy sobie nauczenie się języka angielskiego, opanowanie sztuki gotowania, stanie się bardziej pewnym siebie. Dokładne sprecyzowanie celu motywuje do jego realizacji. Dlatego traktujmy cel jak pizzę – im kawałki są mniejsze, tym łatwiej je przełknąć. Zamiast planować naukę obcego, opanujemy na początek sto słówek. Chcemy dobrze gotować? Opanujmy do perfekcji pięć przepisów. Chcemy zerwać z paleniem? Wybierzmy najpierw porę dnia, kiedy najłatwiej jest nam rozstać się z papierosem. Zaplanujmy na przykład, że nie będziemy palić wieczorem.
     
  • Sprawdź czy twój cel jest mierzalny. Zapiszmy go i zastanówmy się, po czym poznamy, że już go osiągnęliśmy. Planowanie lepszej pracy jest jak gonienie króliczka – nigdy się nie udaje. Dlaczego? Bo dopóki nie określimy, czym jest dla nas lepsza praca, dopóty nie będziemy wiedzieć do czego zmierzamy. Warto więc spisać sobie jak najwięcej określeń „dobrej pracy”. Może to być kryterium określonych zarobków, atmosfery w pracy. Ważne, żeby było to coś, co da się zauważyć – że już jest albo wciąż tego nie ma.
     
  • Określ ramy czasu, czyli jutro będzie futro. Tym się różni marzenie od celu, że cel ma datę realizacji. Jeśli więc nie chcemy pozostać w sferze marzeń, musimy określić ostateczny termin realizacji naszej zmiany. Jej data, podobnie jak przy strefie najbliższego rozwoju, musi być na tyle bliska, żeby nas motywować do działania, ale i na tyle realna, żebyśmy byli w stanie się w niej zmieścić.
      
  • Opowiedz o swoim celu znajomym.Nic tak nie motywuje do działania jak publiczna deklaracja. Wszyscy lubimy myśleć, że inni mają o nas dobre zdanie. Kiedy dowiedzą się, że się odchudzamy, trudniej nam będzie się z tego wycofać. Nie chcemy przecież, by inni pomyśleli, że jesteśmy niekonsekwentni. Wykorzystajmy ten mechanizm przy wprowadzaniu zmian.

Kiedy mamy już jasno określony cel, możemy przejść dalej.

Sprawdź, jakie potrzeby stoją za nawykami

Wydaje się, że w odchudzaniu albo rzucaniu palenia nie ma nic skomplikowanego. Wystarczy przestać tyle jeść albo palić i będzie dobrze. A jednak tak nie jest. Wszelkie uzależnienia i nawyki są po coś. Tworzymy je sobie albo jako mechanizm obronny, albo żeby zrealizować jakąś potrzebę. Palenie często realizuje potrzebę towarzystwa, bo to jedyna okazja w pracy, żeby porozmawiać z innymi. Jedzenie służy tłumieniu smutków. Tak pojmowane nawyki to strategie, którymi posługujemy się, żeby zrealizować jakąś potrzebę. Potrzeb nie jesteśmy w stanie zmienić. Możemy się jednak nauczyć jak inaczej je spełniać. Nie jest to proste, ponieważ najpierw musimy zrozumieć, jakie potrzeby i emocje stoją za naszymi działaniami. Warto szczerze odpowiedzieć sobie na pytania: co dobrego daje mi ten nawyk? Co stracę, kiedy przestanę go realizować? W ten sposób mamy szansę dotknąć prawdziwej potrzeby. A to już pierwszy krok do zmiany strategii.

Komentarze

Powrót do (nie)normalności

graf. Arkadiusz Jankowski

graf. Arkadiusz Jankowski

Twarz mu się zacisnęła, oczy próbowały nie łzawić. Patrząc na oblicze mężczyzny siedzącego przede mną miałam wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Postawny, dobrze ubrany, jednak w tej chwili jego świat powoli rozpadał się na coraz mniejsze kawałki.

„Autyzm?” – zapytał drżącym głosem, próbując opanować szloch. Diagnoza brzmiała jak wyrok. Mężczyzna wyszedł z gabinetu z przyklejonym uśmiechem na twarzy i rozpaczą w duszy.

Nie oceniaj!

Niestety, życie nie jest sprawiedliwe. Kiedy spotykamy małego chłopczyka, który siłuje się z mamą na przejściu, krzyczy i wyrywa, możemy pomyśleć, że to niezbyt grzeczne dziecko i dość niewydolna wychowawczo matka. Nie przypuszczamy jednak, jak mylna może być nasza ocena.

Możliwe, że ten chłopiec i jego mama borykają się z widmem diagnozy, która zmieniła całe ich życie. Zaburzenia ze spektrum autyzmu nie dają widocznych znaków zewnętrznych – nie widzimy zmian na twarzy, ani deformacji ciała. Dzieci, które doświadczają autyzmu są takie same jak inne maluchy. Różnica tkwi jednak w sposobie, w jaki odbierają świat. 

Zazwyczaj nie rozumieją ironii, żartów, czy metafor. Trudno im przyjąć panujące w społeczeństwie normy. Głośne lub bardzo ciche dźwięki mogą sprawiać im ból i trudność. Mimo tego, funkcjonują wśród nas, mają takie same marzenia, czują ból i zachwyt. Posiadają swoje ulubione bajki, pragną być kochane i doceniane. Choć inaczej odbierają świat, to jednak często próbują się do nas dostosować. Pomaga w tym terapia, zrozumienie zachowań autystycznych oraz cierpliwość i duża doza zrozumienia, zarówno dla dzieci jak i rodziców.

Powrót do normalności

Rodzice zazwyczaj wiedzą, że z ich dwuletnim, trzyletnim, czy czteroletnim dzieckiem jest coś nie tak. Brak zabaw z rówieśnikami, nieumiejętność nawiązywania kontaktów, specyficzne zachowania, które wzbudzają dyskomfort u innych. Niepokoją schematyczne zabawy odbiegające od tego, jak bawią się inne dzieci w przedszkolu czy na boisku. Zakrada się więc lęk, że „z moim dzieckiem może być coś nie tak”.

Ta myśl jest jednak spychana głęboko do podświadomości. Silniejsza staje się pokusa, aby nic nie zmieniać. Zazwyczaj to inni zwracają uwagę zagubionym rodzicom, że z Bartkiem, Stasiem czy Zosią jest coś nie tak i sugerują wizytę u specjalisty. Wtedy rodzic już wie, że po powrocie z gabinetu jego życie nigdy nie będzie takie samo. 

Pożegnanie z iluzjami

O dziecku myślimy jak o zdrowej, pięknej osobie, która ma nieograniczone perspektywy i może zrobić w przyszłości co zechce. Co wtedy, kiedy dowiadujemy się, że marzenia mogą się nie spełnić, a rzeczywistość będzie wyglądać inaczej niż w amerykańskich filmach?

Czasami diagnoza jest jak wyrok. Potrzeba czasu, aby ją przetrawić. Przeżyć żałobę po stracie zdrowego dziecka. Po jego obrazie, jaki istniał w naszym sercu. Na początku jest zaprzeczanie, że to niemożliwe – „jaki autyzm?”. Szukanie innych specjalistów, próbowanie zmazania trudnych słów.

Później pojawia się uczucie zagubienia. Jak sprostać nowej rzeczywistości, co zrobić, jak odnaleźć się w tym nowym-starym życiu? Stopniowo zakrada się ból, złość i gniew – na siebie, na specjalistów, innych ludzi, Boga, dziecko. Pada pytanie „dlaczego mnie to spotkało?”.

Aż w końcu przychodzi akceptacja i powrót do normalności. Zorganizowanie świata na nowo, pogodzenie się, że autyzm będzie stałym towarzyszem, a codzienność to normalność, nie marzenia.

Etapy pogodzenia się ze stratą mogą trwać tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Są osoby, które zatrzymują się na konkretnych stadiach, nie idą dalej. Czasami powrót zabiera bardzo dużo czasu. Niektórzy jednak nie wracają wcale.

Bibliografia:
Herbert M. Żałoba w rodzinie., Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2005
Komender J., Jagielska G., Bryńska A., Autyzm i Zespół Aspergera. Wydawnictwo Lekarskie PZWL, 2014

Komentarze

Recenzja: To normalne!

gnaulati-to-normalne-3d-e6a1405c66ad99fc436996c5a64e739be49d1610Żyjemy w szybkich czasach. Jedzenia typu fast food, maili pełnych skrótów, emotikonów zastępujących wyrazy i ekspresowych randek. Zawrotne tempo dotyczy niestety także tego, co najcenniejsze – zdrowia, w tym zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Kiedy pojawia się dolegliwość, pojawia się także potrzeba błyskawicznej diagnozy, dzięki której będziemy mogli szybko rozwiązać problem (najczęściej za pomocą lekarstw). Enrico Gnaulati, autor książki To normalne!, mówi stop pochopnym diagnozom.

Od momentu, w którym zostałam matką, wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: ”czy to normalne, że moje dziecko… (nie mamy tyle miejsca, aby wpisać wszystkie interesujące mnie frazy)”. Myślę, że każdy rodzic może się do tego przyznać. Chcemy dla swoich dzieci jak najlepiej, dlatego szukamy odpowiedzi i wyjaśnień naszych wątpliwości – część z nas u znajomych, niektórzy u doktora Google, a jeszcze inni robią to u specjalistów – lekarzy czy psychologów. Niezależnie od źródła diagnozy, zdarza się, że jest ona nietrafiona, co może skutkować poważnymi konsekwencjami dla dziecka.

Enrico Gnaulati, w oparciu o swoje doświadczenia zdobyte w pracy psychoterapeutycznej, opowiada jak często poważne zaburzenia: ADHD, choroba dwubiegunowa czy zespół Aspergera są przyklejane niczym etykietka wielu młodym ludziom, determinując ich życie. Czasem w sposób nieodwracalny i destrukcyjny. Przyczyny niepokojących zachowań mogą być przecież zupełnie prozaiczne. Stres, niewłaściwa dieta, zwykłe zmęczenie czy po prostu etap rozwojowy. To z ich powodu można zauważyć u dziecka symptomy przypominające objawy zaburzenia.

Książka ma wszystko to, co lubię w amerykańskich pozycjach typu poradnikowego. Prosty język, wciągającą (bo przeplataną dużą ilością prawdziwych historii pacjentów) fabułę i dowody w postaci wyników badań naukowych. Polecam tę pozycję rodzicom, nauczycielom, specjalistom. Pozwoli im ona spojrzeć na dzieci z trochę innej perspektywy. Bo Gnaulati przekonuje w pozytywny sposób. Poszukujący niezależności “zbuntowany” przedszkolak, ambitny “zarozumiały” uczeń, obrażona na cały świat nastolatka? To normalne!

To normalne!, Enrico Gnaulati
Wydawnictwo Znak Literanova

Komentarze

Jupitajnia – rozwojowa gra dla par

Początkowa faza związku jest niczym eksperyment chemiczny, w którym silna tęsknota miesza się z ciągłym pożądaniem. Nikt nie wie jak długo można je razem łączyć, zanim wszystko się nie spali. Niestety zazwyczaj zamiast wielkiego wybuchu zostaje nam dogasające ognisko namiętności. To, jak długo będzie się ono żarzyć, zależy tylko od nas. Z pomocą może nam jednak przyjść Jupitajnia – gra rozwojowa dla par, mająca na celu wzmocnić więź i poprawić komunikację między partnerami.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

Powiedzmy sobie szczerze – to zupełnie normalne, że w związku dwojga ludzi następuje moment, w którym spadają nam z nosa różowe okulary. Mamy wtedy jednak szansę dostrzec drugą osobę w całej jej okazałości – ze wszystkim wadami i zaletami. Nikt niestety nie mówił, że będzie to moment łatwy, wystarczy chociażby spojrzeć na uginające się księgarnianie półki poradników dotyczących relacji i komunikacji między mieszkańcami Wenus a Marsa. Warto podkreślić, że komunikacja jest tu słowem kluczowym, ponieważ to ona najbardziej kuleje wraz z trwaniem związku. Przestajemy umieć sygnalizować swoje potrzeby, ale przede wszystkim słuchać drugiej osoby ze zrozumieniem i wyrozumiałością. Pojawiają się wzajemne oskarżenia „ty zawsze!”, „ty nigdy!”. Jak przełamać to błędne koło i na nowo zbliżyć się do siebie? Z pewnością warto angażować się w nowe i ciekawe aktywności, które pomogą nam zerwać z codzienną rutyną. Może to być kurs tańca, egzotyczna podróż, wspólnie przyrządzony posiłek albo… sięgnięcie po grę Jupitajnia.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń


Jupitajnia – gra dla par

„Jak zmieni mój związek ten mały, granatowy woreczek?” – oto pytanie, jakie może pojawić się, gdy odpakujemy grę. W woreczku z piękną podszewką kryje się talia kart z pytaniami, nagrodami, refleksją, instrukcja oraz mniejszy pakunek z klepsydrą i dwiema kostkami. Celem tych przedmiotów jest wymuszenie rozmowy między partnerami na (z pozoru łatwe) pytania. Gra, o ile można ją tak nazwać, polega na wzajemnym zadawaniu sobie wylosowanych pytań. Osoba odpowiadająca ma minutę na udzielenie odpowiedzi – czas odmierzany jest przez załączoną klepsydrę. Zadaniem osoby pytającej jest następnie sparafrazowanie tego, co usłyszała.

Nauka parafrazy, a więc upewnienia się, że dobrze zrozumieliśmy drugą stronę, ma wymiar praktyczny w codziennym życiu. Wiele kłótni ma przecież swoje źródło w nieporozumieniach i błędnej interpretacji słów partnera.

Wróćmy jednak do gry. Jeśli parafraza jest zgodna z intencjami osoby odpowiadającej, para zdobywa punkty (w zależności od ilości gwiazdek znajdujących się przy danym pytaniu).  Aby partnerzy mogli jeszcze bardziej zbliżyć się do siebie – po zdobyciu 10, 20 i 30 punktów ciągnie się kartę nagrody. Co nią jest? Między innymi wspólna kąpiel, wzajemny masaż, wojna na poduszki i wiele innych!  Nagrodę można zrealizować od razu lub zaplanować na później. Autorka gry pomyślała także o pustych kartach, które mogą dać upust kreatywności i stać się kolejnymi pytaniami lub nagrodami. Kiedy para zdobędzie 30 punktów – gra kończy się podsumowaniem. W tym celu ciągniemy kartę refleksji i odpowiadamy na pytanie, czego nowego dowiedzieliśmy się na temat naszej relacji podczas tej rozgrywki.  

Dla kogo jest Jupitajnia?

Gra przeznaczona jest dla par, które chcą umacniać swój związek, a także poprawić wzajemną komunikację. Sprawdzi się zarówno w związkach z mniejszym, jak i większym stażem. Autorka poleca grę, jako narzędzie pomocne w pracy terapeutycznej, psychologicznej, coachingowej czy mediacyjnej z parami.

Czy warto?

Zawsze warto spróbować wszystkiego, co może przyczynić się do poprawy naszego związku. Żyjemy w czasach, w których jesteśmy przyzwyczajeni, że łatwiej coś wymienić lub wyrzucić, niż to naprawić. Ta zasada nie powinna jednak odnosić się do relacji – przecież przy każdej kolejnej, szybciej czy później, spadną nam z nosa różowe okulary.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

Dlatego warto sięgnąć po grę Jupitajnia, ponieważ pozwala ona dotknąć istotnych tematów w luźnej atmosferze zabawy. Wymaga jednak od obojga partnerów otwartości i chęci do pracy nad związkiem. Pytania zapisane na kartach wcale nie należą do łatwych, a upływający czas, przeznaczony na odpowiedź, może być dodatkowym czynnikiem blokującym nasze myśli. Dlatego czasem warto zrezygnować z jego odmierzania. Może się zdarzyć, że niektóre kwestie poruszymy pierwszy raz od początku trwania związku, ponieważ nigdy nie było okazji otwarcie o nich porozmawiać. Kiedy przełamiemy już pierwsze lęki, stanie się coś cudownego. Poznamy na nowo siedzącego przed nami człowieka, jego potrzeby, pragnienia, przekonania. I wiecie co? Może akurat w tej rozgrywce trafi nam się wspólna kąpiel…

Zakupu gry Jupitajnia możesz dokonać na tej stronie. Znajdziesz tam też podstawowe informacje o grze. 
Autorem gry jest Agata Pierzchała – Międzynarodowa Coach ACC ICF, Team & Group Coach. 

Komentarze

Przez intuicję do rodzicielstwa

Kiedy w rodzinie pojawia się dziecko, wszyscy przeżywają rewolucję. Kobieta, partnerka, żona staje się również mamą. Mężczyzna, partner, mąż – staje się tatą. Starsze dziecko staje się dla kogoś bratem lub siostrą… Zmienia się perspektywa, z jakiej widzimy i oceniamy swój styl życia, sposób żywienia. Możliwe, że zmienia się także to, jak postrzegamy siebie. Przeobraża się nasza tożsamość, a od momentu narodzin dziecka, każdego kolejnego dnia zadajemy sobie (i wujkowi Google!) mnóstwo pytań. Chcemy poznać swoje dziecko jak najlepiej i znaleźć „swoje miejsce” w byciu rodzicem. Nieustannie – albo przynajmniej dość często – weryfikujemy, czy jesteś w tym wszystkim „wystarczająco dobrzy”.

14339827_10154495476799770_1584469083_o

fot. Linda Grześkiewicz-Strumidło

Chcę wam opowiedzieć o tym, jaką rolę w tej drodze może spełnić chusta do noszenia dzieci. Nie zdziwcie się, jeśli oprócz chustonoszenia zarażę was też ideą budowania relacji w rodzinie ze zwróceniem uwagi na emocje i przeżycia każdego z jej członków. Przyznaję wprost – owiane różną sławą rodzicielstwo bliskości jest po prostu tym, co dla całej rodziny opłaca się na przyszłość!

Rodzę się i potrzebuję…

Mimo, że ludzki noworodek już po przyjściu na świat potrafi bardzo wiele (np. odróżnia głos i zapach matki od głosu i zapachu innej osoby), przez pierwsze trzy miesiące swojego życia jest fizjologicznym wcześniakiem – ten okres często nazywa się czwartym trymestrem ciąży. Dziecko nie jest jeszcze gotowe na pełne eksplorowanie świata – jego zmysły są niedojrzałe. To, czego potrzeba mu najbardziej to zapewnienie poczucia bezpieczeństwa, przez ciągłą opiekę i jak najczęstszy – jeśli nie stały! – kontakt fizyczny z rodzicem, masaż, kołysanie (kluczowe dla harmonijnego rozwoju układu nerwowego!), karmienie piersią na żądanie (gdy dziecko zasygnalizuje głód, a nie gdy wybije godzina karmienia), spokojny sen. Po to, by maluch mógł dojrzewać w swoim tempie i powoli oswajać się ze światem, zupełnie innym od tego, który znał przez 9 miesięcy życia w brzuchu mamy (tam było ciemno, ciepło, ciasno i słychać było nieustanny szum!). Przyznaj, że trudno by wam było uczyć się nowego języka, gdyby ktoś nieustannie mówił jak słabo wam idzie – nie ufając swoim kompetencjom i nie czując się bezpiecznie nie moglibyśmy się rozwijać. Różnica jest taka, że dla was i dla waszego dziecka definicja poczucia bezpieczeństwa brzmi troszkę inaczej. Dzieci, którym rodzice nie oszczędzali kontaktu fizycznego, skóra do skóry, są znacznie spokojniejsze, mniej płaczą i rzadziej doświadczają tzw. kolek (1). Dzieci, które są karmione na żądanie aktywnie biorą udział w „rozkręcaniu” laktacji i doświadczają tak ważnego dla ich przyszłości poczucia sprawczości. Dzieci, których płacz spotyka się z wrażliwą odpowiedzią rodzica, budują zaufanie do siebie i najbliższych osób, budują przekonanie o tym, że świat jest ogólnie dobrym i bezpiecznym miejscem do życia. To podstawa dla silnego poczucia własnej wartości i ufnej więzi emocjonalnej. Są one ważne, jeśli zależy nam na tym, by nasze dziecko w dorosłości nie bało się wyzwań, było niezależne, samodzielne, empatyczne i aby budowało satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi (2).

Jestem Mamą, jestem Tatą

Każdy z nas inaczej przeżywa czas, w którym zostaje rodzicem. Wielu rodziców mówi, że „raz jest łatwiej, a raz trudniej”, że są momenty zalewającej miłości do dziecka i takie, w których czujemy się zagubieni i sfrustrowani. Każde moment złości czy frustracji jest ważnym sygnałem o tym, że jakaś „dorosła” potrzeba daje o sobie znać. Czasem wystarczy wyjść na samotny spacer, a czasem potrzeba dłuższej rozmowy z kimś, kto nas wysłucha bez oceniania i złotych rad. Pojawienie się dziecka rozpoczyna proces dużej zmiany w obrębie tożsamości rodziców.

Rodzice, którzy czują się kompetentni i są przekonani do swojego postępowania względem swoich dzieci, łatwiej budują z nimi ufną więź. Ich spokój, zaufanie do siebie i swojej intuicji jest dokładnie tym, w czym „przeglądają się” ich dzieci – jak w lustrze. Bardzo ważne jest też najbliższe otoczenie rodziny, tzw. „sieć wsparcia” stworzona z osób, które wspierają, nie narzucając swojej wizji pomocy, lecz raczej wychodząc na przeciw potrzebom rodziny. „Jak mogę ci pomóc?” – to pytanie, które wielu rodziców usłyszy z ulgą i radością.

Umiejętność zaspokojenia podstawowych i najważniejszych potrzeb swojego dziecka dzięki noszeniu go w chuście sprzyja budowaniu poczucia sprawczości mamy i taty, a dodatkowo pozwala właśnie ojcom poznać lepiej swoje dziecko i daje szansę na nawiązanie bliskiej relacji (3). Dzięki chuście możecie kontynuować wiele wspólnych aktywności (np. chodzić po górach, wspólnie gotować, iść na wieczorny spacer czy wspólne zakupy) i jednocześnie, wasze dziecko może być traktowane podmiotowo, być częścią społeczności, w której żyje. Może poznawać świat swoich rodziców obserwując go i w ten sposób przygotowywać się do własnego, dorosłego życia – dokładnie do tego jest przygotowane ewolucyjnie. Jak twierdzi J. Liedloff w książce „W głębi kontinuum” – często płacz dziecka jest wyrazem potrzeby towarzyszenia „silnym, zajętym swoimi sprawami, zajmującym centralną pozycję dorosłym” (s. 17), a nie bycia w centrum uwagi.

Nosić bezpiecznie

Warto wiedzieć, że już w latach 70. XX wieku Bernhard Hassenstein dostrzegł, że wraz z innymi naczelnymi tworzymy wśród ssaków grupę „noszaków” – nasze dzieci są biologicznie przygotowane do bycia noszonymi przez swoich rodziców. Rodzą się bezbronne i niesamodzielne, bliskość dorosłego i nieustanna opieka to dla nich gwarancja przetrwania, a jednocześnie mają wykształcony odruch chwytny. Podnoszone do góry naturalnie podkurczają i układają nóżki tak, by objąć nimi rodzica. To wszystko sprawia, że noszenie w chuście stanowi część takiej opieki, która idealnie zaspokaja potrzeby ludzkiego noworodka.

Dodatkowo, bezpieczna pozycja w chuście, tzw. pozycja zgięciowo-odwiedzeniowa, sprzyja harmonijnemu rozwojowi kręgosłupa i stawów biodrowych. Miednica jest podwinięta, kręgosłup naturalnie zaokrągla się i jest odpowiednio odciążony przez napiętą chustę. Głowa nie uciska na niego, tylko opiera się na klatce piersiowej rodzica (w chuście optymalne jest noszenie w pionie brzuchem do brzucha, dające gwarancję symetrii ułożenia ciała dziecka, jednak nie jest to pionizowanie!). Odpowiednie ułożenie nóżek gwarantuje też właściwe, centralne położenie kości udowej względem panewki stawu biodrowego. Noszenie w bezpiecznej pozycji w chuście sprzyja też prawidłowej pracy układu mięśniowego i pozwala dziecku na samodzielne regulowanie stymulacji z otoczenia – zawsze można się wyciszyć i wtulić w mamę czy tatę. Coraz większa liczba fizjoterapeutów i ortopedów poznając temat chustonoszenia zaleca je jako element codziennej opieki. Badania naukowe pokazują, że w kulturach, w których nosi się dzieci z odpowiednim, nie za dużym odwiedzeniem nóżek, odsetek dysplazji stawów biodrowych jest znacząco niższy niż w regionach, gdzie ciasno spowija się dziecięce biodra. Należy pamiętać, że każde wiązanie w inny sposób oddziałuje na pozycję dziecka. Warto wybrać sposób noszenia adekwatny do etapu rozwoju dziecka i naszych potrzeb. Odpowiednio zawiązana chusta odciąża również nasz kręgosłup i daje nam pełen komfort!

No dobrze… ale ile i do kiedy wolno nosić?

Na pytanie o to, ile czasu dziecko powinno spędzać w chuście, najbardziej słuszna odpowiedź jest taka: tyle, ile wszyscy potrzebujecie. Oczywiście, stabilne i twarde podłoże jest równie potrzebne maluszkom do prawidłowego rozwoju motorycznego, jednak apetyt na ten rozwój jest tym większy, im lepiej jest zaspokojona dziecięca potrzeba bezpieczeństwa i bliskości. Jesteście osobami, które znają swoje dziecko najlepiej – korzystajcie więc z chusty tak często, jak tego potrzebujecie! Jeśli zaś chodzi o limity wiekowe czy wagowe… To też bardzo indywidualna kwestia. Niektóre dzieci rezygnują z noszenia wcześniej, inne później. Noście tak długo, jak długo wam to służy – a jeśli zaczynacie czuć dyskomfort przy wiązaniu dość ciężkiego już dziecka – skonsultujcie się z doradcą. Być może warto zmienić wiązanie? A może też, jeśli dziecko siada już samodzielnie, wygodniej wam będzie w miękkim nosidle?

***

Dzisiejsi młodzi rodzice mieli zazwyczaj mało doświadczeń związanych z opieką nad malutkimi dziećmi. Nierzadko, ich dziecko jest pierwszym noworodkiem, jakiego widzą z bliska, nie mówiąc o trzymaniu na rękach i całej reszcie pielęgnacji. Zrobienie kroku w stronę własnej intuicji, w stronę bycia z własnym dzieckiem jest bardzo trudne – najczęściej wpadamy w pułapkę intelektualizowania i poszukiwania odpowiedniej metody wychowawczej. A jednak – jakaś część nas wciąż pragnie porozumienia, relacji pełnej zrozumienia, akceptacji, empatii. I choć wiem, że w praktyce tak trudno o nie zadbać – zachęcam was: poznawajcie siebie i to, co odkryjecie dajcie swoim dzieciom. Nie ma nic cenniejszego jak osobisty kontakt z drugim człowiekiem – on jest jak złoto, ukryte w kopalni pod warstwami wyuczonych regułek, technik wywierania wpływu na nieposłuszne dziecko i metod poskramiania zbuntowanego dwulatka czy nastolatka. Powracajmy do naszej intuicji!

Polecam do poczytania:
Liedloff J., „W głębi kontinuum” wyd. Mamania, Warszawa 2010
Gonzales C., „Mocno mnie przytul” wyd. Mamania, Warszawa 2016
Juul J., „Twoje kompetentne dziecko” i inne tytuły.

Gościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Linda Grześkiewicz-Strumidło
Psycholog dziecięcy i doradca noszenia ClauWi®, prowadzi Potrzebny Blog. Jej dotychczasowe doświadczenia zawodowe były związane ze wspieraniem rozwoju dzieci i młodzieży z całościowymi zaburzeniami rozwojowymi. Macierzyństwo skierowało ją ku filozofii rodzicielstwa bliskości. Myśląc o dziecku i jego rodzicach, myśli przede wszystkim o relacji, jaka ich łączy. Myśli o uważności na siebie nawzajem, o wzajemnym zaufaniu i szacunku do swoich potrzeb. Myśli także o tym, co i jak mówimy  – bo często sposób komunikacji decyduje o tym, jak się czujemy, a to, jak się czujemy i co z tym robimy wpływa na naszą komunikację.

Komentarze

Śmiej się na zdrowie!

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Śmiech podnosi jakość naszego życia. Oprócz tego, że dba o nasze zdrowie, dodaje nam energii, czyni nasze życie radośniejszym. Ułatwia nawiązywanie szczerych i trwałych relacji. Pomaga doświadczać szczęścia na co dzień. Cieszyć się wielkimi sukcesami oraz czerpać radość z tzw. zwykłej, szarej codzienności (np. ciepłej herbaty w zimny, pochmurny dzień). Wesoły śmiech zapewnia nam entuzjazm, chęć i siłę do życia. Przyczynia się do tego, że doświadczamy jego pełni. Każda chwila spędzona w radosny sposób powoduje, że tej radości w naszym życiu jest jeszcze więcej. Szczery uśmiech przyciąga dobro i szczęście.

Śmiech redukuje stres

Za redukcję stresu odpowiadają endorfiny (hormony szczęścia), które podczas salw szczerego śmiechu zalewają cały nasz organizm. Uruchamiają się wówczas także inne hormonalne substancje, takie jak np.: adrenalina, noradrenalina, beta endorfiny, które działają podobnie jak morfina. Hamują one bowiem procesy zapalne w organizmie człowieka i działają przeciwbólowo. 

Śmiech wzmacnia system immunologiczny

Podczas śmiechu zwiększa się liczba i aktywność komórek układu odpornościowego i przeciwciał, co wzmacnia obronę naszego organizmu przed wirusami, bakteriami i komórkami nowotworowymi. W 1994 roku doktor Lee S. Berk z Uniwersytetu Loma Linda w Kalifornii przeprowadził eksperyment. Uczestników (sto osób) podzielono na dwie równe grupy. Pierwsze pięćdziesiąt osób miało szczęście, bowiem ich zadaniem było oglądanie przez godzinę komedii. Zbadano im krew pół godziny przed, pół godziny po rozpoczęciu seansu, pół godziny po zakończeniu oraz dwanaście godzin po seansie. Osobom z drugiej grupy, która takiego zadnia nie miała, także pobrano w takich samych odstępach czasu próbki krwi. Krew osób, które oglądały komedię, miała wysoką aktywność immunoglobulin (cząsteczek białkowych, które z krwi dostają się do śliny i w jamie ustnej bronią nas przed wirusami i bakteriami) nawet po dwunastu godzinach. W stresie i przy depresyjnym nastroju obniża się ich ilość, co zwiększa naszą podatność na infekcje. Przeprowadzono także analogiczne badania dotyczące komórek nowotworowych. Wniosek był porównywalny.

Śmiech poprawia wydolność układu oddechowego

Śmiejąc się, dbamy o płuca. Usuwamy bowiem resztki „starego” powietrza, które są siedliskiem i wylęgarnią dla bakterii. Podczas zwykłego oddychania nie dochodzi do całkowitego jego wypchnięcia i bakterie zostają w naszym organizmie, narażając tym samym nas na różne choroby.

To jeszcze nie wszystko.  Śmiech bowiem wzmacnia nasze serce, stabilizuje krążenie i poprawia ukrwienie, obniża ciśnienie krwi, wrażliwość na ból i podnosi czujność mózgu.  Poprzez lepsze i mocniejsze ukrwienie wzmacnia także kości, ścięgna i więzadła. Jest dobrodziejstwem dla wszystkich, którzy się odchudzają, bowiem przyśpiesza metabolizm.

Śmiech w pracy

Śmiech wzmacnia koncentrację (poprzez uruchomienie substancji hormonalnej, jaką jest dopamina), co sprawia, że nauka i praca są efektywniejsze i przyjemniejsze. Porcja śmiechu skierowana do współpracowników wspomaga nawiązywania szczerych relacji i obniża poziom stresu. Wzmaga energię do życia i pracy. Sprawia, że czujemy się zadowoleni, zrelaksowani i odprężeni. Taki stan sprzyja kreatywności i skuteczności w rozwiązywaniu problemów. Ułatwia też podejmowanie decyzji, które w większości są dobrymi decyzjami.

Śmiech uczy akceptacji i dystansu

Śmiech wyraża naszą indywidualność. Każdy z nas śmieje się inaczej, nawet bliźnięta jednojajowe nie śmieją się tak samo. Podczas śmiechu przybieramy różne pozy, robimy dziwne miny, możemy parsknąć, opluć się, wydajemy różne dźwięki. Co doskonale uczy nas akceptacji samego siebie oraz drugiego człowieka, jego odmienności. Przy okazji także dystansu do naszych słabości.

Skutki powstrzymywania śmiechu

Śmiech jest naszym naturalnym odruchem, którego nie trzeba się uczyć. Już w wieku niemowlęcym osiągamy w tym biegłość. Niestety dorosły człowiek uczy się powstrzymywania śmiechu, co ma dla niego bardzo negatywne skutki. Po pierwsze, powoduje utratę radości z życia, bez której traci ono smak. Po drugie, do głosu dochodzą negatywne myśli i czarne wizje, niedające ani chwili spokoju i wytchnienia. Prowadzą do ciągłego nakręcania się negatywnymi emocjami, powodują blokady w ciele, odczuwanie permanentnego stresu, a w konsekwencji do licznych chorób. 

Nawyk uśmiechu

Nasz mózg ma niesamowitą właściwość, która może mieć dla nas zarówno pozytywne, jak i negatywne konsekwencje. To my decydujemy, jak tę cechę wykorzystamy. Można ją porównać do noża, którego używamy po to, by kogoś nakarmić. Jednak tym samym nożem możemy tę osobę skrzywdzić. Podobnie jest z naszym mózgiem. Chodzi bowiem o to, że jeżeli nasz mózg wykonuje często jakąś czynność (np. śmiech/martwienie się), to ją zapamiętuje.  Śmiejąc się częściej wzmacniamy śmiech i stajemy się ludźmi pogodnymi. Natomiast martwiąc się, doprowadzamy do tego, że coraz częściej wpędzamy się w smutny nastrój, tym samym ściągając na siebie coraz więcej czarnych myśli. Przez częste powtarzanie nasz mózg wykształca nawyk. Dlatego należy się codziennie kilkakrotnie zastanawiać, jaką strategię wzmacniamy. Zazwyczaj los odpowiada zgodnie z „zamówieniem”, adekwatnie do myśli i słów nadawcy. Po co miałby robić inaczej? Po co miałby dać radość i szczęście, jeżeli nie potrafimy tego dostrzec? Dlatego ważne jest, aby nauczyć się je przyjmować.

Wdzięczność

Uśmiech doskonale dopełnia słowo dziękuję. Nie wyobrażam sobie, jak można okazać komuś wdzięczność, nie obdarzając go uśmiechem płynącym prosto z serca. Szczery uśmiech potrafi poprawić nastrój bardziej niż tysiące słów pocieszenia.  Ponadto, szczery śmiech zaraża, trudno nam patrzeć obojętnie, jak ktoś „kona ze śmiechu”.

Śmiech podnosi jakość życia i satysfakcję z niego. Uśmiechnij się radośnie i żyj pełnią życia!

Bibliografia:
Desgagnés: Śmiech to zdrowie Terapia śmiechem. Klub dla Ciebie Warszawa 2008;
Gmitrzak: Inteligencja serca. Jak otworzyć serce i doświadczać miłości. Wyd. Studio Astropsychologii 2013;
Hüther: Kim jesteśmy – a kim moglibyśmy być, Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o. 2015;
Ch. Liebertz: Terapia śmiechem. Całkiem poważna książka o śmiechu. Teoria i scenariusze zabaw. Wyd. JEDNOŚĆ, Kielce 2011;
Murphy: Potęga podświadomości, Świat Książki, Warszawa 2000;

 

zdjecieGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Jolanta Matyjanka
Coach, trener śmiechu i animator kultury. Początkowo wybrała inną drogę i uzyskała tytuł magistra prawa. Jeszcze do niedawna pracowała w urzędzie. Jednak od dłuższego czasu doświadczała pozytywnej mocy śmiechu i uśmiechu. W związku z tym zapragnęła się tym podzielić i zainspirować innych do cieszenia się życiem, życia w zgodzie ze sobą, akceptacji siebie i swojej drogi.

 

Komentarze

Powrót do marzeń o pisaniu

Twoim marzeniem zawsze było wydanie książki. Piszesz do szuflady, bądź dla portali, które narzucają ci tematykę? Jesteś copywriterem? Brak ci odwagi? Czas to zmienić!

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com


Od czego zacząć pisanie?

Zastanów się, co możesz zrobić, aby szlifować swój warsztat. Pracujesz pisząc? To świetnie! Nazywają cię molem książkowym?  Chodzisz na różne kursy pisarskie, edytorskie, itp.? To znaczy, że już masz zrobiony krok do przodu. Bardzo dobre poznanie zasad, którymi kieruje się środowisko pisarskie ułatwi ci sprawę i oszczędzi błędów. Zapoznaj się z nowymi nurtami pisarskimi. Marketingiem i ofertami wydawnictw. Bywaj na targach książki, wieczorkach autorskich, konferencjach, podczas których możesz zaczerpnąć wiedzy. Przejrzyj Internet, możesz tam znaleźć bogate zaplecze porad, trafionych uwag i metod pisarskich.

Zorganizuj czas!

Pisanie nie jest tylko przyjemnością, jest również ciężką pracą. Warto zdawać sobie z tego sprawę. Z tego właśnie powodu zorganizuj sobie czas i zaplanuj ile będziesz w stanie go poświecić. Ustal sobie deadline! Będzie cię motywował do działania. Chyba, że zamierzasz pisać całe życie jedną książkę. Zawarcie kontraktu z samym sobą, w którym zyskiem będzie spełnione marzenie i ewentualne profity, są warte twojego wysiłku.

Konsekwencja to podstawa

Wszystkie wątpliwości spowodują zniechęcenie i zniszczą twój plan! Nie odkładaj więc pisania na później. Pisz na bieżąco. Staraj się zapisywać pomysły, aby nie uleciały do krainy zapomnienia. Pracuj nad książką według grafiku, jaki sobie wcześniej ustaliłeś i nie rób od niego odstępstw.

Satysfakcja

Ujrzenie najpierw kilku stron, później rozdziału po rozdziale sprawi ci niezwykłą satysfakcję. Zastanów się, jak wpłynie na ciebie spełnienie marzenia i ukończenie pisania książki?

Jak Magda Stachula napisała swoją debiutancką książkę?

Magda Stachula, autorka głośnej powieści Idealna, na swoim wieczorze autorskim zdradziła, że do jej napisania potrzebowała około trzech miesięcy. Wygospodarowała je podczas urlopu macierzyńskiego. Był to okres refleksji, która utwierdziła ją w przekonaniu „teraz albo nigdy”. Systematyczne pisanie i upór sprawiło, że powstała jej pierwsza książka. Niewielką próbkę tekstu wysłała drogą elektroniczną do kilku wydawnictw. Nigdy nie zapomni emocji, podczas rozmowy telefonicznej, w której zaproponowano jej wydanie Idealnej. Czy Magda Stachula posiada złotą radę dla początkujących pisarzy? Spytana o nią podczas wieczoru autorskiego odparła, że „trzeba dużo czytać, żeby dobrze pisać”. 

Chcesz mieć swój debiut? Przestań odkładać pisanie na później!

Komentarze

Seks to zdrowie!

Udane życie seksualne ma wpływ na nasze ogólne samopoczucie, zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Można tak powiedzieć o współżyciu stanowiącym część udanego związku, jak i przygodne, satysfakcjonujące kontakty seksualne. Relaksacja, wzmocnione poczucie więzi to zyski ze sfery psychicznej, których trudno nie wskazać. Ale seks to zdrowie, także dla naszego ciała!

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com


Seks a zdrowie fizyczne

„Kochanie, boli mnie głowa” psuje atmosferę w wielu sypialniach. Niejednokrotnie jednak urażeni kochankowie twierdzą, że seks jest lekarstwem na ból głowy. Czy to prawda? Jedynie w połowie. Podczas orgazmu wydzielają się endorfiny, uważane za naturalne lekarstwo przeciwbólowe. Co jednak istotne, działają one przez około pięć minut, po upływie których… ból wraca z taką samą siłą. Nie bez znaczenia pozostaje także podłoże bólu – w przypadku tego spowodowanego stresem relaksacja może istotnie pomóc, w przeciwieństwie do migrenowego bólu głowy, który może się nasilić. Podczas seksu rozszerzają się naczynia krwionośne, przez co skóra staje się bardziej elastyczna i jędrna. Jest to zasługą także wydzielania estrogenu, hormonu, który uczestniczy w syntezie kolagenu.

Stosunek seksualny ma także zbawienny wpływ dla naszego serca – z jednej strony to trening kardio, z drugiej obniża ciśnienie krwi. Wysnuto więc wniosek, że uprawianie seksu co najmniej trzy razy w tygodniu obniża ryzyko zawału serca o 50%! Regularne współżycie seksualne wzmaga też ilość limfocytów T, a tym samym podnosi naszą odporność. A co z kaloriami? Seks pozwala na spalenie nawet 400 kcal, angażuje wszystkie partie ciała, stanowi więc dla organizmu naturalny rodzaj fitnessu. Jakość życia seksualnego jest także swoistym barometrem stanu zdrowia. Zaburzenia wzwodu u mężczyzn i lubrykacji u kobiet czy zaburzenia libido, mogą być bowiem powodowane wieloma chorobami, w tym m.in. cukrzycą, miażdżycą czy problemami z ciśnieniem. Doznania podczas aktu seksualnego, np. ból w podbrzuszu u kobiet może być z kolei sygnałem endometriozy. Warto więc śledzić swoje odczucia czy też ich nieobecność, nie tylko z powodu braku dawnej przyjemności, ale także jako sygnały innych dolegliwości.

Seks a zdrowie psychiczne

Nie mniejsze, a często nawet istotnie większe znaczenie ma nasza seksualność dla zdrowia psychicznego. Nie trzeba tłumaczyć, jak negatywne skutki ma dla organizmu brak seksu, jak i seks, który nie satysfakcjonuje. Wydzielana podczas aktu seksualnego serotonina jest odpowiedzialna za pozytywny nastrój i optymizm. Ponadto, seks dodatnio wpływa na koncentrację, kreatywność, podzielność uwagi i procesy uczenia się, a wszystko to jest wynikiem lepszego dotlenienia mózgu.

Udane współżycie jest także receptą na wyższe poczucie atrakcyjności, uczy własnego ciała, jego reakcji, a w długotrwałych związkach pozwala zaakceptować fizyczne niedoskonałości. Kiedy się kochamy, czujemy się kochani – seks ma ogromną rolę więziotwórczą. Jest istotnym elementem udanego związku, daje poczucie bezpieczeństwa, podnosi samoocenę, korzystnie wpływa na relację między partnerami. Warto jednak pamiętać o szczerości w łóżku – wstrzymywane fantazje czy godzenie się na rzeczy, których nie preferujemy, obawy przed oceną partnera, uczucie skrępowania, czy udawanie orgazmu blokują zarówno przyjemność, jak i wskazywane korzyści płynące ze sfery psychicznej. Dla zdrowia psychicznego ogromne znaczenie ma także spokojny sen. Uwalniana podczas aktu oksytocyna również w ten sposób przyczynia się do naszego dobrego samopoczucia.

Częściej – dla zdrowia

Utrata ochoty na zdrowe zabawy nie musi oznaczać seksualnego niezgrania czy spadku uczuć. Sposoby na podniesienie temperatury w sypialni przedstawiała Joanna Niedziela w 17 numerze Magazynu Przestrzeń. Warto więc dbać o tę sferę dla zdrowia, ale także monitorować ją jako wskaźnik naszego aktualnego samopoczucia i ewentualny sygnał dolegliwości fizycznych.

To: na zdrowie!

Komentarze

Recenzja: Dlaczego bywam humorzastą zołzą

zolzy_cmyk_300_3dWspółczesne kobiety postawiły sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Nie chcą już być tylko kurami domowymi, wychowującymi gromadkę dzieci. Pragną się rozwijać, spełniać zawodowo, odnosić sukcesy, a do tego dobrze wyglądać i zostać boginiami seksu. Nie rezygnując przy tym oczywiście z prowadzenia domu i posiadania potomstwa! Zmęczenie i przepracowanie są czynnikami, które dość szybko prowadzą je do gabinetu psychoterapeutycznego lub psychiatrycznego w nadziei na otrzymanie lekarstwa mogącego złagodzić ich objawy.

Brzmi znajomo? Problemy kobiecej depresji, wypalenia zawodowego, niskiego libido, niepanowania nad emocjami, zaburzeń snu, nadmiernego zażywania leków skłoniły Julie Holland – amerykańską psychiatrę z dwudziestoletnim doświadczeniem, do napisania książki Dlaczego bywam humorzastą zołzą. Porusza ona w niej wiele istotnych zagadnień. Obszerna wiedza medyczna pozwoliła jej we wnikliwy i merytoryczny sposób opisać wpływ leków na nasz organizm. Mimo że w Polsce problem nadmiernego zażywania przez kobiety leków psychiatrycznych nie jest powszechny, warto wiedzieć, dlaczego należy sięgać po nie w ostateczności. Przede wszystkim jednak, książka skupia się na hormonach i neuroprzekaźnikach rządzących życiem płci pięknej. Autorka tłumaczy, że bycie humorzastą zołzą leży w kobiecej naturze i objaśnia, co dzieje się w organizmie w czasie cyklu miesięcznego, ciąży, połogu, perimenopauzy, jaki i samej menopauzy. Wyjaśnia także zmiany hormonalne i neuroprzekaźnikowe zachodzące podczas zakochania i aktu seksualnego. Julie nie pozostawia jednak czytelnika z samą teorią. W książce znajdujemy wiele rad na temat stanu zapalnego (będącego początkiem wszystkich chorób), prawidłowego odżywiania, seksu i jego prozdrowotnych właściwości, aktywności fizycznej, akceptacji ciała, prawidłowego snu i odpoczynku. W końcu humorzasta zołza musi jakoś przetrwać w tym zwariowanym świecie.

Przesłaniem książki jest skupienie się na swoich emocjach i potrzebach. Zrozumienie, że w comiesięcznych wahaniach nastroju nie ma nic złego. Kobiety zostały tak zaprogramowane, ponieważ natura miała w tym swój cel. Nawiązanie ponownego kontaktu z ciałem pozwoli nam je lepiej traktować, ponieważ: „nasze ciało jest o wiele mądrzejsze, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, a wiele przypadłości, które je dręczy, wzajemnie się ze sobą wiąże”.

Książka stanowi obszerny poradnik dla kobiet zagubionych we współczesnym świecie. Pomoże im ona zrozumieć wszelkie zmiany zachodzące w organizmie. Panowie także znajdą w niej wiele ciekawych informacji, które pozwolą im spojrzeć na swoją zołzę w zupełnie innym świetle.

Dlaczego bywam humorzastą zołzą, Jullie Holand
Wydawnictwo Czarna Owca

Komentarze

Zanim zacznę czytać

Logopeda, specjalistka od bilingwizmu. Prowadzi jednego z ważniejszych blogów logopedycznych w Polsce, skupiającego się na zagadnieniu dwujęzyczności – Głoska. Jest autorką serii książeczek do nauki czytania „Puma Pimi”. Ostatnią jej publikacją jest e-book: „Zanim zacznę czytać. Podręcznik dla rodziców”. O pracy, dwujęzyczności, najnowszej książce, ale i planach na przyszłość rozmawiamy z Katarzyną Czyżycką.gloska_logo

Paweł Majcherczyk: Jak wygląda twoja praca zdalnego logopedy? Czy często masz zajęcia przez Skype’a?
Katarzyna Czyżycka: Bardzo często. Mam prawie 40 godz. zajęć tygodniowo, to dość dużo jak na pracę głosem. Są to zajęcia dla dzieci, które nie mają blisko polskojęzycznych logopedów. Nie prowadzę terapii dzieci z Polski, bo one mają terapeutów w miejscu zamieszkania. Terapia za pomocą Internetu jest trudniejsza niż face to face, bo – abstrahując od wiedzy – trzeba mieć ogromną intuicję. Jeśli dziecko jest niespokojne to musisz wyczuć czy ono się po prostu nudzi, czy na przykład jego zabawa rękami to stereotypia, która jest objawem zaburzenia. Kiedy prowadzisz terapię w gabinecie, takie sytuacje jest dużo łatwiej „wyłapać” niż przez monitor. Dlatego  praca zdalna stanowi duże wyzwaniem zarówno dla mnie, małych  pacjentów, jak rodziców. Pewnie dlatego wielu z nich podchodzi z dystansem i obawą do takiej formy terapii. Niepotrzebnie. Jeśli terapeuta jest dobry w tym, co robi, dziecko zostanie wyprowadzone z zaburzenia mowy równie skutecznie jak podczas tradycyjnej formy terapii.

PM: Skąd twoi pacjenci, z jakich krajów?
KCZ: Z różnych miejsc na świecie. W większości z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Norwegii i Danii. Mam też pojedynczych pacjentów z tak odległych miejsc jak Teneryfa, czy Alaska (USA).

PM: Specjalizujesz się w bilingwizmie. Czym jest dwujęzyczność?
KCZ: To jest trudne pytanie, bo ilu naukowców, tyle definicji. Dwujęzyczność – moim zdaniem – jest wtedy, kiedy dana osoba jest w stanie komunikować się w mowie i w piśmie dwoma językami, w naturalnym dla danego języka środowisku: w Polsce komunikuje się po polsku w mowie i w piśmie, a np. w Anglii po angielsku w mowie i w piśmie, czy np. w domu rozmawia z rodzicami po polsku , a w szkole czy na podwórku po niemiecku. Oczywiście nie będzie miała takiego zasobu leksykalnego jak jednojęzyczny użytkownik języka, natomiast jest to mowa komunikatywna, zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy: zarówno tego w sytuacji formalnej, jak i nieformalnej.

PM: Jakie najczęstsze błędy, jeśli chodzi o naukę języka, popełniane przez rodziców zdrowych dzieci dwujęzycznych?
KCZ: Najczęstszym błędem jest brak konsekwencji rodziców. Na przykład jeden rodzic mówi do dziecka w dwóch językach, mieszając je. Aczkolwiek, jeśli w tym mieszaniu jest zasada, to najczęściej dziecku to nie przeszkadza. Warto pamiętać, że im mniejsza ekspozycja czasowa na język, tym mniej dziecko ten język zna. Są tacy rodzice, którzy myślą, że język polski będzie wyssany z mlekiem matki i można mówić cały czas do dziecka po angielsku, a ono kiedy pojedzie do Polski i tak się go nauczy. Takie sytuacje są jednak niezwykle rzadkie.

PM: Kiedy planujesz wydać swojego e-booka Zanim zacznę czytać. Podręcznik dla rodziców?
KCZ: Plany były na maj, potem na początek sierpnia. Prawdopodobnie ukaże się na początku września (e-book jest dostępny w sprzedaży od 1 września 2016 r. – przy. red.).

PM: Według mnie jest to ciekawa pozycja, napisana przystępnym językiem. Publikacja dotyczy ćwiczeń, które niezbędne do czytania. Jakie to funkcje?
KCZ: W skrypcie, bo tak go roboczo nazywam, omówione są: analiza i synteza wzrokowa, analiza i synteza słuchowa, pamięć, ułożenie koneserów czasowe i przestrzenne oraz myślenie przyczynowo-skutkowe.

PM: Od kiedy te funkcje powinny być ćwiczone z dziećmi?
KCZ: Teoretycznie zdrowe dzieci ćwiczą te wszystkie funkcje same, podczas zabawy w domu albo przedszkolu. Kiedy układają klocki czy garaże – ćwiczą sekwencję. Gdy układają puzzle – ćwiczą koncentrację. Grając w memory, ćwiczą pamięć. Na Głosce pokazuję rodzicom, w jakie zabawy warto bawić się w domu, żeby stymulować wszystkie te funkcje. Problemem naszych czasów jest – w kontekście rozwoju małego dziecka – szybki rozwój technologii. Mały człowiek jest zewsząd atakowany technologią i trudniej mu samemu te funkcje wyćwiczyć. Dlatego warto je stymulować. Natomiast z dziećmi z zaburzeniami te funkcje powinny być ćwiczone najszybciej jak to możliwe, po to, żeby stymulować prawidłowo rozwój myślenia.

PM: W publikacji jest mowa także o odwróceniu wzorów. Dlaczego jest to istotne ćwiczenie dla dyslektyków? 
KCZ: Gdy weźmiemy małe „a” i małe „e” – dla dyslektyka są one identyczne – „a”, to dla niego odwrócone „e”. Dlatego tak ważne jest odwracanie, żeby dziecko załapało percepcję wzrokową i w ten sposób zaczęło odróżniać „a” od „e”. Tak samo jest np. z dużym „A” i dużym „Y”, dziecko ma ogromny problem z ich odróżnieniem. Jeżeli dziecko nie ma wyćwiczonej analizy i syntezy wzrokowej, a konkretniej tego odwracania wzorów, to A czy Y – wygląda dla niego tak samo. Ćwiczenia mają na celu nauczenie dziecka odróżniania liter. Wiele liter jest do siebie bardzo podobnych, np. m, n, r, h – są dla dyslektyka tymi samymi literami.

PM: Do kogo skierowany jest twój e-book?
KCZ: Do rodziców. To, co tam jest zawarte powinien umieć każdy, kto uczy dziecko czytać. Rodzic ma prawo tego nie wiedzieć, bo jest księgowym, informatykiem… 

PM: Podoba mi się w tej publikacji to, że jest praktyczna. Nie ma tam dużo teorii, natomiast jest sporo ćwiczeń. Te logopedyczne zadania, moim zdaniem, można też wdrażać do terapii dzieci z autyzmem czy do zajęć osób z afazją.
KCZ: Tak oczywiście…

PM: Kategoryzacja  na przykład.
KCZ: Do afazji śmiało. O właśnie, kategoryzacja nam została. Do dzieci z autyzmem też, ale trzeba pamiętać, że nie jest to terapia całościowa.

PM: Tak jak powiedziałaś to jest dobra książeczka dla rodziców, ale ona ma wartość bardzo praktyczną, i każdy logopeda, terapeuta może z niej skorzystać. Trochę zmienimy temat. Od kiedy prowadzisz bloga Głoska?
KCZ: Od 2012 roku – czyli cztery lata.Wow, już cztery lata (śmiech).

PM: To chyba był jeden z pierwszych blogów polskich o logopedii?
KCZ: Chyba tak. Pierwsze na pewno były Logopedia praktyczna i Mimowa, a potem Głoska. Być może były jeszcze jakieś inne, których – przyznaję – nie znam.

PM: Czy cały czas sprawia ci radość pisanie postów na Głoskę, czy jest to dla ciebie praca?
KCZ: Nie, nigdy nie było to dla mnie pracą. Głoska się rozrasta, w tym momencie fanpage redagują już dwie osoby, zaraz dojdzie kolejna. Umowa jest między nami taka, że będą dodawać posty na fanpage’u i jeżeli się okaże, że te posty będą lubiane przez ludzi, to dostaną funkcje redaktorskie na blogu. We wrześniu pojawi się pierwszy tekst jednej z dziewczyn, Ady Reszelewskiej, która zajmuje się w Głosce tematem dysleksji. Oprócz tego, że Głoskę prowadzę ja, pojawiają się teksty innych osób – teksty gościnne.  Wiem, że post Hani Cyran-Górnej o połykaniu u niemowlaków miał bardzo dużo odsłon. Podobnie post Kamili Wilkosz o opiece logopedycznej w Wielkiej Brytanii. O wywiadzie-rzece z prof. J. Cieszyńską nie wspominając, bo wtedy chyba strona zawiesiła się od ilości wejść.

PM: Niektóre osoby, które czytają twoje posty, traktują cię jak przewodniczkę życia…
KCZ: Jeżeli moja praca daje komuś wsparcie lub pomaga rozwiązać jakiś problem  to tylko cieszy, chociaż to duże obciążenie być dla kogoś guru, a i takie opinie się zdarzają.

PM: Całkowitego guru, który zmienia świat, zmienia życie niczym Ewa Chodakowska (śmiech). Jakie to uczucie, gdy otrzymujesz takie wiadomości?
KCZ: Jeżeli dostaję komplement „jesteś Chodakowską polskiej logopedii” – to jest to bardzo miłe.  Natomiast jedna z mam, która rozpoczęła terapię (a wcześniej czytała bloga) pytała mnie o wszystko: co dziecko ma jeść, pić, w co ma się ubierać, itd. Nie znam się na tym. Znam się na logopedii, rozwoju dziecka, ale nie znam się na diecie – od tego jest dietetyk albo lekarz.

PM: Chciałem cię zapytać jeszcze o to, kiedy będziesz prowadziła szkolenie w Polsce?
KCZ: (Śmiech) Właśnie nad tym pracuję. Jest to niestety związane z dużymi kosztami zarówno dla uczestników, jak i z moimi kosztami podróży. Otrzymałam jednak tak wiele zapytań, że rozpoczęłam pracę nad dużą ofertą szkoleniową dla nauczycieli, logopedów. Nie podam na razie dokładnego terminu jej realizacji, powiem tylko, że ruszy niedługo.

imag0298Katarzyna Czyżycka – logopeda, terapeuta dzieci dwujęzycznych. Od kilku lat mieszka poza Polską, gdzie pracuje z polonijnymi dziećmi z zaburzeniami mowy. Autorka jednego z pierwszych większych blogów logopedycznych Głoska. Trener i ekspert Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”.

Komentarze

O powrotach, dla powrotów, z powrotami

W celu napisania tego felietonu z pełną premedytacją otworzyłam stary dokument w komputerze, aby móc rzetelnie odnieść się do wracania. W końcu jak powroty – to powroty. Nie można być gołosłownym, szczególnie jeśli pisze się do Magazynu Przestrzeń. Za to gołym nie można być również na większości nadbałtyckich plaż, dlatego nikt pewnie nie puści w obieg zdjęć nagiej pani premier lub innej głowy (a może raczej pupy?) państwa. A tak to czasem bywa na Zachodzie. Znad polskiego morza natomiast przywieźć można wiele innych wspomnień, od wielokilometrowych labiryntów wielobarwnych parawanów, przez morskie okrzyki mew i sprzedawców kukurydzy, czy tabuny nagich dzieci kopiących fosy do wnętrza ziemi. A wszystko w rytmie hitów tegorocznego lata, i z lat z innych lat, a może i zim. Nieistotna pora roku, byleby Polacy piosenki znali i do nich regularnie wracali, jak wracają nad polskie morze czy do tych przegranych powstań i Bitwy pod Grunwaldem.

graf. Karolina Lubaszko

graf. Karolina Lubaszko

Rozpamiętujemy niesłychanie, rozpamiętujemy na potęgę. Powracanie leży w naturze człowieka, ale możemy pokusić się o teorię, że nie zawsze tak było. W pewnym sensie pojawia się ono dopiero w momencie brzemiennej w skutki rewolucji neolitycznej w latach 10000 – 4000 p.n.e, kiedy to kreatywne lenistwo naszych przodków pomogło im kompletnie przekształcić łowiecko-zbieraczy, koczowniczy tryb życia na całkowicie nowy – osiadły. Oczywiście skutkiem takiego posunięcia był przede wszystkim rozwój cywilizacji, w tym hodowla roślin i zwierząt, wytworzenie skomplikowanych struktur społecznych, narodziny handlu i przemysłu, w końcu produkcja mebli, w tym kanap, co by to każdy mógł sobie wygodnie osiąść. Wraz z zaanektowaniem konkretnego kawałka ziemi, zabudowaniem go na własną modłę czy to dosłownie za pomocą budynków, czy w przenośni poprzez przywiązanie danej społeczności, mamy do czynienia z wykreowaniem bardzo silnego punktu odniesienia, takie nasze axis mundi. Oczywiście nomadom również znana była wędrówka do wcześniej odkrytego już terenu obfitego w zwierzynę czy inne surowce, jednak przypominało to prędzej sytuację współczesnego studenta mieszkającego w domu rodzinnym. Tymczasowego bywalca zawieszonego między swoją skrajnie opłakaną niezależnością finansową, a przymusem posiadania pokoju z kuchnią, łazienką, a przede wszystkim Internetem. Taki student-koczownik zrozumie znaczenie powrotu do tego, co znane i przytulne, kiedy przyjdzie mu osiąść na stałe, zamontować talerz Polsatu, poprowadzić światłowody z Internetem i złożyć regał BILLY z regulowanymi półkami oraz możliwością dopasowania przestrzeni do własnych potrzeb*. Na wzór i podobieństwo swoich wspomnień on tam urządzi**.

I nadejdzie taka chwila, kiedy wróci do domu rodzinnego. Pamiętając ten ciepły kąt za rozgrzanym, kaflowym piecem, haftowane firany spływające po anemicznych paprotkach, fikusy na legendarnym, szarym parapecie z lastriko i ujrzy, że jego siedemdziesięcioletnia matka poszła z duchem czasu, piec wypieprzyła, firany skitrała w wersalce, lastriko wymieniła na grubą, postmodernistyczną, drewnianą dechę pełną chorowicie powykręcanych, drzewek bonsai. 

W obliczu powszechnie widocznego przemijania, pojęcie powrotu kompletnie mija się z rzeczywistością. Najgorszy zawód, to właśnie ten, który sprawia nam przefiltrowana pamięć.  Oczywiście możecie trywializować ten problem. W końcu pełna nadziei po ciężko przepracowanym roku akademickim przyjeżdżam nad polskie morze, pamiętając je z rewelacyjnych tygodni dzieciństwa w Rewalu, Ustce, Jantarze, zastaję jaskrawy folklor. Lepki, sierpniowy hałas, słodki zapach włoskich lodów z golonką, polaną Łomżą z pipy, oplecioną kręconymi frytkami, tęczowymi warkoczykami. Na horyzoncie grube dzieci w cekinowym bikini na dmuchanych donutach, nawoływane przez spieczonych, zawianych krewnych. I wtedy wracam pamięcią do lutego, marca, kwietnia i w głębi serca czuję, że studiowanie to naprawdę fajna sprawa.

*źródło – ikea.com 
**przyp. autora – aluzja do kultowego sloganu IKEA – TY TU URZĄDZISZ

Komentarze

Nikt nie wyczekuje powrotu

Dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, głosi mądre przysłowie. Jego przeciwnicy zaraz prostują – przecież wszystko płynie. Ja siadam spokojnie przed kalendarzem i jak co roku zaznaczam, że znów przyszedł czas na wrzesień.

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Wiele się pozmieniało przez ten rok. Rzeczywistość, jaka nas zastała, nie ma już nic wspólnego z tą sprzed roku. Ludzie są jakby inni, uczucia wobec wielu spraw uległy zmianie. Wpadamy w dobrze znaną rutynę, tylko często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ona tak do końca nie istnieje. 

Powrót to nic innego, jak przybycie do miejsca, w którym się już było lub po prostu wznowienie czegoś po przerwie [1]. W międzyczasie wszystkie okoliczności towarzyszące ulegają zmianie, więc – jak dla mnie – ciężko jest mówić o realnym powrocie. Zmienia się czas, nasze emocje i przede wszystkim rzeczywistość.

Większość z nas narzeka jednak, że powroty mogą – i bywają – ciężkie. Naprawdę, łączę się w bólu z marudami, ale i cichaczem przybijam piątkę z tymi, co nie narzekają, ale… działają!

Spójrzmy na to tak: tylko od nas samych zależy, jak będzie ten nieszczęsny powrót. Każdego on kiedyś czeka, taka prawda. Kiedyś sama wróci do nas niechciana przeszłość, odwiedzi nas dawno zapomniana miłość, przyjdzie nam powtórzyć schemat działania sprzed lat. I co wtedy? Nie chcielibyśmy wszyscy – jak jeden mąż – by pokonały nas wtedy jakieś wspomnienia, jakieś melancholie z dawnych lat.

W powrotach trochę chodzi o to, by ćwiczyć zapominanie na żądanie. Tłumaczę: chodzi o to, by osiągnąć wprawę w zapominaniu sytuacji, uczuć i osób, które nas najbardziej ranią. Wracać należy do tego, co dobre, co jeszcze nieskończone, co budzi w nas pozytywną reakcję. Nie pozwólmy, by kiedykolwiek bilans z powrotu był dla nas niekorzystny. Nauczmy się myśleć w tym względzie tak – im mniej nas zaboli teraz, tym szczęśliwsi będą ludzie z naszego otoczenia w przyszłości.

Istnieją i te przyjemne powroty – do muzyki, do smaków i w końcu do dawnych zwyczajów. Poznajemy wtedy wszystko na nowo. Odczuwamy zupełnie nowe, dotąd niepoznane bodźce, a to właśnie one naprowadzają na coraz to dalsze. Wracają razem z nimi okoliczności, w jakich poznaliśmy dany smak, albo usłyszeliśmy konkretny utwór. Wyszukujemy z pamięci te chwile, które najmocniej związane są z odzyskanym elementem z przeszłości.

Wszyscy to znamy, naprawdę. Uważasz się za osobę, która żyje chwilą, chwyta z niej jak najwięcej, a przeszłość pozostawia daleko w tyle – zapominaną i niechcianą? Pamiętaj, trzeba uważać na to, co już było. To właśnie te momenty ukształtowały nas najsilniej i wciąż to robią – czy tego chcemy, czy nie.

[1] SJP PWN, hasło: powrót

Komentarze

Julien Bryan – bohater Warszawy

Wrzesień historycznie kojarzyć się może tylko z jedną rocznicą – rozpoczęciem II wojny światowej. Wojny okrutnej, która na zawsze odmieniła świat. Dla wielu państw, szczególnie zachodnich, wojna nie zaczęła się jednak we wrześniu, ale dopiero wtedy, kiedy poczuły się one zagrożone którymś z dwóch totalitaryzmów. Początkowo nie zdawały sobie też sprawy z tego, jaki los może czekać ich miasta pod okupacją niemiecką czy sowiecką, jednak bardzo szybko mogły się o tym przekonać na przykładzie Warszawy…

14269357_1326556117369555_434201715_n

Julien Bryan w Warszawie we wrześniu 1939 roku; źródło: domena publiczna

Bohaterski korespondent

Wszystko dzięki amerykańskiemu dokumentaliście – Julienowi Bryanowi. Uznawany jest on za jedynego zagranicznego korespondenta, który nie opuścił Warszawy po agresji niemieckiej na Polskę. To dzięki niemu świat dowiedział się o okrucieństwie tej wojny i o tym, jak niemieccy żołnierze traktują cywilne ofiary podbijanych państw. Wiedza na ten temat była bowiem znikoma w świecie, w którym nie istniał Internet, a głównymi źródłami informacji były gazety i radio. Do tego należy dodać niemiecką propagandę, która bardzo prężnie działała i przedstawiała oblicze tej wojny w sposób dla siebie jak najbardziej korzystny.

Poszukiwacz prawdy

Julien Bryan urodził się w 1899 roku. Służył w wojsku na frontach I wojny światowej. Już wtedy zaczął pisać dzienniki i robić pierwsze zdjęcia. Po wojnie zajął się na poważnie pracą dokumentalisty, filmowca i fotografa. W trakcie dwudziestolecia międzywojennego jeździł po świecie i dokumentował życie zwykłych ludzi. Podczas gdy polski rząd oraz korespondenci opuszczają kraj, 7 września 1939 roku Julien Bryan przyjechał do Warszawy ostatnim pociągiem jaki dotarł do miasta, chcąc udokumentować życie ludzi w trakcie wojny. Dostał wsparcie od prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Polacy również chcieli, by prawda o tej wojnie i o agresji Niemiec dotarła na zachód. 15 września Julian Bryan zwraca się na antenie Polskiego Radia do prezydenta Roosvelta i swoich rodaków, relacjonując im wydarzenia, jakich jest świadkiem i prosząc o pomoc dla Polaków.

Oblężona Warszawa

Amerykanin opuszcza Warszawę 21 września. Udaje mu się przewieźć do swojej ojczyzny nagrane materiały. Jest on autorem pierwszych kolorowych zdjęć obrazujących II wojnę światową. Dzięki jego zdjęciom zrealizowany został film Siege (Oblężenie), w którym Bryan opowiada i pokazuje tragiczne wydarzenia, jakich był świadkiem. Ten krótki, 10-minutowy dokument, obrazuje straszne losy mieszkańców Warszawy, którzy znaleźli się pod ciągłym bombardowaniem i ostrzałem ze strony Niemców. Bomby hitlerowców nie były skierowane jedynie na cele militarne. Bombardowane były także ulice, kościoły, a nawet szpitale. Bryan udokumentował wizytę w jednym z nich i pokazał m.in. matki ze swoimi nowonarodzonymi dziećmi, chowające się w piwnicach szpitala. Jednak za najtragiczniejszą scenę, jakiej był świadkiem, fotograf uważa wydarzenie jakie miało miejsce pod Warszawą, na polu ziemniaków. Ukazuje ona kilka kobiet ryzykujących życie zbierając ziemniaki, mimo świadomości, że Niemcy mogą je ostrzelać. Te jednak nie miały wyboru. Mogły jedynie wybrać, czy chcą zginąć z głodu, czy chcą być rozstrzelane przez okupanta. Film ten ukazał się na ekranach amerykańskich kin w 1940 roku, został także nominowany do Oscara w kategorii najlepszego krótkometrażowego filmu dokumentalnego. Ważniejsze jest jednak to, że świat miał okazję poznać prawdę o tym konflikcie ‘z pierwszej ręki’. Niestety na tym się skończyło, ponieważ informacja ta nie skutkowała ofiarowaniem wsparcia potrzebującym.

Bohater w bohaterskim mieście

Julien Bryan jest bez wątpienia bohaterem. Każdego dnia narażał on swoje życie, by pokazać światu prawdę. Miał tego świadomość, napisał bowiem list pożegnalny do swojej rodziny. Wspierał też Polaków w ich walce, sam był pod wrażeniem bohaterstwa warszawiaków. To on jest autorem znanego cytatu: Gdyby Spartanie odżyli, to przed wami, Polacy, pochyliliby czoła. Jednak gdyby nie on i jego bohaterstwo, możliwe, że mało kto by się o tym dowiedział za granicą.

Poniżej znajduje się cały film dokumentalny Juliena Bryana – Oblężenie. 

Komentarze

Balansując na granicy dwóch światów – wywiad z Januszem L. Wiśniewskim

Człowiek, który w swoim życiu odnajduje przestrzeń zarówno dla świata nauki, jak i świata emocji. Autor kojarzony z głośną powieścią Samotność w Sieci, którą uważa za tatuaż na czole, nieustannie chcąc się go pozbyć. Od niej jednak wszystko się zaczęło. Pytany, dlaczego nie porzuci świata nauki odpowiada, że nie potrafi zrezygnować z tego uczucia, kiedy pisząc kilkadziesiąt tysięcy linii kodu w różnych językach programowania, nagle to wszystko zaczyna działać. „Program robi to, co chce autor. Nie trwa to jednak długo, ponieważ po dziesięciu minutach wyskakuje pierwszy błąd, a następne pół roku jest szukaniem kolejnych. Jednak uważam, że dla tych dziesięciu minut warto żyć.” – mówi Wiśniewski. Dlaczego więc dodatkowo pisze jeszcze powieści? O jego najnowszej książce Siedem lat później, przyjaźni z Dorotą Wellman, łączeniu paradoksalnych światów i roli emocji w życiu rozmawiamy z Januszem Leonem Wiśniewskim.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń, spotkanie autorskie 10.09.2016 w Warszawie; Arkadia – Salon Empik

Joanna Niedziela: Jakie są pana refleksje po przeprowadzeniu rozmowy z Dorotą Wellman, na podstawie której powstała książka Siedem lat później? Jakie wartości ze sobą niosła?
Janusz Leon Wiśniewski: Nie wiem jakie wartości niosła dla Doroty Wellman, chociaż z uwagi na czułą przyjaźń jaka jest między nami myślę, że była zadowolona. Dla mnie natomiast rozmowa stanowiła przede wszystkim możliwość spotkania Doroty, którą bardzo cenię i tak jak jest napisane na okładce książki – to ja wolałbym ją przepytywać. Nieustannie ją do tego namawiam, jednak ona nie chce się zgodzić, może jeszcze nie dojrzała do tej decyzji. Poza tym, miałem możliwość spędzenia z nią sporo czasu i to w niezwykłej atmosferze, bo w jej domu. Niesamowite jest jak Dorota Wellman przerywa rozmowę, idzie do kuchni i przygotowuje moje ulubione śledzie ze śmietaną. Wpuściła mnie do swojego świata, co była dla mnie dużą wartością. Tematy, które poruszała sprawiły, że dokonałem retrospekcji swojego życia. Spojrzałem na pewne wydarzenia bardziej dokładnie, ponieważ Dorota wierci dziurę w brzuchu i nie pozostawia żadnych pytań bez odpowiedzi. Dokonałem refleksji także nad życiem prywatnym. Normalnie o nim nie opowiadam, ale Dorota jest takim człowiekiem, któremu ciężko o tym nie powiedzieć. Dużo dowiedziałem się także o niej, to kobieta o ogromnej erudycji. Niestety te informacje nie zostały w książce zamieszczone. Często mówiliśmy do siebie nie wyłączając dyktafonów, jednak zostały opublikowane tylko te fragmenty, które dotyczyły mnie. Taki był zamysł książki. Dla mnie to było refleksyjnie przeżycie, zatrzymanie się, spojrzenie na siebie, na swoją przyszłość i na to, co robię.

Marta Łusakowska: Prawie jak sesja u terapeuty?
JLW: Zdecydowanie jak u terapeuty, ale miłego, wesołego i gadatliwego! Prawdziwi terapeuci siadają przeważnie w rogu i ich zadaniem jest traktowanie człowieka jako klienta. Nawet nie pacjenta, żeby się broń Boże nie poczuł chory, nawet jeśli rzeczywiście jest. Naprowadzają go pewnymi, ale oszczędnymi słowami na problem. Natomiast jeśli Dorota Wellman jest psychoterapeutką, to jest psychoterapeutką niezwykle optymistyczną. Po sesji z nią człowiek wychodzi radosny. 

JN: W książce często pojawia się wątek dotyczący emocji. Jaką rolę odgrywają one w pana życiu? Czy są ważniejsze od logicznego myślenia? Warto zauważyć, że emocje są obecnie spychane na drugi plan, wstydzimy się ich.
JLW: Żyję trochę „schizofrenicznie”, bo przez większą część dnia zajmuje się logicznym myśleniem. Pracuję w instytucie naukowym, który jest korporacją i produkuje software, udostępnia bazy danych związków chemicznych. Dlatego wymagana jest w mojej pracy koncentracja i logiczne myślenie. Być może z tego wynika pewien głód emocji i rozmowy, który pojawił się już dawno, bo w 2001 roku. Wtedy ukazała się moja pierwsza książka Samotność w Sieci będąca rodzajem psychoterapii. Do psychoterapeuty nie chodzę, ponieważ nie lubię rozmawiać o sobie przed północą (śmiech). Doszedłem więc do wniosku, że jeśli będę rozmawiał sam ze sobą poprzez pisanie książki, będzie to o wiele tańsze, ale bb i efektywniejsze. Doznałem uczucia porzucenia przez ważną dla mnie kobietę, nasze cele zaczęły się rozmijać. Zacząłem spisywać swoje emocje. Dlatego ta książka jest smutna i wielu ludzi doprowadziła do łez, ale jednocześnie jest podtrzymująca na duchu. Ludzie lubią czytać o tragediach innych, bo dzięki temu mogą się zdystansować do własnych przeżyć.

MŁ: Pisał pan Samotność w Sieci z zamiarem wydania czy jedynie dla siebie?
JLW: Absolutnie nie z zamiarem wydania. To była książka do elektronicznej szuflady we Frankfurcie. Nie byłem tak arogancki, aby myśleć, że ktoś wyda człowieka o nazwisku tak niesamowicie powszechnym jak Wiśniewski, mieszkającego w Niemczech, nieistniejącego w Polsce od tylu lat, niemającego w biografii żadnego elementu literackiego poza maturą z języka polskiego.  Był to rodzaj pamiętnika, który pisałem w biurze, aby przypadkiem nie przeczytała tego żona. Potem jednak zdecydowałem się wysłać fragment tekstu do krytyka literackiego – Leszka Bugajskiego, który był doradcą magazynu Playboy. Jeszcze wtedy publikowano w nim teksty. Playboy był prawdopodobnie jedyną gazetą w tamtym czasie, w której autorzy mogli zadebiutować w tak wpływowy sposób na ogólnopolską skalę. Leszek zaproponował mi publikację. Początkowo się broniłem, bo byłem wykładowcą na Pomorskiej Akademii Pedagogicznej i bałem się, co pomyślą o tym moje studentki. Jednak tekst ukazał się. Nosił anglojęzyczny tytuł Chat i był to fragment Samotności w Sieci. Później Leszek Bugajski zaczął mnie namawiać, abym wydał cały tekst. Znalazłem więc w Internecie listę polskich wydawnictw od A do Z i zacząłem rozsyłać zbindowane egzemplarze. Odezwały się dwa wydawnictwa, a dokładnie jedno. Było to Wydawnictwo Czarne, które z tą książką nie powinno się w ogóle kojarzyć, bo to jest zupełnie inny typ literatury. Tekst dotarł do Andrzeja Stasiuka, który swoją drogą nadal pracuje w tym wydawnictwie. Podobno wziął go, zamknął się z nim i butelką wódki w pokoju. Popłakał się parę razy, a rano napisał na tekście swojej żonie Monice Sznajderman – szefowej wydawnictwa – „wydajemy”. Ponieważ nie chcieli podjąć tego ryzyka sami, byłem przecież nieznanym informatykiem z Frankfurtu, zadzwonili do Prószyńskiego. Tak się składa, że szefem był tam ojciec chrzestny córki Stasiuka. Postanowili więc wydać tę książkę razem. To jest dziwna książka również pod tym względem, że na jej pierwszej okładce widnieją loga dwóch wydawnictw, co jest bardzo rzadkie.

MŁ: Jak było z kolejnymi książkami? Czy w ich wydaniu rolę odgrywały także emocje, a może chłodne kalkulacje, że to się po prostu opłaca?
JLW: Ja tak naprawdę myślałem, że to jest pierwsza i ostatnia książka. Moja przewaga nad innymi autorami w Polsce polegała na tym, że nie musiałem pisać, aby zapłacić czynsz. Mi płacono bardzo dobrze za pisanie, ale czego innego – programów komputerowych. Na swoją bagietkę, czerwone wino, czynsz oraz wycieczki córek zawsze miałem. Pieniądze nie stanowiły więc motywacji. Aspekt finansowy nie grał więc żadnej roli, ale faktycznie grały rolę emocje. Podczas pisania tej książki przeżyłem ich wiele. Była ona dla mnie rodzajem katharsis nad moim nieudanym życiem, właśnie emocjonalnym. Okazuje się, że ten Janusz Leon Wiśniewski, znawca duszy kobiet, którego chciałyby poślubić i teściowe, i córki, sam ma ogromny dylemat z kobietami. To było tym, co mnie poruszyło i wstrząsnęło. Ta psychoterapia miała właśnie taki skutek. Potem ta książka stała się strasznie popularna, niemalże kultowa. Półtora roku później zadzwoniła do mnie pani z Wydawnictwa Prószyński i powiedziała „panie Januszu, czas wydać kolejną książkę”. Zapytałem się więc zdumiony „o czym?”, a ona odpowiedziała „o czymkolwiek”. Gdybym napisał książkę kucharską to prawdopodobnie też by się sprzedała. Miałem w zanadrzu emocjonalne teksty o kobietach, które pisałem kiedyś pogrążony w smutku. Wydaje mi się jednak, że gdyby zostały wydane przed Samotnością w Sieci, nie zdobyłyby popularności. Moim zdaniem są one jednak dużo lepsze niż te w Samotności. Ukazały się w zbiorze Zespoły napięć, który był moją drugą książką, wydaną w 2002 roku. Uważam, że są to moje najbardziej emocjonalne teksty. Trudno je obecnie dostać, ale można je przeczytać w zbiorze Kulminacje, który niedawno się ukazał. Paweł Szwed z Wydawnictwa Wielka Litera wpadł na pomysł, aby te moje teksty skonfrontować z tekstami polskich pisarek. Na każde moje opowiadanie, odpowiedziała więc kobieta. Była to reakcja na męskie spojrzenie na bardzo kobiecie sprawy. Książka Zespoły napięć miała się początkowo nazywać Menstruacja, ponieważ w każdym opowiadaniu jest wątek menstruacyjny, ale w sensie psychologicznym. O jej roli w życiu kobiety, a więc np. pierwsza menstruacja, ostatnia menstruacja, brak menstruacji z powodu ciąży, menstruacja, która spowodowała, że Hitler nie skonsumował małżeństwa z Ewą Braun. Wydawnictwo jednak się na ten tytuł nie zgodziło, bo jak wyglądałaby kobieta czytająca taką książkę w tramwaju? Wracając do pani pytania – zauważyłem, że mam te emocje, przeżywam je pisząc, wzruszam się, często płaczę nad tekstami. Interesuję się emocjami i znam się na nich w sensie biochemicznym. Doskonale wiem, dlaczego mamy depresję, czujemy smutek, jakie procesy zachodzą wtedy w naszym mózgu i jakie substancje są za to odpowiedzialne. Staram się te informacje wplątać w książki i tłumaczyć miłość jako chemię.

fot. Magazyn Przestrzeń

fot. Magazyn Przestrzeń

MŁ: Udaje się więc panu łączyć świat wyobraźni i uczuć ze światem nauki.
JLW: Kiedy ukazała się Samotność w Sieci, niektórzy moi koledzy ze świata nauki byli zdegustowani. Mówili „jak można zajmować się czymś tak niepoważnym, jak literatura”. Kiedy mój pierwszy doktorant miał obronę pracy, kolega chemik będący jej recenzentem podszedł do mnie w czasie rautu doktorskiego i powiedział „Janusz, ja myślałem, że ty jesteś poważnym człowiekiem, a ty powieści piszesz” (śmiech). Osobiście nie widzę jednak w tym żadnego paradoksu czy dysonansu. Być może potrzeba taka wynika z deficytu emocji, jaki pojawia się w życiu naukowca przy nadmiarze logicznego myślenia. Poza emocjami, które przeżywam, dodatkowo bardzo dużo się uczę. Pisząc książkę Bikini przeczytałem niemal wszystkie podręczniki dotyczące historii II wojny światowej. W przypadku pozycji Miłość i inne dysonanse wysłuchałem niemal każdej istniejącej opery, poznałem historię muzyki. Z kolei pracując nad książką Grand dotarłem do ogromnej ilości archiwów. Nauczyłem się rzeczy, których bym się nigdy nie nauczył poprzez klapki na oczach związane z informatyką. Mam podwójne życie, dwa tory. Z jednej strony jest to dość bolesne, dlatego że trzeba je łączyć przez 24 godziny, ale z drugiej strony wygodne. Mogę przyjeżdżać na zupełnie inną zwrotnicę. Teraz jestem tutaj jako autor, ale jutro przelecę Odrę i będę naukowcem, o którym prawie nikt nie wie, że pisze powieści. Bardzo się starałem, aby nie były one wydawane w Niemczech, mimo że pojawiły się w 19 innych językach. Ubolewały co prawda nad tym moje córki. Przyjeżdżam tam i jestem kimś innym. Przez osiem lat nikt nie wiedział, że piszę książki.

MŁ: Chce pan, aby tak zostało?
JLW: Nie, teraz już inaczej do tego podchodzę. Szczególnie zależy mi, aby wydano Bikini. Jest to książka o bombardowaniu Drezna, miłości w czasie II wojny światowej, jest w niej dużo elementów polsko-niemieckich.

JN: Czy jest szansa, że za siedem lat powstanie kolejna pana książka z Dorotą Wellman?
JLW: Bardzo bym chciał, tylko najpierw coś musi się wydarzyć, abyśmy nie zanudzili naszych czytelników (śmiech). Chcę wrócić do Polski po prawie 30 latach emigracji, więc to będzie ogromna zmiana. Na ten temat można by napisać książkę – o historii powrotu. Byłby to też pretekst, aby częściej przebywać w pobliżu Doroty Wellman, słuchać jej historii, a może nawet wybrać się z nią do Grecji, gdzie jeździ co roku na miesiąc wakacji.

JN: Czy w kolejnej książce będzie pan przekonywał panią Dorotę do zamiany miejsc?
JLW: Nieustannie ją przekonuję. Gdyby tylko się zgodziła, to nawet sam bym za nią spisał to, co by powiedziała. Ona jednak bardzo dba o swoją prywatność i ja nigdy bym tego nie uczynił bez jej zgody. Może kiedyś Dorota zgodzi się na taką rozmowę, kiedy to ja będę zadawał pytania, a ona mi będzie opowiadać i to jej opowieści będziemy słuchać.

Komentarze

Recenzja: Siedem lat później

wisniewski-wellman_siedem-lat-pozniej_3dCzasem spotykamy na swojej drodze takich ludzi, z którymi rzadko się kontaktujemy, ale gdy już się spotkamy – rozmowom nie ma końca. Taka wydaje się być relacja autorów książki Siedem lat później – Doroty Wellman i Janusza L. Wiśniewskiego. Od poprzedniej ich rozmowy spisanej i wydanej pod tytułem Arytmia uczuć minęło właśnie tyle czasu.

Janusz L. Wiśniewski, znany w Polsce i na świecie autor (bo nie lubi nazywać się pisarzem) odkrywa przed nami, dzięki Dorocie Wellman, swój świat i swoje wnętrze. A ma o czym opowiadać. W jego życiu przenikają się dwa światy: nauka i emocje (zaklęte w książkach). Na stałe mieszka w Niemczech, pracuje tam naukowo, jego zawodowe życie skupia się wokół fizyki, chemii i informatyki. Równolegle powstają jego książki. Pierwszą z nich – Samotność w Sieci Wiśniewski pisał dla siebie, jako pewną formę autoterapii. Wydana, szybko stała się bestsellerem, a jej tłumaczenia dokonano na wiele języków. Od tego czasu książek powstało kilkanaście.

Wellman i Wiśniewski rozmawiają w zasadzie o wszystkim. Poruszają takie tematy jak: polityka, religia, relacje autora z Bogiem, stosunki polsko-niemieckie, relacje zawodowe, sukcesy i porażki, emocje i namiętności, historie miłosne. Dociekliwość Doroty Wellman powoduje, że o Januszu Wiśniewskim dowiadujemy się naprawdę wiele, a bliska relacja współautorów sprawia, że książkę czyta się lekko i przyjemnie.

Na okładce widnieją słowa Janusza Wiśniewskiego: “Zamiast mówić wolałbym jej słuchać”. Ja także chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o Dorocie Wellman. W pozycji Siedem lat później jest jej stanowczo za mało! Występuje tutaj przede wszystkim w roli dziennikarki, jaką znamy z telewizji czy felietonów: dociekliwej, odważnej, ciekawej swojego rozmówcy, jednocześnie ciepłej i z poczuciem humoru. Liczę na to, że w kolejnej książce Dorota Wellman i Janusz L. Wiśniewski zamienią się rolami. I że powstanie ona szybciej niż za siedem lat.

Siedem lat później, Janusz L. Wiśniewski, Dorota Wellman
Wydawnictwo Znak Literanova

Komentarze

Sarah powraca

fot. Sarah - album prywatny

fot. Sarah – album prywatny

Dziewczyna, lat 22.

Ciemne oczy, ciemne włosy. Biała karnacja.

Imię międzynarodowe. Wprawdzie pochodzenie biblijne – hebrajskie, oznaczające księżniczkę. Ale jednak nasza Księżniczka mogłaby urodzić się w każdej innej kulturze i rozpoznana byłaby jako swoja. Może z wyjątkiem Polski w latach 90-tych.

Matka Żydówka, ojciec Szwajcar wyznania protestanckiego.

Urodzona i wychowywana w Szwajcarii – Księżniczka nie wiedziała jak tak naprawdę szwajcarskość ją określa. Zawsze była trochę inna. Trochę bardziej spontaniczna, trochę mniej skoncentrowana na przestrzeganiu reguł, z trochę innego domu. Albo zamku.

Matka stała na straży celebrowania świąt żydowskich: szabatów, sukkot, szawuot, chanuki. Księżniczka miała nawet swoją bat micwę w reformowanej synagodze, swój własny talit, swoją aliję laTora. W dzieciństwie często słyszała, że jest potomkinią Abrahama, Izaaka i Jakuba, a mury obronne zamku chronić miały przed zapomnieniem tego faktu. Mimo, że matka wcale nie była religijna.

W domu (albo na zamku) panowała również pro syjonistyczna atmosfera. Księżniczka idealizowała kraj Izraela, gdzie najczęściej spędzała wakacje, broniła go na zajęciach w szkole i przeżywała każdy konflikt polityczny bardzo osobiście. W końcu gdzieś tam w jednym z unitów walczył jej kuzyn.

Nadal jednak nie wiedziała, jak to jest żyć TAM na co dzień. Robić zakupy, jeździć transportem miejskim, dogadywać się w codziennych sprawach z ludźmi.

fot. Sarah - album prywatny

fot. Sarah – album prywatny

Pewnego dnia opuściła szwajcarski zamek, żeby to sprawdzić. Jak przystało na nowoczesną księżniczkę – zrobiła to dla studiów, nie dla księcia. Zaczęła uczyć się w Izraelu. Chciała go nie tylko skosztować, ale też przeżywać każdego dnia. Nie musiała już walczyć o zachowanie swojej tożsamości, mury obronne nie były konieczne. Nie musiała podkreślać pochodzenia poprzez zachowywanie tradycji – koszerne jedzenie czy szabaty. Tutaj wszystko przychodziło naturalnie – takie prawo kraju. Tutaj każdy jest skądś, każdy jest „kimś więcej” albo „kimś jeszcze”.

Księżniczka akurat jest jeszcze Szwajcarką. Właśnie teraz zaczęła to odkrywać i doceniać walory swojego dawnego królestwa i panujących tam „dobrych manier”. Uprzejmość i wdzięczność są jej orężem w dużo większym stopniu niż u przeciętnego Izraelczyka, który na takie zachowania reaguje komentarzem: „weź już przestań”. Opinie Księżniczki są bardziej wyważone i pełne spokoju, a ona sama bywa czasem dziewczęco onieśmielona. Zdecydowanie częściej niż inne panny. Radość sprawiają jej też powroty do Szwajcarii podczas wakacji. A takie zalety, jak dobre zorganizowanie czy skuteczność w działaniu, imponują jej bardziej niż wcześniej.

Przestała też idealizować Izrael. Bierze na warsztat stosunki międzynarodowe, by lepiej poznać drugą stronę konfliktu. Nadal jednak kocha swój kraj. Albo raczej – oba kraje. Dorosła do tego, żeby powiedzieć, że jest stopiona z dwóch części, ale one przenikają przez siebie, a ona jest całością. Nie musi wybierać między jedną a drugą połówką. Jest obiema naraz.

fot. Sarah - album prywatny

fot. Sarah – album prywatny

Niedawno zdecydowała się zrobić aliję – powrócić po wielu pokoleniach do Izraela i tam zamieszkać na stałe. Do Szwajcarii jednak będzie wracać. W sensie fizycznym.

Inaczej nie musi. Przecież nosi ją ze sobą.

Komentarze

Filmowe powroty, czyli chwilowe teorie wspólnoty

Jeśli już tyle razy było, możemy być pewni, że powróci. Niekoniecznie ze zdwojoną siłą, za to w błyszczącym opakowaniu. Tak jak obraz pozornej komuny, przypominającej zgrupowania narkotykowych łapaczy snów w ręcznie wydzierganych swetrach. Twórcy łapczywie korzystają z jej istoty, czyli wspólnotowości i na tym tle budują relacje pomiędzy bohaterami. Przypomina o tym Thomas Vinterberg, znawca rozpadających się rodzin, we współczesnej wersji Komuny. Sprawnie zorganizowana wspólnota w duńskim wymiarze łagodnieje. Staje się rodzinną gromadą, roztrzaskującą o ulotne melodramaty.

Fabularnie wydaje się to prosty zabieg: zapędzić kilka skrajnie różniących się osobowości do jednego domu, dorzucić do ognia trochę nagości, niezapłaconych rachunków i brudnych naczyń, a na dokładkę nie zapomnieć o dziecku. Wystarczy chwila moment, a konflikty gotowe. I o ten moment dbają współcześni twórcy. Reżyserzy nadają komunom datę ważności, a ich długość uzależniona jest od procesów zachodzących w grupie. W końcu, jak pisał Hłasko, „wszyscy wracają kiedyś do miejsc, z których chcieli uciec”.  Dla samej przyjemności  p o w r a c a n i a.

Tylko razem; źródło: imdb.com

Kadr z filmu „Tylko razem”; źródło: imdb.com


Zaczarowane tu i teraz

Konsekwencje z funkcjonowania we wspólnotach sprawnie podejmowały do tej pory dokumenty. Najsłynniejsza europejska komuna, Friedrichshof, stworzona została przez dyktatora i artystę w jednym. Otto Muehl stał się twórcą paradoksu: początkową ideę wolności zastąpił skrajnie rygorystycznymi zasadami. Juliane Großheim w Dzieciach z komuny analizuje proces tworzenia „nowego człowieka” we Friedrichshof. Dzieci dorastające w tej wspólnocie wyzbyte zostały wzorca rodziny. Oddane pod opiekę jedynego ojca i założyciela komuny, straciły umiejętność kreowania własnej intymności. Dany im w prezencie pozór indywidualności stał się ich przekleństwem. Do tego wątku powraca także włosko-szwedzki dokumentalista, Erik Gandini, który rozprawia się z manifestem „rodziny przyszłości” w Szwedzkiej teorii miłości. Mieszkańcy Skandynawii, modlący się do własnej indywidualności, zatracili umiejętność gromadzenia się we wspólnoty. Wybrali błyszczącą samotność, która traci połysk pod koniec ich życia.

Z odłamków zasad wspólnot hipisowskich Thomas Vinterberg skonstruował współczesną opowieść o procesie zastępowania człowieka. Reżyser w Komunie cofa się do 1975 roku, ale oprócz ubrań, dziennika telewizyjnego i kilku napomkniętych słówek o polityce, nie korzysta z „kolorowych lat siedemdziesiątych”. Proces kreowania wspólnoty oddaje w dłonie kobiety. Anna, matka, żona i spełniona dziennikarka, postanawia urozmaicić tlące się już ognisko domowe. Idealną okazją staje się ogromny dom, podarowany wraz z opłatami, jej mężowi. Pewna siebie kobieta chce jedynie pozornego chaosu, którego głównym budulcem mają być inni ludzie. Eric początkowo oponuje, bo jak twierdzi „mieszkańcy muszą się słyszeć i czuć”. Gdy zarówno jego żona, jak i córka, pokazują mu zaczarowane możliwości domu, zgadza się. Staje się przewodnikiem wspólnoty, do której trafiają charakterne osobowości. Samotny podpalacz, rudowłowsa chichotka, płaczący imigrant i małżeństwo z chorym chłopcem, przypominającym krasnoludka Królewny Śnieżki. Zatraca się rola matki, ojca i dziecka. Początkowo ich obowiązki zostają rozłożone pomiędzy wszystkich członków wspólnoty.  

Żyją oni na najwyższych obrotach. Czują się i słyszą, biesiadują i wdrażają demokratyczne głosowania, stające się paradoksalnie iskrą niezgody. Kłótnie o zmywarkę, pieniądze i brakujące piwa szybko rozmywają się w atmosferze tańców i pierwszych takich świąt. Zamiast Świętego Mikołaja rozdającego LSD, Vinterberg wybiera drabinę uzurpującą choinkę. Wspólnota łączy się, trzyma za dłonie i tańczy wokół rozżarzonych, sztucznych światełek. Ilość singli jest mniejsza niż osób będących w małżeństwie, jednak reżyser szybko dokonuje zamiany miejsc. Przywiązanie emocjonalne członków ani trochę nie gwarantuje trwałości zamysłu komuny.

Po cichu wkrada się pierwsze trzęsienie ziemi. Podczas wrzaskliwych kolacji bohaterowie zatracają prozę intymności. Erick, zamiast wysłuchiwać porannych szeptów swej żony, otrzymuje niepohamowany płacz Allona. Mała Freja traci przestrzeń do nastoletniego rozkwitu, a Ole rezygnuje z szacunku do własności współmieszkańców, paląc wszystko, co popadnie. Poczucie niedowartościowania odezwie się w Ericku, który coraz rzadziej zacznie powracać do „zaczarowanej chatki”. Zamiast tego wybierze spokojną klitkę swej studentki, będącej wcieleniem Anny sprzed dwudziestu lat. Porcelanowa blondynka „wyglądająca jak z francuskiego filmu”, szybko zacznie przejmować teren. Najpierw zawładnie sercem zagubionego Erica, a następnie rozpocznie proces wkraczania do wspólnoty. Ta traci na znaczeniu, stając się jedynie dodatkiem do życia męża egoisty, zdradzonej, roztrzęsionej żony i nieśmiałej kochanki. Wspólnota musi jednak zdecydować. Próbuje kierować się znanymi jej zasadami egalitaryzmu. Wymienia w ten sposób nieprzystającą do reguł gry Annę na młodszą, tymczasową kobietę Erica. Jednym z założeń utopii według Chada Walsha był pogląd, że ludzie nie mogą odczuwać znużenia szczęściem. Duńska Komuna pozornie z tego poczucia szczęścia się tworzy, by następnie nim przesiąknąć.

Dawniej tylko razem

Wspólnotę przepełnioną polityką, wolnością seksualną i poszukiwaniami zobrazował Lukas Moodysson. Tym razem „szwedzka teoria wspólnoty” zawiera się w kolorowym kamperze, telefonie w kwiatki, żonie lesbijce i chłopcu, nazwanym Tet od ofensywy w Wietnamie. Tylko razem to o wiele bardziej spójna wizja komuny, jaką doskonale znamy z amerykańskich kliszy. Reżyser czerpie z beatników i ich Greenwich Village, zahacza o przejaskrawioną wiarę w politykę, tak dosadnie przedstawioną wcześniej chociażby u Godarda w Chince. Tam nadrzędną wartością była polityka, tu istota „bycia razem”.           

Wszystko zaczyna się od wprowadzenia nowej osoby z zewnątrz. Vinterberg wybrał kochankę, u Moodyssona jest to siostra jednego z mieszkańców komuny. Dodatkowo kobieta z dwójką dzieci i bagażem doświadczeń. Po kolejnej kłótni z mężem decyduje się odejść, znajdując oazę w chaotycznej wspólnocie. Elisabeth bardzo szybko zaprzyjaźnia się ze światem Abby, „burżuazyjnego zmywania” i wyzwalającego z zasad patriarchatu tańca. Zaprzyjaźnia się z Anną, początkującą lesbijką, dawną żoną i ciągle matką małego Teta. Przysłuchuje się młodemu i aspirującemu do pobudzania ludu Stefanowi. Obserwuje otwarty związek swojego brata Görana z młodą Leną, wykorzystującą jego nieśmiałą bezradność. Elisabeth bardzo szybko wsiąka w szalony świat jednostki, czując się pewnie wśród akceptującej ją grupy. Gorzej jest z jej dziećmi. To ich oczami reżyser próbuje opowiedzieć o absurdach życia w komunie. Mała Eva opowiada swojemu nowemu koledze, że w tym domu jest jak w „Dzieciach z Bullerbyn”. Wszystko musi być na odwrót. Jeśli pada deszcz, to należy mówić, że jest wspaniale. Gdy wychodzi słońce, zaczyna się robić paskudnie. Do paradoksu dochodzi, gdy Elisabeth zmienia poduszki swoich dzieci. Nie może przecież być tak, że dziewczynka przywłaszcza różową, a chłopczyk niebieską. „Zmieńmy to!” – proponuje, niech będzie po nowemu. Kobieta zachłannie przyjmuje wszystkie zasady, otaczając się nimi tak, jak wcześniej poleceniami agresywnego męża.

Poszukujący bohaterowie stają się początkiem rozprzężenia zmysłów wspólnoty. Syna Elisabeth do świata wieczornego popijania wina, świąt bez zabawek i stołu bez mięsa wprowadza Tet. Wspólnie próbują pogodzić się z otaczają ich rzeczywistością i ugrać jak najwięcej dla siebie. Pewnego dnia okupują kuchnię, krzycząc „chcemy mięsa!”. Dostają hot-dogi, czarno-biały telewizor i większe poczucie bezpieczeństwa. Takie sytuacje stają się destrukcyjne dla wcześniejszych założeń wspólnoty. Odczuwa to małżeństwo, które odchodzi, bo chce być bliżej natury. Odczuwa to także Stefan. W atmosferze tańców, wina i pożyczanego seksu nie ma nawet miejsca na rozmowę o własności. Lasse, mąż Anny, daje się skusić na seksualne eksperymenty z mężczyzny, ku zdziwieniu swej żony. Także związek Görana i Leny nie ma szansy istnieć, gdy mężczyzna w końcu wybiera szacunek do samego siebie. Wspólnota przeistacza się na naszych oczach, stając się bardziej ludzka, intymna i wytrzymała. Na odwrót jak to miało miejsce w Komunie.

Gdy jedni odchodzą, przychodzą ci drudzy: samotni, złamani i zrozpaczeni. Najpierw jest to młody sąsiad z naprzeciwka, potem jego matka, mąż Elizabeth i opuszczony, starszy pan. W scenie, w której małżeństwo rezygnuje z przynależności do wspólnoty, bo ta wyzbyła się dawnych zasad, rozpoczyna się dyskusja o Pippi Långstrump. Jedni krzyczą, że to „kapitalistka i materialistka”, inni, że rudowłosa pończoszka była „zajebista”, a jeszcze inni reagują na dyskusję niepohamowanym śmiechem. W końcu to z tej książki pochodzą słowa: „nie wychodząc stąd, raczej trudno będzie wam znów tu przyjść”. Słowa dotyczą także filmowej komuny. Nie zmieniając jej zasad na bieżąco, nie można w niej wytrwać. Dlatego bohaterowie, niczym kostki domina, wybuchają.

Co przyniesie przyszłość?

Wydawałoby się, że Francuzi, z ich odwieczną walką o wolność jednostki, doskonale mogą odnaleźć się w założeniach współczesnych komun. Dla bohaterki Co przynosi przyszłość wspólnota staje się sposobem na pozbieranie się z życiowego trzęsienia ziemi. Nauczycielkę filozofii, Nathalie, zostawia mąż, następnie matka, a kolejne książkowe wydania esejów wiszą na włosku. Pojawia się za to były student, przystojny i zawadiacki Fabien. „Wcielenie idealnego syna” namawia Nathalie na dołączenie do komuny pisarzy, filozofów i aspirujących artystów. Kobieta nie walczy jednak o miejsce w grupie, a cichutko, na palcach, wkracza do ich świata. Reżyserka Mia Hansen-Love spogląda z perspektywy dojrzałej już kobiety, poszukującej samej siebie, a nie emocjonalnie wiążącej wspólnoty.

Dlatego Nathalie, była komunistka, nie chce już rozprawiać o polityce. Dni spędza na górskich przechadzkach, szukaniu czarnej, puszystej Pandory (kota pozostawionego jej przez matkę) i obserwowaniu tych młodych, energicznych i jeszcze naiwnych. Początkowo trudna relacja Nathalie z kotem, staje się powolnym, ale dojrzałym procesem akceptacji życiowego chaosu. Powraca do komuny silniejsza, przepełniona lekkością i swobodą wyboru. W końcu decyduje się zostawić swemu studentowi czarnego kota, stającego się oznaką wszystkich jej życiowych nieszczęść. Rozstanie to wcale nie jest jednak łatwe. Dodatkowo kobieta staje się świadkiem rozkwitającego uczucia. Fabien wraz z dziewczyną spodziewają się dziecka. Czułość pomiędzy młodymi to dla głównej bohaterki upiększający dar, z którego czerpie profity. Na koniec wścieka się na męża za zabranie jej ulubionych, filozoficznych książek. Z pewnością siebie tupie i chce je z powrotem. Ale tylko książki.

Wspólnoty powracają do świata literatury, sztuki i filmu. Nie tak dawno temu Michel Houellebecq w „Cząstkach elementarnych” rozprawił się z idyllą miłości dzieci-kwiatów, nieprzypominającej lekkości i uwielbienia, jaką darzyli ją wcześniej Jack Kerouac czy Allen Ginsberg. W opowieściach filmowych reżyserzy najczęściej czerpią z osobowości zgromadzonych w tej samej przestrzeni. Zestawiają ich chęci, cele i pokusy, by ukazać niemożliwość trwałego współżycia. Wspólnoty te funkcjonują tylko przez chwilę. Bohaterowie w końcu z nich odchodzą. Anna z Komuny, Lena z Tylko razem i Nathalie z Co przynosi przyszłość. Kolejni pewnie powrócą, jednak coraz częściej słońce i deszcz będą zarówno paskudne i wspaniałe.

Komentarze

Recenzja: Wiara, zwątpienie, fanatyzm. Czy trzeba w coś wierzyć?

564874511Kochasz kontrowersje? Lubisz zastanawiać się nad swoim duchowym życiem, a może czasem wpada ci do głowy myśl – po co nam religia? Jeśli tak, książka OSHO cię nie zawiedzie. Podejmuje te wszystkie tematy i jeszcze więcej.

Subiektywne spojrzenie na religę

W książce Wiara, zwątpienie, fanatym. Czy trzeba w coś wierzyć? OSHO podejmuje tematykę religii i wiary. Nie ogranicza się jedynie do komentarza na temat religii chrześcijańskiej, ale wspomina również o islamie, hinduizmie i buddyzmie.

W kontrowersyjny sposób głosi twierdzenia o tym, dlaczego religia jest nam w życiu niepotrzebna, co nam zabiera, a także, że odnalezienie prawdy i religijności w życiu to nie to samo, co wiara w Boga. „Wiara pozostaje tym, którzy nie mają odwagi, by otworzyć oczy” (s.212). Krytykuje również filozofię, która według OSHO oddala nas od doświadczania, czerpania z życia, a daje jedynie substytut mądrości jakim jest myślenie o rzeczywistości.

OSHO nakłania do nowego spojrzenia na życie, gdzie Bóg jest wymysłem, a religia najgorszym złem. Próbuje przeforsować twierdzenia, że prawdziwa religijność to powrót do doświadczania wszystkich aspektów życia. Prawda i szczęście nie mieszkają w wymysłach kapłanów, a w nas samych.

Kontrowersyjny OSHO

Dla jednych będą to słowa obrazoburcze, dla drugich początek refleksji nad własny życiem duchowym. Książki OSHO wzbudzają wiele emocji, są trudne do czytania dla osób wychowanych w określonej wierze. Kontestuje on każdy porządek religijny, obala dogmaty i kwestionuje prawa.

Proponuje powrót do samego siebie, do wniknięcia w głąb własnej istoty i tam szukania prawdziwej prawdy i sensu. Pochwala medytację, którą traktuje jako jedną z najwyższych form religijności. Zachęca do praktykowania jej zamiast modlitwy. Do poszukiwania odpowiedzi zwracając się do wnętrza, a nie szukania ich gdzieś poza sobą.

Jeśli nie boisz się skonfrontować swoich własnych poglądów z tezami OSHO, chcesz poczytać o tym, jak wielki przywódca duchowy widzi religię i dlaczego uważa ją za zło, zajrzyj do tej książki.

OSHO – współczesny, hinduski guru, nauczyciel i mistrz duchowy. Założyciel ruchu religijnego Neo-Sannyas. Nie pisał książki, rozmawiał z ludźmi, wygłaszał wykłady, nauczał przez 35 lat. Nauki OSHO uczniowie utrwalili w słowie pisanym.

Wiara, zwątpienie, fanatyzm. Czy trzeba w coś wierzyć?, OSHO
Wydawnictwo Czarna Owca

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Natalia Kwiecińska

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Poeta: Natalia Kwiecińska
Ma 33 lata, mieszka w woj. Opolskim, ale pochodzi z Zakopanego. Po części jest Cyganką (Romką). Pisze od wielu lat inspirowana przyrodą, otaczającymi ją ludźmi, twórczością innych. Robiąc to może nie tylko wyrazić najskrytsze uczucia i bawić się słowami, ale przede wszystkim poczuć się wolna.

Fotografia

                        Walkowi Gilowi i mojej mamie..

W czarno-białym świecie mojej mamy
dziadek był kowalem
swego losu
babcia była
by życie rozśmieszać
trzymając w śniadych dłoniach
nowe pokolenie
czy halny, czy mróz
wstrzymywali oddechy
by pracą czynić sens
uporem i miłością popychać
ku lepszemu swe dzieci
by już nie wytykano je
białymi palcami

 

Po męsku

Zostanie zaraz sama
dziewczyna o ciemnych włosach
z sercem na zewnątrz
z chłodem na schodach
Cisza tak mocna jak zawiedzione nadzieje.
Łzy cię nie opuszczą o dziewczę!
Wierne kolce duszy
wbijane po męsku

 

Motyle i jutra

Mówimy, że jutro zaczniemy od nowa
Wstajemy i ćwiczymy
szczęście
Spoglądamy w chmury z nadzieją
Pragniemy lasu i lekkości ptaka
Sięgamy
Sięgamy po siebie
Otwieramy ręce i serca
Albo tylko chcemy
Łapiemy motyle do wieczora
My bohaterzy jutra
Przed snem
mówimy, że jutro zaczniemy
od nowa

Komentarze

Monolog artysty w energetyczno-emocjonalnej przestrzeni

the_energy_recording_xx_2016_linoryt_n6_10x10_hahnemuhle_230g

Sebastian Skowroński – The Energy recording XX, 2016 r., linoryt, 10 x 10 cm

Jest. Nowa istota, obudzona, jeszcze zdezorientowana, ale idzie naprzód. Jest świadoma, bo prowadzi ją wewnętrzna wiedza, nadaje kierunek rozwoju. To nie jest szablon czy schemat, według jakiego zwykliśmy się poruszać na co dzień. To poszukiwanie, ciągłe odkrywanie nowej rzeczywistości, intensywne wchodzenie w niezbadane obszary. Rozświetlanie tego co nadal niepoznane, a co może przysporzyć jeszcze wiele bólu, cierpienia. Droga do domu, do najgłębszej jaźni, mimo że jest najpiękniejsza, bywa ogromnym trudem, autentycznym przeżywaniem duchowych wahań i psychologicznej udręki. Oznacza powtórne narodziny i ogromną, emocjonalną przemianę, przyjęcie całości siebie.

Cykl: The Energy recording

Dlaczego tytuł The Energy recording? Cięcia obrazu graficznego na formie drukującej (linoleum) powstają przy ogromnym udziale intuicji, wewnętrznym otwarciu się na siebie i zaufaniu w każdym momencie tworzenia. To zespolenie umysłu i ciała, myśli oraz działania. Niczym niezakłócana relacja Ducha z Materią wyzwala myśli i Energię, która materializuje się na matrycy, a następnie poprzez proces powstawania warsztatowej odbitki, w obrazie graficznym. Wszystko, co powinienem robić, to ufać. Bogu, Matce Ziemi, Sobie, Energii czy Wszechświatowi (wybór uzależniony jest od indywidualnej oceny i światopoglądu) oraz notować. Dlatego w nazwie pracy, stanowiącej jednocześnie złożony cyklu, widnieje słowo recording.

Autor: Sebastian Skowroński
Młody łódzki artysta. Tworzy m.in. w grafice warsztatowej oraz rysunku. Pisze również krótkie teksty performatywne, a także wypowiada się na temat grafiki artystycznej. Bloguje na stronie Drzeworytnik.pl z własną twórczością.

Komentarze

Przed Państwem…

f9b41236797349-5729a52148398

Karolina Lubaszko – galeria (9)

Artysta: Karolina Lubaszko
Studentka IV roku grafiki na warszawskiej ASP.
 
Interesuje ją głównie wizualny aspekt prac, doświadczanie zderzeń narzędziowych, kolorystycznych i wrażeniowych. Przedstawia to, co przeciętne, szuka absurdów, zniekształceń i przypadku, które mogą stać się pretekstem do dalszych działań.
 
Karolinę można znaleźć na:
Behance 
Komentarze
Komentarze do:

"Kulturalna Jesień w MOMU – wernisaż Bogny Czechowskiej"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję