Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

24

Przestrzeń #24

Osoby cechujące się samokontrolą często osiągają wiele sukcesów, dzięki kształtowaniu otoczenia i kierowaniu swoim życiem. Jednak kontrola ma także swoją ciemną stronę, o której nie zawsze pamiętamy. Dlatego czasem warto odpuścić – nie tylko sobie, ale i innym. 

Tematem przewodnim marcowego wydania Magazynu Przestrzeń jest właśnie kontrola. Piszemy w nim o złudnej kontroli, jaką daje nam kłamstwo. Zastanawiamy się także, dlaczego nie warto żyć na autopilocie i lepiej wziąć sprawy w swoje ręce. Rozmawiamy z Ewą Guzowską na temat tego, jak budować dobre i trwałe relacje. Przyglądamy się zagadnieniu kontroli w pracy freelancera – co i kogo musi on kontrolować. Pochylamy się także nad tematem dopasowania seksualnego, a więc oczekiwania względem częstości i jakości stosunków seksualnych.

W felietonach jedna z autorek zabiera nas na powolny, deszczowy spacer po jednym z najmniejszych europejskich państw, gdzie połączenie francuskiego sybarytyzmu i niemieckiego ordnungu sprzyja snuciu niekończących się dygresji. Druga natomiast, porusza zagadnienie samokontroli. Odwiedzamy także Józek Bau Studio – muzeum, gdzie artysta pracował przez 40 lat i poznajemy niezwykłą historię jego i jego żony Rebeki, którzy jako jedyni wzięli ślub w czasach Zagłady. Czytamy o bohaterce filmu Pablo Larraín  Jackie, dla której kontrola to drugie imię. Recenzujemy książkę Legenda żeglujących gór Paolo Rumiza – dziennikarza znanego ze śmiałych reportaży i niezwykłych opisów tajemniczych regionów świata. Sięgamy także po powieść biograficzną Baronowa jazzu, której bohaterka Pannonica Rothschild wzięła życie w swoje ręce i odważyła się być sobą. Kontynuujemy monolog artysty Sebastiana Skowrońskiego, a artystką numeru jest Marika Ostrowiecka.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Kłamstwo ma krótkie nogi…

kłamstwo ma krótkie nogi

graf. Urszula Zabłocka

Kłamstwo

„Mam kontrolę nad życiem, bo potrafię kłamać!”. Takie wyznanie nie przeszłoby przez gardło większości z nas, a jednak prawdopodobnie każdemu zdarzyło się kiedyś zataić prawdę. Nawet jeśli było to tylko niewinne kłamstewko. Sztuka kłamania jest jedną z umiejętności, w której mistrzostwo wcale nie zależy od ćwiczeń trwających latami. Niektórzy rodzą się z tą niezwykłą zdolnością i manipulują otoczeniem już od najmłodszych lat. Mimo że z jednej strony sprawność ta wydaje nam się czymś złym, to z drugiej jednak na nią przyzwalamy.

Konwenanse

Gdyby nie kłamstwo, nasze życie często byłoby nie do zniesienia. Mówiąc każdemu prawdę, prawdopodobnie nasze życie towarzyskie zamieniłoby się w pustynię niechęci i nienawiści. Ucząc się życia społecznego, przechodzimy przez labirynt doświadczeń, nauk, rad, obserwacji, które tłumaczą nam, w jaki sposób mamy postępować, aby nie zostać odrzuconym przez społeczeństwo. Kłamstwo jest jednym z elementów etykiety. Najlepszym przykładem są komplementy. Chwalimy ciastko koleżanki, pomimo że to zakalec. Robimy to, bo tak wypada. Jesteśmy gośćmi, więc doceniamy wysiłek gospodyni włożony w pracę i nie chcemy zrobić jej przykrości. Innym razem kłamiemy, żeby się komuś przypodobać i otrzymać jakąś nagrodę. Może to być np. całus na randce w odpowiedzi na nie do końca szczery komplement. Istnieje jednak cienka linia między kłamstwem, które jest uznawane za nieszkodliwe, a tym czyniącym spustoszenie w naszym życiu.

Dysonans

Pomimo tego, że kłamstwo jest społecznie powszechnym zjawiskiem, słowo to jest określeniem pejoratywnym. Nasza zdrowa niechęć do łgarstwa staje się logiczna, gdy jego plonem jest krzywda drugiego człowieka. Jest to dla nas jasne do momentu, w którym ujrzymy wyrządzone zło lub jesteśmy w stanie założyć, że nasze kłamstwo nie będzie społecznie akceptowalne. Co jednak, jeśli wydaje nam się, że oszukując robimy dobrze? Prawdopodobnie nie ma właściwej odpowiedzi na to pytanie. To wszystko zależy od wielu czynników. Wyobraźmy sobie, że umiera nam ktoś bliski. Osoba ta nie ma świadomości nadchodzącego końca. Starasz się kontrolować sytuację, postanawiając nie mówić jej prawdy i cieszyć się tą krótką chwilą, która wam została. I tu wkrada się pytanie natury etycznej: czy masz prawo brać taką odpowiedzialność na własne barki? Być może osoba, którą chronisz, ma coś jeszcze do załatwienia. Ma prawo decydować o sobie.

Zapewne dlatego boimy się kłamstw, ponieważ zacierają prawdziwy obraz rzeczywistości odbierając nam możliwość kontroli i decydowania o własnym życiu.

Chwila prawdy

Co by było, gdyby tak przestać okłamywać koleżankę, że smakują nam jej wypieki? Albo co, jeśli partnerka dowie się, że jest zdradzana? I co, jeżeli bliska osoba zostanie uświadomiona o krótkim czasie, który jej pozostał? Co wówczas się stanie? Wyjść jest wiele. Sedno to przenieść swoje spojrzenie z własnych egoistycznych pragnień na drugiego człowieka. Okaże się wówczas, że kontrola, którą daje nam kłamstwo nie jest nam dana raz na zawsze i trzeba się liczyć z jej utratą. Niezależnie od rangi kłamstwa, musimy mieć na uwadze konsekwencje, jakie za sobą niesie.

Komentarze

Jak budować relacje?

Masz problem w nawiązaniu i utrzymaniu relacji? Jesteś nieśmiały? Boisz się zranień? Poznaj podstawowe zasady budowania dobrych i trwałych relacji. Z Ewą Guzowską – psychologiem, psychoterapeutą, coachem – rozmawia Marta Jacukiewicz.

graf. Arkadiusz Jankowski

 

Marta Jacukiewicz: Pani Ewo, jakie są podstawowe zasady budowania dobrych relacji z ludźmi? 

Ewa Guzowska: W moim odczuciu to przede wszystkim prawdziwość nas samych, z tym wszystkim, jacy jesteśmy, bez masek, hipokryzji… Szacunek do siebie i do innych. Uczciwość i otwartość, a także zaufanie do siebie  i drugiego człowieka.

MJ: Jakie relacje zaliczamy do dobrych i dojrzałych? 

EG: To relacje, które mają dla nas kluczowe znaczenie, które zmieniają nasze życie. Uważam, że kiedy doświadczamy ich całym sobą, one zmieniają nas. I to jest esencja dobrych relacji.

MJ: Co najczęściej utrudnia komunikację? 

EG: Brak istotnych spraw, o których trudno mówić. Bardzo rzadko rozmawiamy o emocjach, tak jakby ich nie było, a przecież to one nadają smak naszemu życiu. Nikt nie uczy nas o nich rozmawiać. Bez nich trudno cokolwiek budować.

MJ: Niezwykle ważna jest treść jaką przekazujemy za pomocą mowy ciała, jednak możemy nad nią też zapanować – w pewnym stopniu. Mimo wszystko po jakimś czasie da się zauważyć niespójność…

EG: Tak,  nasza komunikacja wiele mówi o nas samych, a to co jest najważniejsze to spójność. Kiedy jesteśmy spójni sami ze sobą, znacznie łatwiej się komunikować. Często jednak nie jest to takie oczywiste i naturalne, jakby się wydawało.  Bywa, że nosimy wiele masek, a potem nie wiemy, która jest prawdziwa…

MJ: Jak radzić sobie z przeszkodami, które utrudniają komunikację?

EG: Wszystko zależy na jakim poziomie mówimy o przeszkodach, bo one są  szalenie ważne. Jeśli będziemy mieć na myśli różny poziom przekonań – z pewnością przyda się nam tolerancja dla innego punktu widzenia. A jeśli ta różnica będzie na wyższym poziomie np. misji, czasami komunikacja może być niemożliwa, bądź bardzo trudna…

MJ: W jaki sposób zaprzeczać, aby nie było to nieprzyjemne?

EG: Przede wszystkim należy bronić swojego zdania, jednak zawsze z szacunkiem dla zdania rozmówcy.

MJ: Podstawą budowania każdej relacji jest znajomość siebie i szacunek do drugiego człowieka, ale nie zawsze potrafimy wszystkich traktować tak samo…  

EG: Tak, to prawda. Szacunek  jest wartością nadrzędną. Nie traktujemy wszystkich tak samo, bo to prostu niemożliwe. Tak jak niemożliwe jest stworzenie przyjaźni z „każdym” –  to się nie uda. Mam tu na myśli prawdziwą przyjaźń, związek. Jesteśmy tak bardzo zróżnicowani, a przy tym wszystkim chcemy zwykle podobnych rzeczy: szczęścia, miłości, odnalezienie sensu życia… Tego wszystkiego, wszystkim życzę.

Ewa Guzowska – psycholog , psychoterapeuta, coach.
www.psychoterapia-coaching.pl

Komentarze

(Nie)dobra kontrola

graf. Karolina Lubaszko

Przez ścianę dało się słyszeć dźwięki telewizora. Nie były uciążliwe, ale wystarczająco wyraźne. Znów serial. Pewnie coś lekkiego, niewymagającego. Takiego na ‘odmóżdżenie’. Na stole talerz z niedojedzoną kanapką, niedbale posmarowaną masłem z białym serem od Pani Krystyny. Serem z prawdziwego mleka, od prawdziwej krowy, robionym przez prawdziwą gazę. Zawsze jadła go z pomidorem i odrobiną soli. Obok talerza kieliszek z jakimś winem. Nawet nie miała ochoty już go dopijać.

Znów to zrobiła. Znów czuła się w ten sposób. Wiedziała już co będzie za chwilę, za godzinę, jutro. Schemat działał i miał się świetnie. Autopilot na najwyższych obrotach. Mózg znów o siebie zadbał. Znów się nie napracował. Zaoszczędził energię.

I ona. Półleżąca – w pozycji niby relaksacyjnej, ale nie odpoczywała. Niby sączyła wino, ale nie miała ochoty go kończyć. Kanapka finalnie niedojedzona.  A w jej głowie pędzące myśli:

Kurczę, ale jestem głupia. Znów nic nie powiedziałam. A przecież miałam pomysł, nawet całą koncepcję. I najlepsze, że wystarczyło rzucić im jedno słowo, a oni zrobili z tego całe hasło. Tylko mi w ogóle nie o to chodziło. Ten ich slogan łysy jakiś taki, pusty, niemięsisty. Dlaczego tego nie powiedziałam? Przecież nie miałam nic do stracenia, a tyle do zyskania. Po co ja się tak kontroluję!?

I to nie tylko w takich sytuacjach. Ja przecież robię to ciągle i wszędzie.  Jednak najczęściej wtedy, kiedy mam się podzielić na forum jakimś swoim pomysłem, swoją koncepcją, własną perspektywą.

Myślała dalej…

Pewnie to się wiąże z tym, że boję się, co pomyślą inni… Prawdopodobnie boję się odrzucenia. Mój wstyd nie pozwala mi być sobą. Chciałabym się odważyć, ale co wtedy? Właśnie. Co wtedy? Tak właściwie, co najgorszego może się stać?

PO CO JA SIĘ TAK KONTROLUJĘ? Wybrzmiało już mocniej…

Gdy ponownie usłyszała w swojej głowie to pytanie, pojawiły się kolejne i kolejne:

Czego mnie to pozbawia?
Co mi to odbiera?
Ilu możliwości przez to nie wykorzystuję?
Ilu ludzi nie poznaję?
Jak ta kontrola mnie ogranicza?
Na co mi nie pozwala?
Czego tak naprawdę się boję?
Czy taka postawa pozwala mi realizować moje cele bliższe lub dalsze?
Na ile zachowując się w ten sposób, czuję się tak jak chcę?
Na ile jestem sobą?
Ile jest mnie we mnie?

Kiedy zadała sobie te pytania poczuła, że coś w niej pękło. Poczuła, że nie wie jeszcze jak to zrobi, ale wiedziała, że coś się zmieni. Wiedziała, że nie chce marnować już ani chwili na to, aby nie wyrażać siebie. Uzmysłowiła sobie, że większość rzeczy, które sobie wyobraża w ogóle nie następują. Zobaczyła, że jej umysł to przebiegły typ. Zobaczyła, że poza głosami, które unieruchamiają ją w działaniu, w odsłonięciu się, w nazywaniu tego, co potrzebuje, mówieniu o sobie i ważnych dla niej rzeczach są jeszcze inne głosy. Troszkę cichsze. Troszkę mniejsze. Ale są.

To głosy, które od tej chwili postanowiła wzmacniać

Głosy, które jak się pojawią – poświęci im uwagę. Zadba o to, aby były bardziej słyszalne. Nie zbagatelizuje ich, jak robiła dotychczas.

Będzie pielęgnować w sobie wdzięczność za to kim jest, co umie, co wie, skąd pochodzi, ile osiągnęła do dziś. Nie będzie też (tak często) porównywać się z innymi, tym samym umniejszać swojego obrazu przed samą sobą.

Postanowiła też być dla siebie bardziej wyrozumiała. Stwierdziła, że zmieni kilka rzeczy w postrzeganiu rzeczywistości. Jeżeli spontanicznie przyzna sobie jakąś zasługę, doceni się za coś, czy ucieszy – to będzie uważnie patrzeć czy po chwili nie ma ochoty umniejszyć przed sobą tego sukcesu.

Zdecydowała też, że chce okazywać sobie więcej empatii, kiedy właśnie w pierwszym odruchu wybierze surowość i osąd względem samej siebie. Obdarzy siebie też większą łagodnością.

Zdecydowała też, że nie chce już więcej „koić się” takim ‘pustobyciem’ jak w ten wieczór. Zdała sobie sprawę, że chce bardziej świadomie wybierać, co ogląda, je i pije. I postanowiła bardziej się przyjrzeć emocjom. Czuła podskórnie, że ten serial, kanapka i wino spełniały tu jakąś funkcję. Zobaczyła, że jest to efekt, a nie wybór. Bo przecież nie ma nic złego w lekkim serialu, kanapce z pysznym serem i lampce wina. Ryzyko pojawia się wtedy, kiedy te wybory nie są jej decyzją, tylko emocji będących efektem niebycia ze sobą w zgodzie. W tym wypadku niezadbania o siebie i użycia kontroli w niezgodzie z intencją. I już nigdy nie powie do siebie: „ale jestem głupia”.

Zrozumiała, że to myśli kreują jej rzeczywistość. Zrozumiała, że choć to niełatwe, prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie ulegnie własnej samokontroli, wbrew temu czego potrzebuje.  Ale zrozumiała też, że ma wpływ na te myśli. I ma wpływ na to jak pod ich wpływem chce działać.

A jak ty odnajdujesz się w tej historii?

Doświadczasz sytuacji, w których z różnych powodów używasz kontroli, w efekcie czego nie wyrażasz siebie?
Jeżeli tak – co się dzieje potem?
Kiedy natomiast kontrola ci służy?

Komentarze

Kontrola – niezbędny składnik w byciu freelancerem

Czyli o tym, że chilloucik to my mamy na deser. 

Bycie freelancerem kojarzy się ze swobodą, możliwością rozporządzania swoim czasem i korzystaniem z nadarzających się okazji. np. na jakąś podróż. Racja, ale to bardzo nieliczne momenty – takie nagrody za zwarcie i gotowość. Podstawą działalności freelancera jest kontrola. Co i kogo należy kontrolować?

graf. Aleksandra Zieniuk

Najbardziej – kontrola siebie

Swoje chcenie i niechcenie, wenę, chęć (np. na dostrzeganie potencjału współpracy) i profesjonalizm. Kiedy jest się swoim własnym szefem, trzeba oczekiwać od siebie znacznie więcej. W dużej mierze to ty masz wpływ na wysokość swoich zarobków, atmosferę podczas pracy i to, czy wciąż robisz wszystko zgodnie ze swoją misją, czy już po łebkach. Niezbędna jest umiejętność planowania, a także ustalania priorytetów. Możesz odpoczywać oglądając seriale pod kocem, ale w tym samym czasie ktoś może ci sprzątność zlecenie sprzed nosa. Bycie freelancerem to osiągnięcie złotego środka pomiędzy nadążaniem za zleceniami, a poczuciem, że może się wszystko, a nic nie musi. Kiedy jesteś osobą początkującą, masz oczy dookoła głowy i sądzisz, że nie ma takiej rzeczy, na którą nie możesz mieć wpływu. Miotasz się więc, tracąc resztki entuzjazmu. Kiedy już wypracujesz sobie markę i masz możliwość decydowania o tym, z kim, jak i za ile pracujesz – ogarnia cię uczucie przeładowania i zamiast wybierać te najlepsze zlecenia, wycofujesz się w imię nabrania dystansu. I tracisz. Na jakości, na sprężystości.

Po części – kontrola swoich klientów i środowiska

Bez znajomości aktualnych trendów, stawek i wymogów względem kogoś takiego jak ty, daleko nie zajedziesz. Chyba, że jesteś ikoną branży. W przeciwnym razie uznają cię za szaleńca, wyceniającego się nierównomiernie do przewidywanych rezultatów, które obiecujesz osiągnąć. Bycie freelancerem wymaga od ciebie doskonałej znajmości sytuacji i potrzeb klientów oraz nastrojów wśród swojej konkurencji. Dzięki temu możesz wyczuć moment, zaprojektować sobie niszową usługę, coś odkryć. Tak, to trudna umiejętność – zbliżyć się do „wroga” jakimi są ludzie zarabiający na życie tak samo jak ty. Obecność w strukturach networkingowych (nawiązywanie kontaktów) wymaga nie lada taktu i wyczucia. Wiara w te same idee, zbliżony styl pracy i miłość do wolności – zbliżają ludzi. Jeśli trafisz na odpowiednich, możesz nawet coś z nimi stworzyć, wypracować – połączyć siły. Mi się to zawsze udaje. Myślę, że to kwestia czystych intencji, intuicji i otwratych kart. Rzadko kiedy jesteśmy sami na freelancerskim boisku, połączenie mocy przerobowych zwiększa zasięg dotarcia do potencjalnych klientów i zwiększa poziom motywacji.

graf. Aleksandra Zieniuk

Jakość i kondycję swojej marki

Tobie się może wydawać, że jest wyśmienicie. Pracujesz sobie (w schronieniu przed światem w jakiejś chatce przy lesie, albo mając możliwość wychodzenia co wieczór i spania do południa) i jakoś to się kręci. Przyjaciele chwalą twoje projekty, nie masz zaległych rachunków, a nawet od czasu do czasu możesz pozwolić sobie na coś szczególnego (np. podróż na Cyklady – jak ja). Do tego klienci, którzy cię cenią, wysyłają ci na tyle pracochłonne zlecenia, że zaprzestajesz szukać nowych. Przez to twoja marka staje się nieuaktualnianym strachem na wróble, z brandingiem, który już nawet nie pasuje do tego, czym się trudnisz. Tak było ze mną – niespójność, niejasna oferta, takie zapyzienie. Tylko uczucia, które wzbudzała marka, przekonywały klientów do rozpoczęcia współpracy.

Freelancerem jesteś dla siebie – to fakt, daje ci to pole do popisu. Ale nie możesz zapominać, że gdy wchodzisz między jakieś wrony – musisz krakać tak jak one. Wybrzmiewać profesjonalnie, być osobą wiarygodną i budzić zaufanie. Freelancing to nie jest bunt na „prawdziwą” (etatową) pracę. To nie jest droga ucieczki, nikt się tobą nie zaopiekuje na końcu drogi. To nie jest wyjście dla ludzi, dla których „nie ma pracy po studiach”. Freelancing to wybór. Sposób na życie żądający od ciebie wytrwałości, zaangażowania i dyscypliny, w przeciwnym razie kawę ze ‚Starbunia‘ będziesz oglądać tylko przez szybę, a jej koszt przeliczać na bochenki chleba. Cokolwiek robisz, twoja marka powinna komunikować autentyczne wartości i ukazywać niezakłamany proces twórczy. Klient nie może odczuć, że zajmujesz się czymś tylko dlatego, że jesteś niereformowalnym hipisem (albo zmęczonym życiem entuzjastą kopania ogródka). Jego obchodzą tylko jego cele i to, czy ty potrafisz je osiągnąć.

Kontrola do duże słowo. Jeśli rozłożysz je na nadążanie, sprawdzanie, trzymanie ręki na pulsie i realizowanie swojej misji, praca będzie ci szła przyjemniej.

Z życzeniami przyjemnej pracy,
Justyna.

Komentarze

W tym cały jest ambaras… czyli dopasowanie seksualne

graf. Tomasz Opaliński

Obiektem żartów i męskich zwierzeń nierzadko jest partnerka odmawiająca stosunku seksualnego. Z kolei kobiety często wymieniają się spostrzeżeniami na temat zdolności kochanków, ich uważności czy umiejętności zadbania o nie same. Pary bywają także poróżnione przez niezgodność swoich fantazji i sposobu realizowania życia seksualnego. Dopasowanie seksualne jest więc wypadkową trzech elementów: ilości, jakości i upodobań.

Kryterium przyjmowane w seksuologii jest jakościowe – to nasze zadowolenie (lub niezadowolenie) z życia seksualnego jest pierwszym symptomem problemów w tej sferze. Z punktu widzenia specjalisty nie ma znaczenia czy para kocha się raz w miesiącu, czy trzy razy dziennie – póki obie strony są zadowolone. Pary zgłaszające się do gabinetu często przychodzą z problemem „braku ochoty na seks” u kobiety (problem ten, choć rzadziej, przytrafia się także panom). Tylko czy ten brak jest kwestią dysfunkcji czy też pewnego optimum potrzeb danej osoby?

Brak/utrata potrzeb seksualnych – ilość

Libido, a inaczej potrzeba płciowa to apetyt na seks, który budzi pożądanie i motywuje do podejmowania zachowań seksualnych. U osoby, która zgłasza się z problemem w tej sferze, konieczne jest zróżnicowanie, czy potrzeba nigdy nie występowała, czy też zaniknęła. Siła potrzeby płciowej każdego człowieka może się diametralnie różnić. Podobnie – u jednej osoby w ciągu życia może ona przybierać różne nasilenie. Siła potrzeby płciowej u mężczyzn jest najwyższa w 16-30/35 roku życia, zaś kobiety najsilniej budzą się w 30-35 roku życia oraz w okresie przed menopauzą. Wpływają na nią zarówno przyczyny biologiczne (choroby, przyjmowane leki, układ hormonalny), psychologiczne (zdrowie psychiczne, wiedza o seksie), jak i społeczne (dostępność partnera, długość i jakość związku). U kobiet, potrzeby seksualne są ściśle związane z więzią erotyczną z partnerem, której ustanie skutkuje utratą tych potrzeb. Dopasowanie na poziomie ilości odbywanych stosunków seksualnych jest więc zależne od czynników indywidualnych uwarunkowanych zdrowiem, jakością relacji i samopoczuciem. W przypadku utraty potrzeb warto zastanowić się nad każdą ze sfer, porównać czas „kiedy się chciało” z teraźniejszością i zadbać o więź erotyczną, którą łatwo zgubić w ferworze codzienności. Dbałość o temperaturę w sypialni ma niebagatelne znaczenie dla kobiet, których ilość stosunków seksualnych przekłada się na wzrost potrzeb.

Kiedyś było inaczej – jakość

Cichym zabójcą życia seksualnego jest rutyna i sprowadzanie seksu jedynie do funkcji regulowania napięcia seksualnego. Kluczem do podniesienia jakości i – tym samym – satysfakcji w tej sferze, jest rozmowa. Wypowiedzenie niektórych rzeczy na głos pozwoli skonfrontować swoje wyobrażenia o życiu seksualnym w parze z tym, co myśli partner. Kiedy jedno z niezadowoleniem zauważa, że seks wygląda jak akcja filmu porno, drugie może być przekonane, że odbywa fascynujący „szybki numerek”. Umiejętność wyartykułowania swoich pragnień jest zależna od przekonań, wychowania i strachu przed urażeniem partnera. Wyrośnięcie w przekonaniu, że seks jest czymś wstydliwym, przykrym małżeńskim obowiązkiem, może stanowić barierę w doświadczaniu satysfakcji seksualnej. Wyrwanie się z przekonań i ograniczeń kulturowych (kobiecie nie wypada/mężczyzna musi wiedzieć, jak ją zaspokoić) jest pierwszym krokiem w podnoszeniu jakości życia erotycznego pary. W sypialni powinno także zabraknąć miejsca na obawy i dumę. Powiedzenie „zrób coś w ten sposób”, zamiast „nie rób tak” może być dyplomatycznym sposobem na satysfakcję seksualną przy utrzymaniu odpowiedniej atmosfery. Satysfakcjonująca jakość nie musi oznaczać ciągłych eksperymentów i poznania całej kamasutry – zaczyna się raczej w poznaniu swoich potrzeb i wymianie spostrzeżeń z partnerem.

Preferencje prawidłowe/zaburzone

Preferencje seksualne, a więc sposób realizacji potrzeby seksualnej jest ściśle związany z jakością życia seksualnego. Prawidłowe zachowanie seksualne oznacza spełnienie funkcji biologicznej, psychologicznej i społecznej (tworzenie więzi). „Klasyczne” fantazje, a więc eksperymenty, które podejmuje para za obopólną zgodą są kwestią indywidualnych upodobań i otwartości na nowe doznania. Obok tych prawidłowych, należy także wyróżnić zaburzone preferencje seksualne, które powodują jedynie spełnienie potrzeby psychologicznej. Parafilią jest zależność od niezwykłego bodźca, którego wystąpienie jest konieczne do uzyskania podniecenia/ i lub orgazmu. Na przykład – osoba o prawidłowych preferencjach seksualnych może podniecać się partnerką w czerwonych szpilkach, osobie o zaburzonych preferencjach seksualnych mogą wystarczyć same szpilki. Parafilie mogą przyjmować dużo bardziej skrajne formy, a ich leczenie wiąże się z farmakoterapią, psychoterapią i wmontowaniem dewiacji w istniejący układ partnerski.

Komentarze

Luksemburskie impresje

Nie wiem czy dotychczas na mojej prywatnej mapie świata istniało inne europejskie państwo, które traktowałam z równą obojętnością, co półmilionowe Wielkie Księstwo Luksemburga. Usytuowane między Francją, Belgią, a Niemcami, zajmujące jedną trzynastą powierzchni województwa mazowieckiego, jawiło się jako miejsce rezydowania unijnych instytucji, producent porządnych Rieslingów lub po prostu ostatni człon(ek) nazwy regionu “Beneluks”. Warto jednak korzystać z okazji, jakie zsyła nam los i fundować sobie wycieczki do innych krajów, szczególnie jeśli napotyka się je z taką częstotliwością, co w Europie. Jest to dość trafna myśl mojej amerykańskiej znajomej, która przeważnie na zagraniczne podróże musi wygospodarować nieco więcej czasu niż dwanaście godzin. Tutaj zdarzają się jej co tydzień.

fot. Magazyn Przestrzeń, KM

Dokładnie pół doby wystarczyło, aby solidnie przespacerować turystyczne centrum miasta i kilka pobocznych uliczek. Pozbawione konkretnych planów, preferencji, szczątkowej wiedzy na temat Luksemburga, postanowiłyśmy iść przed siebie. Od dzielnicy Bonnevoie, na krańcu której usytuowany jest dworzec, przez wiadukt Passarelle, z widokiem na naprawdę imponujący most kolejowy, oraz prowadzący bezpośrednio do Ville-Haute (franc. Górne Miasto) – dzielnicy najbardziej turystycznej i prestiżowej w całym Luksemburgu. Dla nas wydawała się ona niemal cukierkowo sztampowa. Białe, kremowe i żółtawe budynki pokryte szaro-błękitnymi dachami, ozdobione starannie wykonanymi balustradami, wreszcie osadzone na solidnych kamiennych uliczkach, które raz pięły się w górę, a raz opadały, tym samym dając ból naszym udom i pośladkom. A wąziutkie uliczki, choć stanowiły idealny motyw na ckliwe malarskie weduty, zupełnie mnie przekonały, że będąc przyzwyczajona do post-socrealistycznych alei, nigdy nie pojadę do Luksemburga samochodem. Podążając jednak nad wyraz szerokim Bulwarem Franklina Delano Roosevelta natrafiłyśmy na pierwszą atrakcję – Katedrę Notre-Dame w Luksemburgu. Jej początki sięgają 1613 roku, a reprezentuje ona dość przyjemny dla oka eklektyzm, bazujący na późnym baroku, przez lata uzupełnianym witrażami, ornamentami czy obrazami, które zaskakująco dobrze współgrają z jezuicką duchowością XVII wieku. Z Katedry powolnym krokiem postanowiłyśmy odwiedzić właściciela tych włości w jego dumnie brzmiącym Groussherzogleche Palais, a mianowicie w Pałacu Wielkich Książąt. I choć budynek wydał się nam niepozorny, prawdopodobnie jest jednym z bardziej symbolicznych miejsc w Luksemburgu, szczególnie w kontekście historii dwudziestego wieku. Dziewiątego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego roku Naziści zajmują miasto, tym samym odbierając mu jego neutralność. Urzędująca wtedy Wielka Księżna, Szarlotta, znajduje schronienie w Londynie, a pałac przechodzi rewolucję odnajdując swoje nowe powołanie w roli karczmy i sali koncertowej dla obywateli Trzeciej Rzeszy. Niefortunną karierę gastronomiczną kończy jednak koniec wojny i symboliczny powrót dziedziczki dnia czternastego kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. Sama Szarlotta, która dla obywateli swojego kraju prowadziła intensywną kampanię radiową na falach radia BBC, stanie się twarzą luksemburskiego ruchu oporu, docenioną przez liczne kraje, w tym Polskę, poprzez przyznanie Orderu Orła Białego.

fot. Magazyn Przestrzeń, KM

Podążając bardziej turystycznym szlakiem natrafiłyśmy również na Narodowe Muzeum Historii i Sztuki, jedno z ciekawiej rozplanowanych muzeów, jakie dane mi było zwiedzić. Przede wszystkim uwagę przykuwa jego osobliwa bryła, która z zewnątrz przypomina kremowy klocek z szerokim ciągiem okien odcinających bryłę od podłoża i dość analogicznym placem, dzięki któremu przestrzeń wydaje się “oddychać” i współgrać z tradycyjną zabudową miasta. Wnętrze, natomiast, to ciekawe ujęcie koncepcji muzeum, nieco przypominające projekt Franka Lloyda Wrighta – Guggenheim Museum, którego układ, nachylenie oraz szerokość korytarzy prawie uniemożliwiają, a na pewno utrudniają, tradycyjną kontemplację sztuki, będąc swoistym nawiązaniem do sztuki postmodernizmu. Ta sama w sobie jest już dla większości niestrawna. Narodowe Muzeum Historii i Sztuki, choć na pewno mniej awangardowe, ukazuje ciekawą relację czasu i przestrzeni. Kolekcje usytuowane są chronologicznie na kilku piętrach, od rozległej Prehistorii w podziemiach, po dość okrojoną Współczesność. Piętra korespondują ze sobą za pomocą klatek schodowych, przejść, balkonów, często w taki sposób, jak miało to miejsce w historii sztuki, czego przykładem jest otwarte przejście między dwoma częściami kolekcji renesansowej z widokiem na Antyk. Motyw spiralnej klatki stanowi oś całego muzeum, wchodzenie i schodzenie, to z kolej motyw samego miasta.

fot. Magazyn Przestrzeń, KM

Z Ville Haute kolejnymi wąskimi uliczkami udałyśmy się na Ville Basse, części fortyfikacji zwanych Casemates du Bock, po części naturalnie utworzonych przez skalne zbocze, po części budowanych od X wieku, gdzie wzdłuż potężnych skał biegła malownicza rzeka Alzette. Ilość zarośli, drzew, krzewów, ogólna wilgoć sprawiała, że w powietrze czuć było wiosnę, chociaż kalendarzowo trwał środek zimy. Z punktu widzenia hydrologicznego, zdaniem Wikipedii, państwo, w którym się znajdowałyśmy, posiada 0% wód śródlądowych. Momentami miałam nieodparte wrażenie, że dwanaście godzin nieustannie towarzyszących nam opadów było próbą nadrobienia tego beznadziejnego wyniku. Więc my szłyśmy, a deszcz padał. Ten nad wyraz mokry spacer doliną i ostatnie podejście z powrotem na Starówkę przypłaciłyśmy prawie zapaleniem płuc.

Taka to była wycieczka, bezmyślna i nieco rozlazła, kompletnie niekontrolowana. Nieco, jak mój
felieton,
i w sumie
jak to całe życie.

Komentarze

Zapomniana samokontrola

Lubimy mieć kontrolę nad wieloma sprawami. Nic nas bardziej nie denerwuje, niż złośliwość rzeczy martwych. Czujemy wtedy, jak sypie nam się grunt pod nogami, a my nic nie możemy z tym zrobić.

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Uwielbiamy patrolować małe podwórka; widzieć zawsze kto, z kim, i dlaczego. Nie jesteśmy w stanie przeboleć tego, że coś nas może ominąć. Musimy wiedzieć wszystko i o wszystkich. I choćbyśmy nie wiadomo jak się przed tym bronili, dusili to w sobie, to odwieczne pragnienie kiedyś będzie musiało ujrzeć światło dzienne.

Polacy to przedziwny naród. Z jednej strony wydają się bardzo zamknięci, skupieni tylko na swoich sprawach, a z drugiej strony – usilnie bazują na plotkach i spekulacjach. My, Polacy, lubimy wymieniać się informacjami, a że nie zawsze są one rzetelne, jakby nie bardzo już nas interesuje.

Skąd się to bierze? Nie do końca potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Być może z naszego polskiego temperamentu, a być może z naszej narodowej historii, która nie szczędziła nam lat trudnych i zmuszających do niekonwencjonalnych metod przetrwania. I ja bym skłaniała się ku tej drugiej opcji, która – jak widać – zbiera jeszcze żniwo, nawet wśród młodych Polaków.

Osiedlowy monitoring, czyli potocznie określane starsze kobiety przesiadujące w oknach swoich mieszkań, również dobrze wywiązują się ze swoich nieformalnych obowiązków. Zawsze wiedzą kto, gdzie i z kim, i dlaczego u sąsiada z dołu zawsze pies tak głośno ujada z rana.

Trzeba szczerze przyznać, jest to niesamowicie męczące. Jednak sami sobie zgotowaliśmy taki los. Nikt nas przecież nie zmusza do przesiadywania przy zimnym parapecie, ani do nieustannego nadzoru życia innych ludzi.

Na dłuższą metę się tak nie da. Trzeba niestety tę gorycz w rezultacie gdzieś wylać, dać jej się ulotnić. Najwygodniej jest więc wykorzystać do tego drugiego człowieka.

Posiadanie nad czymś kontroli to uczucie naprawdę urzekające i nieraz – ubezwładniające. Uzależnia z każdą chwilą, z każdym, małym sukcesem. Człowiek nie może uwolnić się od myśli, że cokolwiek by się nie działo, on posiada władzę. On jest górą.

I tego trzeba się wystrzegać! Nie ma nic bowiem gorszego, niż ten niebezpieczny, błogi spokój i niezmącona pewność siebie.

Dlaczego? Dlatego, że w każdym momencie coś może zawieść. W każdym momencie ten błogi spokój może zostać zmącony. Nie warto przecież do końca zawierzać, niczemu. Bardzo często zapominamy o tym i bezrefleksyjnie, automatycznie kontynuujemy to, co zaczęliśmy. A przecież świadoma kontrola polega również na odpowiedzialnym podejściu i do swoich czynów, i brania za nie pełnej odpowiedzialności.

Komentarze

Józek Bau Studio

„Józek – po polsku to będzie Józek Bau” – wita mnie rozpromieniona Hadassa, córka artysty w jego studio – muzeum, gdzie pracował przez 40 lat. Jej słoneczne blond włosy, żywe oczy i bijąca z niej radość sprawiają, że z łatwością wchodzę w tę ziejącą atmosferę szczęśliwości.

Źródło: josephbau.com

Studio Josefa Bau to miejsce wylęgarni pomysłów tego nieprzejednanego, wszechstronnie utalentowanego i pełnego radości życia twórcy. Zajmował się grafiką, malarstwem, ilustracją, typografią, animacją, poezją i literaturą. Skonstruował samodzielnie „najmniejsze na świecie” – jak zapewniają jego córki – kino, które do dziś można oglądać w Studio Josefa Bau w Tel Awiwie. Nazywany został też izraelskim Waltem Disneyem. W latach 60. plakatował wszystkie tytuły produkcji filmowych w Izraelu.

Czy po takim wstępie ktoś by się spodziewał, że Osoba ta przeszła przez najbardziej brutalne wydarzenia w historii XX wieku?

Józef Bau urodził się w polskim Krakowie w 1920 roku. Osiemnaście lat później był jedynym żydowskim studentem tamtejszego Państwowego Instytutu Sztuk Plastycznych. „Na zajęciach z typografii profesor pragnął zainteresować swoich wychowanków czcionką gotycką, ale nikogo to wtedy nie interesowało” – opowiada Clila, młodsza córka artysty: „jedynie tatuś chciał się tego uczyć, co potem uratowało mu życie”. 

Kiedy wybucha wojna ukrywa się wraz z bratem w Olszy, lecz wkrótce nielegalnie przedostaje się do getta, by przebywać razem z całą rodziną. Taki ruch był o tyle niebezpieczny, o ile młody Bau nie dostawał przydziału żywności. Nie miał też szans na podjęcie legalnej pracy. Tam jednak naziści dowiadują się o jego zdolnościach typograficznych i wykorzystują do kreślenia… liter gotyckich, które są przecież czcionką staroniemiecką! Josef szybko odkrywa też, że dzięki swoim zdolnościom może wypisywać… fałszywe dokumenty dla mieszkańców getta, które dają im możliwość ucieczki. „Nie myśl o tym, czego nie możesz. Rób to, co możesz!” – to myśl przewodnia przyświecająca mu przez wszystkie lata wojny. Nie wypisuje sobie samemu przepustki i nie ucieka. Podejmuje decyzję, by zostać i pomagać innym. Tym samym w wyniku biegu kolejnych wydarzeń trafia do obozu w Płaszowie. Tam nadal kreśli litery gotyckie, wypisuje szyldy dla urzędów, robi opisy kart i teczek. Dzięki dostępowi do potrzebnych narzędzi i papieru, szkicuje także ilustracje i zapisuje wydarzenia z Płaszowa. „Dziś nie można tam już odnaleźć śladów po obozie” – komentuje Hadassa: „współwięźniowie mówili tatusiowi – Ty jesteś artystą! Musisz rysować! Musisz przekazać coś dalej!”. Z zapisków powstała napisana po polsku książka Czas zbeszczeszczenia. Przy okazji tytułu, córki opowiadają mi, że pan Josef specjalnie wtopił w niego trudne do wymówienia słowo i potem w ten sposób sprawdzał czy delikwent, z którym rozmawiał, rzeczywiście znał język polski.

Do świata podchodził z ironicznym dystansem, błyskotliwą interpretacją i humorem – czego wyrazem są liczne teksty, grafiki, ilustracje.

Ale to nie wszystko

Źródło: josephbau.com

Pamiętamy film Stevena Spielberga „Lista Schindlera” i scenę ślubu obozowego. Warto jednak zwrócić uwagę, że życie napisało tę scenę przed filmem. A Osobą, która zaaranżowała powyższe wydarzenie jest właśnie bohater niniejszego artykułu.

Źródło: josephbau.com

To Józef Bau, więzień obozu w Płaszowie, w przebraniu kobiety dostał się do baraków żeńskich, by tam poślubić Rebekę Tannenbaum, z którą spędził całą resztę swojego życia. „Ale w filmie rodzice mają chupę – a w rzeczywistości tak nie było, nie było żadnej chupy. To był bardzo skromny ślub” – mówi Hadassa. Jedyny taki w obozie. Zamiast rabina – nowożeńców pobłogosławiła matka Josefa, również Clila. W czasie Zagłady jakiekolwiek stosunki między płciami przeciwnymi były surowo wzbronione i groziły śmiercią. To były czasy, kiedy miłość w istocie była zakazana. Ale nie dla Josefa Bau.

Swoją przyszłą żonę poznał w obozie. Dostał zadanie odwzorowania mapy tego miejsca, na zlecenie komendanta Amona Gotha, do czego potrzebował promieni słonecznych. Wtedy po raz pierwszy zobaczył Rebekę. „Mamusia zapytała, co on takiego robi” – opowiada Clila: „a tatuś odpowiedział jej, że czeka na słońce ale ono najpewniej się na niego obraziło. I wobec tego zaproponował, czy mamusia mogłaby zająć jego miejsce”.  Od tej pory już zawsze nazywał żonę swoim słońcem.

Potem Josef Bau, z racji interwencji Rebeki – o czym dowiedział się dopiero z filmu, dostał się na listę Schindlera i pracował w jego fabryce na Morawach. Podczas transportu między obozami odebrano mu atrament wraz z malutkim piórnikiem. Niebywałe jest to, że Oskarowi Schindlerowi udało się go odzyskać i dostarczyć do rąk Józka. A jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że piórnik ten posiadał „drugie dno”, gdzie Josef trzymał zdjęcie rodzinne, swoje poezje i ilustracje z czasów wojny. Okazało się, że wszystko leżało na swoim miejscu. Nasz bohater zawsze pozostawał dozgonnie wdzięczny Schindlerowi, za okazywaną Żydom pomoc. Wspierał go też wraz z innymi Ocalałymi już po wojnie, kiedy to okazało się, że dawny właściciel fabryk żyje w skrajnej nędzy. Co więcej Schindler odwiedzał Baua w jego studiu w Tel Awiwie. Clila wspomina, że podczas jednych z odwiedzin wziął ją na ręce i rzekł: „Jesteś moją wnuczką! Bo ja uratowałem Twojego ojca!” – na co 5-letnia wówczas dziewczynka wpadła w euforię, ciesząc się, że ma dziadka. W fabryce tej Josef Bau doczekał się wyzwolenia, po czym wyruszył na poszukiwania żony. Ona zaś z Płaszowa została przewieziona do Auschwitz, a potem do Lichtewerden. Po wyzwoleniu obozu wskutek upadku z konia, na którym próbowała dostać się do polskiej granicy, przebywała w szpitalu w Ostrawie. Tam też Józek szukał żony. Kiedy Rebeka usłyszała na sali szpitalnej nuconą melodię, którą porozumiewali się z mężem jeszcze w Płaszowie – nie była pewna czy nie umarła. Wtem jej oczom ukazał się Józio…

Źródło: josephbau.com

Zamieszkali w Krakowie, bo Josef chciał skończyć studia plastyczne. Tam też debiutował jako ilustrator i grafik w pismach „Przekrój”, „Szpilki” i „Żołnierz Polski”, a także jako poeta w „Echu Krakowa”. W 1950 roku, po narodzinach Hadassy, rodzina wyemigrowała do Izraela. Bau kontynuował pracę w Hajfie, a potem we własnym studiu w Tel Awiwie. Rebeka natomiast pracowała jako kosmetyczka. Byli bardzo zgraną, szczęśliwą i pełną zdrowego humoru rodziną – czego nie sposób nie zauważyć i w dzisiejszej relacji sióstr.

Głównym przesłaniem ich życia jest to, czego dowiedziały się od rodziców, nazywanych wciąż pieszczotliwie „tatusiem” i „mamusią”.

Wyraża się ono w krótkiej rymowance:

„Be happy now!
Do you know how?
Be happy now!
Clila and Hadassa Bau.”

Komentarze

Happy Birthday, Madam President – film Jackie

Gdyby cofnąć się w czasie i zmienić losy świata, co można byłoby zrobić? Ukraść jabłko Adamowi, zakopać proch odnaleziony przez Chińczyków, a może… uratować Kennedy’ego? O możliwości numer trzy rozpisuje się Stephen King w Dallas ’63. Natomiast Pablo Larraín w Jackie kreśli ułamki świata pierwszej damy po zamachu. Na dodatek kontrolującej damy. Film staje się opowieścią o tym, co jej się z tej kontroli wymyka. I czyni ją bardziej ludzką.

Film „Jackie”; źródło: imdb.com

 

Pokój dowodzenia

Jackie urządza wnętrze Białego Domu. Dodaje sporo zdjęć, przytulne poduszki i kilogramy kolorowych ubrań. Decyduje się na telewizyjną wycieczkę A Tour of the White House, by ukazać obywatelom amerykańską wspaniałość. Reżyser już od początku próbuje skruszyć mechaniczny symbol damy. Podczas oprowadzania po przestrzeni, którą kobieta sprawnie zagarnęła, pada pierwsze, stresujące pytanie. Co stanie się, jeśli prezydentem zostanie ktoś inny? Jackie szybko przykleja uśmiech do twarzy, zmienia temat i wchodzi do innego pokoju. Pierwsze wytrącenie z równowagi. Kobieta w filmie Larraína kocha Biały Dom tu i teraz. I taką Jackie tworzy reżyser. Zakotwiczoną w teraźniejszości. Przejmującą rodzinny pokój dowodzenia. Stawiającą męża, ojca i prezydenta za wzór Ameryki. Legendarnej Ameryki. Przyznaje się, że „sama już nie wie, co jest prawdą, a co przedstawieniem”. Reżyser nie ułatwia nam wyboru. Jego Jackie rozeznaje się we własnej legendarnej historii.

We wschodnim skrzydle bez zmian

Dama przechodzi do skromniejszego pomieszczenia z fortepianem. Miejsca, które zapisało się jako powinowactwo rządu ze sztuką. I tu Jackie trwa w ułudzie idealności. Stwierdza, że „wszystko w Białym Domu powinno być perfekcyjne”. Elegancką wizję damy zaburza wizyta dziennikarza, już w „świecie pozamachowym”. Ich rozmowa pozwala na powolne odrywanie znanego wizerunku od kobiety. Bolesne, ale potrzebne. Jackie traktuje mężczyznę jak pracownika, który wypełnia jej polecenia. Dyryguje dziennikarzem, a sama przejmuje reporterskie czynności. Doskonale wie, czego ludzie teraz od niej oczekują. Krwistej historii, dużej dawki łez i roztrzęsienia. Mówi do dziennikarza, że „to nie jest sposób, w jaki należy pamiętać”. Kreuje opowieść, pozbywając się z minuty na minutę wewnętrznych murów obronnych. Odsłania ludziom nieznane zakamarki Camelotu. Dlatego Pablo Larraín decyduje się na kilkukrotne wspomnienie z sali tanecznej we wschodnim skrzydle. To jeden z nielicznych wspólnych momentów dla Jackie przed zamachem i Jackie po zamachu.

Transmisja z Gabinetu Owalnego

Wychodzi powoli, niepewna swoich kroków. Sugestywnie prosi o uwagę, wypowiadając słynne „niech zobaczą, co zrobili”. Reżyser wybiera transmisję na żywo. Każdą sekundę po zabójstwie Kennedy’ego spędzamy z jego żoną. Szybkie, nerwowe zaprzysiężenie nowego prezydenta, agresywne pytania prasy, sprawne wykluczanie pierwszej damy z życia politycznego. Jackie walczy z narastającą falą obojętności najbliższego otoczenia. Reżyser za to poetycko potrafi zaaranżować sceny chłodu. Jackie jedzie w aucie razem z trumną męża. Ciągle jeszcze pierwsza dama w różowym kostiumie, nagle wdowa z zakrwawionymi nogami. Pogrzeb Kennedy’ego traktuje jako kolejną trasę, w trakcie której musi przybrać rolę przewodnika. Szuka idealnego sposobu na to, by upamiętnić męża. By znowu pokazać ludziom amerykańską wspaniałość, na której odznaczają się ślady krwi najbliższego jej człowieka. Wycofuje się z pompatyczności pochówku za sprawą dzieci. Wybiera rolę matki prywatnej. Ikona jednak musi klęczeć przy trumnie. Wraz z nią naród.

Sceny z Rezydencji Wykonawczej

Na drugim piętrze cisza. Brak odgłosów dziennika telewizyjnego, przekornych polityków i ich żon wyczekujących decyzji pierwszej damy. Są za to domowe drobiazgi, o których Jackie opowiadała podczas słynnej wycieczki. Nagle decyduje się je spakować. Przeprowadzki nie należą do najłatwiejszych. Zwłaszcza, jeśli przyzwyczaiło się do Białego Domu, a w pobliżu brak sterty kartonowych pudeł. Sukienki, zdjęcia, papierosy – to prawdziwy Camelot Jackie. W prywatnej twierdzy rozpoczyna własny, przekoloryzowany pokaz mody. Przymierza kostiumy, sukienki, buty, z którymi wiążą ją wspomnienia. Po raz kolejny przechadza się po pokojach, tym razem spokojnie, bez napięcia i kamer. W tej sekwencji Portman zachwyca blaskiem dopracowanej histerii. Nie gra pierwszej damy, a zrozpaczoną matkę dwójki dzieci. Chowa idealną pozę do kieszeni, odkrywając wszystkie karty w rozmowie z księdzem. Reżyser wybiera właśnie jego na duchowego powiernika bohaterki. Ukojenie, które ze sobą niesie, dopowiada wątek wewnętrznej przemiany Jackie. Do której kobieta nie dopuszcza dziennikarza.

Opowieść Larraína to zaległa laurka dla symbolu, jakim stała się Jackie Kennedy. Jeden z bohaterów mówi, że „ludzie potrzebują opowieści o prawdziwych ludziach. Nie o duchach i legendach.” Słowa mogą posłużyć za motto reżysera. Jackie staje się śpiewanym Happy Birthday z histerycznym tonem. Drażni jedynie świadome pozbawienie tkanki ludzkiej. Bohaterkę pozostawiono tylko sobie i dla siebie. Larraín wystawia historię publiczności w ładnej oprawie, trochę jak śpiewającą sukienkę Monroe. Gdyby można było cofnąć się w czasie, może to do Jackie skierowano by urodzinową melodię. W teraźniejszości z pewnością należy się Natalie.

Komentarze

Recenzja książki: Baronowa jazzu

Puściłam utwór ‘Round Midnight Theloniousa Monka, legendy jazzu, starając się poczuć to, czego mogła doświadczyć Pannonica Rothschild, gdy usłyszała go po raz pierwszy u swojego przyjaciela w Nowym Jorku. To właśnie ta kompozycja – smutna, leniwa, seksowna ballada z odrobiną bluesa, rzuciła na nią urok, pod wpływem którego pozostała do końca życia. Tego pamiętnego dnia odsłuchała płytę niemal dwadzieścia razy z rzędu, przez co spóźniła się na samolot do Meksyku, gdzie czekał na nią mąż z dziećmi. Muzyka zaczarowała ją tak bardzo, że do domu już nigdy nie wróciła. Musiała przecież poznać Theloniousa Monka osobiście.

Baronowa jazzu, czyli Pannonica Rothschild

Baronowa jazzu to opowieść biograficzna o barwnej postaci, jaką była Pannonica Rothschild, której imię pochodzi od rzadkiego okazu ćmy. Urodzona w 1913 roku w bajecznie bogatej, arystokratycznej żydowskiej rodzinie, nie zaznała nigdy biedy. Ale to nie bogactwo, a wolność była tym, czego najbardziej w życiu potrzebowała. W rodzinie Rothschildów panowała bowiem zasada, wedle której interesami zajmowali się mężczyźni, a kobietom nie wolno było się wtrącać. Chowana od najmłodszych lat pod kloszem, pierwszy raz zachłysnęła się samodzielnością poślubiając barona Julesa de Koenigswartera, dzięki któremu nauczyła się pilotować samolot. Wraz z mężem osiedli we Francji. Kiedy wybuchła wojna, Pannonica uciekła z dwójką dzieci do Anglii, a potem na życzenie męża do Kanady. Nie mogła jednak usiedzieć w miejscu. Kiedy dowiedziała się o śmierci matki, zostawiła dzieci u przyjaciół rodziny w północnej części stanu Nowy Jork i wróciła do kraju. Wstąpiła do armii Wolnej Francji, z nadzieją, że będzie walczyć u boku męża. Pojechała za nim aż do Afryki. 

Uwolnić się

Małżeństwo dało jej jedynie pozorne poczucie wolności. Oswobodzona z rodzinnych więzów, przeszła pod kontrolę męża. Wpadła z deszczu pod rynnę. Wojna była dla niej przełomowym momentem, dzięki któremu zobaczyła, że można żyć inaczej. Nauczyła jej samodzielności i pewności siebie. Kiedy nastał pokój, Jules dostał stanowisko ambasadora w Norwegii, a dwa lata później rodzina przeniosła się do Meksyku. To tam Nica poczuła „powołanie”, którym był jazz. Zmęczona dyplomatycznym życiem, znajdowała coraz więcej wymówek, aby podróżować do Nowego Jorku. Podczas jednego z wyjazdów usłyszała utwór Theloniousa Monka, który odmienił jej życie. Nica już nigdy nie wróciła do domu. Mieszkała w hotelach i woziła się bentleyem. Była już stale obecna w środowisku jazzowym i u boku Monka, którego odnalezienie zajęło jej trochę czasu. Została jego mecenaską i organizatorką imprez, ale też przyjaciółką i wielbicielką. Każdy kolejny dzień był dla niej oczekiwaniem na wieczór, na kolejne jazz session w nocnych klubach. W końcu imię zobowiązuje.  

Po prostu słuchaj muzyki

Hannah Rothschild zrekonstruowała życie swojej ciotecznej babki z niezwykłą starannością i dużą dozą fascynacji, ale i lęku – przed odkryciem historii Nici, czarnej owcy rodziny, która odważyła się żyć po swojemu. Dzięki swojej dociekliwości dotarła do wielu źródeł – filmów, książek, artykułów, archiwów, listów, fotografii, ale i osób, które znały Nicę osobiście. Powstająca przez dwadzieścia lat biografia jest także ukłonem w stronę czarnoskórych jazzmanów i odtworzeniem realiów Nowego Jorku tamtych czasów. Pannonica nie była w stanie ochronić swoich przyjaciół przed dyskryminacją na tle rasowym, z którą spotykali się na każdym kroku. Pomagała im jednak w codziennych sprawach i woziła swoim drogim samochodem, przez co wzbudzała sensację. Czy byłaby zadowolona, gdyby przeczytała książkę o sobie samej? Autorka uważa, że irytowałoby ją to całe zamieszanie, a jedyne, co by powiedziała to zdanie, podsumowujące dobrze jej życie: „Sza, słuchaj muzyki, Hannah. Po prostu słuchaj muzyki.”

Czy udało mi się poczuć to, co poczuła Nica słuchając pierwszy raz utworu ‘Round Midnight? Owszem. I myślę, że nie tylko mi. Jest to w końcu najczęściej nagrywany standard spośród wszystkich utworów skomponowanych kiedykolwiek przez jazzmanów.

Baronowa jazzu, Hannah Rothschild
Wydawnictwo Czarne

Komentarze

Recenzja książki: Legenda żeglujących gór

Góry są dla jednych tajemniczymi, majestatycznymi graniami, w których kryje się historia, dla innych niezrozumiałymi tradycjami, przerażającymi masywami i zmienną pogodą. Paolo Rumiz opisuje włoskie szczyty w sposób plastyczny, łączy historie ludzi gór z ich niezwykłym i niebezpiecznym pięknem.

Razem w góry

Paolo Rumiz to dziennikarz znany ze śmiałych reportaży i niezwykłych opisów tajemniczych regionów świata. Pokazuje historię włoskich gór w sposób bardzo sugestywny, odwołując się do swoich doświadczeń z góralami, górską przyrodą, mieszkańcami małych, niepozornych miasteczek, opowieści ratowników i drwali.

Jego podróż wiedzie przez Alpy i Apeniny. Autor szuka początku włoskich gór, opowiada o życiu w dolinach i na szczytach, nie boi się poruszać trudnych tematów, związanych z II Wojną Światową, rasizmem, waśniami między poszczególnymi nacjami, wzajemną niechęcią mieszkańców danych regionów. Wspomina o chlubnej i przygnębiającej historii Włoch, o zawirowaniach w życiu poszczególnych górskich miasteczek, o pomysłach na rewitalizacje górskich terenów, które upadały z powodu złego zarządzania, niechęci państwa czy działań dużych koncernów.

Autor pokazuje góry jako żywy organizm wykorzystywany przez Włochów, którzy nie widzą kurczących się złóż cennych metali, wyjałowienia gleb, ubóstwa roślin i zmian zachodzących w ilości i jakości górskich gatunków. Podróż Rumiza to również wspomnienie o ograbianiu Alp i Apenin z ich bogactw oraz nietroszczeniu się o przyszłość górskich masywów.

Podróż, która zmienia

Podobno podróże kształcą tylko tych, którzy mają otwarty umysł na nowe doświadczenia i chcą się uczyć. Przemierzanie grzbietu Włoch i poznawanie ich historii było dla autora niezwykła przygodą, w którą (za sprawą książki) możemy wyruszyć razem z nim. Poznamy niezwykłe, ginące tradycje, zapomniane miasteczka ze swoimi tajemnicami, wnikniemy głęboko w ludzkie emocje i spróbujemy odnaleźć korzenie Italii.

Książka Paolo Rumiz’a pokazuje Włochy, jakich nie zobaczą turyści – zakątki, które nie są pokazywane w kolorowych przewodnikach i na wielkich bilbordach. To Włochy inne, bardziej złożone, pełne niuansów, zachwycające i zdumiewające. Autorowi udała się trudna sztuka oddania ducha gór i ich mieszkańców, którzy nie wyobrażają sobie życia w innym miejscu.

Legenda żeglujących gór, Paolo Rumiz
Wydawnictwo Czarne

Komentarze

Monolog artysty w energetyczno-emocjonalnej przestrzeni

Sebastian Skowroński – Inner and Outer 5, 2016 r., linoryt

Rzeczywistość, jaka towarzyszy człowiekowi, stanowi niezwykle elastyczną strukturę, w jej natywnym rdzeniu mocno powiązaną ze zbiorowością umysłową. Stanowi bezpośrednie, fizyczne odniesienie do świata myśli i emocji, który poprzez nieuświadomione popędy, popycha człowieka do działania, kształtując otoczenie. Dostępna przestrzeń, ciasno wypełniona myślowymi przekonaniami, kreuje rzeczywiste konstrukty, wokół których owa kreacja postępuje w oparciu o to przekonanie i odpowiadającą jej cząstkę w fizyczności, mówiącą o ziemskim statucie, wynikającym ze społeczno-cywilizacyjnych uwarunkowań. 

Cykl: Inner and Outer

Cykl graficzny „Inner and Outer” stanowi temat, jaki jest rezultatem wcześniejszych wewnętrznych poszukiwań w „The Energy recording” i łączy się w dalszym ciągu z emocjami, które pojawiają się zarówno po stronie materii a więc na zewnątrz (Outer), jak i w części duchowej, czyli we wnętrzu (Inner).

Zewnętrznym jest to co widzialne, można dotknąć i poczuć, wewnętrzne nie ma formy stałej, lecz pomimo tego także można i zobaczyć, i poczuć, a to za sprawą ciągłego przenikania się materii z duchowością, W świecie fizycznym z konieczności funkcjonujemy, działamy na co dzień, natomiast w wewnętrznym środowisku jesteśmy po prostu, przebywamy. Należy jednak być przy tym obecnym i mieć świadomość wnętrza, w innym razie nie ma życia, zamiast czego jest ogólna martwota, z której ciężko się wydostać. Skąd? Z wnętrza na zewnątrz. Bowiem kluczem jest być w obu miejscach.

Autor: Sebastian Skowroński
Młody łódzki artysta. Tworzy m.in. w grafice warsztatowej oraz rysunku. Pisze również krótkie teksty performatywne, a także wypowiada się na temat grafiki artystycznej. Bloguje na stronie Drzeworytnik.pl z własną twórczością.

Komentarze

Przed Państwem Marika Ostrowicka

Marika Ostrowicka – Emanacje międzyprzestrzenne, galeria (5)

Artystka: Marika Ostrowicka
Urodzona w 1993 roku, ukończyła Liceum Ogólnokształcące św. Marii Magdaleny w Poznaniu na profilu matematyczno-fizycznym.

W 2012 roku podjęła studia I stopnia na Wydziale Malarstwa na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu.  W czerwcu 2015 roku obroniła licencjacką pracę dyplomową pt. „Emanacje międzyprzestrzenne” w pracowni prof. Włodzimierza Dudkowiaka, uzyskując ocenę celującą.

Oprócz malarstwa działa także w dziedzinie konserwacji dzieł sztuki, w 2012 roku odbywając praktykę zagraniczną w pracowni Konserwatorskiej, a od 2013 roku aktywnie uczestnicząc w projektach w Interdyscyplinarnej Pracowni Konserwacji Sztuki Nowoczesnej pod kierunkiem prof. Iwony Szmelter i dr Moniki Korony. 

Obecnie studentka ostatniego roku na Wydziale Malarstwa i Rysunku, realizuje dyplom pod kierunkiem prof. Włodzimierza Dudkowiaka, we współpracy z Pracownią Rysunku prof. Bogdana Wojtasiaka. Zajmuje się przede wszystkim rysunkiem, w powiązaniu z malarstwem i instalacją. Główną osią działań twórczych są granice obrazu oraz jego pozamaterialny aspekt oddziaływania.

Od 2016 roku współpracuje z Room Service art shop.

2016- Wystawa „Ciało”, eliminacje do Fama Festival, Centrum Amarant w Poznaniu
2014- wystawa zbiorowa Different Stories w galerii Mostowa 37 w Poznaniu
2013- wystawa w ramach projektu Framugi Samorządu Studenckiego UAP, klub Opcja w Poznaniu
2012- praktyka zagraniczna w pracowni konserwatorskiej Christine Jenner, Restaurierung von Gemalden Und gefassten Skulpturen, Norymberga, Niemcy

Cykl „Emanacje międzyprzestrzenne”

Jest wynikiem refleksji na temat obrazu jako bytu „międzyzdarzeniowego”, istniejącego na granicy materii i ducha. Jest momentem jednoczesnych narodzin i unicestwienia, wejścia w nicość i jednoczesnego doznania pełni.

Stan owego zawieszenia generuje kolejne pojęcia „międzyczasu” i „międzyprzestrzeni”, umiejscawiając obraz na granicy bytu w sensie materialnym.  Owa „granica obecności” jest chwilą zaistnienia potencjału metafizycznego w swojej najszlachetniejszej formie – w momencie uobecnienia, lecz jeszcze nie rozpoznania.

Kluczowym w zrozumieniu jest aspekt obrazu jako ikony, która ma podobną naturę, pełniąc funkcję pewnego rodzaju okna, łącznika między światami oraz swoistą epifanią tej strony bytu, której nie można poznać zmysłami.

Powołanie na przestrzeni obrazu takich środków wyrazu jak światło, geometria oraz granica zakryte/ukryte uwypuklają podstawowe cechy i symbole, skłaniające do wejścia w Obecność ujawnioną między przestrzeniami, zbadania jej granic, wychwycenia jej natury. Język obrazu funkcjonujący „na granicy zmysłów” dodatkowo zachęca do przekraczania pierwotnych granic i podjęcia próby zjednoczenia z tajemnicą.

Marikę można znaleźć na:
Instagramie

Komentarze
Komentarze do:

"Kłamstwo ma krótkie nogi…"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję