Magazyn Przestrzeń to połączenie codziennej psychologii z kulturą. To miejsce na odnalezienie siebie, dotknięcie swoich emocji, rozwój osobisty. Jest to także płaszczyzna dla sztuki i artystów. Celem magazynu jest promocja świadomego życia, psychologii, ciekawych inicjatyw, szeroko pojętej kultury oraz utalentowanych twórców.

Przestrzeń © 2016



Website credits: MH

21

Przestrzeń #21

Codziennie na naszej drodze stają mniejsze lub większe wyzwania i wymagają od nas podjęcia wysiłku lub poświęcenia. Niektóre z nich inicjujemy z własnej woli, aby móc się rozwijać, sprawdzić swoją wiedzę czy siłę ducha. Inne natomiast zostają nam rzucone pod nogi przez przewrotny los.

W listopadowym wydaniu Magazynu Przestrzeń skupiamy się właśnie na temacie wyzwania. Zastanawiamy się, jak konstruktywnie i mądrze przechodzić przez życiowe kryzysy. Jak szukać siły w sobie by się podnieść. Odwiedzamy szkołę demokratyczną, która jest alternatywą dla tradycyjnego systemu edukacji. Piszemy o pożądanym przez wszystkich, tajemniczym stanie flow, który pomaga nam dokonywać rzeczy niemożliwych. Recenzujemy książkę Wstań, będącą zbiorem wyników badań Amy Cuddy, profesor psychologii na Harvardzie, wskazującyh na to, że nasza postawa ciała ma wpływ na nasze funkcjonowanie i odnoszone sukcesy. Rozmawiamy z Sylwią Tometczak o terapii logopedycznej dziecka z autyzmem. Stawiamy sobie także wyzwanie zadbania o siebie, mając na uwadze filozofię Slow Life. W dziale seksuologicznym poruszamy tematy związane z orientacją psychoseksualną i tożsamością płciową, a więc najczęstsze przyczyny wykluczenia społecznego, dyskryminacji i mowy nienawiści. Piszemy czym jest orientacja oraz o współczesnym traktowaniu jej jako pewnego kontinuum. Rozmawiamy także z Nicole Maines, osobą transseksualną – bohaterką książki Zostać Nicole. Metamorfoza amerykańskiej rodziny. Recenzujemy także powieść Jak ogień, która opowiada o uczuciu rodzącym się między dwiema nastolatkami i jest dobrą lekcją tolerancji i zachętą do zrozumienia osób homoseksualnych. Rozpoczynamy cykl Przestrzeń dla rozwoju związku, w którym zachęcamy blogerów do podzielenia się swoimi odpowiedziami na pytania z gry Jupitajnia Couple.

W felietonie poddajemy refleksji twór naszej wyobraźni, jakim jest jutro. Rozmawiamy z Lidią Pańków, autorką reportażu Bloki w słońcu. Historia Ursynowa Północnego. Marek Adamik, pisarz nominowany do Nagrody Conrada 2016, opowiada o uniwersalnym przekazie jego książki, przestrzeni wewnętrznej i zewnętrznej oraz otaczającej nas naturze.  Poznajemy historię Zakiah w ramach cyklu Dziewczyny z Jerozolimy Wschodniej. Zastanawiamy się nad rolą wyzwania jako tematu w sztuce filmowej. Podejmujemy luźne rozważania o Goplanie na scenie Opery Narodowej w Warszawie. Kontynuujemy monolog artysty Sebastiana Skowrońskiego – tym razem sięgamy do pracy z cyklu Inner and Outer. Poznajemy laureatkę Przestrzeni dla poetów, którą jest Madame Sero. Artystą numeru jest Tomasz Opaliński.

Zapraszam do lektury!
Redaktor Naczelna
Joanna Niedziela

Powstać, gdy się upadnie

graf. Tomasz Opaliński

graf. Tomasz Opaliński

Czy możliwe jest podniesienie się z życiowego upadku? Jak w świecie pełnym ludzi sukcesu, zdobywających wszystko o czym marzą, poradzić sobie, gdy to właśnie nam coś nie wyszło?

Internet umożliwił „wgląd” w życie innych osób. Na portalach społecznościowych i wielu blogach widzimy ludzi sukcesu na wakacjach, w podróżach, przy niezwykłych potrawach, obok pięknych dzieci i wspaniałych partnerów, prezentujących książki, które właśnie napisali oraz wyjątkowe dokonania zawodowe. W tym świecie przestrzeń na trudności, kryzysy, upadki jest bardzo wąska lub prawie żadna. Czasem powstaje w nas przekonanie, że życie innych ludzi wygląda tak, jak prezentują je profile internetowe – jest pozbawione samotności, uzależnień, chorób, rozwodów, zwolnień z pracy, zdrad, braku pieniędzy. Doskonale podsumowuje to Agnieszka Graff, pisarka, tłumaczka i publicystka: „Szczęście stało się dziś obowiązkiem. Ludzie smutni czy melancholijni postrzegani są jako nieudacznicy. Tymczasem w życiu jednostki i w życiu zbiorowości dzieją się rzeczy bolesne, przerażające, okropne. I może warto się z nimi zmierzyć inaczej niż przez optymistyczne machnięcie ręką? Mamy prawo do rozpaczy. Rozpacz bywa sensowna. Jest przyznaniem, że życie nie jest sprawiedliwe i czasem musimy przegrać. A wtedy potrzebujemy innych ludzi, którzy z nami tę rozpacz podzielą.” [1]

Kilka lata temu przeprowadzono badania na grupie mężczyzn po 35 roku życia mieszkających na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Afryki, dotyczące składowych dojrzałej, zintegrowanej męskiej osobowości. Na czwartej pozycji spośród piętnastu (kolejność miała znaczenie) znalazło się pozytywne przejście kryzysu moralnego, ekonomicznego, psychicznego. Oznacza to, że aby w pełni wykształcić dojrzałą i zintegrowaną męską osobowość, niezbędne jest konstruktywne przejście kryzysów. I choć badania dotyczyły mężczyzn, to kobiety także stają przed pytaniem, jak pozytywnie podnieść się z upadku.

Jak to jest, gdy upadniemy?     

„Czasem czujemy się jakby ‚przeorani’ przez życie

Czuję się porozrywany i nabrzmiały –
życie głęboko mnie doświadczyło tym,
co niezrozumiałe, niesprawiedliwe i nieuprawnione.
Pozostała ze mnie tylko rana.
Otwarta i rozdarta, jakby przecięta nożem.” [2]

W upadku czujemy się pęknięci, nieadekwatni, odizolowani od świata i jakby wyłączeni z życia. Zatopieni w bólu zamykamy oczy na świat zewnętrzny, a w sercu nie czujemy nadziei na to, by sytuacja mogła się zmienić. Rozpad. Rozpacz. Bezsilność wobec losu. Kryzys może nas złamać i odciąć od życia w sensie duchowym, a także fizycznym. Zamknięcie w sobie, zwrócenie się przeciwko światu, odbieranie wszystkiego, co dzieje się na zewnątrz i wewnątrz jako wrogie i zagrażające, jakbyśmy chcieli zatrzymać płynące do nas impulsy, bo każdy z nich sprawia ból. Jeszcze przed chwilą pełni życia, robiący plany na wakacje, z koszem pełnym zakupów, w jednej chwili stajemy się namiastką samych siebie.

Tak wygląda moje życie

Każda osoba ma swój indywidualny próg tego, co nazywa kryzysem, a co tylko przejściowymi kłopotami. Są osoby, dla których rozwód, śmierć bliskiej osoby, poważna choroba, wypadek czy utrata pracy stają się przyczyną załamania i upadku ducha. A są takie, które przechodzą te momenty bez większych problemów. Również dla jednej osoby to samo zdarzenie w różnych etapach życia, może mieć zupełnie inne znaczenie oraz różne konsekwencje. Zatem powód kryzysu staje się mniej istotny i nie ma żadnej uniwersalnej miary.

Nie znajdziemy też jednej uniwersalnej metody na radzenie sobie z kryzysami i upadkami, ale możemy odczytywać drogowskazy, które dają nam nasi bliscy, przyjaciele, psychoterapeuci, artyści czy przywódcy duchowi, i spośród tych drogowskazów wybierać te, z którymi jest nam po drodze.

Przyznanie się przed samym sobą, że nam nie wyszło, że oto ponieśliśmy niepowodzenie, że nasze życie od teraz wygląda zupełnie inaczej, jest bardzo trudne. A wzięcie odpowiedzialności za to, czego doświadczamy bez umiejscawiania się w roli ofiary, jest dla wielu osób nieosiągalne. Albo wypieramy niepowodzenia machając ręką i mówiąc: „Nic się nie stało!”, albo przypisujemy winę światu zewnętrznemu i innym ludziom. Gdy Internet świętuje sukcesy w atmosferze kultu sukcesu, w jaki sposób i komu możemy się przyznać, że upadliśmy? I kto nas zrozumie? Kto bez uczucia litości, wyższości i zamartwiania się jest w stanie zrozumieć nasze upadki, dać wsparcie i wiarę w nas?

Wszystko, co czujemy jest „normalne”, a także wszystko, co nas spotyka i czego doświadczamy jest „normalne”. Czasem wydaje nam się, że jesteśmy w naszym bólu i naszym upadku wyjątkowi, jakby jedyni, wybrani i powołani do tego, by cierpieć. Czujemy się nierozumiani przez innych, więc żyjemy oczekiwaniem na wyzwoliciela: magiczną wróżkę, zrządzenie losu, polityków, którzy zmienią rzeczywistość, naszych bliskich, którzy sami się zmienią albo nas uratują. Wiara we własną sprawczość zostaje zachwiana i zburzona, na nic nie mamy wpływu, to ślepy los tak zrządził.

Zatrzymuje nas strach, już w pierwszym kroku – strach przed przeżywaniem uczuć. Nagle musimy zmierzyć się z niewyobrażalnym smutkiem, stratą, obawą o przyszłość, zagrożonym bezpieczeństwem, bólem. Nie chcemy tego czuć. Dołącza się do tego strach przed zmianą. Oto nagle musimy wziąć odpowiedzialność za swoje życie, za nową sytuację i powiedzieć sobie, że tak właśnie teraz wygląda moje życie. Ten strach maskujemy uzależnieniami, pracoholizmem, adrenaliną. Tadeusz Gadacz, polski filozof i religioznawca, w książce O umiejętności życia przywołuje słowa Ericha Fromma: „Jeśli nie wystarcza (…) sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nieuświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy, następnie przez zadowolenie, jakiego mu dostarcza nabywanie wciąż nowych rzeczy i szybkie wymienianie ich na inne. Dzisiejszy człowiek (…) jest dobrze odżywiony, dobrze ubrany, zaspokojony seksualnie, a jednak nieposiadający swego ja, bez żadnych, prócz bardzo powierzchownych, kontaktów z bliźnimi.”[3]

Zwrócić się w kierunku Życia

Leszek Kołakowski (1927 – 2009) filozof, eseista i publicysta na pierwszym miejscu wśród życiowych wartości stawiał przyjaciół [4]. Często podkreślał ważność przyjaźni i utrzymywania relacji z przyjaciółmi. W chwilach kryzysu są niezastąpieni. Ale można tę przyjaźń odnieść także do siebie samych – oto my sami możemy dać sobie zrozumienie, akceptację i łagodność wobec tego, co przeżywamy. Gdy dotyka nas kryzys trudno nam zaakceptować fakt, że tylko w nas samych jest ratunek. Choć potrzebujemy pomocy innych ludzi – przyjaciół, terapeutów czy duchownych, to tylko my sami możemy się wyzwolić. Alfried Längle, austriacki psycholog i psychoterapeuta, sformułował to w ten sposób: „Gdy skonfrontujemy się z nieodwracalnością naszego losu i naszą niewolą względem niego, to mniej liczy się to, z jakiego powodu cierpimy. Ponieważ nie mamy na to wpływu, staje się to sprawą poboczną. Najważniejszą sprawą jest wtedy nasza decyzja, czy w ogóle gotowi jesteśmy wziąć to cierpienie na siebie, czy też spróbujemy umknąć wyrokowi losu.”[5]

I w momentach upadku, zwraca się ku życiu wewnętrznemu:

„Co mi jeszcze pozostaje oprócz pytania?
Pytania «po co?» Dlaczego muszę to znosić?
To pytanie, którego istotę tak trudno zrozumieć.
Po co te rany, po co to wszystko?
Czego mogę w sobie szukać?
Czy to we mnie ma się pojawić to, co nowe?

To pytanie otwiera oczy i przynosi ulgę.” [6]

Otwarcie się na uczucia, które przeżywamy, zaakceptowanie bólu i stanięcie z nim twarzą w twarz, otwiera drogę ku wyzwoleniu. Aby ‚zmartwychwstać’, trzeba najpierw umrzeć, o czym mówi nawet Biblia: „Powie ktoś: A jak zmartwychwstają umarli? W jakim ukazują się ciele? O, niemądry! Przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wprzód nie obumrze. To, co zasiewasz, nie jest od razu ciałem, którym ma się stać potem, lecz zwykłym ziarnem, na przykład pszenicznym lub jakimś innym. Podobnie rzecz się ma ze zmartwychwstaniem. Zasiewa się zniszczalne, powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne, powstaje chwalebne; sieje się słabe, powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe, powstaje ciało duchowe.[7]

Podniesienie się z upadku oznacza zwrócenie ku Życiu rozumiane jako przyznanie się do niepowodzenia, zaakceptowanie bólu, a w kolejnym kroku poszukiwanie sensu tego, co się wydarzyło. Odnalezienie znaczenia naszych przeżyć i nadanie im wartości, staje się kluczem do konstruktywnego przejścia kryzysu. Wspomniany już Tadeusz Gadacz pisze tak: „Ludzie autentycznie bezsilni, którzy nie są tchórzami, nie uciekają od życia. Wręcz przeciwnie, pomimo bolesnych doświadczeń chcą żyć, pracować, tworzyć. Dla nich nadzieja nie jest ucieczką, łudzeniem się aż do śmierci. Jest twórczą siłą.” [8] A zatem nakierowuje nas na szukanie sensu poprzez twórcze działania i jako przykład przywołuje wspomnienia z okresu drugiej wojny światowej o Ks. Konstantym Michalskim, rektorze Uniwersytetu Jagielońskiego: „Każdy wówczas robił to, co mógł. Kto mógł, walczył. On pisał. Zdawało się, że w takiej właśnie sytuacji wojennych losów, które prawie nikogo nie oszczędzają, twórcza praca nie miała sensu. Wszystko wydawało się nawoływać do obojętności, rezygnacji, buntu, a może nawet rozpaczy. (…) Dzisiaj mówiąc o męstwie bycia możemy posłużyć się jego słowami: „W świecie pożogi dziejowej widzi się wyraźniej niż kiedykolwiek, że ludzki świat, nasz świat, można ratować i budować tylko z jednej, jedynej siły – z nowej miłości.” [9]

Nasza kultura mało uwagi poświęca kryzysom i temu jak te kryzysy mądrze przechodzić. Uczymy się utwardzania, walki i obrony, a rzadko mówimy o łagodności, zrozumieniu, akceptacji. Z chorobami walczymy, a nie koimy ich. W przypadku zbrodni więcej uwagi poświęcamy sprawcom, ich ściganiu i karaniu, a na marginesie naszej świadomości pozostają ofiary oraz pomoc im, zdobywamy się jedynie na datki pieniężne i materialne. Boimy się miękkości i zrozumienia, bo wtedy musielibyśmy przyznać się, że sami tego potrzebujemy, a nie wiemy skąd to brać.

[1] Agnieszka Graff (profil Laboratorium Psychoedukacji na Facebook’u
[2] Alfried Langle „Żyć z sensem. Praktyczne zastosowanie logoterapii”, Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2016, s. 69
[3] Tadeusz Gadacz, O umiejętności życia, Wydawnictwo Znak 2003, s. 108
[4] Polityka
[5] Alfried Langle „Żyć z sensem. Praktyczne zastosowanie logoterapii”, Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2016, s. 68
[6] Ibidem, s. 69
[7] 1 Kor 15, 35-37. 42-49 Ciała zmartwychwstałe będą przemienione
[8] Tadeusz Gadacz, O umiejętności życia, Wydawnictwo Znak 2003, s. 194
[9] Ibidem, s. 58

Komentarze

Wolność Tomku w swojej szkole!

Umiecie sobie wyobrazić szkołę, w której nie ma dzwonków, lekcje trwają tyle ile dzieci chcą, a nauczyciel nie ocenia? Szkołę, w której dziecko traktuję się z szacunkiem, pozwala mu się rozwijać pasje i respektuje się jego wolność. Brzmi jak mrzonka? Otóż nie, takie szkoły istnieją i z roku na rok powstaje ich coraz więcej. Szkoły demokratyczne, bo o nich mowa, to coraz mocniej przebijająca się do mainstreamu alternatywa dla tradycyjnych szkół.

graf. Aleksandra Zieniuk


Szkoły systemowe – co w nich nie gra?

W zasadzie to wszystko! Szkoła, jaką znamy, powstała w XIX-wiecznych Prusach, za cel stawiając sobie wychowanie posłusznych ludzi – przyszłych żołnierzy. Jej absolwenci mieli umieć karnie wykonywać rozkazy. Dziś odeszliśmy od kar fizycznych, jednak struktura oparta na hierarchii, posłuszeństwie i wypełnianiu poleceń nadal jest normą. Szkoła kładzie nacisk na wiedzę encyklopedyczną, do granic absurdu rozszerzając podstawę programową. Sprawia to, że uczeń i nauczyciel stają się niewolnikami programu. Nie ma przestrzeni na indywidualny rozwój, zainteresowania czy nawet rozwiązywanie grupowych konfliktów – jest program i trzeba go zdążyć zrealizować. Inicjatywy uczniów ucina się słynnymi słowami: „nie, bo musimy zrealizować program”. Ucznia nie motywuje się, zamiast tego jest ciągle kontrolowany i oceniany. W tradycyjnej szkole dąży się do równania do średniej – podciąga najsłabszych, ale i hamuje tych najbardziej ambitnych. Wszechobecna „testomania” wymusza naukę schematów, wpasowywanie się w klucz, tym samym skutecznie zabijając kreatywność. Uczeń mimo wielogodzinnego pobytu w szkole, właściwie uczy się w domu – przygotowując się do sprawdzianów czy odrabiając codzienne zadania domowe. Cały dzień musi więc poświęcać nauce, nie mając czasu ani siły na dodatkowe aktywności w ciągu dnia.

Neurodydaktyka, czyli nauka przyjazna mózgowi

Osiągnięciem ostatnich lat jest nauka o biologicznych podstawach uczenia się zwana neurodydaktyką. Nowa wiedza o działaniu mózgu pozwoliła wyprowadzić wnioski, kiedy uczymy się najefektywniej (i kiedy w ogóle się uczymy!). Użycie skanerów i tomografów pozwoliły zaobserwować neurony w trakcie uczenia. I tak okazuje się, że aby neurony w ogóle podjęły jakąkolwiek pracę, konieczna jest motywacja wewnętrzna. Mózgowi nie wystarcza presja sprawdzianu – jeśli brakuje nam ciekawości poznawczej, to cała nauka jest tylko jej symulowaniem. Ma to całkiem logiczne uzasadnienie. Wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą. Nie będziemy zwracać uwagi na normalnie ubranych ludzi, ale już ktoś wyróżniający się strojem zwróci naszą uwagę. W ten sposób mózg chroni się przed przestymulowaniem – przyjmuje wyróżniające się informacje i to tylko w takiej ilości, jaką jest w stanie przetworzyć układ limbiczny. Podobnie jest z nauką – przyswoimy sobie tylko te dane, które są ciekawe, intrygujące. Zaciekawienie jest pierwszym etapem. Kolejny to skupienie uwagi. Ważne jest doświadczanie – najlepiej wszystkimi zmysłami. Zobaczyć wirus pod mikroskopem to zupełnie coś innego niż tylko usłyszeć o jego istnieniu. Doświadczając różnymi zmysłami, angażujemy emocje. A one pomagają nam w zapamiętywaniu. Jedną sprawą jest zwrócić na coś uwagę, a drugą jest to zapamiętać – tu mózg też nas chroni przed nadmiarem bodźców i większość danych odrzuca oceniając je jako nieprzydatne. Aby więc uznać naukę za owocną, musimy znaleźć przydatność nowych informacji, czyli odpowiedzieć mózgowi, po co mu to. Oprócz gotowości mózgu, istotny jest również ruch fizyczny. Żeby móc usiedzieć w ławce przez 45 minut, dziecko powinno mieć możliwość drugie tyle poświęcić na swobodną zabawę, fizyczne wyładowanie się. Która szkoła to umożliwia?

Szkoły demokratyczne – wszystko na opak!

A teraz wyobraźcie sobie inną rzeczywistość. Taką gdzie wierzy się, że dziecko z natury posiada chęć nauki i najważniejszym zadaniem dorosłego jest… mu jej nie odebrać. W wolnych szkołach nie ma lekcji, dzieci zajmują się tym, na co akurat mają ochotę. Dorośli niczego nie narzucają, raczej proponują aktywności, w których dzieci mogą uczestniczyć. Demokratyczność szkół polega na tym, że głos dzieci jest równie ważny jak głos dorosłych – zarówno pracowników, jak i rodziców, którzy zazwyczaj są w takie szkoły mocno zaangażowani. Zasady ustalane są wspólnie. Nie ma struktury hierarchicznej – dorośli budują swój autorytet na relacji, nie na odgórnie ustalonej pozycji. Dzieci są wolne, co oznacza, że nikt nie ma nad nimi władzy. Nie oznacza to jednak, że mogą robić, co im się podoba. Wolność własna kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innej osoby. W praktyce wymusza to naukę negocjacji, ale i asertywności, czyli dogadywania się – szukania porozumienia tam, gdzie jest to konieczne – to umiejętność bardzo potrzebna w naszym podzielonym społeczeństwie.

To nie szkoła, jeśli nie ma w niej nauki?

To częsty zarzut, który pojawia się w odniesieniu do szkół demokratycznych. W szkołach demokratycznych nie ma nauczycieli, czyli osób, które nauczają. Są mentorzy, którzy wskazują drogę, motywują, ale w niczym dziecka nie wyręczają. Dziecko w takiej szkole samo odpowiada za swoją naukę. Tak jak samo potrafiło nauczyć się chodzić i mówić, nie potrzebując do tego programu ani ocen, tak samo potrafi zdobyć inne umiejętności, jeśli uzna, że są mu one potrzebne. To, że nauka odbywa się w sposób nieformalny (bez lekcji, odgórnego planu, ocen) nie oznacza, że jej nie ma.    

„Takie dzieciaki w przyszłości nie będą umiały podporządkować się sadystycznemu szefowi”

To akurat prawda. Wydaje się prawdopodobne, że dzieci nauczone własnych możliwości i zdrowej asertywności, nie będą umiały podporządkować się w dorosłym życiu w sytuacji, w której np. będą łamane ich prawa pracownicze. Tylko… czy to naprawdę problem? Jest nadzieja, że dzieci wychowane w duchu współpracy, stworzą w przyszłości społeczeństwo oparte właśnie na kooperacji, na empatii, zauważaniu drugiego człowieka.

Szkoła dla wszystkich dzieci, ale nie dla wszystkich rodziców

Nie jest realnym, żeby szkoły demokratyczne stały się masowe. Nie dlatego, że któreś dziecko się do takiej szkoły nie nadaje, ale dlatego, że nie każdy rodzic jest na nią gotowy. Mało który dorosły jest w stanie zaakceptować wolność dziecka, zaufać mu na tyle, żeby oddać los jego edukacji w jego własne ręce. Często wynika to z nieakceptowania wolności w ogóle. Boimy się wolności rozumianej jako brak bata. Wydaje nam się, że gdyby nie wrzeszczący na nas szef, groźba wylania z pracy czy zła opinia innych, to nic byśmy nie robili. Nie mamy zaufania do siebie samych, a co dopiero ufać dziecku? Dawno temu zakopaliśmy marzenia i swój potencjał, budując okop z obowiązków, naturalnym wydaje się więc nam przekazywać swoje jarzmo kolejnemu pokoleniu. Decyzja o zerwaniu z systemem wymaga pogłębionej refleksji, na którą nie wszyscy potrafią się zdobyć. Wymaga zrezygnowania z oczekiwań względem latorośli, których przejawem jest pytanie: czy moje dziecko mnie nie zawiedzie? Dopiero gdy uwierzymy, że dziecko nic nam nie jest winne, nie musi spełniać naszych ambicji, wpasowywać się w nasz wzór, wtedy dopiero naprawdę pozwolimy wybrać mu jego własną ścieżkę.

Udział dziecka w szkole demokratycznej może być niezłą lekcją nie tylko dla dziecka, ale i dla dorosłych. Że wolność jest realna, nie równa się wcale anarchii, a z wolności tej powstać mogą dobre owoce. Wierzę, że za kilkanaście lat obecni uczniowie szkół demokratycznych stworzą zalążek nowego społeczeństwa, w którym będzie nam się lepiej żyć. Nie mogę się doczekać, a wy?

Komentarze

Flow – co to i jak go osiągnąć?

Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co poza adrenaliną napędza sportowców do przeskakiwania Muru Chińskiego na deskorolce, uprawiania surfingu na kilkunastometrowych falach i zdobywania szczytów bez zabezpieczenia? To samo zjawisko pojawia się wtedy, kiedy artyści malują, pisarze tworzą powieści, a dzieci bez końca oddają się ulubionej zabawie. Mowa o flow, czyli przepływie, stanie ciała, umysłu i duszy, który pomaga realizować marzenia.

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com


Flow, czyli umiejętności bez granic

Znasz ten stan, kiedy wszystko ci wychodzi, zadania płyną gładko, a ty czujesz się niezwykle pełny energii? Stan, kiedy możesz wszystko, a rzeczy niemożliwe stają się możliwe? Objawia się wtedy pełnia twoich możliwości, które wydają się nieograniczone.

Poczucie uskrzydlenia (lub inaczej uniesienia) opisał jako pierwszy węgierski psycholog Mihály Csíkszentmihályi. Według niego jest to doświadczenie leżące pomiędzy satysfakcją a euforią, skutkujące całkowitym zatraceniem się przez jednostkę w tym, co robi. Czas przestaje istnieć, świadomość nastawiona jest na zadanie, którego wykonanie przychodzi z łatwością. Nawet skomplikowane problemy wydają się możliwe do rozwiązania, każdy etap jest jasny i klarowny, a poczucie spełnienia wypełnia całego człowieka.

Marzą o nim sportowcy oraz zwykli ludzie, stan przepływu jest synonimem wielkiego skupienia, zatracenia się w danej aktywności, która daje niesamowitą energię.

Co zabiera nam flow?

Są rzeczy, które przepływ redukuje do minimum. Kiedy już człowiek wejdzie w stan niezwykłego skupienia, jego świadomość przestaje pracować, a percepcja czasu staje się zaburzona.  W przypadku czynności ryzykownych, takich jak skoki ze spadochronem, jazda na nartach ze szczytu skał, pływanie na morderczych falach, nie odczuwa się strachu, a jedynie pewność poradzenia sobie z wyzwaniem.

Obawa przed porażką znika, kiedy nadchodzi flow, pozostaje jedynie pewność, że to, co się robi ma sens, a umiejętności i doświadczenie są wystarczające, nawet do dokonania z pozoru niemożliwych rzeczy.

Przepływ – co zyskasz?

Stan przepływu daje wiele. Po pierwsze realizujesz cel, będący sam w sobie wartością. Wewnętrzna motywacja, jaka jest potrzebna do osiągnięcia tego stanu, jest per se rzeczą pożądaną, powodującą osiąganie lepszych rezultatów w krótszym czasie i rzadszego rezygnowania z podjętego zadania.

Największą nagrodą staje się samo wykonanie danej czynności, osiągnięcie zamierzenia, spełnienie planu. Takiego stanu można doświadczyć w pracy, podczas zabawy, czy uprawiając sport. Dążenie do bycia jak najlepszym w swoim własnym mniemaniu, robienie tego, co się kocha oraz umiejętność niezwykłej koncentracji i niereagowanie na dystraktory, może przynieść stan flow.

Bibliografia:

  • Mihály Csíkszentmihályi: Przepływ: jak poprawić jakość życia: psychologia optymalnego doświadczenia. Taszów: Biblioteka Moderatora, 2005.
  • Steven Kotler. Być jak superman. Teoria i praktyka osiągania niemożliwego. Gliwice, 2014

 

Komentarze

Recenzja: Wstań!

903625-wstanPodtytuł tej książki to: Skuteczny sposób, by zyskać pewność siebie i stawić czoło wyzwaniom. Brzmi trochę w stylu “jak łatwo i szybko zarobić 3 miliony dolarów” albo “magiczny przepis na schudnięcie 20 kg w tydzień”. Bez obaw – to nie jest książka tego typu. Jej atutem jest wysoki poziom merytoryczny i ciekawa narracja. 

Tematyka dotycząca mowy ciała od dłuższego czasu cieszy się sporym zainteresowaniem i znajduje zastosowanie w różnorodnych relacjach międzyludzkich: bliskich związkach, polityce czy biznesie. Ciekawi nas jak odczytywać sygnały płynące z ciała naszego rozmówcy czy też, co chce nam swoją pozycją ciała przekazać. Amy Cuddy poszła dalej. Autorka, która jest profesorem psychologii na Harvardzie, przeprowadziła wraz ze współpracownikami badania sprawdzające jak pozycje ciała, które przyjmujemy na co dzień, wpływają na nasze funkcjonowanie, odczuwanie świata, pewność siebie i odnoszenie sukcesów.

Wyniki jednoznacznie udowodniły, że nasze ciało prezentując postawy władcze czy bezsilne odpowiednio programuje umysł do odnoszenia sukcesów lub porażek, do bycia pewnym siebie lub bezsilnym, do bycia obecnym w kontakcie z drugim człowiekiem lub bycia unikowym. W dużym skrócie: postawa naszego ciała może zmienić “postawę” naszego umysłu! Na początku podeszłam do lektury z dużym dystansem, coraz bardziej przekonując się do odkrywczych tez autorki w trakcie czytania. Amy Cuddy powołuje się na wiele badań, swoich i innych psychologów, pisze także o syndromie uzurpatora, umiejętności słuchania, autoafirmacji. Jest tu dużo psychologii w bardzo ciekawej i wiarygodnej postaci.

Wystąpienie Amy Cuddy na konferencji TED obejrzały na YouTubie już 33 miliony ludzi na całym świecie. To między innymi odzew na nie był powodem powstania tej książki. Zabawne, bo w jednym ze swoich badań Cuddy dowiodła, że w im mniejszy ekran smartfona czy tabletu się wpatrujemy, tym bardziej skuloną (czyli “bezsilną”) pozycję przyjmujemy. Ciekawa jestem ilu z 33 milionów widzów po obejrzeniu TED-a powiedziało do siebie: “Wstań!”.

Wstań! Skuteczny sposób, by zyskać pewność siebie i stawić czoło wyzwaniom, Amy Cuddy 
Wydawnictwo Znak Literanova

Komentarze

Terapia logopedyczna dziecka z autyzmem – wywiad z Sylwią Tometczak

„Moim zdaniem nadrzędnym celem terapii logopedycznej dziecka z autyzmem powinna być funkcjonalna komunikacja, czyli taka, która pozwoli dziecku na wymianę informacji z otoczeniem. Pozwala ona na poprawę jakości życia dziecka, ale także jego najbliższych”.  O terapii logopedycznej dzieci, osób z autyzmem oraz ich funkcjonowaniu w życiu codziennym rozmawiamy z terapeutą, logopedą i szkoleniowcem Sylwią Tometczak.

graf. Arkadiusz Jankowski

graf. Arkadiusz Jankowski

Paweł Majcherczyk: Jakie są przyczyny autyzmu?
Sylwia Tometczak: Trudno mi jednoznacznie wskazać jakie są przyczyny autyzmu, ponieważ badania na ten temat wciąż trwają. Co prawda są pewne podejrzenia, ale uważa się raczej, że autyzm jest zaburzeniem o wieloczynnikowych, złożonych uwarunkowaniach, w którym różne czynniki oddziałują na siebie. Do najczęściej wyróżnianych czynników, które mogą wpływać na występowanie zaburzeń ze spektrum autyzmu należą: komplikacje w przebiegu ciąży i porodu, czynniki genetyczne, neurologiczne i neurochemiczne. Badania wciąż trwają, dlatego też istnieje wiele koncepcji, które starają się tłumaczyć przyczyny autyzmu. Niektóre z nich, które funkcjonowały jeszcze do niedawna, zostały już wykluczone, np. koncepcja mówiąca o psychogennym podłożu zaburzeń, lub teza o związku autyzmu ze szczepieniami, między innymi z potrójną szczepionką przeciwko śwince, odrze i różyczce (MMR) i jej komponentami. Wciąż jednak podczas wywiadu rodzice często wskazują szczepionkę, jako przypuszczalną przyczynę autyzmu ich dziecka. Pewne jest dla mnie to, że szczepionki nie mogą być jedynym czynnikiem wywołującym to zaburzenie, ponieważ mamy też dzieci ze zdiagnozowanym autyzmem, które nie były szczepione.

PM: Do którego roku życia najlepiej diagnozować dzieci?
ST: Oczywiście jak najwcześniej. Do niedawna jeszcze tym granicznym momentem były 3 lata, a w mniejszych miastach nawet 5 lat. Teraz na szczęście coraz więcej placówek diagnozuje dzieci młodsze. Mamy dzieci, które są diagnozowane w kierunku autyzmu już przed drugim rokiem życia. Należy pamiętać, że im wcześniej zdiagnozowany autyzm, tym większa szansa na lepsze funkcjonowanie dziecka, dlatego warto zwracać uwagę na niepokojące nas zachowania już u najmłodszych dzieci.

PM: Na jakie symptomy rodzice powinni zwracać uwagę, gdy obserwują swoje dziecko?
ST: Tych objawów jest bardzo dużo. Postaram się wymienić kilka, które pozwolą chociaż zarysować pewien obraz objawów autyzmu oraz wskażą obszary w jakich mogą się one pojawić. Na pewno ważne jest, aby zwracać uwagę na to, czy rozwój dziecka przebiega harmonijnie – czyli czy rozwój dziecka w każdej sferze jest na takim samym poziomie, przebiega w takim samym tempie. Jeżeli zauważymy jakąś dysproporcję, warto skonsultować to ze specjalistą. Myślę, że ważne jest też, aby rodzice zwracali uwagę na jakość kontaktu z osobami z otoczenia. Nieraz dziecko nie przytula się do nich, nie szuka pocieszenia, a czasami wręcz przeciwnie – nie czuje granicy i przytula się nawet do obcych osób. Rodzice często czują, że są dla dziecka tylko narzędziem do osiągnięcia swojego celu, np.: dziecko przychodzi do nich wtedy, kiedy coś jest bardzo wysoko i ręka rodzica jest narzędziem do sięgnięcia po to. Myślę, że bardzo ważne jest, aby rodzice zwracali uwagę na rodzaj zabawy dziecka. Na to czy dziecko umie bawić się naprzemiennie, czy umie używać przedmiotów w inny sposób niż ich faktyczne przeznaczenie tzn. czy umie udawać, że np. klocek jest telefonem albo, że kamień jest kotkiem. Dalej, czy dziecko umie bawić się tematycznie np. w lekarza, sklep, czy dziecko umie bawić się z innymi dziećmi. Dzieci z autyzmem raczej preferują w zabawie samotność, najczęściej mają trudność we włączeniu się do zabawy lub z proponowaniem tej zabawy innym dzieciom. Ich zabawy są zazwyczaj schematyczne, często służą autostymulacji. Bywa też, że dzieci zamiast bawić się np. autami, zwierzątkami, figurkami po prostu ustawiają je w rzędy, wieże lub inne charakterystyczne dla siebie figury. Niepokojące może być również to, kiedy dziecko ma ograniczony repertuar emocji, nie rozpoznaje ich, nie potrafi na nie reagować lub reaguje nieadekwatnie – np. śmiechem na czyjś płacz i smutek, albo płacze, kiedy ktoś się śmieje. Zawsze czymś niepokojącym powinna być agresja. Oczywiście wśród tych symptomów, które powinny niepokoić rodziców, znajdują się też zaburzenia mowy. Jednym z najbardziej charakterystycznych dla autyzmu zaburzeń mowy, często dostrzeganym przez rodziców jest echolalia, czyli powtarzanie zwrotów, które dziecko usłyszało. Może być to powtarzanie zwrotów bezpośrednio lub po pewnym czasie. Należy jednak pamiętać, że echolalia jest naturalnym zjawiskiem rozwojowym, a powinna niepokoić dopiero wtedy, kiedy pojawia się po drugim roku życia.

PM: Gdy mówimy o autyzmie, mówimy o całościowym zaburzeniu rozwoju, czy mogłabyś powiedzieć czym jest to całościowe zaburzenie rozwoju…
ST: Całościowe zaburzenia rozwoju to kategoria diagnostyczna, do której zalicza się autyzm. Według najnowszego Diagnostyczno-Statystycznego Podręcznika Zaburzeń Psychicznych, obowiązującego od maja 2013 roku, czyli DSM-5, kategoria ta już nie występuje. Została ona zastąpiona terminem „Zaburzenia ze spektrum autyzmu” w skrócie ASD. Z terminem całościowe zaburzenia rozwoju spotykamy się także w diagnozie, którą dostaje dziecko po szeregu badań. Całościowe zaburzenia rozwoju diagnozuje się wtedy, kiedy u dziecka występują objawy autyzmu, ale nie występują one we wszystkich sferach. Często jest tak, że są one diagnozowane u małych dzieci, kiedy nie ma jeszcze pełnego obrazu zaburzeń.

PM: Jaki jest nadrzędny cel terapii logopedycznej dzieci z autyzmem?
ST: Moim zdaniem nadrzędnym celem terapii logopedycznej dziecka z autyzmem powinna być funkcjonalna komunikacja, czyli taka, która pozwoli dziecku na wymianę informacji z otoczeniem. Pozwala ona na poprawę jakości życia dziecka, ale także jego najbliższych. Dzięki temu umożliwiamy dziecku dalszy rozwój intelektualny, poznawczy i emocjonalny – bo dziecko może nawiązać kontakt z rówieśnikami i najbliższymi. Ważne jest abyśmy zainteresowali dziecko komunikacją i pokazali, że przynosi ona korzyści. Jeśli tego nie zrobimy, może to prowadzić do sytuacji trudnych. Dziecko, które nie potrafi zakomunikować w grupie, że chce daną zabawkę będzie ją po prostu zabierało, a w związku z tym będą tworzyły się trudne sytuacje społeczne. Oczywiście dla większości rodziców priorytetem jest komunikacja za pomocą mowy, czyli komunikacja werbalna. Należy jednak pamiętać, że szczególnie bezpośrednio po diagnozie dzieci nie zawsze są gotowe na uruchomienie mowy. Trzeba wówczas skupić się na komunikacji niewerbalnej, na ćwiczeniach naśladowania, zabawy, ćwiczeniach ogólnorozwojowych. Kiedy dzieci długo nie mówią i nie są długo gotowe na to, aby tę mowę wprowadzać, należy zastanowić się nad wprowadzeniem komunikacji alternatywnej lub wspomagającej. Warto jest rozmawiać z rodzicami o tym, że najważniejsze jest to, aby dziecko komunikowało się z otoczeniem, a nie to, żeby mówiło. Mowa to nie to samo, co komunikacja. Czasami dziecko mówi, ale mowa ta nie niesie ze sobą żadnych informacji.

PM: Mnóstwo dzieci z autyzmem nie mówi i niestety w przyszłości nie będzie mówiło. Kiedy warto wprowadzić komunikację alternatywną?
ST: Czasami jest tak, że dziecko wydaje jakieś dźwięki, wokalizuje, ale mimo tego nie potrafi komunikować swoich potrzeb. Jeżeli taki stan utrzymuje się długo, a widzimy, że dziecko wykazuje jakąkolwiek intencję komunikacyjną zastanawiamy się nad wprowadzeniem komunikacji wspomagającej lub alternatywnej. Przede wszystkim redukuje frustracje i napięcia powodowane niemożliwością skutecznego porozumiewania się zarówno dziecka z rodziną, jak i rodziny z dzieckiem, ponadto daje szansę budowania relacji z innymi ludźmi, a także więzi emocjonalnej z rodziną. Daje dzieciom możliwość rozwijania kompetencji komunikacyjnych w interakcjach społecznych, wspomaga proces poznawania pojęć, stymuluje rozwój intelektualny, daje poczucie samodzielności i kreatywności, przyczyniając się do lepszego rozwoju psychospołecznego. Często jest też tak, że tego typu komunikacja pozwala na rozwój potrzeb komunikacji na tyle, że można spróbować uruchomić mowę werbalną.

PM: Czym się różni komunikacja wspomagająca od komunikacji alternatywnej?
ST: Komunikacja wspomagająca to taka, która może wspomagać mowę werbalną – wzmacniać ją i uzupełniać. Komunikacja alternatywna natomiast ma na celu zastąpienie mowy.

PM: Czy dziecko z autyzmem, gdy dorośnie będzie miało szanse normalnie funkcjonować? Chodzić po zakupy, pracować itd.?
ST: Wszystko zależy od tego, kiedy ta osoba była zdiagnozowana, jak funkcjonowała w momencie rozpoczęcia terapii i jakie efekty ta terapia dawała. Mamy dzieci, które już od początku, tuż po diagnozie funkcjonują dosyć dobrze i jest szansa, że jeżeli będą odpowiednio prowadzone, będą też prawidłowo radziły sobie w życiu dorosłym, albo chociaż na tyle dobrze, aby poradzić sobie z podstawowymi czynnościami z życia codziennego. Aby osoby z autyzmem jak najlepiej radziły sobie z sytuacjami społecznymi, w tym też w sklepie, na poczcie i innych tego typu miejscach, prowadzone są między innymi zajęcia treningu umiejętności społecznych, czyli tzw. TUSy. Osoby niżej funkcjonujące, które były za późno zdiagnozowane, albo nie miały odpowiedniej terapii na pewno będą miały większe trudności, aby poradzić sobie w tego typu miejscach czy sytuacjach społecznych. Nie mówiąc już o znalezieniu pracy. Zazwyczaj będą potrzebowały wsparcia bliskiej osoby lub opiekuna. Mam wrażenie, że osoby z autyzmem nie są najlepiej postrzegane w społeczeństwie, bo bardzo często ich zachowanie odbiega od zachowania osób bez zaburzeń i jest dosyć nieprzewidywalne. Myślę, że przez to funkcjonowanie w tym społeczeństwie osób z autyzmem jest bardzo trudne. 

PM: To smutna prawda, mało dziś empatii w ludziach. Ale czy są jakieś pozytywne inicjatywy, które pomagają osobom z autyzmem?
ST: Tak. Mimo części niesprzyjających ludzi uważam, że rośnie świadomość społeczeństwa i wiedza na temat autyzmu. Powstaje coraz więcej miejsc, które pomagają osobom dorosłym w funkcjonowaniu. Powstają domy dla osób dorosłych z autyzmem, które mają na celu wspomaganie w codziennych czynnościach. Są tworzone dla nich miejsca pracy, mogą pełnić tam jakieś obowiązki, które pozwalają im czuć się potrzebnymi. Mimo wszystko uważam, że funkcjonowanie zarówno dzieci jak i dorosłych z autyzmem jest w naszym społeczeństwie bardzo trudne. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie coś się zmieni.

PM: Na koniec. Co można doradzić rodzicom, gdy ich dziecko z autyzmem ma już wdrożoną terapię, jak oni powinni się zachowywać?
ST: Wszystko zależy od tego, jaką metodą dziecko jest prowadzone. Postępowanie w każdej z nich trochę się różni. Sądzę, że bardzo ważne jest konsekwentne działanie i wprowadzenie jasnych zasad, których należy przestrzegać. Dzieci dużo łatwiej funkcjonują, jeżeli wiedzą jak powinny się zachować i jeżeli mają klarowne zasady. Jeśli raz pozwolimy dziecku na złamanie zasady, to jest duże prawdopodobieństwo, że będzie ono robiło to zawsze. Dzieci z autyzmem bardzo szybko uczą się takich zachowań i szukają najłatwiejszej drogi do osiągnięcia swojego celu. Staram się też zawsze przekonywać rodziców, że nie warto wyręczać dziecka w różnych czynnościach. Bardzo ważne jest także to, aby rodzice próbowali komunikować się z dzieckiem. To bardzo obszerne pojęcie, ale chodzi mi głównie o to, aby nie utrwalali oni u swojego dziecka przekonania, że płaczem i krzykiem można zdziałać wszystko i że dzięki temu można dostać to, czego się chce. To bardzo trudne dla rodziców, bo wiadomo, że żaden rodzic nie lubi płaczu własnego dziecka. Warto jednak wtedy podejść i powiedzieć: „płaczesz, a ja nie wiem, o co chodzi, bo mi nie powiedziałeś/ nie pokazałeś”. Oczywiście bardzo ważne jest to, żeby stosować się do zaleceń terapeutów, którzy określają potrzeby dziecka na dany moment i przekazują zalecenia do realizacji w domu. Często też dają wskazówki jak poradzić sobie z różnymi trudnościami. Warto im zaufać. 

1013275_661977357175549_81438668_nSylwia Tometczak – absolwentka logopedii na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadzi terapię logopedyczną dzieci m.in. z: autyzmem, zespołem Aspergera, niepełnosprawnością intelektualną, wadami słuchu, dyslalią, opóźnieniem rozwoju mowy. Prowadzi szkolenia dla logopedów, dotyczące autyzmu oraz opóźnionego rozwoju mowy.

Komentarze

Jaką masz dziś wymówkę, żeby o siebie nie zadbać?

„Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam 
Na pierwszej stacji, teraz, tu! 
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, bo wysiadam 
Przez życie nie chce gnać bez tchu 
Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę 
Gubiąc wątek i dni 
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej! 
A życie przecież po to jest, żeby pożyć 
By spytać siebie: mieć czy być?
Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć 
Nim w kołowrotku pęknie nić”

Anna Maria Jopek

fot. Agata Pierzchała

fot. Agata Pierzchała


Skąd się wzięła idea Slow Life?

We Włoszech historia ruchu Slow rozpoczęła się w ramach przeciwwagi dla szybko rozprzestrzeniających się fastfoodów i opierała się głównie o ideę Slow Food. Ideę jedzenia wolniej, z lokalnych produkcji, nieprzetwarzanej żywności. Z czasem powstawały odnogi ruchu Slow: Slow Life, Slow Fashion, Slow Travel.

Żadne z tych określeń nie doczekało się swojego polskiego odpowiednika. Mówimy o życiu w rytmie slow, albo nawiązujemy ewentualnie do uważności. Jak nowiem nazwać połączenie zdrowego trybu życia, jakości, autentyczności, powolności i uważności? I czemu trend ten staje się coraz bardziej powszechny?

Patrząc historycznie, żyliśmy już kiedyś wolniej, jedliśmy wyhodowane przez siebie warzywa, byliśmy blisko z rodziną, która nierzadko mieszkała pod jednym dachem wielopokoleniowo. Co się zmieniło? Dobrobyt bliskości, więzi i jakości zamieniliśmy na luksus technologii i wygody. W konsekwencji żywimy się jednak chemią, kontaktujemy się na Skype, a słowo zdrowe rzadko odnosi się do priorytetów, bo już nawet nie wiemy, co jest ważne, a co tylko pilne.

Na czym polega idea Slow Life?

Carl Honore, autor książki Powolność, podkreśla, że w filozofii slow trzeba poświęcić więcej czasu, ale na rzeczy wartościowe i zająć się nimi na poważnie, a nie po łebkach, dzięki czemu będziemy czerpać z każdej czynności więcej szczęścia. PoWolność, Slow Life, nie spowoduje, że zostaniesz w tyle za biegnącym światem. Podążanie tą ścieżką umożliwi ci bycie na bieżąco – z rodziną, przyjaciółmi, ważnymi sprawami.

Pierwszym krokiem do tego, aby pośpiech zamienić na powolność, jest uświadomienie sobie, że biegniemy. Często wydaje nam się, że nawet wiemy za czym, ale gdyby ktoś zapytał, czy to jest dla nas najważniejsze w życiu… Moją własną PoWolność osiągnęłam dopiero, gdy zagrożone było moje zdrowie, życie. Teraz wspieram równie zabiegane, co ambitne kobiety w budowaniu własnej wersji Slow Life, czyli określaniu zdrowych priorytetów, zadbaniu o siebie i odważnym byciu sobą. Bo wiem, że zmiana podejścia jest dużym wyzwaniem. Nie idź zatem łatwą ścieżką, podążaj ścieżką PoWolność.

Od czego zacząć?

Po pierwsze zrozum, że wysoki poziom zaangażowania i aktywności nie jest współmierny z wynikami ani wartością Twojej pracy. Ciągłe bycie zajętym utrudnia szczerą rozmowę z samym sobą, na temat tego, co jest dla Cebie ważne. W ten weekend mam już plany, teraz muszę zainwestować w nowe biuro, chciałabym coś zmienić, ale jestem zajęta. Robienie rzeczy nieważnych sprawia, że nie robisz czegoś ważnego.

Jedną z zasad, które uwielbiam za prostotę i skuteczność jest zasada Pareto (określana również jako zasada 80/20), która mówi w skrócie: 80% rezultatów wynika z 20% działań/nakładów czasu. To świetny selektor tego, które działania przynoszą ci rzeczywiste korzyści, a które jedynie zapełniają czas.

Chciałabym zostawić cię z kilkoma pytaniami, które pozwolą ci wdrożyć tę zasadę:

  • Które 20% działań powoduje 80% Twojego szczęścia?
  • Które 20% działań powoduje 80% Twoich problemów?
  • Kto należy do grona 20% ludzi przynoszących ci 80% radości i popychających cię naprzód?
  • Kto należy do grona 20% ludzi przynoszących ci 80% frustracji?

I na koniec: jaką masz dziś wymówkę, żeby o siebie nie zadbać?

Dla zdecydowanych znajdzie się jeszcze miejsce na wyjazdowych warsztatach grupowych „Sięgnij PoWolność w Życiu”, które odbędą się w dniach 1-4 grudnia, w magicznym miejscu, w Górach Bystrzyckich. Sprawdźcie szczegóły (klik) – spieszcie się… PoWolność.

 

agata-pierzchala_croppedGościnnie dla Magazynu Przestrzeń: Agata Pierzchała 
Certyfikowany Coach oraz Trenerka, która spełnia marzenia podróżując i pracując z ludźmi. Jest założycielką portalu PoWolność i autorką metody SLOW Coaching©, łączącej filozofię Slow Life z potencjałem pracy coachingowej. Miłośniczka dogów niemieckich, pasteli olejnych oraz dobrej kawy. Inspiruje do sięgania PoWolność w Życiu i Związku. Jest autorką gry coachingowej dla par Jupitajnia Couple. Odpoczywa czytając książki i słuchając szumu morza.

Komentarze

Orientacja (psycho)seksualna, czyli jaki kierunek ma twój pociąg

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka

Ten nieco przewrotny tytuł zawiera w sobie po części definicję orientacji seksualnej (a według najnowszej nomenklatury – orientacji psychoseksualnej, bo ostatecznie nie można sprowadzić jej jedynie do seksualności), którą uznajemy za trwały pociąg emocjonalny, seksualny i romantyczny do innej osoby. Kluczowym jest zauważenie wszystkich trzech sfer, a więc dostrzeżenie, że osoba homoseksualna (tak samo jak heteroseksualna) nie tylko realizuje swoją seksualność z osobą określonej płci, ale także, a może przede wszystkim, w takich osobach się zakochuje, do takich osób odczuwa pociąg psychiczny i romantyczny.

Przeciwnicy współczesnego naukowego podejścia do orientacji seksualnych wydają się skupiać jedynie na aspekcie seksualnym, czyniąc z obrazowych opisów realizowania tej seksualności swoiste oręże. Pseudotolerancyjni „nic do homo nie mają”, ale każą seksualność zostawić w zaciszu domowej sypialni. I słusznie! W zaciszu czegokolwiek nie można jednak zostawić emocjonalnych i romantycznych relacji, w których tkwi każdy z nas realizując swoje szczęście z drugą osobą. Podejście do orientacji seksualnej to nie kwestia światopoglądu, opcji politycznej czy reprezentowanej wizji świata, a przyjęcie

…wiedzy lub jej zaprzeczanie.

Powszechnie uznaje się istnienie trzech typów orientacji psychoseksualnej: heteroseksualizm (pociąg do przeciwnej płci), homoseksualizm (pociąg do tej samej płci) i biseksualizm (pociąg do obu płci). Brak pociągu w stosunku do obu płci, brak orientacji to aseksualizm. W 1948 roku dr Alfred Kinsey na podstawie badań dotyczących doświadczeń seksualnych, stworzył skalę (0-6) nazwaną od jego nazwiska, gdzie 0 oznacza całkowity heteroseksualizm, 6 całkowity homoseksualizm, 3 biseksualizm, a wartości 1, 2 i 4, 5 orientacje pośrednie. Współcześnie uznaje się występowanie pewnego kontinuum orientacji seksualnej, a użycie skali w procesie diagnozy osób wahających się nad swoją orientacją, ma pomóc im określić swoją tożsamość psychoseksualną. Co istotne, nie stosuje się narzędzi badających orientacje, uznając własną deklarację za najistotniejszy wskaźnik orientacji psychoseksualnej.

graf. Urszula Zabłocka

graf. Urszula Zabłocka


Dlaczego homo, hetero lub bi?

Stawiając pytanie o etiologię orientacji psychoseksualnej nie uzyska się jednoznacznej odpowiedzi. Naukowcy wskazują na wpływy genetyczne, hormonalne i neurologiczne. W toku badań wskazywano na odpowiedzialność konkretnych genów za orientację psychoseksualną, uznaje się jednak, że dzieli ją wiele różnych genów, podobnie jak za dziedziczenie wielu innych cech. Taki pogląd wyraża oficjalne stanowisko Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego:

„Nie ma wśród naukowców konsensusu co do dokładnych przyczyn rozwijania się u jednostki orientacji heteroseksualnej, biseksualnej, gejowskiej czy lesbijskiej. Pomimo licznych badań, które poszukiwały możliwych genetycznych, hormonalnych, rozwojowych, społecznych i kulturowych wpływów na seksualną orientację, nie pojawiły się żadne odkrycia, które pozwoliłyby naukowcom na wniosek mówiący, że seksualna orientacja jest determinowana przez jakikolwiek szczególny czynnik czy czynniki. Wielu uważa, że zarówno natura, jak i wychowanie wspólnie odgrywają skomplikowane role; większość osób doświadcza niewielkiego lub żadnego wyboru dotyczącego ich orientacji seksualnej.” (Źródło: klik)

Czy Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego:

„Przyczyny rozwoju orientacji seksualnej (czy to homoseksualnej, czy heteroseksualnej) nie są obecnie znane i prawdopodobnie są wieloczynnikowe, wliczając w to biologiczne i behawioralne czynniki, które mogą się różnić u różnych osób, a nawet różnić się w czasie.” (Źródło: Position Statement on Issues Related to Homosexuality)

Orientacja psychoseksualna nie podlega możliwości kształtowania, wyboru czy zmiany. Homoseksualizm został wykreślony z listy chorób i zaburzeń psychicznych w 1973 roku. Posiadanie konkretnej orientacji seksualnej nie zawsze jednak wiąże się z

…realizacją seksualną.

Jest nią stopień adekwatności zachowań z odpowiednią osobą i w odpowiedniej sytuacji erotycznej. Podobnie można spojrzeć na realizację orientacji psychoseksualnej. Czynniki środowiskowe i kulturowe, słaby wgląd i strach przed realizacją potrzeb mogą wpłynąć na występowanie orientacji egodystonicznej, w ICD10, klasyfikacji WHO, pod F66.I opisywanej następująco: identyfikacja płciowa czy też preferencja seksualna (heteroseksualna, homoseksualna, biseksualna lub przedpokwitaniowa) nie budzą wątpliwości, ale jednostka z powodu współistniejących zaburzeń psychologicznych i behawioralnych chciałaby, by było inaczej i może chcieć leczyć się w celu zmiany płci. Jest to zatem sytuacja, w której osoba np. homoseksualna (częściej, chociaż egodystonia może także wystąpić sporadycznie w przypadku osób heteroseksualnych) nieświadoma swojej orientacji psychoseksualnej, żyje w związku heteroseksualnym. Niechęć przed zaakceptowaniem swojej orientacji może w skrajnych sytuacjach prowadzić do chęci zmiany płci (mechanizm ten można tłumaczyć chęcią przeniesienia swojego problemu na lekarzy, którzy mają taką osobę „naprawić”). Objawy, które mogą wystąpić w przypadku orientacji egodystonicznej to m.in. awersja seksualna, pochwica, zaburzenia erekcji czy spadek libido.

Oświadczenie Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego

W odpowiedzi na dezinformację występującą w debacie publicznej związaną z homoseksualizmem, 7 listopada 2016 r. Polskie Towarzystwo Seksuologiczne wydało oświadczenie na temat zdrowia osób o orientacji homoseksualnej. Oprócz kilku słów o etiologii orientacji psychoseksualnej, można w nim znaleźć słowa:

„Zdecydowanie sprzeciwiamy się powielaniu przez polityków i publicystów opinii na temat osób homoseksualnych, nie znajdujących poparcia we współczesnych badaniach, a także wyrażamy głęboki niepokój o społeczne konsekwencje tego rodzaju działań. Zwracamy uwagę, że reprodukowanie uprzedzeń wobec tych osób może skutkować pogorszeniem jakości psychicznego i fizycznego funkcjonowania znaczącej części społeczeństwa (przykładem mogą być próby samobójcze osób prześladowanych na tle homofobicznym). Reprodukowanie uprzedzeń przyczynia się także do pogłębiania szkodliwych podziałów społecznych oraz do wzrostu postaw nienawiści wobec osób będących członkami naszego społeczeństwa, co grozi głęboką dezintegracją tego społeczeństwa.” (Źródło: klik)

Oświadczenie to zawiera więc nie tylko fakty naukowe, które ze względu na pozycję oświadczających trudno kwestionować, ale i apel o szacunek i powstrzymywanie się od pełnych uprzedzeń opinii. W Polsce działa także wiele organizacji pozarządowych, fundacji i stowarzyszeń zajmujących się wsparciem osób homoseksualnych pod kątem psychologicznym czy prawnym. Jedną z nich jest Lambda Warszawa, od niedawna współpracująca także z Magazynem Przestrzeń.

Komentarze

Być tym, kim się naprawdę jest – wywiad z Nicole Maines PL/EN

[English version below]

graf. Karolina Lubaszko

graf. Karolina Lubaszko

Transseksualizm wciąż budzi w naszym społeczeństwie lęk i niepokój, które bardzo często przeradzają się w ataki dyskryminacji i mowę nienawiści. Wynikają one przede wszystkim z braku merytorycznej wiedzy na temat osób z zaburzeniami identyfikacji płciowej, ale też zwykłej ludzkiej empatii i chęci wysłuchania historii drugiego człowieka. Opowieści są różne. Mają jednak wspólny mianownik, którym jest niewyobrażalne cierpienie – bo jak inaczej nazwać koszmar życia w ciele, którego się nie akceptuje? Transseksualność polega bowiem na niezgodności między płcią biologiczną a psychicznym poczuciem płci (identyfikacją płciową) i cechuje się trwałym dążeniem do korekty ciała. Nie jest ono żadnym kaprysem osób transseksualnych, a wielkim pragnieniem, aby w końcu być tym, kim się naprawdę jest. Ważnym czynnikiem w procesie korekty płci jest wsparcie najbliższych, na które te osoby nie zawsze mogą liczyć. Warto jednak zauważyć, że korekta płci wiąże się dla rodzica ze stratą swojej ukochanej córki czy syna. Dla żadnej ze stron nie jest to łatwy proces.

Nicole Maines miała jednak szczęście. U jej boku zawsze była i jest kochająca rodzina. Mimo to droga, którą przeszła, aby odzyskać swoją prawdziwą tożsamość, nie była usłana różami. Nicole (wcześniej Wyatt) wraz z jednojajowym bratem bliźniakiem Jonasem, zostali adoptowani przez Kelly i Wayne’a Mainesonów, którzy nie mogli, ale zawsze pragnęli posiadać dzieci. Ich szczęście nie trwało jednak długo, gdyż od najmłodszych lat Wyatt czuł się i zachowywał jak dziewczynka. Interesowały go nie tylko dziewczęce zabawki, ale też ubrania, w które lubił się przebierać ku przerażeniu swojego ojca – konserwatywnego żołnierza. Za Wyattem stała jednak zawsze kochająca matka, która okazywała mu zrozumienie i empatię oraz pozwalała na wyrażanie swojej prawdziwej tożsamości. To właśnie ona wstawiała się za chłopcem w szkole, starając się edukować personel i wyczulić nauczycieli na potrzeby „syna”. Nieustannie poszerzała swoją wiedzę na temat zaburzeń identyfikacji płciowej, zarażając nią także zdystansowanego do sprawy Wayne’a, któremu akceptacja faktu, że posiada transpłciowe dziecko, zajęła trochę więcej czasu.

Historia przemiany tej amerykańskiej rodziny nie obeszła się bez skandalu i walki. Walki rozgrywającej się nie tylko codziennie za drzwiami ich domu z własnymi przekonaniami i bezsilnością, ale też walki z instytucjami, innymi ludźmi, a ostatecznie kończącej się starciem w sądzie – w przełomowej sprawie dotyczącej obrony praw dzieci transpłciowych. Historię rodziny spisała szczegółowo Amy Ellis Nutt – autorka nagrodzona Pulitzerem – w książce pt. Zostać Nicole. Metamorfoza amerykańskiej rodziny. Z bohaterką książki Nicole Maines rozmawiamy na łamach Przestrzeni.

Joanna Niedziela: Kiedy poczułaś, że z twoim ciałem jest coś nie tak?
Nicole Maines: Odkąd pamiętam wiedziałam, że jestem dziewczyną. Miałam wtedy trzy lub cztery lata – jest to wiek, w którym mój brat i inne osoby cispłciowe (osoby nie-transpłciowe, identyfikujące się ze swoją płcią biologiczną – przyp. red.) uświadamiają sobie swoją tożsamość płciową. Dla mnie był to jednak moment, w którym zdałam sobie sprawę z rozdźwięku pomiędzy moją tożsamością a moim ciałem.

JN: Jak niezgodność między twoją płcią biologiczną i psychologiczną przejawiała się w okresie dorastania?
NM: Zadajmy sobie najpierw pytanie – jak dużą rolę odgrywa płeć w naszym społeczeństwie? Jak wiele czynności życia codziennego jest podzielone na męskie lub żeńskie? Wszystkie one stały się dla mnie problemem i skutkowały zarówno wysokim poziomem lęku, jak i depresji. Nie mogłam pójść z rodzicami do sklepu z zabawkami bez wścibskich spojrzeń gapiów, którzy wytykali palcami „chłopca” przemierzającego w tę i z powrotem alejkę z lalkami Barbie.

JN: Co było dla ciebie największą przeszkodą w staniu się Nicole?
NM: Największym problemem było uświadomienie innych ludzi, że wiem o czym mówię i kim jestem. Wiele osób często powtarza, że nie możesz wiedzieć jaka jest twoja płeć ani rozumieć czym ona jest, gdy masz trzy lub cztery lata. Warto jednak podkreślić, że nikt się nad tym nie zastanawia, kiedy chodzi o dziecko cispłciowe. Nikt nie miał przecież wątpliwości w przypadku mojego brata. A on jest w tym samym wieku, co ja. Płeć jest kwestionowana dopiero wtedy, kiedy nie wpisuje się w ramy, jakie sami jej stworzyliśmy.

JN: Odwołując się do twojego doświadczenia, co jest dla ludzi najtrudniejsze do zrozumienia, kiedy spotykają osobę transpłciową?
NM: Myślę, że dla innych ludzi najtrudniejsze jest zrozumienie, że osoby transpłciowe nie posiadają charakterystycznego wyglądu. Jednymi z najczęstszych stwierdzeń, jakie słyszę są zdania: „wcale nie wyglądasz na osobę transpłciową” lub „nigdy bym nie zgadł”. Jest to problem, który ma wpływ także na osoby cispłciowe. Na przykład, jeśli kobieta jest dobrze zbudowana to znaczy, że musiała urodzić się mężczyzną. Ludzie są przekonani, że posiadają magiczną zdolność do odgadywania, co jest w czyichś majtkach i czy ktoś jest transpłciowy – jedynie patrząc na tę osobę. Wydaje mi się, że w dużej mierze jest to wina środków masowego przekazu, które od dawna kreują fałszywy obraz osób transpłciowych granych przez cispłciowych mężczyzn w perukach i topach od bikini. Ludzie wtedy myślą, że tak właśnie powinna wyglądać osoba transpłciowa. A to jest dalekie od prawdy.

JN: Co cię denerwuje w podejściu ludzi do osób transpłciowych?
NM: Najbardziej denerwujące jest dla mnie kojarzenie osób transpłciowych z łazienkami, a łazienek z rozwiązłością seksualną. Argument przeciwko prawom osób transpłciowych, jaki najczęściej słyszę, dotyczy przekonania, że wszystkie osoby takie jak ja są mężczyznami w sukienkach. Używają ich oni jako wymówki, aby dostać się do kobiecych ubikacji i napaść na wasze żony i córki. To niezwykle obciążające, kiedy cała twoja społeczność wiąże cię z napaściami na tle seksualnym. Prawda jest jednak taka, że te dwie sprawy nie mają ze sobą zupełnie nic wspólnego. Pozwalanie osobom transpłciowym na korzystanie z łazienek zgodnych z płcią, z którą się identyfikują, w żaden sposób nie naraża nikogo na niebezpieczeństwo.

JN: Co byś powiedziała do ludzi na całym świecie na temat osób transpłciowych i ich sytuacji?
NM: Powiedziałabym, że osoby transpłciowe powinny być akceptowane takimi, jakimi są, a ich tożsamość płciowa ma takie samo znaczenie, jak tożsamość osób cispłciowych. Świat musi przestać zaprzeczać temu, kim naprawdę jesteśmy i ukazywać nas jako gwałtownych złoczyńców, którzy chcą skrzywdzić waszych bliskich. Musi przestać rozprzestrzeniać plotkę, że jesteśmy transpłciowi tylko po to, aby dostać się do łazienek odmiennej płci, co zaspokoi naszą perwersję. To jest naprawdę przygnębiające. W naszym społeczeństwie żyją małe dzieci, które są nieustannie prześladowane w szkole, odmawia się im wstępu do ubikacji i izoluje od przyjaciół, ponieważ dorośli chcą wierzyć, że są małymi przestępcami. Kiedy byłam w piątej klasie, dorośli widzieli we mnie zagrożenie dla moich rówieśników. Bolesne i smutne jest to, że ludzie wciąż tak uważają. Dane wskazują jednak, że w żadnej ze szkół, w której istnieje polityka sprzyjająca integracji osób transpłciowych, nie doszło do ataków na innych uczniów. Nie chcemy przecież nikogo krzywdzić, dlatego ludzie powinni przestać ranić też nas.

JN: Jak zmieniło się twoje życie po operacji korekty płci, która jest ostatnim etapem całego procesu*?
NM: Ostatni etap korekty płci jest odmienny dla każdej osoby transseksualnej, ponieważ nie wszystkie decydują się na operację wytworzenia pseudoprącia czy neowaginy. Zabieg był dla mnie czymś znaczącym i przerażającym jednocześnie, ale czułam, że muszę go wykonać. Nie ma chyba nic bardziej wyzwalającego, niż uczucie odzyskania swojego ciała. Mimo że przeszłam operację nieco ponad rok temu, mam wrażenie jakbym posiadała obecne ciało od zawsze – jakby nigdy nie wyglądało ono inaczej. Czuję się teraz naprawdę wolna.

*w Polsce wymieniamy następujące etapy korekty płci – a) w przypadku korekty płci z żeńskiej na męską (K/M): 1) terapia hormonalna 2) mastektomia 3) sądowe ustalenie płci 4) usunięcie macicy i przypadków 6) wytworzenie pseudoprącia 7) protezowanie prącia; b) w przypadku zmiany płci z męskiej na żeńską (M/K): 1) terapia hormonalna 2) sądowe ustalenie płci 3) usunięcie jąder i prącia, wytworzenie neowaginy. Bardzo często osoby transseksualne nie decydują się na ostatnią operację wytworzenia pseudoprącia lub neowaginy. Nie chodzi jedynie o jej wysoki koszt, a satysfakcję osiąganą na wcześniejszych etapach procesu.

Miejscem, w którym można szukać pomocy w przypadku wątpliwości związanych ze swoją tożsamością płciową, a także wsparcia podczas procesu korekty płci jest Fundacja Trans-Fuzja – organizacja pozarządowa skupiona na działalności na rzecz praw osób transpłciowych. Obecnie Fundacja działa w czterech obszarach – rzecznictwa, wsparcia, edukacji oraz kultury. Po pomoc można zwrócić się także do Stowarzyszenia Lambda Warszawa, pomagającego osobom, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową.

Słowniczek:
transseksualizm – niezgodności między płcią biologiczną a psychicznym poczuciem płci (identyfikacją płciową), cechująca się trwałym dążeniem do korekty ciała.
transpłciowość – ludzie określani tym mianem to zarówno transseksualiści, jak i transwestyci, osoby czujące przynależność do obu płci lub nieczujące przynależności do żadnej z nich. Transpłciowość jest więc pojęciem szerszym niż transseksualizm.

_Amy Ellis Nutt_Zostać Nicole grzbiet 25.indd

Zostać Nicole. Metamorfoza amerykańskiej rodziny, Amy Ellis Nutt
Wydawnictwo Czarna Owca

English version

Transsexualism still raises fear and anxiety in our society, which often turn into attacks of discrimination and hate speech. They result mainly from the lack of essential knowledge about people with gender identity disorder, but also an ordinary human empathy and willingness to listen to the story of another human being. The stories are different. However, they have a common denominator which is the unimaginable suffering – how else can we call a nightmare of living in a body that we don’t accept? Transsexuality is an incompatibility of biological and psychological sex (gender identity), and is characterized by a persistent desire to change it. This is not a whim of transgender people but a great desire to finally be who you really are. An important factor in the process of sex change is having support from the loved ones, for which these people cannot always count on. However, it should be noted that for the parents, sex change involves the loss of beloved daughter or son. For both sides this is not an easy process.

graf. Tomasz Opaliński

graf. Tomasz Opaliński

Nicole Maines was lucky. Her loving family was always at her side and still is. Despite this, the way she went to recover her true identity was not a bed of roses. Nicole, (formerly Wyatt) together with her monozygotic twin brother Jonas, were adopted by Kelly and Wayne Maines who could not but always wanted to have children. Their luck did not last long because from an early age Wyatt felt and acted like a girl. He was interested not only in girls’ toys, but also clothes, in which he liked to dress up to the dismay of his father – a conservative soldier. However, Wyatt’s loving mother was always standing by him and showed him understanding and empathy. She also allowed him to express his true identity. It was she who interceded for a boy at school, trying to educate staff and sensitize teachers to the needs of her „son”. She continually broadened her knowledge about gender identity disorders and managed to overcome the scepticism of Wayne, who needed a bit more time to accept the fact that he had a transgender child.

The transformation of this American family didn’t happen without scandal and fight. Not only a fight with their own beliefs and a sense of helplessness but also a struggle with institutions, other people and ultimately a confrontation in court – in a landmark case concerning the rights of transgender children. The history of the family was described in detail in the book “Becoming Nicole: The Transformation of an American Family” by Pulitzer Prize-winning author Amy Ellis Nutt. We conducted an interview with the book’s protagonist, Nicole Maines, for Magazyn Przestrzeń.

Joanna Niedziela: When did you feel that there is something wrong with your body?
Nicole Maines: I’ve known I was a girl for as long as I can remember. I knew when I was 3 or 4 years old, about the same age my twin brother and other cisgender people realize how they identify. For me, though, there was a disconnect between my identity and my body.

JN: How did an incompatibility of your biological and psychological sex manifest itself during adolescence?
MN: Well, how gendered is our society? How many things in everyday life are separated into male or female? All of those became an issue, and resulted in me having high levels of both anxiety and depression. We couldn’t go to Toys R Us without someone staring at the „boy” who was walking up and down the Barbie aisle.

JN: What was the biggest obstacle for you in becoming Nicole?
MN: The biggest issue was just getting people to realize that I knew what I was talking about and that I knew who I was. A lot of people like to say that you cannot possibly know what gender you are or understand gender at such a young age of 3 or 4, but we have to remember that no one questions it when it comes to a cisgender child. No one second guessed my brother. And he’s the same age as me. Gender is only questioned when it doesn’t fit into the boxes we’ve created for it.

JN: According to your experience, what is most difficult for people to understand when they meet a transgender person?
NM: I think the most difficult thing for people to understand is that there isn’t a certain „look” to transgender people. One of the most common things I hear is, „well, you don’t look transgender,” or, „I never would have guessed!” This is a problem that affects cisgender people, too. If a cis woman looked a little too rugged, she must have been born male. People think that they have some magic ability to tell what is in someone’s pants or whether or not they’re trans just by looking at them. And I think this is largely in part due to how transgender people were portrayed in popular media for so long, played by cisgender men in wigs and bikini tops. People think that there’s a „transgender look.” And that couldn’t be further from the truth.

JN: And what upsets you in people’s approach to transgender people?
NM: The thing that upsets me the most is that people have associated transgender people with bathrooms and bathrooms with sexual misconduct. The argument against transgender rights that I hear most frequently is that we are all men in dresses using that as an excuse to get into women’s bathrooms and assault your wives and daughters. It incredibly aggravating to have your entire community be associated with sexual assault. The fact of the matter is, those two issues have nothing to do with one another whatsoever. Allowing us to use the bathrooms that we identify with will, in no way shape or form, put your loved ones at risk.

JN: What would you say to all the world about transgender people and their situation?
NM: I would say that transgender people need to be accepted as who they are and that their identities are just as valid as those of a cisgender person. The world needs to stop denying who we are, and painting us as violent villains who are our to hurt your loved ones. The world needs to stop spreading that we are just in it for the bathrooms, that we are making it up because we’re perverts. It’s disheartening. We have little kids who are bullied relentlessly in school, denied access to bathrooms, and isolated from their friends because the adults want to believe that this kid is some kind of criminal. When I was in fifth grade adults were making claims that I was a danger to my classmates. It’s hurtful and it’s so sad that people are still buying into that. The records show that in no school that has a transgender inclusive policy as a transgender student made an attack on anyone. We are not trying to hurt anyone, so people need to stop hurting us.

JN: How has your life changed after sex reassignment surgery, which is the final stage of gender reassignment?
NM: The final stage of transition is different for every transgender person, and not everyone seeks out gender reassignment surgery. It’s huge and it’s scary, but for me it was something that I felt I needed to do. It’s incredibly liberating to finally feel like I’m in my own body. Though I only had surgery a little over a year ago, it, somehow, feels like I’ve been in this body forever, like nothing else was ever there. It’s so freeing.

Komentarze

Recenzja: Jak ogień

541576895Dojrzewanie, buzujące hormony, pierwsze zauroczenia to cechy wieku młodzieńczego, jak i temat dużej części powieści na rynku tzw. literatury młodzieżowej. Było już wszystko: kłótnie nastolatek, zazdrość, a nawet miłość w świecie wampirów. Od fikcji do realizmu, zgodnie z obowiązującymi trendami. Literatura ta ma jednak jedną wspólną cechę – kulturową ramę heteronormatywności.

Mimo, że homoseksualizm, zależnie od badań, dotyczy około 5% społeczeństwa (i jest to poprawny politycznie odsetek, niektóre badania wskazują nawet na 8-10%) książki mówiące o uczuciach między osobami tej samej płci, zajmują znacznie mniejszą część rynku czytelniczego. Wydana pod egidą Czarnej Owcy powieść szwedzkiej pisarki i felietonistki Sary Lövestam, opowiada o uczuciu rodzącym się między dwiema nastolatkami. Historia jest banalna, bohaterki spotykają się na odciętej od świata wyspie, na której spędzają wakacje. Kreacja postaci oparta jest na zasadzie przeciwieństw – zachwycona naturą Anna kontra zmanierowana i znudzona Louise, pijący wdowiec – zgrana rodzina, bieda i nadmiar luksusu. Bohaterowie, poza głównymi zainteresowanymi, sprawiają wrażenie nieco papierowych i stereotypowych, a szkoda – zwłaszcza, że mówimy o literaturze przekraczającej stereotypy.

Ciekawym zabiegiem jest narracja prowadzona z perspektywy obu bohaterek, na zmianę obserwujemy wyspę, uczucia i tok myślenia Anny i Louise. Ma to pewien wymiar uniwersalny – możemy przyjrzeć się, w jaki sposób rozumiane są sygnały, które wysyłamy innym, jak przekręcane mogą być nasze słowa i o ile prostsze byłyby relacje, gdybyśmy pozwolili sobie na szczerą komunikację. Od strony formalnej autorkę należy pochwalić także za odtworzenie realizmu współczesności, w książce nie brakuje wzmianek o popularnych serwisach społecznościowych, próbach odciągania młodzieży od telefonu komórkowego, potrzebie bycia nie tyle lubianym, co… lajkowanym.

Zdecydowanym atutem książki jest subtelny sposób ukazania uczucia rodzącego się między bohaterkami. Pozycja może być pomocna osobom dopiero odkrywającym swoją seksualność, może także odpowiadać na potrzeby tych, którzy już ją odkryli – bohaterki mają wiele rozterek związanych ze swoją seksualnością. Sara Lövestam omawia zarówno temat coming out’u i obaw z nim związanych, jak i swoistego społecznego mezaliansu dotyczącego różnic ekonomicznych między bohaterkami (różny prestiż szkół, poziom wykształcenia rodziców, status społeczny). Przedstawione zostały obawy przed stygmatyzacją, mimo że mówimy o tak liberalnym kraju, jakim jest Szwecja. Nie zdradzając fabuły – mierzący się z takimi rozterkami znajdą jednak słowa otuchy.

„Jak ogień” stanowi ciekawą pozycję na rynku literatury młodzieżowej, w realistyczny sposób ukazuje temat orientacji psychoseksualnej, zwłaszcza w wymiarze psychologicznym i romantycznym. Może stanowić także wartą uwagi powieść dla młodzieży heteroseksualnej, ukazuje bowiem, że rozterki w chwili zauroczenia mamy takie same, niezależnie od płci osoby, którą darzymy uczuciem. Ukazanie obaw, jakie na późniejszym etapie mają bohaterki to z kolei dobra lekcja tolerancji i zachęta do zrozumienia osób homoseksualnych.

Jak ogień, Sary Lövestam
Wydawnictwo Czarna Owca

Komentarze

Przestrzeń dla rozwoju związku – Monika Hajdenrajch z bloga Para Mieszana

Przedstawiamy cykl Przestrzeń dla rozwoju związku, będący kolaboracją między Magazynem Przestrzeń i twórczynią gry Jupitajnia Couple – Agatą Pierzchałą, w którym zachęcamy blogerów do odpowiadania na trzy pytania z gry. Prowadzisz bloga i chcesz podjąć wyzwanie? Napisz do nas na kontakt@magazynprzestrzen.pl. Jupitajnia Couple to autorska gra coachingowa dla par, której głównym celem jest wzmocnienie bliskości między partnerami oraz poprawa komunikacji. Jupitajnia to zestaw kart z pytaniami poszerzającymi spojrzenie na relację, samych partnerów czy ich poglądy na ważne kwestie.

W tym miesiącu na pytania z Jupitajnia Couple odpowiada Monika Hajdenrajch – coachka, trenerka rozwoju osobistego i twórczyni bloga Para Mieszana.

Pytanie #1
18-11_01

Mam to szczęście, że mój Partner nie szczędzi mi przejawów miłości. Nie są one może zbyt romantyczne w potocznym tego słowa rozumieniu, dla mnie jednak są niezwykle cenne, bo korespondują z moimi językami miłości. Co to takiego są języki miłości? Gary Chapman – znany amerykański terapeuta, po latach badań i setkach sesji terapeutycznych z parami zauważył, że istnieje pięć obszarów, dzięki którym czujemy się kochani. Nazwał je „językami miłości”.

Jakie to obszary?

  • AFIRMACJE – czyli słowa wsparcia i pochwały. Czujemy się kochani, gdy partner nas docenia, podkreśla nasze talenty i zalety.
  • PODARUNKI – rzeczy które nie są cenne materialnie ale dowodzą tego, że nasz partner zna nas i myśli o nas.
  • PRZYSŁUGI – wyrazem miłości mogą być drobne przysługi, gdy partner wyręcza nas w czymś ważnym, czego nie lubimy robić albo nie mamy na to czasu, na przykład zajmuje się przeglądem samochodu lub… sprząta kocią kuwetę.
  • DOTYK – czujemy się kochani, gdy partner nas przytula, całuje czy gładzi.
  • CZAS – poświęcony nam czas jest niezaprzeczalnym przejawem miłości. 

Co ja otrzymuję w imię miłości od mojego Partnera? Przede wszystkim ogromną ilość afirmacji – dzięki którym czuję się mądra, piękna i akceptowana w każdym, nawet pokrytym cellulitem calu. Kolejną rzeczą są podarunki – te z kolei są raczej szczególne i bardzo praktyczne. Na początku naszej wspólnej historii spotkała mnie prawdziwa niespodzianka. Otóż zupełnie bez okazji otrzymałam…. odkurzacz bezprzewodowy. Powiecie pewnie, że to zupełnie nieromantyczne? Dla mnie było bardzo romantyczne, bo wiązało się z wieloma przejawami miłości. Po pierwsze ze słuchaniem – powiedziałam kiedyś żartobliwe, że tylko taki odkurzacz dałby radę usunąć sierść moich kotów z ubrań. Po drugie z głęboką analizą moich potrzeb – jestem dość filigranową osobą, dostałam więc odkurzacz możliwie najlżejszy. Po trzecie ze sporą ilością czasu – poszukiwania odpowiedniego modelu trochę jednak trwały. Przyznacie więc, że w tym kontekście nawet odkurzacz może być bardzo romantyczny. Bardzo ważnym przejawem miłości mojego partnera są też różne przysługi, np. wychodzenie z psem rano lub przejęcie na siebie obowiązków rodzicielskich o tej zupełnie nieakceptowanej przeze mnie porze. I oczywiście dotyk: bez przytulania oboje byśmy chyba „uschli”, więc nie szczędzimy go sobie.

Pytanie #2
18-_11_02

Hmm to trudne pytanie… Chyba najbardziej fakt, że wolontaryjnie zajmował się pomocą trudnej młodzieży. Bardzo mi to zaimponowało.

Pytanie #3
18-11_03

Okres burzy i naporu mamy już za sobą, a więc czas szczególnie silnych emocji. Cieszymy się w naszym dojrzałym związku stabilnością, bliskością i przyjaźnią. To właśnie nasza przyjaźń sprawia mi najwięcej radości. Oczywiście znam teorię Esther Perel mówiącą o tym, że zbyt duża bliskość zabija namiętność. Zgadzam się z nią w zupełności, mamy jednak swoje sposoby by o tę namiętność zadbać.

Monika Hajdenrajch – twórczyni projektu coachingowo-edukacyjnego Para Mieszana. Coachka i trenerka rozwoju osobistego; specjalizuje się w coachingu relacji na różnych etapach życia; pomaga tworzyć szczęśliwsze relacje z bliskimi osobami, ze światem a przede wszystkim z samą/samym sobą. Swoją pasją dotyczącą rozwoju osobistego oraz budowania relacji dzieli się podczas warsztatów, coachingów indywidualnych i grupowych a także na fanpage’u Para Mieszana i blogu o tej samej nazwie. Prywatnie matka dwóch synów i szczęśliwa kobieta „po przejściach” w związku z mężczyzną „z przeszłością”. Zdeklarowana feministka, wielbicielka dobrej lektury, kotów oraz snu.

Komentarze

Gdyby jutra miało nie być…

Jutro czeka na nas wraz z nowymi ludźmi, których jeszcze nie poznaliśmy. Jutro czeka na nas z miejscami, w których jeszcze nie byliśmy. Jutro – nieprzewidywalny twór naszej wyobraźni, lekko przerażający, mocno inspirujący.

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

fot. Magazyn Przestrzeń, JH

Nie mówimy o tym głośno, ale uwielbiamy to jutro. Jest stres przed spotkaniem z nim. Lekkie motylki w brzuchu, gdy wreszcie się pojawia. Sprawia, że serce szybciej bije i pojawiają się myśli, że to wszystko przecież nie ma sensu, bo ty i tak nie jesteś jego wart. Brzmi, jak spotkanie z nową dziewczyną, taką piękną i interesującą, ale jednocześnie niezwykle mądrą i wygadaną.

Jutro czeka na nas z uczuciami, których jeszcze nie doświadczyliśmy, i  z nowymi wyzwaniami. Te próby spływają na nas każdego dnia. Czasem są bardziej znaczące, innym razem przemijają bez większego echa.

Po jakimś czasie wspominamy najczęściej właśnie te wyzwania, które wymagały od nas największej odwagi, jakichś wyrzeczeń, sprawdzenia samego siebie. Takie momenty sprawdzają najlepiej naszą silną wolę, samozaparcie.

Z definicji, wyzwanie to trudne zadanie, nowa sytuacja itp., wymagające od kogoś wysiłku, poświęcenia[1]. Ludzie dzielą się na takich, którzy wprost uwielbiają samemu stwarzać sobie takie wyzwania, i na takich, którzy od nich gorąco stronią.

Gdybyśmy zastanowili się nad tym dzisiaj, na początku XXI wieku, i przełożyli to na grunt socjologiczny lub psychologiczny, na pewno doszlibyśmy do ciekawych wniosków. Na przykład: wyzwaniem stojącym przed każdą młodą kobietą jest znalezienie odpowiedniej pracy, dobrego mieszkania i mężczyzny, który by ją kochał i był jej wierny. Wyzwaniem stojącym przed mężczyzną mogłoby być znalezienie bardzo dobrze płatnej pracy, kupno imponującego modelu auta i znalezienie kobiety marzeń – swoich i swoich kumpli.

Patrząc jednak realnie na to zagadnienie, każdy z nas ma swoje, że tak powiem, spersonalizowane wyzwania. Dla kogoś może to być poranna toaleta i wyjście do pracy, gdy w życiu przychodzi gorszy okres. Dla innego poprowadzenie własnej firmy. Ktoś inny marzy o podróży dookoła świata i wie, że to będzie dla niego naprawdę ciężka próba.

W samym tym wyzwaniu, nie chodzi jednak o to, aby było ono jak najbardziej spektakularne, ani by budziło jak największy podziw. Liczy się sam jego fakt. Sam trud, który mu towarzyszy. Zawsze jest najtrudniej zacząć, a wyzwania nigdy nie jesteśmy w stanie rozpocząć w jego środku.

Jak zatem radzić sobie z wyzwaniami, których tak naprawdę wcale nie chcemy? Jak od nich uciec, jak je przetrawić, jak im sprostać. Tak, jak się pewnie domyślacie nie ma na nie jednego, dobrego sposobu. Tym bardziej jeszcze nikt nie wymyślił cudownego leku na zbolałe serce po porażce. Z własnego doświadczenia wiem, że warto jak najszybciej postawić sobie kolejny cel – tym razem taki, do którego na 300% damy radę dobić. To pomoże nam na nowo zyskać wiarę we własne możliwości, doda siły i sprawi, że choć trochę odżyjemy.

Wiek XXI przyszedł do nas z naprawdę niezliczonymi wyzwaniami, które niejednokrotnie trochę sami sobie narzucamy. Warto zatem czasem zwolnić i zastanowić się, czy ta gra jest warta świeczki; czy cel uświęci środki i czy po prostu jest sens. Czasem, by dodać sobie adrenaliny, wystarczy zwykły skok na bunge.

[1] Słownik Języka Polskiego, hasło: wyzwanie

Komentarze

Ursynów Północny jako przestrzeń dla fantazji lat 70. – wywiad z Lidią Pańków

Rozmowa z Lidią Pańków, autorką reportażu Bloki w Słońcu. Historia Ursynowa Północnego.

Fragm. okładki książki "Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego" Lidii PańkówFoto: mat. prom.

Fragm. okładki książki „Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego” Lidia Pańków, fot.: materiały promocyjne

Katarzyna Molak: Tematem Magazynu Przestrzeń w tym miesiącu jest “Wyzwanie”, chciałam Panią zapytać czy wyzwaniem jest pisanie reportażu o rzeczywistości bliskiej czytelnikowi zarówno w sensie geograficznym, jak i kulturowym? Wydawałoby się, że podróże egzotyczne prędzej przyciągną uwagę czytelnika niż jedna z dzielnic Warszawy.
Lidia Pańków: Myślę, że pisanie o czymś bliskim jest wyzwaniem o tyle, o ile wymaga odnalezienia w sobie energii i odpowiednich emocji, aby móc o tym opowiedzieć w taki sposób, który wciąga innych. Jeżeli tego brakuje, nie da się rzucić w wir rozmów z ludźmi, zadawać im pytań, a tym samym pisać. Sporo osób mnie pyta jaka będzie następna dzielnica, za którą się „zabiorę”, a ja nie mam wobec innych dzielnic tego rodzaju emocji, które budził we mnie opisany kawałek Ursynowa. Nadal interesuje mnie zagadnienie przestrzeni, i tego, jak kształtuje się życie ludzi w jej obrębie, ale także przestrzeni, która zniknęła z powodu wojny bądź przeżyła poważną metamorfozę, ale niekoniecznie musi mieć ona tak wyraźne ramy – historyczne i urbanistyczne, jak to było w przypadku projektu ursynowskiego, wyłonionego w ramach konkursu SARO z 1970. Z tym Ursynowem było trochę tak, jak powiedział Marek Budzyński w odniesieniu do architektury. Dla niego „objawieniem” była możliwość, by zostać architektem, tak samo dla mnie, oczywiście nie dosłownym objawieniem, była możliwość napisania o Ursynowie. Nikt mi tego nie zlecił, to był rodzaj wewnętrznej konieczności, czułam, że w tej określonej przestrzeni splatają się różne ciekawe historie. Pewnie jakoś dałam się tej dzielnicy oczarować, bez tego praca nad jednym tematem przez tak długi czas staje się niemożliwa bez takiego elementu „uwiedzenia”.

KM: Czy zatem celem reportażu było oczarowanie czytelnika, przekonanie go do ukrytego piękna Ursynowa, do tych pozytywnych emocji, których doświadczyła Pani u mieszkańców?
LP: Nie było żadnej misji. Nie miałam zamysłu przekonywania sceptyków. Oczywiście, nie uważam, że jeśli ktoś z taką misją pisze, to postępuje źle. Reportaże z „pola bitew”, takie jak np. wydany niedawno Bartka Sabeli Wszystkie ziarnka piasku opowiada o konflikcie politycznym i wewnątrz Maroka, żeby uświadomić czytelników o jego istnieniu, bo świat raczej nie zdaje sobie z niego sprawy. Ja raczej miałam ambicję, żeby opisać jakiś kawałek z pozoru mało ciekawej, a dla niektórych brzydkiej rzeczywistości, dogrzebać się do innych, niespodziewanych warstw, co mnie zawsze najbardziej pociągało. Z drugiej strony, jeśli ktoś po przeczytaniu Bloków w Słońcu, pojedzie tam na spacer i coś dla siebie odkryje, to bardzo dobrze. Dla mnie niesamowite było to, że wielu mieszkańców Ursynowa, i to w każdym wieku, cieszyło się, że ten reportaż wyszedł – część z nich czuła, że lubi swoją dzielnicę i dotychczas nie bardzo potrafili powiedzieć, dlaczego. 

KM: Czy można patrzeć na Ursynów jako na jeszcze jeden przykład wolnej przestrzeni, którą wbrew praktykom urbanizacyjnym PRL-u dało się uformować lepiej? Jaką rolę odegrało tu hasło wolności – wolności architektów z zespołu projektantów i mieszkańców zachęconych, by współuczestniczyć w nadawaniu tej przestrzeni kształtu?
LP: Są dwie strony medalu. Z jednej, rzeczywiście nie mamy do czynienia z typową dla powojennej urbanistyki historią o projektowaniu miasta według racjonalnych założeń i pewnego modelu urbanistycznego nawiązującego do idei modernizmu z korzeniami LeCorbusierowskimi. Moja rekonstrukcja zamysłu ursynowskich architektów jest opowieścią o całościowej wizji, wolności kreacji oraz poczuciu prawa do formułowania własnego programu, w opozycji do rozwiązań zastanych. Mowa o sytuacji niemal nieuwikłanej politycznie, mimo poparcia władz partyjnych. Architekci stworzyli własny model odnosząc się do kategorii racjonalnych, humanistycznych i przyszłościowych. Z drugiej strony, jak zauważają niektórzy recenzenci książki, ta opowieść o wielkiej wizji i niemożności jej realizacji z powodu materialnych deficytów i złej organizacji, ma wymiar uniwersalny. Wracając do pojęcia wolności, faktem jest, że na Ursynowie Północnym opozycja antykomunistyczna rozkwitała, dlaczego tak się stało wyjaśniam w rozdziale „Azyl”.

KM: W książce wyraźnie pisze Pani o wielu takich projektach, które z założenia miały służyć obywatelskiej inicjatywie, tak jak pomysł parterowych klubów mieszkańców, no i pralni oraz uliczki – oczka w głowie ursynowskich projektantów. Czy w takim razie architektura Ursynowa była próbą udowodnienia, że architektura, jako dziedzina, może być receptą na szczęście?
LP: I tak i nie. W książce piszę parę razy, że Budzyński nie widział siebie jako wielkiego kreatora. Widział siebie prędzej, jako rzetelnego, progresywnego i zaangażowanego wykonawcę zlecenia. Miał swoją wizję, wynajął się do jakiejś usługi i robił wszystko, żeby było jak najlepiej. W takim ujęciu LeCorbusierowskim, Marek Budzyński nie uważał, że programuje społeczeństwo, natomiast, zatrudnił ludzi, którzy mu w tym pomagali, czyli grupę ekspertów z różnych dziedzin. Kiedy z nim rozmawiałam, powiedział, że nie uważa aby architektura przyczyniała się do szczęścia, ale zawsze trzeba stworzyć maksimum pozytywnych warunków, operując maksimum danych, żeby stworzyć dobre warunki dla życia ludzi. Odnoszę wrażenie, że żyjemy teraz w takich czasach, kiedy danych psychologicznych, antropologicznych, naukowych mamy coraz więcej i tym samym coraz trudniej wyciągnąć z nich wnioski, zbudować z nich jakiś model. Lata 70. na Ursynowie, to był taki ostatni moment, niezależnie od tego, że to był PRL, chwila przed załamaniem lat osiemdziesiątych, kiedy istniała jeszcze prawdziwa wiara w racjonalne modele oparte na analizach całościowych. Jeśli ktoś interesuje się zagadnieniami przestrzeni i związanymi z nią wizjami futurologicznymi, to polecam lekturę publicystyki o architekturze z lat siedemdziesiątych i końca lat sześćdziesiątych. Ich autorzy bardzo często próbują stawiać podstawowe pytania o to, czym są dobre warunki życia i szukają uniwersalnych odpowiedzi. We współczesnym świecie to coraz trudniejsze…

KM: Jedną z takich odpowiedzi jest w końcu doktryna linearnego systemu ciągłego Oskara Hansena – liniowego domu ciągnącego się setkami kilometrów i stojącego w opozycji do historycznych miast centrycznych. Traktuje ją Pani jako poważną ideę utopijnego miasta, czy może właśnie pomysł do zrealizowania w przyszłości, kiedy osiągniemy wyższy poziom świadomości urbanistycznej?
LP: O Hansenie czytałam sporo w książce Filipa Springera Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach, w której wyraźnie mówi on o linearnym systemie ciągłym w kategoriach lekkiego szaleństwa. Dla mnie to jest również przykład radykalnej próby zerwania z przeszłością, która cechowała niektóre pomysły Le Corbusiera takie jak wyburzenie starego Paryża czy zlikwidowanie ulic. Czytając z kolei Miasta Wyśnione Wade’a Grahama, uświadomiłam sobie po raz kolejny, jak bardzo Budzyński i jego ekipa zanurzeni byli w debaty swojej epoki. Co prawda, ta książka ukazała się po Blokach w Słońcu, więc musiałam tę wiedzę zdobywać z różnych źródeł. Tutaj, autor zebrał wszystkie informacje i dokładnie pokazał wizje Le Corbusiera, i tym samym powody, dla których Budzyński go tak nie lubił. Zamiast gwałtownego odrzucania tradycji, Budzyński uważał, że należy po prostu połączyć ówczesny dominujący język modernizmu z modelem historycznego miasta z ulicami, placami, a także usługowym parterem. Być może ktoś by bronił linearnego systemu ciągłego, natomiast dla mnie jest on bardziej czymś w rodzaju anegdoty. Mnie pociągało to, że Hansen jest ciekawym przykładem umysłu ścisłego, tworzącym modele i wizje, a zarazem operującym pięknym językiem poetyckim, m. in. określeniami takimi jak “otwarty horyzont” i dążącym do szukania możliwości osadzenia człowieka i w przyrodzie i w cywilizacji w sposób, który zapewni rodzaj pełni egzystencjalnej.

KM: A czy zgodzi się Pani, że Ursynów był miejscem realizacji jakichś pozytywnych wątków zarówno przedwojennych jak i powojennych wizji entuzjastów nowoczesności*? 
LP: Myślę, że tak. To był dla twórców Ursynowa szczęśliwy moment, ponieważ wiadomo było, że należy zerwać z brutalnymi, masywnymi formami bezmyślnie stawianych bloków w układach równoległych i prostopadłych do ulic. Z drugiej strony wcale nie musieli uprawiać dyskursu partyjnego, mieli poparcie władz, jednak dużo dyskretniejsze.

KM: Architekci byli wychowankami profesorów i praktyków przedwojennych, a co inspirowało młodzież Ursynowa z lat 90. do tworzenia rapu? Gatunku muzyki wywodzącej się z nowojorskiego Bronxu wśród środowisk społecznie wykluczanych?
LP: Rzeczywiście mamy tu paradoks, bo raperzy ursynowscy nie byli gangsterami, pochodzili w większości z ciekawych, zintegrowanych rodzin, byli osadzeni w swoich „małych ojczyznach”. Ja widzę to tak, że się ogromna surowość krajobrazu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, taka materialna beznadzieja zbiegła się z potrzebą nadania sensu temu miejscu. Duża była inspiracja telewizją, wczesnym MTV, bez której nie byłoby jak dotrzeć do „zachodnich” treści. Jednak ich muzyka to tzn. soft rap w formie opowieści, a niekoniecznie bunt i przemoc. W moich rozdziałach o rapie ważne było raczej uchwycenie rytmu tego języka, struktury myślenia i widzenia „swojego podwórka”. Nie wiem czy mogę dodać coś więcej do tematu rapu, bo te historie tłumaczą się same sobą. Mówiąc o Ursynowie, przywołuję Bronx, nie ze względu na bezpośrednie podobieństwo krajobrazu czy społeczności, ale raczej nawiązując do fantazji raperów. To właśnie oni czuli się jak na Bronxie, dzięki swojej sile wyobraźni. W tej książce dużo mówię o wyobraźni, bo to motyw, który ciągle powraca. Tak samo, jak młodzi architekci wyobrażali sobie, że zbudują Skandynawię, a psychologowie z Ośrodka Terapii Rodzin Synapsis śnili o profesjonalnych ośrodkach terapeutycznych jak w Ameryce, raperzy karmili się wizją Nowego Jorku z lat siedemdziesiątych i późniejszego.

KM: Sam właściciel dziewiętnastowiecznych terenów Ursynowa, Jan Ursyn Niemcewicz miał przecież podobne fantazje.
LP: Rzeczywiście Niemcewicz mieszkał w Ameryce, zostawił tam żonę i wrócił do Polski przekonany o byciu “Przybranym Amerykaninem”. Kupił niewielką posiadłość nie znacznie oddaloną od Warszawy. Do swojego folwarku sprowadzał nasiona do upraw, ale też książki. Marzył, aby folwark nazwać “Ameryka” lub “Waszyngton”, aby mieć namiastkę Stanów Zjednoczonych w kraju.

KM: Ursynów lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych będzie zatem również odsłoną realizowania Amerykańskiego Snu w Polsce…
LP: Będzie to zawsze odwoływanie się do jakiejś wizji Stanów ukształtowanej zza żelaznej kurtyny, wizji, lub nadziei, że tam, gdzieś indziej, jest nieskrępowana wolność, że żyje się ciekawiej, stawia na indywidualizm, ale i wspiera lokalne społeczności. W Blokach w Słońcu był jeszcze taki niedopisany rozdział o zespole filmowym Skurcz działającym w konwencji lat dziewięćdziesiątych. Tworzyli parodie amerykańskiego kina klasy B, głównie filmów gangsterskich, z elementami sztuk walki, ze wschodnią toporną stylistyką i bardzo amatorskim montażem, oczywiście na Ursynowie.

KM: Jakie są w takim razie Pani literackie plany na przyszłość?
LP: Chciałabym napisać książkę związaną z kierunkiem „warszawsko-podwarszawskim”, jeszcze bardziej peryferyjnym i wypartym. To, co ostatnio bardzo mnie interesuje, to zjawisko konfliktu pamięci zbiorowej: na czyją potrzebę przywołujemy pamięć o czymś, czy ktoś ma prawo odmówić uczestnictwa w takich rytuałach? W tym przypadku będę skupiać się na czasach przedwojennych, sięgających poza PRL. Jeśli pojawia się jakakolwiek krytyka Bloków w słońcu, to dotyczy podejścia zbyt bliskiego mitologizacji tych trudnych politycznie i ekonomicznie dekad. Oczywiście można przyjąć takie spostrzeżenie, że w moim reportażu nie ma zwykłego szarego mieszkańca, ani nie ma wystarczająco dużo konfliktów politycznych. Gdybym oparła się jedynie na prasie z tamtego okresu, zwróciła się w stronę politycznych kontrowersji, konfliktów, to książka mogłaby być uczciwsza w sensie reportersko-dziennikarskim, ale na pewno trudniej byłoby przekonać czytelnika, że Ursynów różnił się od początku od innych podobnych w skali realizacji tego okresu w Warszawie i w Polsce. A ja wolałam wejść również w sferę fantazji, przyglądać się małym mitologiom.

*”Chodziło o osiedla pełne powietrza i słońca, zamieszkałe pospólnie przez robotników i profesorów uniwersytetu, chodziło o miasto bez dzielnic lepszych i gorszych, tylko o miasto dzielnic rozmaitych, bo rozmaite funkcje pełniących (…) o miasto, w którym uspołecznienie gruntów będzie wstępem do uspołecznienia człowieka”? Jan Górski z Biura Odbudowy Stolicy

bloki-w-sloncu-mala-historia-ursynowa-polnocnego-b-iext43264873

Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego, Lidia Pańków
Wydawnictwo Czarne

Komentarze

Przestrzeń jest dla mnie najważniejsza – wywiad z Markiem Adamikiem

Są takie sytuacje w życiu człowieka, które zmuszają go do dokonania głębokiej zmiany i przewartościowania myślenia. Droga jaką wybierze, zależy jednak od niego samego. Marek Adamik zamiast pogrążyć się w rozpaczy, postanowił wyruszyć w podróż w głąb siebie, aby odnaleźć sens istnienia. Rezultatem tych zmagań było napisanie książki Sensu sens, która została nominowania do tegorocznej Nagrody Conrada, jako jeden z pięciu najlepszych debiutów 2015 roku. O uniwersalnym przekazie książki, przestrzeni wewnętrznej i zewnętrznej oraz otaczającej nas naturze rozmawiamy z Markiem Adamikiem na łamach Przestrzeni.

graf. Marek Adamik

graf. Marek Adamik, wewnętrzna strona okładki ksiązki „Sensu sens”

Joanna Niedziela: W twojej książce ani razu nie pojawia się nazwa choroby, na którą cierpisz. Czy to był celowy zabieg?
Marek Adamik: Jak najbardziej celowy, ponieważ chciałem, aby książka Sensu sens miała uniwersalny przekaz. Aby trafiła do ludzi, niekoniecznie cierpiących na konkretne schorzenie. Jednostkowa historia jest mało istotna. Przypinanie etykietek, fragmentaryczność świata są zaprzeczeniem wszelkiej przestrzeni. Cieszy mnie fakt, że lektura pomaga wielu ludziom we wzniesieniu się ponad własne problemy – o to chodziło. Podsumowując, Sensu sens jest historią głębokiej przemiany w człowieku.

JN: W wielu recenzjach twojej książki pada stwierdzenie, że jest ona prywatną apokalipsą, rozpadem osobowości, aby w końcu odnaleźć sens życia. Czy ten sens udało ci się odnaleźć i czy książka miała dla ciebie wymiar terapeutyczny?
MA: Sens jest związany z odejściem od własnego, indywidualnego dążenia, ku szerokiej uważności na świat. Jest również odpowiedzią na odnalezienie sensu kruchej, ludzkiej egzystencji. Książka nie miała dla mnie wymiaru terapeutycznego, w zamierzeniu miała go mieć dla czytelnika. Że się udało, potwierdzają czytelnicy i różne ośrodki socjologiczne, psychologiczne, stowarzyszenia prozdrowotne i rozwoju osobistego. Odejście od tematu jednostki stwarza przestrzeń dla czytelnika. Odnalezienie przestrzeni w sobie to najgłębsza i najważniejsza rzecz, jaką człowiek powinien uczynić w swoim życiu.

fot. Marek Adamik

fot. Marek Adamik

JN: Czym jest dla ciebie ta przestrzeń?
MA: Przestrzeń, czyli dystans wobec życiowych zdarzeń, cisza i w efekcie – klarowność myśli. Przestrzeń wewnętrzna jest tożsama z odczuwaniem głębi w sobie, dzięki temu możliwe jest patrzenie na życie z dystansu i nieprzejmowanie się życiowymi przypływami i odpływami. Przychodzi mi na myśl cytat z Makbeta „Życie jest powieścią błazna, wściekłości i wrzasku pełną, lecz nic nie znaczącą.”. Znakiem przestrzeni jest dla mnie ptak. Organizm doskonały, patrzący na świat z dystansu, przebywający w rozległej przestrzeni.

JN: Czy masz tu między innymi na myśli konfrontowanie się z własnymi wewnętrznymi słabościami na rzecz czegoś większego?
MA: Chodzi o to, że jeśli człowiek potrafi wznieść się ponad własne problemy, dostrzec coś więcej poza czubkiem własnego nosa – powoduje to chęć działania i przemiany. Współczesny świat jest bardzo skupiony na fragmentaryczności – ludzie koncentrują się na rzeczach błahych, jednostkowych, które nie mają żadnego znaczenia. To, co naprawdę ma znaczenie – ponad pojęciem własności, ponad płcią, ponad narodem, wyłania się właśnie wtedy, kiedy spojrzymy z szerszej perspektywy.

JN: Doszliśmy więc do tematu przestrzeni zewnętrznej.
MA: Przestrzeń zewnętrzna dotyczy oczywiście rozległego horyzontu, jednak należy do niej również cisza, przestrzeń w układach międzyludzkich i społeczeństw. Lecz to wszystko całość. Pozorna mnogość będąca współzależną jednością. Jakiekolwiek rozbijanie tego na fragmenty, jest błędne. Dochodząc do sedna – przestrzeń jest jednolita, nie ma właściwie znaczenia, czy dotyczy wnętrza, zewnętrza, czy kosmolologii. Natura jest tutaj nauczycielem, ludzki umysł nie jest w stanie tego rozwikłać.

fot. Marek Adamik

fot. Marek Adamik

JN: Co daje ci świat natury?
MA: W symbiozie z naturą zawarte są wszelkie klucze. Do życia, zdrowia, świadomości i sensu. Symbioza jest procesem współzależnym. Zatem pora zadbać o przyrodę. 

JN: Co może zrobić każdy z nas, aby móc połączyć się z naturą i o nią zadbać?
MA: Wznieść się ponad własne problemy. Wówczas, z tej perspektywy widać problemy targające ludzkość. Powinniśmy przestąpić próg własnej strefy komfortu i porzucić myślenie o wszelkich małych, jednostkowych korzyściach. Obserwujemy obecnie wędrówkę ludów, wzrost nacjonalizmu i budowanie coraz większych podziałów na MY i ONI. Ostatnią szansą jest wyjście z ciasnoty egotycznego umysłu i objęcie świadomą uwagą rozległą rzeczywistość.  Każdy z nas jest ziarenkiem na pustyni. Aktualna sytuacja na świecie wymaga procesu, aby świadome ziarenka zaczęły chronić pustynie. Pora zatroszczyć się o naszą planetarną matkę. O Ziemię. Inaczej nastąpi apokalipsa.

fot. Marek Adamik

fot. Marek Adamik

JN: Czy odnalezienie przestrzeni zewnętrznej i wewnętrznej pomogło ci w walce z chorobą?
MA: Walka to niewłaściwe określenie. Aby wyzdrowieć, kluczowa jest akceptacja aktualnych wydarzeń. Nie ma kołowrotu kompulsywnych myśli: przeszłość, przyszłość. Pozostaje teraźniejszość, zatem nie ma miejsca na wszelkie iluzje i urojenia umysłu. Przestrzeń wewnętrzna i uważna obecność w teraźniejszości jest zatem wyzwoleniem.

Marek Adamik: (ur. 1975 w Pradze.) Grafik i pisarz. Napisał i w całości opracował książkę Sensu sens (2015), która została nominowana do Nagrody Conrada 2016. Opublikował ponad tysiąc ilustracji, okładek i plakatów wykonanych dla największych tytułów prasowych, wydawnictw, teatrów i instytucji w Polsce. Nagrody: Chimera 2003, współlaureat ArtFront 2012. Miłośnik ptaków. Ambasador kampanii „Jestem na pTak!”.

Strona Marka
Warto posłuchać – audycja w radiu TOK FM z udziałem Marka Adamika na temat książki Sensu sens

Zachęcamy do wzięcia udziału w spotkaniu autorskim, które odbędzie się 23 listopada 2016 roku o godzinie 18:00 na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego (sala 103b), ul. Miecznikowa 1. Marek Adamik („Sensu sens”) i Stanisław Łubieński („Dwanaście srok za ogon”) opowiedzą o tym, jak i dlaczego powstały ich książki, dlaczego w ich życiu tak ważne są ptaki i o wielu rzeczach, o które będą siebie nawzajem pytać. Więcej informacji o spotkaniu można znaleźć pod tym linkiem. 

Komentarze

Dziewczyny z Jerozolimy Wschodniej – Zakiah

fot. Klaudia vel Sara Kalwasińska

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

Zakiah, 40 lat
Panna
Zakiah oznacza coś dobrego- czystego w swej istocie.

Wyzwanie dla młodej Zakiah

Zakiah przyszła na świat w Jerozolimie, choć rdzennie jej korzenie sięgają Północnej Afryki. Ojciec, jak to w kulturze patriarchalnej zarabiał na całą jedenastoosobową rodzinę. Zmarł, kiedy Dziewczyna miała piętnaście lat. Młoda Zakiah była wówczas najstarszą niezamężną siostrą w domu, co sprawiło, że poczuwała się do odpowiedzialności za opiekę nad młodszym rodzeństwem i matką. „Mama nigdy nie pracowała, nie była wykształcona”- mówiła Dziewczyna. W praktyce więc żywicielką i w pewnym sensie głową domu została Zakiah. Dla niej samej oznaczało to wówczas brak możliwości dalszej edukacji, a w konsekwencji niemożność podwyższenia statusu swojego przyszłego życia.

 

Szansa zamążpójścia

Bycie żoną i matką to najbardziej popularny i praktykowany „zawód” muzułmanki. Zakiah dostała od życia szansę podróżowania tą drogą. W wieku 20 lat wuj Dziewczyny oznajmił, że interesuje się nią pewien mężczyzna z Holandii (wyznający tę samą religię). Nasza bohaterka zgodziła się na kilka spotkań z potencjalnym narzeczonym. Rozmawiali i przyglądali się sobie. „Nie myśl, że byliśmy wtedy sami – w naszej kulturze takie «randki» zawsze odbywają się w obecności osoby obserwującej”- tłumaczy Zakiah. Mężczyzna mieszkał na stałe w Holandii, co wiązało się z ewentualnym wyjazdem panny młodej do Europy. Nasza bohaterka wybrała jednak Bliski Wschód. Czuła, że bardziej pragnie zostać i pomagać rodzinie. Jak twierdzi Zakiah, według zakonu islamu zawsze mogłaby odmówić, jeśli kandydat by jej się nie spodobał: „chociaż w praktyce działa to tak, że jeśli dziewczyna mówi «nie» musi podać konkretny powód takiej decyzji na przykład oznajmić, że wcześniej pragnie zakończyć swoją edukację” – tłumaczy.

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

Okazuje się też, że wiele zależy od miejsca zamieszkania. W miastach panny wychodzą za mąż w przedziale od 18 do 20 roku życia. Na wsiach już od piętnastego, a odnotowuje się też przypadki ślubów z 13-letnią panną młodą. Tradycja wymaga tego, żeby kobieta szybko wychodziła za mąż i rodziła dzieci. Zdarza się też, częściej na prowincji, że nawet jeśli dziewczyna odmawia – rodzice stwierdzają, że wiedzą lepiej co dla niej dobre i tym samym zmuszają ją do małżeństwa. Z drugiej strony – obecnie sytuacja się trochę zmienia, młode kobiety są bardziej wykształcone, coraz bardziej samodzielne i zaczynają walczyć o swoje decyzje. Dlatego czasem może się zdarzyć, że panna młoda będzie miała 20 kilka czy 30 lat. Nie przytrafia się to jednak często – mężczyźni nadal boją się takich kobiet. Wykształcona kobieta to kobieta silna. „W wyborze kandydata na męża dla córki liczą się kwestie ekonomiczne. Lepiej pobrać się z kimś, kogo status materialny jest podobny do Twojego” – mówi Zakiah. Według islamu – córki dziedziczą po ojcu prawie w takim samym stopniu, co synowie. Wobec tego rodzice nie chcą by ich ziemia lub majątek należał do kogoś obcego. Z tego też powodu preferują sytuację, w której ich córki poślubiają kuzynów lub kogoś z rodziny.

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

fot. Klaudia veSara Kalwasińska

Owoce decyzji

Pozostawszy na Bliskim Wschodzie, Zakiah uczyła swoje siostry jak stawać się dobrą kobietą, dobrą żoną i dobrą matką, jak stawiać czoła problemom tego świata. „Żeby być wartościową żoną musisz pomyśleć… Czego naprawdę pragnie mężczyzna? Chce być szanowany, chce przebywać w zadbanym domu z dobrym obiadem, chce by jego żona miała otwarte serce na gości…  Ale największą wartością jest szacunek. Największą. Zawsze im to powtarzałam. Szacunek jest ważniejszy niż uczucie. Bo uczucie przeminie, ale szacunek może wzbudzić prawdziwą miłość” – zwierza się Zakiah.  Wspomina przy tym swojego ojca, którego nauk słuchała jako dziecko – i które głęboko zapisały się w jej sercu. Mądrość kobiety przejawia się w jej opanowanej i spokojnej postawie, gotowości by wysłuchać i nie unosić się gniewem: „krzykiem nigdy nie osiągniesz czego chcesz” – powtarza. Przy tym jednak kobieta powinna potrafić wyrazić swoje zdanie i być konsekwentną w tym, do czego dąży. Na pytanie, czy chciałaby wydać książkę o odpowiednim wychowaniu młodych dziewcząt, Zakiah stwierdza, że jedna z sióstr jej to radziła. „Wychowanice” Zakiah są bowiem przykładnymi żonami i matkami, co więcej studiują w collage’u. Nasza bohaterka jest dziś z nich naprawdę dumna.

Obecne życie

Teraz – przed czterdziestką – Zakiah ma w końcu trochę więcej czasu dla siebie. Wróciła do nauki. Studiuje edukację wczesnoszkolną, chociaż mówi, że w przyszłości chciałaby robić coś innego. Na pytanie dlaczego odpowiada, że czuje się już „zbyt stara”, żeby nauczać. Podobnie jest z zamążpójściem, chociaż nie chce do końca tracić nadziei. Pomimo tego Zakiah jest zadowolona z decyzji, jaką podjęła przed laty. Radość sprawia jej to, że przyczyniła się do obecnego szczęścia rodzeństwa i wyznaje, że tylko czasem przeżywa swoje chwile samotności. Ma jednak pracę i studia, co nie pozwala jej się nudzić. Poza tym jest wolna – i może snuć wizje upragnionego podróżowania po świecie.

Komentarze

Od wyzwania się zaczyna!

Reżyserzy wyzywają na pojedynek. Nie o walkę jednak chodzi, a sprowokowanie do śmiałego zajęcia pozycji. Podczas tegorocznej odsłony American Film Festival odczuwało się stan „strachliwego zagrania”. Ponoć „niektórzy twierdzą, że nie powinno się startować z pozycji lęku, ale przecież gdzie nie ma lęku, tam nie ma wyzwania” (C. Ahern, „Sto imion”). Historie bohaterów ofiarowują lęk, a reżyserzy doskonale wiedzą, co z nim zrobić.

Źródło: imdb.com

Kadr z filmu „Christine”; źródło: imdb.com


Do dwóch razy sztuka

Po ostatnim ujęciu Oświeć nas na sali odczuwało się pospieszną chęć wyjścia, pozostawienia bohatera i wyśmiania jego, wydawałoby się, precyzyjnej głupoty. James Arthur Ray, dawniej średniej jakości coach i cudotwórca duszy, aktualnie siedzi na kanapie w dłuższych włosach, opowiadając o przejściu kolejnej, mentalnej próby. Poznajemy okres jego „wrzasku i wściekłości”. W dzieciństwie był introwertycznym chłopcem ze zbyt wystającym uzębieniem, łapiącym bakcyla biznesu i psychologii. Zaczytywał się w nocy nowościami na rynku wydawniczym z kategorii : „poznaj samego siebie, by być bliżej innych”. Duchowo i finansowo, oczywiście. Po latach wyrobił sobie perłowe i równe zęby, a także rangę mentora. Gdy pojawił się jako filozof w filmowym Sekrecie, odkrył także swój własny. Sekret na przetrwanie. Zapraszała go Oprah, ogromne korporacje, stowarzyszenia, a ludzie chłonęli jego rady, niczym fanatycy po przejściach. W Oświeć nas reżyser, Jenny Carchman, odnajduje po latach kilku z nich. Młode, inteligentne kobiety, starsze, pewne własnej tożsamości małżeństwa. Wszyscy poszukiwali wcześniej p r z e ł o m u. Tej jednej tajemnicy, która nie pozwalała im swobodnie oddychać i cieszyć się zastaną sytuacją. Zgodnie twierdzili, że James miał ją w garści. Do czasu. Podczas kilkudniowego wyjazdu doszło w 2009 roku do tragedii. Ci wszyscy mądrzy i zrównoważeni weszli do klaustrofobicznego, dusznego namiotu, by tam złamać własne ograniczenia. Ich mentor podsycał strach, a także panującą temperaturę. Gdy zostali zamknięci, podlewał namiot wodą, jakby miał do czynienia z setkami kaktusów na pustyni. Bilans mu nie sprzyjał. Trzy osoby martwe, kilkanaście poparzonych, jeszcze więcej przerażonych. Mentor uciekł.

Oświeć nas to trudna lekcja dla samego reżysera. Fragmenty archiwalne ukazują Jamesa Arthura Raya jako dawnego duchowego guru. Zestawione z aktualną rejestracją wyznawców, po latach trzymających w zakurzonych pudłach święte materiały, dodają do całościowego obrazu Raya metkę „nawiedzonego”. Wyzwaniem dla Carchmana stało się podążanie za bohaterem z góry negatywnym. Mimo to reżyser dystansuje się od jednoznacznego wskazywania winnych.  Stąpa krok w krok za wizją doświadczonego coacha, który rozkręca biznes po dwóch latach pobytu w więzieniu. Dawni wyznawcy pomagają mu w organizacji, całują na pożegnanie i ponownie korzystają z rozszerzonych pakietów dla VIP-ów. Mają możliwość spotkania z Jamesem, długotrwałej terapii, a także rozmowy wideo. Reżyser Oświeć nas podarował swojemu bohaterowi przestrzeń do ukazania, kim tak naprawdę jest. James Arthur Ray wykorzystuje ją głównie do popisu. Próba zobiektywizowania obrazu postaci udaje się dzięki podwójnej narracji. Dawni wyznawcy wyciągają zakurzone pudła. Oglądają odznaki wojowników, piramidy i koszulki. W tym samym czasie Ray przemawia podczas kameralnego szkolenia. Entuzjaści z przeszłości objawiają, że od wypadku unikali innych mentorów samorozwoju. Zaklejają pudła. Rodzą się jednak nowi. I to na nich liczy bohater dokumentu, James Arthur Ray.

Ostatnia scena zgrabnie zamyka podjęte wyzwanie przez reżysera. Po raz pierwszy ujawnia się on, zadając bezpośrednio pytanie głównemu bohaterowi. James Arthur Ray odpowiada płynnie, pewnie i (być może) szczerze. O poczuciu specjalnej misji do zrealizowania, niesieniu pomocy zagubionym duszom, a także o wyjątkowości swej osoby. W odpowiedzi słyszymy ciszę. Jenny Carchman daje w prezencie odrobinę przestrzeni nam, widzom. Film Oświeć nas łatwo mógł zostać na poziomie prostej historii o złamanym życiorysie. Rodzina mentora opowiada zabawne historyjki z jego dzieciństwa, uzurpuje sobie prawo do oczyszczenia go z win, a także wspiera każdy, kolejny krok. Mimo to Jenny Carchman nie daje się tak łatwo zbyć. Dociera do źródeł decyzji. W trakcie opowieści wkrada się chaos, ale po odkopaniu się od natłoku niepotrzebnych emocji, musimy stanąć po którejś ze stron Jamesa Arthura Raya. Z nadzieją, że nikt nie da się już namówić na wchodzenie do szałasu, przebieganie po rozżarzonym węglu i złamanie deski siłą myśli. Spoglądając na nowych wyznawców, nadzieje te stają się złudne. James Arthur Ray urodził się w Honolulu, i także dzięki temu może predestynować do roli „charyzmatycznego maga”. Oby nie do dwóch razy.

Do jednego razu sztuka

Wyzwanie kryło się także w fabularnych opowieściach, czerpiących garściami z rzeczywistych wydarzeń. Takim zabiegiem posłużył się Antonio Campos w Christine. Precyzyjnie opowiedziana historia nawiązuje do losów Christine Chubbuck, młodej, zdolnej i skrytej dziennikarki, która w latach 70. postanowiła przeprowadzić pierwszą na świecie próbę samobójczą. Na antenie. Na dodatek próbę udaną. 15 lipca 1974 roku, na kilka tygodni przed kolejnymi urodzinami, Christine zmarła od strzału w głowę. Antonio Campos próbuje dotrzeć do źródeł tej decyzji. Wrzuca widza w pajęczą sieć intryg, niepowodzeń i postępującej depresji bohaterki. Niezwykle trafnie odsłania jej dwie osobowości: zachłanną od wyzwań kobietę, poszukującą nowych materiałów telewizyjnych, a także drżącą dziewczynkę, ukrywającą się przed światem w pokoju z lat dzieciństwa. W pierwszych scenach obserwujemy tytułową Christine (graną przez zjawiskową Rebeccę Hall), wyróżniającą się energiczną pewnością siebie na tle znajomych z pracy. W ostatnich ujęciach Campos pozostawia tylko ich: załamanych i złamanych jednocześnie, niepotrafiących przyznać, kim tak naprawdę była Christine Chubbuck.

W sposobie ukazania postaci tkwi wyzwanie reżysera. Wybrał to, co w latach 70. interesowało społeczność najbardziej – elektryzującą moc telewizji, która skłoniła młodą dziewczynę do podjęcia drastycznych kroków. Reportaże Christine stają się przedłużeniem jej emocji. Najpierw z ochotą próbuje soczystych truskawek, obrazując miasteczkowy festyn, z rozkoszą rozprawia o stosunkach seksualnych kur, by w końcu rozpocząć dokumentację do materiału o samobójcach. W tym samym czasie do szału doprowadzają ją sztuczne kwiaty na stole, a także George – przystojny, „z ojcowską aparycją” kolega z pracy, próbujący dokopać się do zakamarków duszy kobiety. W serii pytań „tak, ale” podczas terapii grupowej dowiadujemy się, że najważniejszym celem bohaterki jest awans w pracy. Tak, ale gdy do niego dojdzie, nie będzie mogła wykonywać pracy, którą lubi. Stacja potrzebuje nagrań wypełnionych soczystą krwią i strachem. Kobieta przynosi nowe materiały (wśród nich jest także mockument o zabójstwie, zagrany przez nią samą). Szuka i szuka, aż w końcu znajduje odpowiednio krwisty materiał u siebie samej.

Mimo szaleńczej zawziętości, bohaterkę filmu Camposa da się lubić. Mnóstwo w niej czarnego humoru, dystansu do samej siebie, pewności w podejmowaniu decyzji. Pełne drobnych fajerwerków życie Christine Chubbuck jedynie rozdmuchało telewizyjny zamysł podawania wiadomości w formie skondensowanej, a zarazem wypełnionej po brzegi emocjami. Antonio Campos w barwnej scenografii lat 70. opowiada o bulwarze zachodzących marzeń Christine, jednocześnie nakazując nam zająć stanowisko. Popierać, czy nie popierać, krytykować, czy nie krytykować. A może podziwiać? Nawiązując do filmowej gry, można odpowiedzieć: tak, ale… Tak, ale w przypadku Christine była to „sztuka do jednego razu”. Trafiona celnie. Zobaczcie Rebeccę Hall w roli Christine, koniecznie.

 

Komentarze

Upiór polski w Operze, czyli luźne rozważania o Goplanie na scenie Opery Narodowej w Warszawie

goplana_plakat_a-zebrowskiDwudziestego pierwszego października tego roku na deski Teatru Wielkiego Opery Narodowej wkroczyła długo oczekiwana Goplana, opera w trzech aktach autorstwa Władysława Żeleńskiego z librettem Ludmiła Germana. Tym razem romantyczny dramat Słowackiego, Balladyna, wystąpił poza schemat sztywnych ram. Nie zaduszono go szkolnym workiem pytań o głównego bohatera i świat przedstawiony, czy o rolę chóru, ani nie naklejono znaku markowego wydawnictwa z pomocami naukowymi. Na scenie Opery Narodowej wystawiono natomiast historię z odległej fantasmagorycznej rzeczywistości, odleglejszej niż za siedmioma lasami, za siedmioma górami, rzeczywistości przesyconej wręcz nieludzką żądzą władzy i miłości.

Pierwsze takty uwertury, kurtyna idzie w górę i publice ukazuje się szara, pusta scena. Po jej bokach długie tkaniny, na których zapisane jest coś, czego zobaczyć nie zdołam, jako widz z drugiego balkonu. To, co bez przeszkód dostrzegam, to miarowo wtaczający się tłum przebierańców, a wśród nich jakby weteranów wojennych, siostry zakonne, trzy matki boskie, i czyżby… tęgą, odzianą w kolorową kieckę murzynkę. Przecieram oczy i żałuję, że nie mam lornetki. Kostiumy są godne podziwu i… dokładnej obserwacji. Pani z rzędu I zazdroszczę solidnego ekwipunku. Wszystko ogarnia gęsty dym, mgła nad jeziorem, a wrażenie halloweenowej nocy potęgują rzucane w przestrzeń sylwetki przeróżnych stworów i dziwadeł, czyli animacje rysunkowe autorstwa Matijos Gebreselassiego. Niby infantylne, ale dzięki temu na swój dziecinny sposób niepokojące. Chór śpiewa pierwsze kwestie i z jeziora wyłaniają się Skierka i Chochlik, słowiańskie nimfy. Zaraz po chwili dołącza do nich tytułowa Goplana.

Leśne trio to bardzo spójna i wdzięczna kompozycja wizualna, uosabiająca władczą naturę, w której niestety wyczuwa się dziwny rozkład sił. Czarnowłosa Skierka wiedzie prym, delikatny Chochlik przemyka w tle, a potężna Goplana… momentami przywodzi na myśl bezwładną kukłę. W białej, rozkloszowanej sukni uosabia prędzej zagubioną pannę młodą- Jak powiewny liść ajeru, Lekko wiatrem kołysana; Jak łabędź, kiedy rozwinie Uśnieżony żagiel steru, Kołysze się — waha — płynie. I patrz! patrz! lekka i gibka, (…) Na niezabudek warkoczu Wiesza się za białe rączki, A stopą po fal przezroczu Brylantowe iskry skrzesza. Ach czarowna! pisze Słowacki, lecz w dramacie z każdą kolejną kwestią królowej narasta jej zdecydowanie i babski upór. Na scenie widzimy natomiast do obłędu zauroczone dziewczę, dość anemiczne, kilkukrotnie podtrzymywane przez wierne nimfy. Jak czytamy w tekście Marcina Grymsa takie zmiany w relacjach między postaciami to efekt “radykalnego skondensowania akcji” z pięciu do trzech aktów dokonane przez Żeleńskiego i Germana. I tu powstaje pewien paradoks. Balladyna w dramacie Balladyna to postać bardzo silna, bardzo wyrazista, igrająca z władzą, z losem i z Bogiem. Tymczasem Goplana, główna bohaterka opery, swoją siłę okazuje tylko raz i to w momencie konfrontacji z wybrankiem serca, wiejskim macho zwanym Grabcem, który na przekór odrzuca wszelkie zaloty, rozkosze, zamki, grody. Litości, chyba każdemu puściłyby nerwy. W kolejnych scenach temperament Pani Jeziora słabnie, pozostaje wierna miłość i oddanie, smutne echo arii Ach, w leśnej ustroni

Być może Władysław Żeleński chciał uwrażliwić widza właśnie na jej cierpienie, a pokazać nieludzkie zło drzemiące w Balladynie. W takim układzie sił tym bardziej jawi się ona jako kobieta fatalna, pożądliwa i zepsuta, bardziej nieludzka niż nimfa z lasu, o wiele gorsza od rozwścieczonej natury, której to tak bali się Romantycy. Rewelacyjna interpretacja Wioletty Chodowicz nadała postaci takiej siły i dramaturgii, że będąc naprawdę daleko od sceny czułam wibracje jej sopranu. Uroku, ale i dynamiki nie można było odmówić Katarzynie Trylnik, odtwórczyni roli Aliny. Obie panie szczególnie dobrze zobrazowały trudną, pełną zawiści i wcale niebanalną relację sióstr, wyeksponowały pośrednie motywy zabójstwa –  Alina, jak przystało na młodsze rodzeństwo, skutecznie drażniła starszą Balladynę. Melodyjne pyskowanie przy akompaniamencie orkiestry operowej, choć brzmi komicznie, to na pewno nie ujmuje całemu przedstawieniu. To, co z kolei widoczne było od razu to bardzo silna kobieca reprezentacja. Męskie postaci sprawdziły się, jako ramy, ramy dla pięknych obrazów, oczywiście solistek.

Malarskości nie można również odmówić całej inscenizacji. Reżyserowi bardzo zręcznie udało się odseparować naszą rzeczywistość od świata Balladyny, który na deskach Opery Narodowej jawił się jako miejsce mroczne, dziwaczne, nienaturalne. Chór przyjmujący skomplikowane pozycje, tworzył fantazyjne kształty przywodzące na myśl piramidalne kompozycje z obrazów romantycznych. Momentami odnosiło się wrażenie, że na scenę nie wkracza grupa ludzi, a jeden zmiennokształtny stwór, co oczywiście osiągnięto poprzez groteskową choreografię Bartosza Zyśka. Szczególnie w pamięć zapadła mi scena uczty, gdzie do bardzo skromnie zaaranżowanej sali balowej wkroczył ciąg fantazyjnych postaci rodem z anglosaskiego horroru. Ich mechaniczne ruchy, powyginane pozycje, ostre makijaże, wymyślne fryzury lub po prostu brak głów, sugerowały szemrane pochodzenie, był to w końcu leśny orszak Grabca. Ten, przekształcony z wiejskiego macho w rubasznego, słowiańskiego Bachusa był już wisienką na torcie.

Za pomocą tak różnorodnej estetyki, Janusz Wiśniewski wprowadził nas we wspomniany już teatralny świat. Choć tak odległy jest on od tradycyjnego spojrzenia na narodowy dramat romantyczny, to jedynie po to, aby samą sztukę od oklepanej, podręcznikowej nudy uwolnić. Otwierając kolejne możliwość interpretacji i pokazał, że nawet tak kanoniczny tekst może bawić się w przebieranki, nie tracąc przy tym znamion wartościowej refleksji nad ludzkim losem, czy też społeczeństwem, jego historią i tradycją ludową.

Komentarze

Monolog artysty w energetyczno-emocjonalnej przestrzeni

sebastian_skowronski_inner_and_outer_3_2016_linocut_e6_10x20cm_hahnemuhle_230g_19x28cm

Sebastian Skowroński – Inner and Outer 3, 2016 r., linoryt

W dzisiejszych realiach nasze wnętrze jest jak wzniesienie, które można zdobyć. Trudno dostępne, obwarowane fałszywymi wierzeniami, przekonaniami czy lękami. Wolimy pozostawać na dole tegoż emocjonalno-energetycznego konstruktu myślowego. A sami sobie go tworzymy, słuchając ego, czy inaczej ego-umysłu, który „pisze” nam życie. Robi to bez naszej wiedzy, stale pozostając w naszej nieświadomości, w głębi naszej psyche, sprawiając że śpimy. Kiedy ktoś to odkrywa, zdobywa wiedzę dotyczącą specyfiki działania środkowego „przełącznika” i budzi się. Ta nakładka, przez którą postrzegamy rzeczywistość, niczym przez emocjonalny filtr, na stale funkcjonuje w naszej świadomości. Nie należy jej odrzucać, negować czy bać się, miast tego zdobyć się na odwagę zajrzenia do wiedzy o sobie samym, wkroczyć na osobistą górę i zaakceptować jako własny, unikalny pierwiastek. Aby być sobą.

Cykl: Inner and Outer

Cykl graficzny „Inner and Outer” stanowi temat, jaki jest rezultatem wcześniejszych wewnętrznych poszukiwań w „The Energy recording” i łączy się w dalszym ciągu z emocjami, które pojawiają się zarówno po stronie materii a więc na zewnątrz (Outer), jak i w części duchowej, czyli we wnętrzu (Inner).

Zewnętrznym jest to co widzialne, można dotknąć i poczuć, wewnętrzne nie ma formy stałej, lecz pomimo tego także można i zobaczyć, i poczuć, a to za sprawą ciągłego przenikania się materii z duchowością, W świecie fizycznym z konieczności funkcjonujemy, działamy na co dzień, natomiast w wewnętrznym środowisku jesteśmy po prostu, przebywamy. Należy jednak być przy tym obecnym i mieć świadomość wnętrza, w innym razie nie ma życia, zamiast czego jest ogólna martwota, z której ciężko się wydostać. Skąd? Z wnętrza na zewnątrz. Bowiem kluczem jest być w obu miejscach.

Autor: Sebastian Skowroński
Młody łódzki artysta. Tworzy m.in. w grafice warsztatowej oraz rysunku. Pisze również krótkie teksty performatywne, a także wypowiada się na temat grafiki artystycznej. Bloguje na stronie Drzeworytnik.pl z własną twórczością.

Komentarze

Przestrzeń dla poetów – Madame Sero

Źródło: unsplash.com

Źródło: unsplash.com

Poetka: Madame Sero
Urodzona w 1985 roku. Polonistka oddana konstrukcjom słowno-wizualnym, autorka bloga Madame Sero, joginka, estetka. Pasjonuje się psychologią oraz sztuką świadomego życia.

 

Śluby milczenia

W ascetycznej scenerii
Bezgłos nieco sceptycznie
chce artykułować „Tak”.
Cóż za eksplozja przeżyć,
nadmiar kosmicznej werwy,
ulatując z pierścienia,
konstytuuje niczym
nieograniczony świat.
Złotą ścieżkę przemierza
pazernie milczące „Ja”.

 

Zacna eksploracja

Zacna eksploracja rozterek życiowych
znów się nam przeradza w mdlące pustosłowie.
Znów się zanurzamy w osobistej stracie,
znów siłą spajamy dwa niespójne światy.
Może to podstępny dysonans poznawczy…
wiesz przecież, że kocham – teraz i na zawsze.
W bezruchu totalnym „L’un part l’autre reste”
niczego nie żądam poza ciepłym gestem.

 

Szczęściara 

Bez urazy – to Márai strzelał.
Mym skromnym udziałem stało się
d a w k o w a n i e c i e r p i e n i a w t r y b i e z n o ś n y m.
Ze zniżką na redefinicję celów
cierpliwie czekam na lek Madame Sero.

Komentarze

Przed Państwem…

Tomasz Opaliński - galeria (6)

Tomasz Opaliński – galeria (6)

Artysta: Tomasz Opaliński
Student IV roku Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Szuka wspólnego mianownika, dialogu między znakiem a metaforą, własnego „obrazkowego” języka, rodzaju identyfikacji, wykorzystując symbolikę koloru i form.

Tomasza można znaleźć na:
Behance

Komentarze
Komentarze do:

"Przestrzeń dla poetów – konkurs"

Zamknij

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. akceptuję